Rozczarowania roku 2018!

By Justyna Wiśniewska - 07:25

Skoro wpis z ulubieńcami się pojawił to czas na to drugie podsumowanie - czas na pokazanie wam tych produktów, które nie do końca się sprawdziły. Myślałam, że będzie tu tego więcej ale dopiero pisząc wpis zauważyłam, że tych produktów jest jednak mało! Są też trzy rzeczy, które nie mogę całkowicie nazwać totalnym rozczarowaniem (bo coś tam robiły) jednak generalnie nie tego się po nich spodziewałam. Są też takie, które były opisywane tu na blogu - cóż, miały swoje pięć minut ale w rachunku na koniec roku wypada to blado .


11 - tylko tyle albo aż tyle produktów mnie w jakiś sposób rozczarowało, można rzecz, że praktycznie jeden na miesiąc wykazywał się jakąś szczególną 'urodą' (niekoniecznie tą piękną stroną). To co było na blogu będzie podlinkowane a cała reszta? Cóż, chyba nie muszę owijać w bawełną i iść okrężną drogą skoro są to rozczarowania z całego roku? ;)


The Ordinary Caffeine Solution miało swoje pięć minut na blogu i niby był to produkt, który lekko oczarował i niby w jakimś stopniu się sprawdził aleee.. Wiele osób się nim zachwyca, docenia za świetne właściwości (w końcu to The Ordinary) i mimo, że u mnie się sprawdziło to czuję niedosyt. Akurat z okolicą oczu nie mam problemu, serum to co miało zrobić - zrobiło i tyle. Bez szału, bez rewelacji i fajerwerków na niebie. Jest ok, zwyczajne po prostu, przeciętniak dla takich osób jak ja, które dużo nie oczekują, problemów zbytnio nie mają ... Jednak jeśli pragniecie wielkiej namiętności z jego strony i latających staników to nie, wypadnie to słabo i poczujecie spory zawód. Zużyłam raz, drugi raz już nie będę ponawiać zakupu :)

Scholl Velvet Smooth czyli marzenie mojej mamy, które chodziło za nią kilka lat. Dopiero na zeszłoroczną gwiazdkę postanowiłam jej to sprezentować (trafiłam na okazję w aptece gdzie różnica w cenie była o jakieś 60 / 70 zł) i pierwszy szok ... tego nie powinny używać osoby chorujące na cukrzycę ...Pech bo moja mama od 17 lat to cukrzyk i jest na insulinie a tu taka wiadomość - zniechęciło mnie to bo jak kupujesz to online to nie ma takiej informacji nigdzie podanej (jest w środku w opakowaniu) i to takie nie fair zagranie, tak czy siak zachwyt mamy był chwilowy i to przeszło w moje ręce .. I co to za gówno! Niby skóra gładka niby taka wypielęgnowana ale tylko na chwilę - mimo, że jednego dnia zrobię porządne tarcie to na drugi dzień moje pięty są okropnie suche i szorstkie. Nie ważne czy robię to na mokro / sucho efekt jest taki sam - gładka skóra na kilkanaście minut, potem powrót do tego co było, już lepiej sprawują się kremy niż taki badziew ... Jestem okropnie rozczarowana zarówno brakiem podstawowej i ważnej informacji online jak i jego nikłym działaniem (to ja już wolę użyć zwykły pumeks).



Babydream szampon niby fajny, niby ok ale coś mi w nim nie gra. Przepięknie pachnie, ma świetną konsystencją i moja mała uwielbia go - jej włosy po nim są pięknie lśniące, miękkie i takie gęste! Niestety mimo mojego uwielbianie do dziecięcych szamponów (tego z rumiankiem Johnsons czy żółtej kaczuszki) to ten u mnie robi siano. Włosy mam splątane, sztywne, szorstkie i jedyne na co mam chęć to złapać nożyczki i całe je obciąć. Nie podoba mi się to i zaczynam zazdrościć małej, że u niej się sprawdza a u starej ciotki już nie

Lactacyd Precious Oil pojawił się kiedyś na blogu. Niby piękna przesyłka, złoty karton, piękny wianek i inne cuda na kiju, piękny zapach, wydajny olejek ale właśnie, ja nie znoszę olejków (toleruję jedynie te do włosów) a tu zaskoczka! Moja intuicja mówiła mi bym dała se siana bo to olejek i zaszkodzi ale byłam mądrzejsza ...Tak, po kilku dniach z tym jakże pięknie pachnącym olejkiem miałam ochotę się zadrapać, kremować i inne takie. Mega podrażnienie / pieczenie i łzy w oczach bo tak nie powinno być. Olejek do tej części ciała, tej intymnej powinien być łagodny a nie taki okropny ... Jestem zdania, że takie produkty nie muszą pachnieć a mają działać, ten narobił więcej szkody niż pożytku choć przydał się do mycia pędzli (bo tu sprawdził się świetnie). Choć powiem Wam, że w sklepie go nie widziałam ...


Mugler i ja to rzadkość - pierwszy raz się cieszę, że moja Aura znalazła nowy dom i nie jest u mnie. Nie lubiłam jej i nie polubię. To dziwnie zielony, dżunglowy, pnący się zapach. Dość nietypowy i dość kontrowersyjny - mocny i intensywny pachnący roślinnością, lasem i ziemią i totalnie nie w moim klimacie. Potestowałam, popsikałam i praktycznie z minimalnym ubytkiem posłałam w świat - nawet łzy nie uroniłam! Może dla fanek Muglera jest ok ale dla mnie - prostej dziołchy już nie :)

Nivea Silk Mousse - cóż kocham pianki do mycia i zużywam ich coraz więcej więc nikt się nie zdziwił, że na promocji w Rossmannie z dumą przygarnęłam jedną. I to w słodkiej wersji wanilii i karmelu - pycha! I rozczarowanie przyszło dość szybko - pianka, przepraszam mus jak nie pianka,z naczy mus!, czasem wodnista czasem puszysta mimo wstrząśnięcia przed użyciem. Nie do końca się rozpuszcza i pływa gdzieś na wodzie , myje bo myje ale okropnie, podkreślę to dwa razy obrzydliwie przesusza. Moje dłonie, skóra na nogach czy ramionach po każdym użyciu tej pianki wołały o pomstę do nieba - pierwszy raz mam tak mocno przesuszający produkt. Mimo intensywnej pielęgnacji skóra bywała mocno sucha i dopiero po zmianie pianki na żel wszystko wróciło do normy. A nie wspomnę, że zapach trwa jakieś ... 5 sekund!



Pędzle Donegel z serii Jungle kupiłam bo były ładne i tanie i to mnie zgubiło. Fajnie wyglądają, są lekkie ale zdecydowanie krótsze niż inne standardowe pędzle, które mam. Poza tym niby to włosie jest cudownie miękkie ale kiedy idą w ruch to istny koszmar! Swojego pędzla co cieni nie używam bo zwyczajnie drapie i każdy, ale to każdy cień z niego spada / sypie się - jednym słowem ucieka. Zaś mój pędzel do różu / bronzera cóż on w ogóle nie nabiera produkt, macham tym pędzlem i macham ale na nim nic nie widać ... Srogo się rozczarowałam, zdecydowanie nie warto kupić nawet za te parę groszy ...

Loreal Unlimited Mascara i Holika Holika - dwa kolejne produkty, które miały swoje chwilę (nie)chwały na blogu. Oba zbyt przereklamowane - pierwszy nie wart 60 zł bo efekt średni i szczotka zwyczajna i to wygięcie czyli cały bajer za który musimy zapłacić nie robi nic, drugi cóż kiepski aloes bo nie sprawdził mi się w ogóle (nie liczyć poparzenia słonecznego u brata bo u mnie kompletnie nic) a z włosów zrobił mi takie siano, że ja dziękuję, ja wysiadam. Oba kosmetyki są chwalone przez blogerki (na szczęście nie wszystkie) oba niby takie fajne ale w moim odczuciu - szkoda zachodu z nimi.


I tak na samym (szarym) końcu kolejne dwa cuda mające swoją historię na blogu. Zdziwi Was pewnie obecność matowej palety z Too Faced, prawda? Choć już we wpisie nie kryłam - piękna wizualnie, kapitalny zapach ale kolorystyka ma wiele do życzenia. 4 dobrze napigmentowane kolory (i to najciemniejsze!) a reszta podczas robienia makijażu robi jedną wielką plamę ... I chociaż Just Peachy zbiera przychylne opinię ja mam wiele do powiedzenia w kwestii jej mankamentów zwłaszcza, że kolory piękne ale w praktyce niemal identyczne (jednak pamiętajcie, że ja mam dwie lewe ręce do makijażu :D). Tak czy siak słodka brzoskwinka potrzebuje docenienia a ja jej tego nie dałam, nie umiałam, zdecydowanie wolę Chocolate Bar .
Śliwka? Marcepan czy delicja? Co opinia to tyle porównań już kultowego peelingu od Ministerstwa Dobrego Mydła! Jeśli zajrzycie do wpisu na jego temat zauważycie, że narzekałam na tłustość i sypką konsystencją i nie do końca zapach mi odpowiadał ... i tak po części go lubiłam, tak czasami nie rozumiałam zachwytu nad nim. Dla mnie nie jest to najlepszy peeling, nie jest też produktem po którym pokochałam markę MDM, o nie! Może i hit wielu blogerek ale mój - nie ;)

Uff, koniec! Jak widać niektóre z tych produktów wywołują we mnie skrajne emocje, jednak powrotów do nich nie planuję ;) 
Co u Was było rozczarowaniem?;)

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze