00:17

Lipiec w zdjęciach ;)

Lipiec w zdjęciach ;)
Cieszę się, że ten miesiąc jest już za nami. Dosłownie mogę powiedzieć i zaliczyć go do najgorszych w tym roku. Spadek mojej aktywności zarówno tu na blogu jak stan mojej psychiki w tym momencie leży i kwiczy a ja się nadal zastanawiam 'po co i na co to wszystko'. Nie mam pojęcia czy pula nieszczęść na ten rok została wykorzystana ale nawet nie wiecie jak cieszy mnie świadomość, że zaraz sierpień i można zaczynać wszystko na nowo! A co się stało?

Na IG wspominałam, że pierwszy dzień tego miesiąca nie zwiastował nic przyjemnego - po wielu wspólnych latach (ponad 10- ęciu) przyszło nam pożegnać naszego kociaka :(. Do dziś nie wiem jak przeżyłam ten czas gdy weterynarze nie mieli zamiaru go obejrzeć (jeden powiedział 'kotami się nie zajmuje') no kur.wa weterynarz od siedmiu boleści ...

Jednak gdy pożegnaliśmy nasze kociątko wydarzyło się kilka fajnych rzeczy nim jak to się mówi 'wszystko po prostu zje..ało :O', same spójrzcie :)


Roznoszę listy z urzędu. Niby nic bo zajmuje mi to dwie godziny dziennie ale przynajmniej w końcu będę wiedzieć kto, gdzie mieszka na tej wsi. A no i mogę popstrykać zdjęcia takiej pięknej, prostej natury (no tak, zawsze jak mam dużo poczty to pada , zawsze -,-).



Sezon na porzeczkę był i się zmył. Szkoda bo zdecydowanie czerwoną mogłabym jeść kilogramami, niestety ta skubana w ogrodzie się nie chce trzymać zaś czarna jak nigdy trzyma się doskonale i co roku uracza nas ogromem owoców - o dziwo w tym roku było jej mało. Mi to pasuje bo w domu czarną porzeczkę je tylko ... mama! I tak, znowu padało! Bo na palcach jednej ręki mogę policzyć ile było ciepłych dni w lipcu!


Zimno nie zimno ale jakoś się prezentować trzeba co nie? Któregoś dnia postawiłam na swoje koturny, które służą mi już kolejny rok - mega wygodne, wysokie a przede wszystkim doskonale (wbrew pozorom) komponują się z jeansami jak i kiecką. Nawet z tej okazji na czerwień pomalowałam pazury u stópek yey! *.*


Czy muszę mówić coś więcej? Gdyby nie ona to w tym miesiącu bym palcem nie ruszyła a tak bawię się, skaczę oglądam 1501932270 raz 'Strażaka Sam'. śpiewam jej 'ta Dorotka ...' i takie tam inne dziecięce pierdoły - a ten uśmiech wynagradza wszystko! ♥♥


Bób dobry i tyle w temacie !


Lilie ♥ Piękne i najpiękniejsze ma akurat mój sąsiad i to właśnie przez płot mogę je podziwiać. Cudne są! Zachwycałam się nimi przez długi czas i już mi brakuje ich akcentu na podwórku (choć aktualnie kwitną u nas te tygrysie :)).







Gdzie byłam jak mnie nie było? A no w Łebie! K obiecał mi morze i słowa dotrzymał, byczyłam się na plaży, zwiedzałam i zjadłam okropne lody pfee! :( Już nie pamiętam w której lodziarni je braliśmy ale moje były o smaku wanilii i Nesquika! Wanilia była zbyt mocno przesłodzona, wręcz sam cukier zaś smak Nesquik był tak gorzki, że miałam wrażenie 'smakuje jak kakao z puszki, to gorzkie ' . Bleeeeeeee!
Łeba mnie trochę przytłoczyła ilością ludzi - w Ustce czy Kołobrzegu jak byliśmy nie było tak tłoczno a tu mimo wiatru spory tłum. Ale brawo dla mnie bo kolejny raz okazuje się, że w wielkim mieście mam lepszą orientację w terenie niż mój K, który zamiast iść na plażę wyszedł w las (oczywiście nie wiem jak to zrobiłam ale po 10 minutach byłam nad morzem bez żadnej mapy czy nawigacji, ok wiem bo byłam tak wkurwiona na niego,że trasę pomylił że prawie za mną biegł :D) i tak samo gdy mój K sobie gdzieś zawędrował to znowu ja celnie trafiłam na nasz parking (jakieś 30 minut drogi od plaży). Ja to jednak bystra w terenie jestem! (ok mam fotograficzną pamięć i dobrą orientację - AMEN!)


To zdecydowanie moje ulubione miejsce z lipca = wyciszające, piękne i takie 'ufne'. Takiego miejsca teraz potrzebuję by zrobić całkowity reset.

Przyznaję, że ostatni tydzień nie był dla nas łaskawy - w ubiegły piątek (22.07) zmarł brat mojego taty :(. Niby byliśmy przygotowani, pożegnałam się w szpitalu ale ta wiadomość zrobiła spustoszenie bo wiecie to była jedna z trzech osób w rodzinie, z którą idzie / szło żartować a przede wszystkim z tą rodziną jesteśmy najbardziej zżyci (a wujek z ciocią zawsze nam pomaga /ł w złych czasach).
Dzień pogrzebu (poniedziałek) przypłaciłam roztrojeniem żołądka (uwierzycie, że do dziś mnie to trzyma?:O), drążącymi rękoma jak u alkoholika na odwyku a przede wszystkim do dziś na samą myśl robi mi się słabo (a na pogrzebie wyłam jak bóbr! :x). Chyba o tym jak bardzo byliśmy zżyci świadczy fakt, że moja mama w połowie ceremonii na cmentarzu wyszła - sama powiedziała 'nie mogłam tam stać, nie umiałam'.

Więc to jest przyczyna tego czemu mnie tu nie ma, czemu jest mnie mało i czemu mam taki pokręcony dołek. Za dużo i za intensywnie się działo - dlatego sierpniu please, be good to me! ♥

00:05

Kosmetyczne fenomeny, które mnie nie kupują cz.5

Kosmetyczne fenomeny, które mnie nie kupują cz.5
Dopadła mnie ostatnio jakaś deprecha, tak naprawdę wydarzenia ostatnich dni odbiły się solidnie na mojej psychice (a nie mówię już o zdrowiu gdzie ręce trzęsą mi się jakby miała delirium ;O) więc i mam jakieś mniejsze chęci do prowadzenia bloga, nawet mój Instagram czy Facebookowe konto blogowe praktycznie świeci małą moją bytnością tam ... Mam nadzieję, że to chwilowe i że zwykły 'reset' mi pomoże (a przecież każdy z nas ma prawo okazywać choć raz swoją słabość, prawda?).
W związku z tym nie chce mi się zbytnio pisać jakiś mega przemyśleń odnośnie testowanych produktów (być może jeszcze w tygodniu o czymś napiszę) postanowiłam zapewnić Wam kolejną porcję produktów, które mnie nie kupują.
O co w tym chodzi? W tej serii widzicie kosmetyki/ przedmioty, które z niewiadomych przyczyn nie trafiają do mnie 'reklamowo', części z nich nie miałam, czasem jakiś testowałam ale w ogólnym rozumowaniu nie widzę ich na swojej toaletce. Ciekawi co tym razem do nie nie przemawia?

1. Nuxe Huile Prodigieuse . Wielofunkcyjny suchy olejek


Olejek legenda, podobno najlepszy towarzysz kobiety, zachwalany na całym świecie, kochany przez miliony. Doczekał się kilku edycji i tak naprawdę nikt nie może o nim powiedzieć żadnego złego słowa. No nie może ale ja jakoś nie czuję by ten produkt był dla mnie. Owszem ja jestem anty - drobinkowa, anty - olejkowa i Bóg wie jeszcze jaka anty ale to nie tylko. Miałam taki (podobny) olejek z Pat & Rub, wiecie ten z drobinkami który ślicznie pachniał i pięknie rozświetlał skórę, użyłam go może z 4 razy po czym kilka miesięcy leżał w szafie aż się przeterminował. Wniosek? To nie dla mnie ze względu na to, że a) moja skóra nie lubi olejków i wręcz krzyczy 'zmyj to ze mnie', b) jedyne miejsce na które jestem w stanie dąć olejek to włosy. Ale nie łudźmy się, ten olejek kosztuje 125 zł i naprawdę musiałabym mieć coś z głową by kupić go tylko do używania na włosy - a przecież nie chodzi mi tylko o takie jego poznanie. Naprawdę chciałabym mu dać kiedyś szansę, ale zwyczajnie tego nie widzę, może gdybym inaczej/ łaskawiej patrzyła na suche olejki, może gdybym lubiła taką formę byłby z tego miłość a tak tylko pozostaje mi zazdrości jak kobiety zachwalają jego walory :).

Sephora,  100 ml/ 125 zł

2. Zoeva Sweet Glamour Palette



No i nie ma bata ale do kur.wy nędzy komu potrzebna paleta z pastelami? Zrozumiałabym, dla wizażystów, charakteryzatorów - no ok, zrozumiałabym jakby to była 'edycja limitowana' ale serio stała oferta? Może i ma ładne opakowanie ale czy taka zwykła Kowalska zrobi sobie różowo - niebieskie paczadełko i popędzi do spożywczaka po kilo schabu? Nie. Dla mnie to jest cofnięcie się o jakieś 15 lat wstecz gdzie królowały takie barwy bo chyba każda z Was widziała choć raz w życiu panią z kiosku z jaskrawo zieloną plamą na paczadełku? Nie, nie i jeszcze raz nie, zabawę takimi kolorami zostawmy ludziom, którzy umieją się z nimi obchodzić a nie zwykłym kobietom, które muszą tłuc kotlety! Od razu wiedziałam, że ta paleta będzie nie wypałem słyszałam że cienie jakieś kredowe, słabej pigmentacji ale czego się człowiek spodziewa po takich kolorach? Lazuru i róż jak z okładki? A weź ta i idźta z tą paletą jak najdalej.

Mintishop, 89.90 zł

3. Wibo Ecstasy Blusher





Oj, on nie jest zły, widziałam jego pochwały więc co on tu robi? A no to, że marka Wibo nie kupuje mnie jednym faktem: kopiowaniem innych marek. Ja rozumiem inspirację, naprawdę bo przecież trzeba czymś się w życiu motywować ale żeby żywcem ściągać pomysły? Róż a'la kultowy Orgasm Nars'a, palety rozświetlaczy inspirowane paletami Lily Lolo, produkty do ust prawie jak u tej całej Kylie, palety cieni łudząco podobno do tych z UD - dla mnie to już przesada i całkowicie skreśla ich u mnie. Ja nawet nie patrzę na ich półkę w Rossku czy coś - nie jestem za podróbkami więc za takim inspiracjami też nie. Dziwię, się że tyle osób to kupuje: rozumiem  jest taniej i podobniej no ale ... wypuszczanie na rynek aż takich 'kopii' nie przystoi ... nikomu!

Rossmann, ok. 25 zł

4. Obcinacz do skórek



Litości, czy tylko ja nie umiem się nimi posługiwać i za każdym razem leje mi się krew? Dosłownie! Ja nie wiem jak to ludzie robią, że pięknie 'wykroją' nimi swoje skórki bo ja tego nie potrafię i wiecie co? Ja jeszcze bardziej zadrę swoje skórki, sprawię, że przy każdym palcu będzie potężna plama krwi ale samej sprawczyni czyli skórki nie wytnę, no nie. Ja to mam chyba dwie lewe ręce do tego bo jak patrzę na mojego brata, któremu to sprawnie idzie to mi za siebie wstyd, że ja baba i gówno potrafię tym zrobić. Dla mnie to jest jak z zalotką, wszyscy umią a ja i tak tym zrobię sobie krzywdę (aż dziwne, że jeszcze palców nie uciachałam tym :D). Mi wystarczy zwykłe najprostsze radełko za dwa zł,a ale jak patrzę na te kolorowe, różowe z cieniowaniem, jakieś wypasione to sobie myślę ' no i po co to skoro ja i tak zjebie tym całe pazury' :D

Drogerie, 5 zł - 20 zł

A Wy co o tym sądzicie? Z czym się zgadzacie a z czym nie?

01:19

Rude fakty #1 - nie znoszę Walentynek, kocham horrory ,a kawy to ja nie tykam!

Rude fakty #1 - nie znoszę Walentynek, kocham horrory ,a kawy to ja nie tykam!
Długi czas się zastanawiałam jak Wam powiedzieć więcej o sobie. To co pokazuję w miesiącach w zdjęciach nie obrazuje tego jak to tak naprawdę ze mną jest i czy naprawdę jestem 'głupia jak stołowa noga' :D. Dlatego też postanowiłam wprowadzić nowa serię 'rude fakty' gdzie tematycznie mam zamiar mówić tylko o sobie i sobie i sobie (tak aż mi mojego ego cały świat przesłoni :D). Odcinek pierwszy poświęcony będzie czemuś przyjemnemu, lekkiemu no i a tam, same poczytajcie.


Pamiętacie swój pierwszy horror jaki obejrzałyście? Ja tak, był to 'Blade' a ja miałam wtedy może 7 - 8 lat i jak Boga kocham przez miesiąc z mamą spałam! Czemu obejrzałam? Mieliśmy magnetovid a że mój starszy brat często wypożyczał kasety no to zawsze 'musieliśmy' oglądać to co przytachał (a średnio raz w tygodniu królował w naszym telewizorze "Titanic'). Chyba nie muszę mówić, że prawie 20 lat temu w domu był tylko jeden telewizor i kłótnia niemiłosierna kto co ogląda? Wieczorami bracia mogli oglądać wszystko a my z nimi i tak ooo... Po części było tak, że z ich strony miało to wyglądać na 'etap dorosłości' , ale z drugiej strony miało mnie i Martę przerazić (choć z początku udało im się to!). Któregoś razu, któryś z nich przytargał do domu film 'Resident Evil' matko, zachwytów co niemiara a my znowu prawie osikane po pachy bo jako gówniarze widzieliśmy #zuo! I to był ostatni raz kiedy mój starszy brat śmiał włączyć nam horror - mama mu zakazała (i tu ku naszej rozpaczy co 3 dzień wypożyczał Titanica ;O).
Wracając do meritum: nie pamiętam kiedy i jak to się stało, że gatunek jakim jest horror zaczęłam darzyć tak wielką sympatią. Nie mogę nigdzie uchwycić tego momentu, tej 'fascynacji' gatunkiem - a jednak idealnie pamiętam swój pierwszy strach i łzy i uwierzcie po swoich przejściach ja swoje dziecko będę trzymać z dala od horroru (obejrzy jak już skończy 15 lat) :D.
Teraz mogę i uwielbiam oglądać jeden za drugim i ciężko mnie czymś przerazić (a na przestrzeni lat żaden film nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia), ok może tak nie do końca bo jeszcze z czasów bycia w klasie licealnej na lekcji religii nasz ksiądz uraczył na prawdziwą historią egzorcyzmów (klik) i to jest jedyna produkcja przy której modlę się jak szalona a w ręku trzymam krzyżyk z łańcuszka (nie wspomnę, że to dokument i te przerażające dźwięki robią wrażenie!). Przy okazji to moja Julia i mój K nie znoszą horrorów: o ile Julka nigdy nie obejrzy to K nie ma nic do gadania i ogląda to co ja mu 'włączę' :D


Dlaczego nie lubię Walentynek (walę -tynek :D), może to zabrzmi zbyt prozaicznie ale dla mnie to zwykła komercha (tak jak wypuszczanie ozdób bożonarodzeniowych już w październiku). Po prostu i zwyczajnie tego nie uznaję i każdy o tym wie, nawet mój K , który tylko raz dostał ode mnie walentynkę (w pierwszym roku naszego bycia razem a i tak dostał ją tydzień później i starczy tej czułości) :D. On wie, że ja jestem antywalentynkowa dlatego (miło / nie miło) dostaję kwiaty i kinderki :D
I uwierzcie mi, ja potrafię drzeć się gdy dostawałam jakiś prezent tego 14 tego lutego, kiedyś pan M podarował mi pluszowego misia z tej okazji ... tym misiem dostał ode mnie także dziękuję , do widzenia ;D. Ten dzień jest zawsze dla mnie: rzadko się zdarza, że mam zamiary spędzić go z moim K (no dobra, on słyszy ode mnie że jest nienormalny że ja ten coś :D) więc w grę tylko wchodzi u mnie - mordobicie w gry na konsoli lub oglądanie horrorów, a szczególnie takich gdzie babka dźga nożem swojego partnera ;D
P/s a do Walentynek zraziłam się w podstawówce: byłam okropnie brzydka wtedy ale o dziwo dostałam jakieś kartki z serduszkami, pech chciał że zajumała mi je koleżanka a ja jako taki dzieciak z przykrości stwierdziłam 'to święto to gówno' (ach ta dziecięca trauma :D).


Na koniec smaczek: żyję bez kawy, nie piję jej wcale i nigdy tak naprawdę jej sobie nie zrobiłam (sobie). Za gówniarza upijałam kawę bratu (słodził cukru aż miło) ale jednak kawa to nie napój dla mnie. Lubię zapach takiej zaparzonej (tak przez minutę) i nic poza tym :D. Nie nauczę się jej pić i nawet nie mam takiego zamiaru ;D. I nie zdajecie sobie sprawy ile razy mama mojego K psioczyła, że nie ma 'z kim jej wypić bo ja nie umiem' ups :D Jednak myślę, że po tych 5 latach już przywykła do tego stanu rzeczy :D. Aaa u mnie w domu tylko najstarszy brat Ł też kawę omija :D
P/s już odpowiadam: co rano piję wodę z cytryną i jakoś też funkcjonuję - bez kubła kawy :D

Uff, wystarczy tego ja na pierwszy raz, a jak to jest z Wami w tych tematach? ;)

10:24

L’Oréal Paris, True Match, 1.N Ivory

 L’Oréal Paris, True Match, 1.N Ivory
Od soboty nie robię nic innego jak odpisuję na Wasze wiadomości prywatne i komentarze pod ostatnim postem - żywa dyskusja trwa nadal ale czas wrócić do rzeczywistości i uraczyć Was łagodniejszym tematem - po prostu zamiast kontrowersji będzie zwykła 'recenzja':D. Chociaż może nie będzie ona zwykła - bo chyba nadal jestem jedną z nielicznych osób, które jako ostatnie postanowiły sprawdzić jak się sprawa ma już z 'kultowym' podkładem Loreal True Match. Była wielka akcja testerska gdzie blogerki testowały nową formułę podkładu i tak prawdę mówiąc miałam już go dość bo nawet potrafił z mi lodówki wyłazić ... I tak odwlekałam nasze pierwsze spotkanie, w czasie i na 'po czasie' - wiecie, nic na siłę i dlatego, że akurat jest to 'na topie, przeczekałam wielkie bum na tą serię, poczytałam kilka opinii i po kilkunastu miesiącach udawania, że mnie nie nęci postanowiłam dać mu szansę - czy on naprawdę jest taki fenomenalny czy po prostu po tym całym bum 'wyszedł mi bokiem'?


Wiecie już, że im więcej czegoś jest w sieci tym bardziej ja będę to omijać i na testowanie takiego 'cuda' wybiorę moment kiedy powoli wszyscy będą zapominać o tym produkcie, no dobra kiedy wrzawa ustanie bym na spokojnie mogła go oceniać . Jednak co ja się naczytałam: podkład jak druga skóra, pięknie się dopasowuje, trzyma cały dzień, ogromna gama kolorystyczna zaś z drugiej strony były opinie: ciężki, okropnie ciemniej, tonacji tyle a nie ma nic odpowiedniego - i powiedzcie mi skąd taka rozbieżność? Czego miałam się spodziewać: cuda i ideału czy pięknie opakowanego bubla? No ale przecież ja jestem jedna jedyna w swoim rodzaju więc zgaduj zgadula jak on u mnie hula? :D

True Match to pierwszy tak doskonale dopasowujacy się podkład od L`Oréal Paris. Gama 9 odcieni pozwoli każdej kobiecie znaleźć swój idealny odcień. Udoskonalona formula z olejkami eterycznymi i składnikami nawilżającymi dopasowuje się do odcienia i struktury skóry.
 Nowa formula True Match została wzbogacona o trzy nowe hybrydowe pigmenty. Dzięki temu podkład True Match osiąga jeszcze lepsza precyzje kolorystyczna. Nowe pigmenty efektywnie dopasowują sie do cieplej, zimnej i neutralnej tonacji skóry.
 Rewolucyjne połączenie czterech olejków eterycznych dla wyjątkowego komfortu aplikacji i równomiernego wykończenia makijażu. Zapewnia doskonale rozprowadzenie podkładu, łatwość użytkowania i wyjątkowo sensoryczne doświadczenie.
Nowa, kremowa formula zwiera kombinacje gliceryny, witaminy E i B5 dla wyjątkowego komfortu. Pozostawia skórę gładką i miękka w dotyku.



1.N to najjaśniejszy odcień jaki marka oferuje i choć teoretycznie na samym początku mnie przeraził (o tym poniżej) to w praktyce i na buzi wypadł znacznie lepiej.
Co mogę potwierdzić? Podkład rzeczywiście nie tworzy efektu maski na buzi i jednocześnie sprawia, że wygląda ona na wypoczętą. Jak dla mnie daje on bardzo lekkie 'satynowe' wykończenie co powoduje, że już po aplikacji czuję na twarzy taką przyjemną 'miękkość'. Przez cały czas jego użytkowania nie zauważyłam by pokład gdzieś się zbierał czy ciemniał za co wielki plus jednak potrafi delikatnie podkreślić suche skórki (no co? :D) i tak szczerze między nami ma on jedną dziwną tendencję mianowicie wiecie bo zawsze Wam mówię, że moja cera mieszana idzie w kierunku normalnej i zdarzyło mi się (może ze dwa razy) kiedy moja skóra była bardziej nawilżona to podkład podczas nakładania perfidnie się rolował ;O. Nie mam pojęcia czym to jest / było spowodowany ale widocznie nie lubi on zbyt mocnego nawilżenia (tudzież w przypadku cery tłustej zbytniego przetłuszczania się). Na szczęście zdarzyło mi się to może ze dwa raz i więcej (odpukać) już nie!
To jeden też z nielicznych podkładów, którego nie utrwalam żadnym pudrem - po prostu nie muszę a on w sobie na buzi wygląda na 'lekko przypudrowanego' (jakkolwiek to brzmi).
Co mnie zaskoczyło? Jego lekkość, która podczas nakładania na buzię bardzo szybko się rozprowadza ale przy tym nie jest ciężka czy coś w tym stylu - bardziej taka 'pyłkowa' masa (musicie to poczuć pod palcami żeby zrozumieć co mam na myśli) :D



Pompka jest i jest ok, choć przyznaję, że z początku nie chciała współpracować, dopiero jak na nią nakrzyczałam to coś pomogło :D. Szklana buteleczka check znaczy jest i to mi pasuje .
1. N jest dość neutralnym beżem bez jakiś żółtych/ różowych tonów  (ok, jest delikatnie żółty ale nic poza tym), o jakże 'pudrowatym' zapachu i po pierwszym wyciśnięciu na rękę mnie to przeraziło - dla mnie dla bladziocha odcień na pierwszy rzut wyglądał na zbyt 'ciemny'. No ale ... kosztował dość sporo więc postanowiłam go dać na to moje piękne lico i tam znowu zaskoczka, po rozprowadzeniu odcień tak jakby staje się jeszcze jaśniejszy (zamiast takiego beżu u mnie wygląda to jak kość słoniowa czy coś bardzo jasnego) czego efektem jest piękne wtopienie się w skórą (tak, potwierdzam wygląda faktycznie jak second face!). Obawiałam się dwóch rzeczy:
a) że ta druga skóra będzie podkreślać pory, które zaczną wyglądać jak jakieś satelity,
b) a jeśli nie podkreśli tych porów to na pewno będzie oksydował.
O tym, że nie oksyduje już mówiłam i naprawdę na buzi ani grama nie ciemnieje, nie tworzy maski i robi ze mnie żadnego żółtka, a co z porami? No nie podkreśla, no jednak nie widzi ich :D.
On jest lekki i dla mnie jego krycie też takie jest: ja nie wymagam dużo, nie zakryje wielkich przebarwień czy ogromnych 'diod' nazywanych inaczej pryszczami. Ja zazwyczaj daję jedną warstwę, która ma tylko przykryć niedoskonałości (lekkie blizny) a nie tworzyć mi 'innej twarzy'.
Na zdjęciu poniżej macie sam podkład, nałożony na samą pielęgnację przez co możecie zauważyć jak bardzo jest delikatny (zdjęcie bez obróbki jakby coś ktoś )


Może i na tym zdjęciu zbyt wiele nie widać ale wybaczcie weny na takowe sesje nie mam :D.
Ciężko mi ocenić jego trwałość: jak widzicie ja wyglądam tak samo z podkładem jak i bez więc wiecie kiedy go nałożę, to po prostu o nim zapominam. Na pewno nie jest typem, który na buzi trzyma się 8 - 10 godzin, ale też nie schodzi perfidnie i co najwyżej może wymagać lekkiego poprawiania pudrem.

Powiem Wam, że go lubię właśnie za lekkość i to jak się dopasowuje, może nie ma krycia na mur beton, jednak w takiej konfiguracji bardzo mi odpowiada jednak nie wiem czy kiedy zużyję tą butelkę to będę wracać do niego! :D

Podkłady z tej gamy dostaniecie w drogeriach 30 ml/ od 30 - 70 zł

A o nim pisały (dawno, dawno temu) też:

Iwona ---> klik
Blessiaki ---> klik

00:09

Grupa S - O - S! Czyli słów kilka o tym dlaczego 'topowe' blogerki straciły w moich oczach!

Grupa S - O - S!  Czyli słów kilka o tym dlaczego 'topowe' blogerki straciły w moich oczach!
Pamiętacie jak pisałam o kupowaniu sobie followersów i wysypie arabów na kontach Instagramowych? Ok, zapomnijcie o tym - ten trend jest nieaktualny, to już miniona epoka. Teraz modne jest kupowanie 'gimbazy', dzieciaków i kont różnych 'dziwnych' firm. I tak szczerze wypadłam z obiegu bo nadal myślałam, że araby takie modne a tu ni uja! :D
Od kilku dni napływają do mnie wieści - smutne wieści jak 'topowe' blogerki robią w jajo swoich obserwatorów i firmy byleby fejm był i hajs się zgadzał. Wiecie jak bardzo lubię wtykać kij w mrowisko ale tym razem ten post jest na życzenie, poparty dowodami i jeśli ktoś mi tu zrzuci 'nie rób gównoburzy' , czy też 'najciemniej pod latarnią a Twoje koleżanki nie są przecież święte' to dla mojego dobra proszeni są o nieczytanie tego wpisu i opuszczenie 'sali':D
*określenie topowe odnosi się do strefy beauty, między innymi są to autorki blogów które Wam kiedyś polecałam (ich konta na IG to zazwyczaj 4 - 10 K)


Znacie to uczucie kiedy dochodzą do Was pewne słuchy, że ta czy tamta coś kupuje ale nie wierzysz i uparcie próbujesz wmówić sobie, 'ona? taka świetna w swojej robocie i ma kupować sobie obserwatorów? Ja znam - przekonałam się o jego istnieniu już kilka tygodni temu. Po tych wieściach przestałam tak często odwiedzać TE blogi, przez jakiś czas sama sprawdzałam stan ich obserwatorów i uwierzcie czapki z głów za kreatywność tych osób! I ja nie mówię tu o osobach mojego pokroju, który pewnie by kupiły sobie tych lubisiów by się wybić , co to to nie bo my to akurat się cenimy i nie szmacimy ale one? Topowe, z najlepszej czołówki, które dostają wszystko co luksusowe? Jak można to nazwać: upadkiem czy zeszmaceniem się? A może po prostu chęć posiadania i zyskania łatwej kasy jest silniejsza niż morale? Bo przecież im się płaci za testowanie luksus!

Historia jest taka: zebrało się pewne grono super - hiper- rzetelnie piszących dziewczyn (no a jakże! skoro po dwóch dniach testowania produktu u nich to jest hit!), pewna święta trójca lub już czwórka, nazwijmy tą grupę S - O - S. My szaraczki je podziwiamy, genialne zdjęcia, naprawdę mamy im czego pozazdrościć bo nasze małe rozumki nie są w stanie ogarnąć sławy ich blogów i tego z jakimi kosmetycznymi gigantami jest dane im współpracować. Ale to tylko obłuda: my zazdrościmy ale tak naprawdę czego? Grupa SOS ma silne parcie na 'fejm' i zgarnianie wszystkiego co można dostać na naszym rynku - kosztuje krocie? To nic, kupi się kolejne tysiąc followersów i ma się produkt w kieszeni :D. Stare baby, kobiety dojrzałe, święta grupa zalicza totalny upadek, zeszmacenie się na najniższym poziomie, to takie wiecie dla mnie: rycie w błocie jak świnia. Stało się - kupiły raz, nikt się nie czepiał, marki waliły drzwiami i oknami. Odczekały chwilę i po kilku tygodniach robią to samo: powoli po kilka setek, ale moment wydało się i zaczyna się czyszczenie kont (pozornie na chwilę). I to nic, że kupiły już sobie kilkaset obserwatorów na Fb, to nic, to mały pikuś ...
Grupa SOS dumnie się pręży: na obrazkach poniżej możecie zobaczyć stan tych kont z tego tygodnia:



 Ok, można mieć konta które są fałszywe, mogą być też takie konta, które wygasły czy coś ale ponad połowa obserwatorów to czysty fake? Więc ja się pytam: o co kurwa chodzi?! Każda z nas wie ile czasu trzeba by zgromadzić jakąś grupę obserwatorów na IG ale jak widać, wystarczy wejść na allegro czy jakąś inną stronę (a tych jest mnóstwo) kliknąć 'kup' i po kłopocie! Pracowałam, dużo pracuję by mieć te swoje 2 k obserwatorów, organizuję konkursy i zachęcam czytelników by ze mną zostali ale nigdy bym się nie posunęła do takich czynów.

Jednak grupa SOS jest sprytna i wie, że im więcej lubisów tym lepsze gifty, tym lesze współprace i większy fejm. Marki nie sprawdzają czy ich obserwatorzy są realni dla nich liczy się liczba a nie 'jakość' i tak sobie żyją 'celebryty za 5 zł'. Tylko wiecie co - przychodzi co do czego to lajków pod zdjęciem jest ok 100, komentarzy może z 5 (ba, ja nawet lajków mam więcej :D) a liczba osób liczona jest w tysiącach. Grupa SOS zapomniała chyba kupić lajki (które w stosunku do fikcyjnych kont są dwa razy droższe).

Z ręką na sercu przyznaję się: polecałam Wam ich blogi, wychwalałam za pracę a to wszystko jest gówno warte. Aż chce się rzec 'kurwa, no i gdzie tu sprawiedliwość'? Jednym kliknięciem można zwojować cały świat ! Jest w tym jedna śmieszna rzecz: one wiedzą, że ja wiem, wiedzą nawet od kogo ja wiem (w końcu są mądre) jedna z nich wywróżyła mi marną karierę w blogo (pozdrawiam, mam się dobrze i ślę Ci lofffki! ♥), celowo omijają komentarze (odnoszące się do produktu z recenzji) bo ja go napisałam. I wiecie każdy kto wie jaki miałam stosunek to danej autorki to widzi i dziwi się, 'ale czemuż tak? Przecież zawsze chętnie odpowiadały' ... Tsa! I takim oto sposobem spadłam na margines społeczny - a idź Ruda idiotko w cholerę ;D!


Wiecie ile ja mam fakeowych kont? Zaledwie 0.8 % z 2 K to jest przecież czyste oszustwo z mojej strony, skrajnie potępiam, naprawdę i czuję się winna! :D

A co ja chciałam a no!:
Droga grupo SOS, możesz kupić sobie kolejny tysiączek, dostać kolejne Chanel, Orginsy czy kolejny darmowy zabieg w klinice ale wiedz, że:
- upadłaś tak nisko, że pod sobą masz tylko muł i wodorosty,
- a ze szmaty już jedwabiu nie da się zrobić,
- nie krytykuj anonimowo mojej pracy, bo w przeciwieństwie do Ciebie nie kupiłam se ludzi,
- moralny kręgosłup to już całkowicie w dupie masz,
- ślę Ci loffki i masę miłości ♥

Ja nie muszę kupować obserwatorów by się dowartościować, nie muszę bo w odróżnieniu od tej grupy mam coś więcej do zaoferowania a szmacić to ja się nie będę ;).
Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy myśl 'mój blog jest gówno warty i nikt go nie zauważy' to niech tu wróci a uświadomi sobie jedną ważną rzecz: możesz nie mieć tysiąca współprac czy dostawać giftów bo sklep obchodzi któreś urodziny ale masz jedno: szacunek do siebie i swoich czytelników bo przecież nie liczy się ilość a Twoja 'jakość'.

P/s nie marudzę, jestem tylko wredna (jak zwykle) ;)
P/s 2 nawet nie zdajecie sobie sprawy w jaki sposób oszukują nas 'topowe' blogerki ale chętnie (wg życzeń ) mogę podzielić się ta wiedzą ;D
Wasza Ruda, która nie dostaje Chaneli ;( ♥

07:30

Bath & Body Works Tutti Dolci krem do ciała Pink Peony

Bath & Body Works Tutti Dolci krem do ciała Pink Peony
Nie ukrywajmy - od kiedy poznałam kilka produktów Bath & Body Works to przestałam myśleć, że jest to 'przerost formy nad treścią'. W miarę upływu czasu i poznawaniu ich produktów utwierdzałam się w przekonaniu 'wow, za takie walory to cena nie jest taka straszna'. Teraz kiedy w moje łapki wpada jakieś 'cudo' spod tego szyldu to naprawdę cieszę się jak dziecko, które w sklepiku osiedlowym dostało co najmniej lizaka serduszko za 20 gr! Jest coś takiego w ich pielęgnacji, że w zupełności spełnia moje oczekiwania: czy to moje wymagania zapachowe czy też w kwestii samego działania, zazwyczaj jestem zadowolona. Kiedy napisał do mnie Żeluś (Magda :D ♥) z pytaniem 'wolisz cytrynę czy piwonię?' w ciemno wybrałam to drugie, dopiero po kilku sekundach okazało się, że zakupiła ona nowości z oferty marki kremy do ciała w dwóch wariantach zapachowych. Czy nowe opakowania i zapach Pink Peony równie mocno skradły moje serducho jak niegdyś seria Beautiful Day? Czy to 'nowe' rozbudziło we mnie pragnienie poznania tej serii Tutti Dolci?


Nowa seria Tutti Dolci zupełnie nie przypomina kosmetyków BBW. Nowa szata graficzna: niby prosta, bez zbędnych efektów, pięknych kolorowych obrazków do dziś wprawia mnie w osłupienie i tak szczerze mówiąc, gdyby nie nazwa marki na nim to w życiu bym nie zgadła z jakiej firmy mam kosmetyk. Z jednej strony to fajnie, że marka BBW pomyślała by zrobić tak stonowaną kompozycję, urzekającą w prostocie a z drugiej czy razem z tym nie zmieniło się też działanie kosmetyku? No bo przecież jak są zmiany to niech są już na całego? :)

Krem do ciała z nowej kolekcji TUTTI DOLCI o nutach zapachowych kwitnących kwiatów peonii, różowej porzeczki i białego bursztynu.




Porównując go z poprzednim kremem do ciała tejże marki, który kilka miesięcy temu gościł w mojej kosmetyczce to powiem ... jest zupełnie inaczej! Owszem z kwestii praktycznej aspekty działania nie uległy zbytniej zmianie, ba nie uległy pogorszeniu ale została zmieniona jego formuła.
Pink Peony nadal dobrze radzi sobie z nawilżeniem, nadal może służyć jako kosmetyk 'wielofunkcyjny' ale też w tym przypadku (jak poprzednio) może być niezbyt wystarczający dla skór suchych. Nie zrozumcie mnie źle - jeśli macie suche pięty czy też dłonie, ok poradzi sobie z tym ale w moim odczuciu na większej powierzchni i z poważniejszym takim problem ten krem może nie dać rady, doraźnie owszem, na dłuższą metę - nie.
Ok i znowu mamy mega długi skład, który w moim przypadku nie szkodzi: nie uczula, nie podrażnia ani nic z tych rzeczy. Czy oprócz nawilżenia na poziomie 'ok, dla mnie może być' otrzymujemy coś jeszcze? Krem delikatnie wygładza szorstkości na skórze, jednak nie jest to zbyt mocne działanie (tu czytaj ---> na tyle by zrezygnować z dodatkowej pielęgnacji innymi preparatami czy oznaczałoby rezygnację z fundowania sobie peelingów).

Co uległo zmianie? Konsystencja - w przypadku poprzedniego kremu była ona lekka, jak bardzo leciutki krem nawilżający natomiast Pink Peony ma gęstą, żółtawą masę, które idealnie się rozprowadza. Z początku myślałam, że ta gęstość (mi to trochę przypomina takie kremy do golenia z tubki) będzie nie do rozsmarowania a tu proszę: nie bieli, wchłania się błyskawicznie, nie zostawia tłustej warstwy i po jakiś 2 - 3 minutach człowiek może spokojnie się ubierać. I tu paradoks mimo, że jest gestu to jednak na 'mizianie' skóry potrzebuj go więcej. 

Opakowanie zmieniło tylko szatę graficzną, zamykanie i cała reszta nadal bez zarzutu ;D



To co mnie rozczarowało w tym kremie to zapach. I wiem jak to dziwnie brzmi bo praktycznie BBW oczarowuje mnie swoimi zapachami (a poprzednia seria całkowicie wryła mi się w pamięć) to w przypadku różowej piwonii czuję lekki niedosyt. Nie czuję piwonii ani trochę, nawet kapki a więc co tym razem nam serwują? Sam w sobie zapach nie jest zły ... jest perfumeryjny po prostu, pachnie jak całkiem fajny 'casualowy' zapach - niezbyt nachalny, przyjemny i o ile jego poprzednicy potrafili godzinami 'siedzieć' na skórze tak Pink Peony po jakiś 2 znika całkowicie, inaczej ma się sprawa np. z moją pościelą bo tam znaczy się na niej delikatnie jeszcze go czuć. Co do wydajności to w tym przypadku miałam go równe 4 tygodnie ( o ponad 2 mniej niż z kremem Beautiful Day :P)

Nie powiem to nowe wcielenie Bath & Body Works wizualnie cieszy oko (spójrzcie np. na serię z kokosem!), w kwestii działania praktycznie dostajemy to samo ale mamy już zupełnie inną konsystencją (gęstą choć nie nazwałabym jej treściwą jednocześnie), gdzie ja zdecydowanie chyba wolę lżejszą formę tego kremu, a no i do tego ten perfumeryjny zapach i co z tego wynika?

Póki co moje odczucia są gdzieś pomiędzy: nie jest wow, jest poprawnie więc muszę zaopatrzyć się w inne produkty tej serii i może wtedy BBW ponownie mnie zaczaruje?

Kosmetyki Bath & Body Works dostaniecie w ich sklepach, w cenie 79 zł/ 226 g,

09:38

Braun Silk-épil 9 SkinSpa

Braun Silk-épil 9 SkinSpa
Lato w pełni. Festiwal krótkich sukienek, odsłoniętych nóg i wysokich obcasów trwa w najlepsze. Która z nas nie marzy o tym by w ten czas nie martwić się zbyt długimi włoskami na nogach lub/ i innych częściach ciała? Wiadomo wyjazdy wakacyjne, krótkie wycieczki za miasto na 2 - 3 dni z wypakowaną po brzegi kosmetyczką i walizką, która ledwo się domyka. Czy w tym czasie potrzebne jest nam martwienie się o każdy włosek? Czy naprawdę na każde wakacje/ krótki wypad musimy targać ze sobą cały sprzęt do golenia - woski, plastry czy też maszynki? Na przestrzeni lat na naszym rynku pojawiło się wiele produktów, które mają ułatwić nam dbanie o siebie, skracając przy tym czas wykonywanego zabiegu a jednocześnie wydłużając przerwy między następnym użyciem sprzętu. W tym roku o moje nóżki i nie tylko, ale też o moją buźkę zadba nowości marki #Braun - Silk-epil 9 SkinSpa - jak się okazuje w te wakacje funduję sobie prawdziwe Spa ;)


Do grona moich pomocników w walce o piękne ciało a dokładnie w myśl 'będę gładka i pachnąca' na moją łazienkową półkę wkroczył depilator #braun i ku mojemu zdziwieniu w tej samej przesyłce odkryłam szczoteczkę do oczyszczania twarzy - wypas co, nie?;) Pięknie się, testuję, oceniam, przyglądam, uczę się tych sprzętów - pora Wam powiedzieć słów kilka jak jest i czy ten luksus mi odpowiada w 100 %.

Depilator Silk-épil 9 Wet&Dry, najszybszy i najbardziej precyzyjny depilator Braun, usuwa nawet najkrótsze włoski, których nie łapie wosk, zapewniając do 4 tygodni nieskazitelnie gładkiej skóry. Nałóż nową szczoteczkę do głębokiego peelingu, która ogranicza wrastanie w skórę odrastających włosów dzięki działaniu złuszczającemu o 6-krotnie większej skuteczności niż w przypadku peelingu ręcznego. Szczoteczka do delikatnego peelingu wyraźnie poprawia wygląd skóry, nadając jej jedwabistą gładkość. Głowica goląca doskonale nadaje się do usuwania włosów w nawet najbardziej wrażliwych miejscach. Najnowsze urządzenie w serii: Nakładka do masażu głębokiego znacznie poprawia krążenie krwi, zapewniając w efekcie zauważalnie lepszy wygląd skóry.



Zacznę może od depilatora ... Muszę Wam powiedzieć, że to moje pierwsze spotkanie z tego typu urządzeniem i będąc z Wami szczera: bałam się go jak cholera! Nawet moja siostra nastraszyła mnie 'będzie boleć zobaczysz' więc wiecie - podchodziłam do niego jak 'pies do jeża'... I to niepotrzebnie, owszem jak w przypadku każdego zaawansowanego 'technologicznie' urządzenia początki bywają trudne - tak w tym przypadku po prostu trzeba go opanować i się nauczyć 'działania razem' ;)

Depilator Braun ma wszystko czego potrzebujemy: 3 nakładki, które umożliwią precyzyjną depilację wybranych miejsc, 3 szczoteczki z wymienną głowicą (wystarczy nacisnąć przycisk z tyłu by zmienić głowicę depilatora), szczoteczkę do czyszczenia oraz ładowarkę. Nasza cacko wyposażone jest w dwa tryby prędkości: I pozwala na delikatną pielęgnację, II natomiast zapewnia ekstrawydajne usuwanie włosków. W związku z tym, że to mój pierwszy depilator to póki co ja używam I stopnia ;D. Nad trybami prędkości mamy wbudowaną lampkę Smartlight dzięki, której dostrzeżecie każdy włosek (nawet ten najmniejszy).

Co mi się w nim podoba? To fakt, że jedno urządzenie a ma tyle funkcji, ma ultra kobiecy wygląd (tak, tak! On wygląda jakby był obsypany brokatem! :D) i można go używać zarówno na sucho jak i mokro.



Ale jak? Na sucho czy mokro go używać? To już zależy od Was - ja pokochałam używać go na mokro (w czasie kąpieli), po prostu łatwiej mi wtedy wszystko idzie i tak naprawdę mniej 'mnie boli'. Moja skóra potrzebuje jeszcze chwili czasu by się przyzwyczaić do zmiany urządzenia (z maszynki)  jednak z każdym kolejnym użyciem nie odczuwam już dyskomfortu.
Wystarczy tylko naciągnąć skórę i voila! Dzięki ruchomej głowicy depilatorem operuje się dziecinnie prosto i usuwa praktycznie każdy włosek.
Czy jest lepszy niż woski / maszynki i plastry?
Oczywiście! Żadne z powyższych nie jest idealne i dobrze same wiecie, że zostawia czasem włoski, tylko przycina lub po prostu sprawia ogromny ból. W przypadku depilatora Braun jest inaczej: jak się śpieszysz : możesz na sucho, jak masz chwilę możesz w kąpieli - dzięki temu, że jest on wodoodporny nie zrobisz mu krzywdy ani sobie. Usuwa włoski z większą precyzją - nawet te o długości 0.5 mm i tu muszę przyznać, że te krótsze włoski usuwa się znacznie lepiej (prościej) niż te ciut dłuższe, a dzięki szerokiej głowicy golarki wychwytuje ich więcej co zdecydowanie skraca czas naszego pięknienia się. Mam ogromną granicę bólu więc używanie depilatora od początku przypomina mi bardziej 'delikatne rażenie' dobrze, że teraz to znika i jak tylko nabiorę wprawy to wiem, że niedługo będzie bezboleśnie. ;)



Co mnie jara? 3 szczoteczki, które mamy do niego dołączone! Zielona z licznymi wypustkami, fioletowa i niebieska - każda z nich jest odpowiedzialna za coś innego.

- zielona: nakładka do masażu głębokiego. Masuje skórę znacznie głębiej niż typowa szczoteczka do ciała. W efekcie usprawnia krążenie krwi oraz pomaga znacznie poprawić wygląd skóry. Ona po prostu wibruje i to bardzo mocno i tutaj najbardziej lubię używać ją w II trybie prędkości - po prostu czad! Przy tym też świetnie ujędrnia ;)

- niebieska: szczoteczka do głębokiego peelingu. Szczoteczka do głębokiego peelingu jest delikatna, a mimo to skuteczna. Posiada bardzo wydajne włosie o wyjątkowym, trójkątnym kształcie. Regularne stosowanie pozwala zapobiec pozostawaniu włosków pod powierzchnią skóry oraz widocznie poprawia jej wygląd. Jak dla mnie ona bardzo delikatnie mizia - za to pięknie wygładza skórę. 

- fioletowa: szczotka do delikatnego peelingu. Dzięki 10 000 drobnych włosów ta szczoteczka o dużej gęstości usuwa obumarłe komórki skóry i pobudza ją do regeneracji. Skóra tak jedwabiście gładka, że nie możesz przestać jej dotykać. Jej używam najczęściej- wygładza, regeneruje i mam wrażenie, że też napina skórę. 





Gdzie Ty byłaś całe moje życie??! Tyle chcę powiedzieć o szczoteczce sonicznej do twarzy, którą znalazłam w przesyłce. Ja po prostu nie mam pojęcia jak mogłam wcześniej bez niej żyć?! Dzięki niej moja 'pielęgnacyjna rutyna' stała się jeszcze bardziej efektowna, moja cera wygląda jeszcze lepiej a ja po prostu za każdym razem zadziwiam się tym, że takie niepozorne urządzenie może sprawiać tyle radości i tyle dobrego!

Szczoteczka Braun zasilana jest bateriami (dołączonymi w zestawie). Posiada też trzy wymienne szczoteczki. Moja ulubiona? Niebieska oczywiście :D.

- biała szczoteczka jest szczoteczką podstawową. Ma sztywniejsze włosie (niż np. różowa) i przypadnie do gustu tym osobom, które oczekują mocnego miziania (polecam ją cerze tłustej i mieszanej).

- różowa ma ultradelikatne włosie jest łagodniejsza niż biała i z całą pewnością przypadnie do gustu osobom z cerą naczynkową czy z problemami skórnymi.

- niebieska jest przeznaczona do peelingu i ma moc! Dodaj do niej swój ulubiony/ dowolny peeling a Twoja buzia będzie wręcz promienieć z czystości! 

Buzzoole


Oczywiście i tu mamy dwa tryby: pierwszy jak włączamy nasze urządzenie jak i drugi (przycisk poniżej), który wprowadza szczoteczkę w szybsze ruchy.

Muszę Wam powiedzieć, że i szczotka i depilator nie spowodowały u mnie żadnego podrażnienia czy zaczerwienienia. Oczywiście, że przygoda z depilatorem może być lekko bolesna ale to przecież przejściowe zaś szczoteczka soniczna - moja wielka miłość ♥

Używacie depilatorów lub szczoteczek do twarzy? Jakie macie wrażenia lub doświadczenia z tymi urządzeniami?;)

00:46

Blogi, które czytam # 14

Blogi, które czytam # 14
Przyznaję się bez bicia - początek lipca jest dla naszej rodziny katastrofalny więc częściej siedzę na Instagramie (którego ogarnięcie zajmuje mi 10 minut) niż piszę tutaj większe treści. Po prostu kiedy wieczorem siadam, zwyczajnie po ludzku opuszcza mnie siła/ wena i nie mam chęci do pisania. Wiem , powiecie to przejściowe - pewnie, że tak ale są w życiu sytuacje (takie jak u nas obecnie), że człowiek nie myśli o tym by pisać z sensem czy tak jak dziś chwalić kogoś za pracę. Z drugiej strony nie mogę Was zaniedbywać więc siedzę sobie tu, popijam herbatkę z imbirem i zabieram się za kolejną edycję poczytnych blogów - i z góry proszę o wybaczenie jeśli będzie o blogach krótko ale o tej godzinie (a dokładnie mamy piątek i 23:27) nie myślę logicznie (a tak między nami ten tydzień był ***ujowy).

1. StellaLily Beauty Blog


Próbuję sobie przypomnieć moment kiedy odkryłam jej miejsce - nie potrafię/ nie mogę więc to musiało być dawno temu. Teraz ten blog śmiało można nazwać 'starą gwardią' bo wiecie to jest miejsce, które istnieje już parę lat i nadal trzyma poziom. Sylwia zawsze kusiła luksusem, pokazuje cudeńka jakby z innej planety i nadal mimo wszystko zachowuje przy tym pełen obiektywizm. Uwielbiam to w jaki sposób czaruje pędzlem tworząc świetne makijaże - zawsze jestem pod wrażeniem bo talent to ona ma ogromny! Jeśli miałabym powiedzieć z czym mi się kojarzy to byłyby to dwie rzeczy: błysk i Kat von D. Spójrzcie na jakikolwiek makijaż to zrozumiecie pierwszą część mojego skojarzenie a czemu z Kat? Nie znam żadnej osoby (przynajmniej nie przypominam sobie teraz), który by miała takie rozeznanie w tej marce - i tak szczerze jeśli miałabym kupić coś z ich produktów to wszelkich informacji szukałabym u Sylwii. Poza tym ona ma coś takiego co przyciąga, pewien magnetyzm: może to zielone paczadełko w makijażu albo słodko różowe usta? Nie mam pojęcia ale czuję się dobrze u niej (zwłaszcza jak pisze o pielęgnacji Guerlain ♥).

2. Suchocka bloguje


Blog Pauli należy do kategorii 'powrót po xx czasie'. Ona już tu była, ona już miała swoje miejsce w sieci ale na jakiś czas zniknęła, stary blog odszedł w niepamięć a ona sama z masą pozytywnej energii i chęcią do działania wróciła i to w jakim stylu! Pamiętam jej poprzedni blog - przecież obserwowałam i komentowałam wpisy więc ucieszyła mnie wiadomość, że Paula pisze ponownie i właśnie taką ją pamiętam: wiecznie uśmiechniętą, bez kompleksów, piszącą proste i szczerze wręcz z serducha. Nie ma owijania w bawełnę, pokrętnych tłumaczeń czy przysłowiowego 'lania wody' - ona się skupia na tym co my chcemy wiedzieć - jednym słowem dostarcza nam konkretne informacje. O powrocie jej blog na niczym nie stracił, wydaje mi się, że zyskał jeszcze więcej: ok, #freshstart ale nie tylko: nowe możliwości, nabrał 'wiatru w żagle' a sama Paula jest jeszcze dokładniejsza, dopracowała swoje zdjęcia a przede wszystkim w 100 % wykorzystuje swój potencjał ;)

3. Do połowy pełna ...


Pamiętacie swoich pierwszych czytelników? Ja tak i śmiało mogę powiedzieć, że Karolina była jedną z pierwszych takich osób u mnie. Wtedy czułam się wyróżniona, że ktoś taki jak ona poświęca czas na mojego wtedy 'małego brzydkiego' bloga. A teraz? Teraz to z dumą patrzę na jej pracę i rozwój, dziewczyna pięknie się rozwinęła przez ten czas zmieniając swoje miejsce w spójną, czystą całość. Nie ma tam dupereli czy postów, które 'są bo są' - Karolina pisze o tym co się sprawdza czy jest dla niej hitem. Dzieli się swoimi perełkami i odkryciami w taki sposób, że człowiek ma ochotę iść do sklepu, jak ona to robi? Proste - pisze zwyczajnie jak do najlepszej koleżanki przez co czytanie bloga jest łatwe i przyjemne. Ona jest jak dobra, nie, złe określenie jak jedna z lepszych koleżanek, która zawsze będzie Ci doradzać i pomoże wybrać tylko te najlepsze produkty odpowiednie dla Ciebie. Optymizm, przydatne rzeczy i same dobre kosmetyki - czego chcieć więcej?;>

4. My Lovely Fuchsia


Są tu osoby, które interesują się naturalnymi specyfikami? Albo takie, które starają się rozgryźć poszczególne składniki? W takim razie mam dla Was taki blog! Kamila jest osobą, która nie ukrywa, że coraz częściej spogląda na półkę z naturalnymi produktami. Bardzo często możecie u niej poczytać o produktach z dobrym składem i to nie tylko takich dla dorosłych ale też dla dzieci. W jej postach znajdziesz nie tylko rzetelne recenzje ale odpowiedzi na pytanie 'szkodzi/nie szkodzi' i masę przydatnych wskazówek w tej kwestii. A jeśli zaczynacie dopiero swoją przygodę z naturą to jej miejsce doskonale Was wdrąży w ten temat. Ona sama mówi, że czasem stosuje coś mało 'naturalnego' ale przecież która z nas tego nie robi? Jeśli chcecie podążać śladem naturalnych produktów i stawiacie dopiero pierwsze kroczki w tej strefie to blog Kamili  jest idealnym miejscem na naukę i Wasz start w tą dziedzinę - bo przecież warto mieć takie miejsce które w jakiś sposób Was pokieruje ;)

5. Kherblog


Dziś jako moje odkrycie ostatnich tygodni mam dla Was istną dobrze rokującą petardę! Kherblog to pierwszy blog, który obserwuje i jest prowadzonych w dwóch językach: angielskim i polskim co już samo w sobie wzbudza ogromny szacunek dla pracy autorki. Co tam znajdziecie? Masę informacji na temat azjatyckiej pielęgnacji bo głównie na niej opiera się blog, fanki tych specyfików będą zachwycone! Bogate i rozbudowane treści zawierają ogrom rzeczy które chcesz wiedzieć, wskazówek i robią naprawdę wrażenie. To co mogę powiedzieć to wow i wielki szacunek za kawał świetnej i dobrze robionej roboty! Dokładność, skrupulatność i nutka tajemniczości sprawia, że ten blog zapada głęboko w pamięć!

Ok, to już wszystko na dziś, mamy godzinę 00: 40 więc już czas hasiu ;) Dajcie znać który znacie a który to dla Was nowość ;)


Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger