23:18

Biolove mus do ciała Brownie & Orange

Biolove mus do ciała Brownie & Orange
Nigdy nie ukrywałam, że marka Biolove uwiodła mnie za pierwszym razem zapachem, który mi zafundowała i tak naprawdę było mi mało! Z każdym ich kolejnym produktem to nie moje łapki cieszą się na widok czegoś nowego a właśnie mój zmysł powonienia, który liczy na przyjemną ucztę! Więc nie było dla mnie dziwne kiedy następny produkt od nich mus do ciała w bardzo zachwalanej wariacji Brownie with Orange najpierw próbował omamić mój nosek żebym potem skraść serce dzięki jego działaniu - jednak nos noskiem, działanie działaniem a ja nadal jestem marudna i nadal doszukuje się czegoś 'więcej/ bardziej' od produktu. Pytanie tylko czy kombinacja zapachowa jest tak samo apetyczna jak działanie?


Przypomnijmy, że Biolove to marka naturalnych kosmetyków, które dostaniecie w Kontigo (stacjonarnie ale od jakiegoś czasu już online). Mówiłam już Wam, że kupuje mnie zapachem i szatą graficzną, która zawsze mi się podoba. Seria Brownie with Orange wyszła bodajże w okresie zimowym ale co tam, nasze lato to prawie jesień (lipcopad :D) więc prawie Żeluś trafił w porę roku :D

Lekki mus do ciała o zapachu brownie z pomarańczą z zimowej serii. Wzbogacony woskiem pszczelim działa nawilżająco, natłuszczająco i ochronnie. Dzięki obecności masła shea odżywia i regenuruje skórę.

BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER,GLYCINE SOJA OIL,CAPRYLIC / CAPRIC TRIGLYCERIDE, CERA ALBA, GLYCERIN, CETYL ALCOHOL, TOCOPHERYL ACETATE,CITRUS AURANTIUM DULCIS PEEL OIL, PARFUM, LIMONENE,LINALOOL, CITRAL, CITRONELLOL



I go lubię i nie. I czasami się nim zachwycam a czasami po prostu nie mam ochoty go używać. Raz mi się wydaje, że jest lekki, raz że zbyt ciężki. Pierwszy raz mam produkt, którego się waham, którego nie jestem w stanie w pełni pozytywnie ocenić. Bo sprawa z nim się ma tak:

  •  to nie jest mus do stosowania w bardzo ciepłe dni, ponieważ kompletnie nie wchłania się i cała ta tłusta powłoczka zostaje na skórze,
  • dobrze radzi sobie z szorstkimi miejscami czy suchymi partiami ciała ale ... to jest takie 'momentowe' , przez chwilę,
  • im mniej tym lepiej, większa ilość musu powoduje, że ja mam wrażenie iż ktoś wysmarował mnie smalcem i chce podpiec ;O.
  • spodziewałam się większego nawilżenia ale moja skóra po kilku godzinach woła o jeszcze i to pierwszy taki produkt, który tak 'mi robi',
  • wchłania się powoli ( w większej ilość w ogóle 'stoi' w miejscu) i zostawia na skórze uczucie takiego otulenia ... tłustego otulenia.
On nie jest zły ale może ta pora roku to nie jest pora mu sprzyjająca ? A tak całkiem poważnie, mus w swojej konsystencji wydaje się lekki, łatwo go wydobyć paluchami i dość szybko staje się 'plastyczny'. 



Podoba mi się w nim to, że to jeden z tych musów, który bąbelkuje pod palcami i naprawdę sprawia mi to radość. W nabieraniu/ manierowaniu jest cacy i z tym nie mam kłopotu. Czuć, że ten mus jest tłusty, lepki.
Ewidentnie jego atutem jest zapach: pomarańczowo-czekoladowy gdzie dominuje (na mój nos) owocowa nuta. Jest naprawdę piękny, apetyczny i uzależniający i ... strasznie nietrwały ;(. Czuć go podczas nakładania i do jakiejś pół godziny na skórze a potem lipa, nic, zapachu nie ma ;x.
W kwestii wydajności mus miałam przez 3 tygodnie.


Lubię musy bo fajnie bąbelkują, ten pięknie pachnie aczkolwiek działanie i krótkotrwałość zapachu sprawia, że ta wersja nie przypada mi do gustu. Ja wiem, że Biolove ma kosmetyki warte uwagi ale ta seria lekko mnie rozczarowała i jak będę miała chęć by wrócić do tych musów to pewnie postawię na wersję czysto owocową (ale to już jesienią / zimą).

Mus dostaniecie w Kontigo , 150 ml / ok 25 zł.

23:47

Nie każdy może być 'człowiekiem'

Nie każdy może być 'człowiekiem'
Człowiek - brzmi to tak pospolicie i tak 'zwyczajnie' że nawet ja czasami się łapię na tym, że nie każdy z moich znajomych czy też obcych ludzi nie zasługuje by tak się do niego 'odnosić'. Z boku im się przyglądam, w głowie wyrabiam swoje zdanie i myślę, w którym momencie ich ewolucja popełniła błąd i zeszła dosłownie na psy, a może to winna ich genów/otoczenia/sterotypów? Może po prostu niektórzy uważają się 'za Bóg wie co' i wg ich słowa wolno im wszystko a reszta to pospolite robaczki? Dlaczego o tym mówię? Bo nie każdy może nazywać się człowiekiem, bo do nie każdego można tak powiedzieć - ostatnie zawirowania w moim otoczeniu pokazały mi, że człowiek człowiekowi nie równy i mamy albo człowieka pierwszej klasy albo typowego lecącego w kulki ignoranta, którego interesuje własny pierd, ewentualnie pójdzie za tłumem i będzie pierdzielił głupoty. W pewnym momencie stałam się zbyt wyczulona na ludzkie zachowania i naprawdę gdybym mogła skopałabym niektórym ich dupy za to co robią!


Przedstawię Wam trzy sytuacje z mojego życia: dosłownie przekonałam się na własnej skórze dlaczego niektórzy ludzie to zwyczajne (za przeproszeniem) skurwiele i dlaczego ja czasami po prostu wolałabym być gdzie indziej - i jestem święcie przekonana, że każda z Was też zna takich 'dobrych ludzi':

#sytuacja 1:
Był na naszej wsi pan, bez nóg, które stracił w wypadku. Po drodze poruszał się wózkiem, obok niego zawsze szedł pies - wielu miało mu to za złe, przeklinało, wyzywało, że blokuje ruch i że dla 'jednego kaleki' ludzie muszą zwalniać. Przeszkadzał im pies, z którym chodził bo nie dość, że 'on sam wygląda jak lump to po co mu pies skoro na niego się drze i go bije?'. Wiecie ogólnie jaki to on zły, jaki kurwa niedobry i po co żyje na tej wsi, po co mu pies, on też przecież okropny dla ludzi bo się z nimi nie patyczkował - jednym słowem był przeszkodą jakże dla wspierających człowieków naszego miasteczka, ale nikt mu nie chciał pomóc. Nikt nie wyciągnął do niego ręki, prędzej by splunął mu pod nogi. Przyznaje mi był obojętny, nie przeszkadzał, zawsze mówiłam mu 'dzień dobry' a przynajmniej starałam się to robić, ale wiecie ja nie należę do ludzi, którzy będą kogoś poniewierać w taki sposób. Jednak stała się rzecz niesłychana - owy pan trafił do DPS i .. lawina ruszyła! Och takie pospolite ruszenie bo poszedł tam bez psa i wiecie co? Hipokryci odzywali się, że trzeba mu pomóc, bo on musi mieć tego psa, bo tego jego przyjaciel , bo go szkoda, a pan x to przecież równy gość - takie jedno wielkie sranie w banie i cuda na kiju. Gdy czytałam te wszystkie ich komentarze to nie wiedziałam, czy płakać czy co: jeszcze tak niedawno obrzucali go kurwami i innymi epitetami a teraz moja społeczność taka kochana i prawie cała wieś, zgodnie odpowiedziała 'zawsze mu pomagałem/ am'. No jasne taki wielki uj, tylko szkoda, że ja nie widziałam tego aby między jednym darciem ryja czy ich koszmarnym ubliżaniem, któryś z tych ludzi kupił mu choć bułkę - no ale, przecież lepiej coś napisać niż to zrobić.

#sytuacja 2:
Kiedy pan x znalazł swój kąt, po kilku tygodniach na tej wsi pojawił się nowy pan. Ta sama sytuacja : na wózku, bez obu nóg, z początku myślałam, że to pan z powyższej historii ale okazało się, że to nie ta sama osoba. Mając w pamięci tamte sytuacje obiecałam sobie, że jak go spotkam to kupię mu cholerne bułki i cholerną wodę. Długi czas go nie było, aż w końcu kiedy szłam od mojej przyszywanej babci go spotkałam: koło niego stało dwóch facetów i zabawiało go jakże irytującą gadką, czekałam 20 minut aż sobie pójdą a ja w tym czasie popędziłam do sklepu. Kupiłam 3 bułki i 1,5 l wody gazowanej - straciłam całe 2.90 zł, którego braku nie odczułam. Panowie poszli więc ja podeszłam do pana i mówię:
- to dla pana, proszę.
- pani myśli, że to ja ...pan x (tu pada nazwisko)
- nie, ja po prostu obiecałam sobie, że jak pana spotkam to kupię bułkę i wodę i panu dam, tak po prostu
- nie trzeba pani to zabierze, ja mam pieniądze
- proszę, ja od tego nie zbiednieję.
Zabrał, powiedział dziękuję i się nieśmiało uśmiechnął - na odchodnym widziałam, że zaczyna jeść i pić a garstka ludzi, która stała na tym rynku / placu patrzyła się na mnie jak na jakąś idiotkę. kretynkę, która robi cyrk.
Poczułam się inaczej, dobrze, naprawdę z tym było mi dobrze. Powiedziałam mamie o tym, a ona się śmiała ot tak po prostu bo zna tego pana, bo on nie jest żadnym żulem czy pijakiem, ma rodzinę i swoje pieniądze. Czy poczułam się źle przez to? Nie, wręcz przeciwnie , teraz za każdym razem jak idę i siedzi ten pan z daleka woła 'dzień dobry' co jest dla mnie najlepszym podziękowaniem.


#sytuacja 3:
Dwa lata temu jechałam z koleżanką na rehabilitację/ Dziadki mnie znali już dłuższy czas (często dziadek korzystał z moich usług bo ponoć 'jestem najlepsza w fachu'), a Aga miała coś po drodze załatwić więc postanowiła jechać przez inną wieś, zrobić swoje a my lekko się późnimy. Spóźniłyśmy się o jakieś pół godziny może 40 minut bo? Centralnie wjeżdżając do tej wsi na drodze leżała starsza pani z zakrwawioną głową. Obok sklep, stoi 5 czy 6 chłopów piją piwko ( to był chyba lipiec bo gorąco jak diabli) i kto? sołtys wsi. Nikt się nie ruszył - tylko my. Aga wezwała pogotowie a ja podnoszę starszą panią, skóra na głowie wis ona ledwo przytomna a tam spod sklepu odzywają się te gnoje: ' pani ją zostawi, niech leży to pijaczka zawodowa'. No kurwa mać wiecie jaką miałam kurwicę wtedy? Swoje powiedziałam, że to człowiek, starsza pani i trzeba jej pomóc a nie tak zostawiać a skoro oni nic nie robią to życzę by ich tak też potraktowano...
20 minut minęło nim przyjechało pogotowie, pani na zmianę mdlała i coś tam mówiła (a cały czas miałam ją na swoich rękach położoną), że syn ja zostawił, nikt pomóc nie chce i takie tam, a ja wysłuchiwałam docinków jakie my to głupie jesteśmy i w ogóle. Aga też nie wytrzymała i swoje powiedziała, ile mogłyśmy słuchać?! Przyjechało pogotowie, zapakowali babkę do szpitala a tam zrobiło się zbiegowisko i znowu nagonka na nas 'bo to pijaczka, znowu będzie to samo, będzie leżeć menelka jedna...' chyba pierwszy raz miałam ochotę postawić kogoś pod murem i strzelić im w łeb. Dosłownie. Pamiętam, że im coś powiedziałam, coś w stylu 'że oni to bydło a nie kurwa ludzie'.
Kilka dni później spotkałam tą panią: wychodziła ze sklepu więc podeszłam i spytałam jak się czuje, nie poznała mnie od razu dopiero po chwili zaczęła mi dziękować za pomoc, za to że byłyśmy bo inni mieli wyjebane .. Okazuje się, że w szpitalu musieli zszyć głowę bo rana okazała się dość poważna. Czułam się wtedy dumna z siebie, i chciałam nagłośnić cała sprawę kogo wybiera się na sołtysa i co robią tacy ludzie i wiecie co usłyszałam? Pani z lokalnego naszego portalu niby po kontakcie z owym sołtysem napisała mi 'taka sytuacja nie miała miejsca' :O.
Ok, bez komentarza.



Rok później zadzwonił do mnie ten sołtys: chciał rehabilitację bo nie ma czasu czekać na miejsce w przychodni a ja jestem szeroko zachwalana ... Odmówiłam. Bo nie tylko miałam rozwaloną nogę ale nie chciałam, nie oddzwoniłam już później do niego i chociaż czasem mi było żal, że komuś odmawiam pomocy (to moja praca przecież ....) to w tym przypadku czułam to za słuszną decyzję.
Btw. karma to suka!

I co? Nie każdy może być 'człowiekiem' bo bycie nim wiąże też się z pewnymi prawami, zasadami. Bo człowiek ma nie tylko myśleć ale i działać, po przecież dla mnie to jest odruchowe, nic nie kosztuje i po prostu jest normalne? Ale ja to ja to ja, nie mogę mówić za innych, którzy są po prostu 'wynaturzeni'.

A Ty? Czy w pełni możesz powiedzieć o sobie 'jestem człowiekiem takim jakim chcę być'?

P/s wpis nie jest sponsorowany czy napisany dla jakiejś potrzeby.
P/s 2 miał pojawić się w sobotę ale nie było prądu więc pojawia się dziś bo jutro wolne.
P/s 3 i nawet nie próbujcie mi mówić, że mam dobre serce czy jaka ze mnie wspaniała osoba!

Wasza roztargniona Ruda, która kończyć czytać drugą książkę Jojo Moyes.

23:32

Balea kremowe pianki pod prysznic: Sweet Cake, Vanilla Cream, Fresh & Fruity

Balea kremowe pianki pod prysznic: Sweet Cake, Vanilla Cream, Fresh & Fruity
Od kiedy w mojej łazience na stałe zagościły pianki do mycia to przestałam zwracać uwagi na żele. Ot tak, po prostu już nie mam w szafce 3 - 5 żeli w zapasie tylko same pianki, a raczej miałam. Nie będę ukrywać, że pianki z Balea lubię, i to bardzo - miałam ich bodajże już 6 i dziwię się samej sobie, że dopiero teraz postanowiłam napisać słów kilka o nich, zwłaszcza że na rynku oprócz kultowych (i droższych) pianek Rituals można teraz kupić musy Nivea czy też inne cuda ;). Jednak zanim zaczęłam regularnie używać pianek myślałam, że nie potrafią i nie zastąpią mi żelu, że będzie mi ciężko się przestawić na taką formę pielęgnacji skóry - a jednak się w tym względzie pomyliłam :D


Regularnym dostawcą pianek jest moja Julia, która za każdym razem oświadcza mi, którą powinnam wywalić (bo ona jak ja, najpierw je w domu wącha i ocenia czy się  nadają, żebym ja blogerka nie napisała iż mi gówno z Niemiec wozi :D:D).

Delikatna pianka ożywia ciało i umysł, pozostawiając niesamowity zapach. Naturalne łagodne składniki tj. olej z awokado zachowują równowagę skóry. Innowacyjny dozownik ułatwia aplikację, pianka jest również bardzo wydajna. Produkt przebadany dermatologicznie, wegański. 

Miałam kiedyś wersję niebieską coś związanego z Hawajami, którą też lubiłam - dzisiejsi bohaterowi od lewej patrząc to lody waniliowe, słodkie ciasteczko i świeżo - owocowy duet. Działanie, wydajność w moim odczuciu w każdej wersji jest jednakowe.



Muszę powiedzieć, że pianki to niezła frajda w kąpieli - używałam je ja, moje małe blond gluto i brat (który czekał aż jakiś żel w końcu postawię na szafce a tu ni hu hu :D). I chyba na nowo odkryłam w sobie dzięki nim małe rude dziecko , a na pewno (nie) moje dziecię uwielbia zabawę i kąpiel z nimi :D.
Praktycznie robią to samo co zwykły żel: myją i delikatnie nawilżają skórę. Słyszałam sporo, że mogą przesuszać jednak w naszym przypadku taka sytuacja miejsca nie miała, nie było też podrażnień czy jakiś innych 'złych efektów' stosowania. Oczyszczają skórę jak każde takie myjadło, nie zostawią lepkiego filmu na skórze.
Czy robią coś więcej niż żel? Nie, nie wydaje mi się , robią to samo co każde myjadło, z tym że największa heca jest jak już ją wydobędziemy z opakowania (o ile to nastąpi) ...

Bo nie będę ukrywać, że Fresh & Fruity najbardziej wnerwiała mnie ze swoim opakowaniem. Owszem tak jak je towarzyszki pianki zamknięte są w aluminiowych tubkach, wystarczy tylko 'nacisnąć' i mamy naszą piankę choć ostrzegam, że niektóre tubki mają toporne przyciski i trzeba mocniej nacisnąć by je 'odblokować'. A przyznajcie szczerze, że grafiki mają urocze (a ja z początku myślałam, że ta truskawka to bobas ;D)



Ale pianka to pianka i jest naprawdę świetna! Gęsta, aksamitna w dotyku i nie spływająca między palcami. Świetnie trzyma się na skórze z tym, że:
- jeśli będziecie nią smarować suchą skórę, to wtedy ma się wrażenie, że jest ciężka i ma dość 'sztywną' strukturę (coś na kształt mocno ubitej piany, która nie wylatuje z miski) po prostu zauważycie, że trudno ją będzie rozprowadzić na ciele,
- na mokrej skórze daje świetny poślizg i bardzo szybko czuć takie 'musujące bąbelki' podczas miziania się nią.

Nie wiem jak to wygląda z kultowymi piankami Rituals czy innymi pianki różnych marek, ale te mają to do siebie, że nałożone na ciało nie uciekają a jeśli wpadnie do wody to się rozpuszcza dając przy tym mnóstwo gęstej piany! (co najbardziej uwielbia nasze dziecię gdyż próbując je łapać w wodzie od razu jej się rozpuszczają).

Moje zapachy nie są chemiczne ani sztucznie przesłodzone, najbardziej ciężki do zdefiniowania był / jest dla mnie wariant Vanilla Cream i tu w kwestii zapachowej postawiłabym go na równi z Sweet Cake bo nie czuję między nimi zbytniej różnicy. Jedynym minusem tych zapachów jest fakt, że czuć je tylko moment w kąpieli (w przypadku tych dwóch) bo Fresh & Fruity wypada o niebo lepiej!



 A jakie w końcu są te zapachy?:

  • Vanilla Cream czyli nasze waniliowe lody w moim odczuciu takich zwyczajnych lodów nie przypominają, owszem zapach jest lekko słodki z przełamaniem jakiejś cytrusowej, kwaśnej nuty. Nie czuję w nim wanilii ani czegoś co by przypominało takie lody i z całej trójki ma naprawdę najsłabiej wyczuwalny aromat,
  • Sweet Cake był długo moim faworytem ze względu na słodki zapach truskawkowej mamby! Dosłownie pachnie jak rozpuszczalna mamba  w tej wersji i naprawdę ta słodkość bije po nosku! Z drugiej strony moja Julia od początku mówiła, że dla niej ta wersja śmierdzi i w sumie nie wiem dlaczego, bo tak szczerze to ta mamba może być dla niektórych za słodka,
  • Fresh & Fruity to zdecydowanie idealne połączenia grejpfruta i limonki (z czego grejpfruta nie znoszę!) i tutaj zdecydowanie to grejpfrut wychodzi ze swoją kwaśną nutą na prowadzenie. Nie ma słodkości jest cierpki/ kwaśny zapach owoców taki mocno orzeźwiający i właśnie tą wersję można wyczuć później na skórze.


Chociaż na zdjęciu tego nie widać to Sweet Cake miał lekko pomarańczowy kolor, Vanilla Cream lekko różowy tak samo jak Fresh & Fruity. Mimo, że mają one jakieś kolory to wody nie barwią (a szkoda).

Spotkałam się z opinią, że są niewydajne i znowu temu zaprzeczę bo nasza trójka używa ich namiętnie i jeden okaz starcza nam na cały miesiąc (a tu zdajcie sobie sprawę ile pianki do kąpieli bierze 4 latek! :D).

Co mogę powiedzieć? Są fajne i 'inne' i naprawdę dają mnóstwo radości. Może nie jest to jakieś wybitnie zapachowe cudo, nie nawilża też wybitnie ale czasem przyda się taka odskocznia od tych tradycyjnych mazideł kąpielowych.

Pianki dostaniecie np. tu ---> klik 200 ml / 15.40 zł

00:32

Made in Sephora: róż do policzków Colorful 30 - Amuse Me!, woda micelarna Węgiel, super płyn do usuwania wodoodpornego makijażu oczu, pomadka Rouge Creme Belly Dancing

Made in Sephora: róż do policzków Colorful 30 - Amuse Me!, woda micelarna Węgiel, super płyn do usuwania wodoodpornego makijażu oczu, pomadka Rouge Creme Belly Dancing
Uff to zdecydowanie za długi tytuł ale obiecałam już kilka tygodni temu tego posta i właśnie słowa dotrzymuję! Będzie długo ale mam nadzieję, że przejdziemy przez to szybko ;D. Co jakiś czas mam okazję poznawać asortyment marki własnej Sephora - tym razem postanowiłam zebrać cztery produkty, które w ostatnim czasie stosowałam i napisać słów kilka o nich (a kto wie, może kiedyś będzie kontynuacja serii?;)). Nie będę ukrywać, że miałam więcej ich produktów jednak nigdy nie wpadłam na pomysł zbiorczego postu ... ale do rzeczy bo przed Wami cztery produkty: dwa z kolorówki czyli róż i pomadka, oraz dwa z pielęgnacji twarzy: płyn i płyn (ha!), będzie masa zdjęć (które zrobiłam 1 maja ... dobrze, że w końcu biorę się za ten temat :D), będę i ja - no to co, gotowe?;)



Colorful, róż do policzków 30 - Amuse Me!

Róż w mojej kosmetyczce (a raczej mamy bo to moja mama dostała go od Aguś :*) gości od stycznia i myślę, że po tylu miesiącach zdążyłam poznać go z każdej strony i jednego jestem pewna: moja miłość do brzoskwiniowych tonów nie słabnie! :)

Gama różów do policzków o wykończeniu matowym, satynowym lub opalizującym. 
Intensywne i długotrwałe kolory zaspokoją każdy gust : ożywiona pierwszą randką z policzkami jak satynowy koral, w euforii po wspaniałej wiadomości i brzoskwiniowo-matowe rumieńce... jest tyle sposobów na zaróżowione policzki ! 

Do jakiego rodzaju makijażu ?
- Ultra naturalny i długotrwały rezultat. 
- Aksamitna, drobna formuła idealnie łączy się ze skórą bez efektu obciążenia. 
- Modulowana intensywność zależna od ilości aplikowanego produktu.




Niech was nie zwiedzie ten kolor, w rzeczywistości mój odcień jest bardziej brzoskwiniowy niż różowy! :) Lubię go za to, że nie pyli i nie osypuje i cudownie trzyma się pędzla. Nie jest mocno napigmentowany co może być minusem ale z drugiej strony patrząc na jego kolor to dzięki temu nie zrobimy sobie nim plam (tak, nawet te osoby, które uważają się za dwie lewe ręce w makijażu z łatwością opanują jego stosowanie). Na pierwszy rzut oka tego nie widać, na swatchu też nie ale zawiera on w sobie drobinki!  Z początku myślałam, że to taki wiecie zwykły matowy odcień a wystarczyło lepsze światło i moim oczom ukazał się świetlisty blask! W tym opakowaniu naprawdę cudnie i migocze .... i to wszystko co oferują te drobinki. Na buzi ich nie ma, nie widać , nie ma blasku - owszem, róż nadaje subtelny rumieniec, pięknie się komponuje z moją cerę i kolorem włosów ale gdzieś zniknęły te setki drobinek, które ma w sobie. Kolejny jego walor: zdecydowanie lekka i aksamitna formuła, której nie czuć! Już po dotknięciu go palcem czuć taką fajną 'miękkości'. Jednak Amuse Me ma jedną poważną wadę - znika w okamgnieniu! I nie ważne ile go dasz: dużo, mało po jakieś 3 godzinach na policzku nie zostaje żaden ślad po nim, żadna plamka czy choćby mały rumieniec, nic. Należę do osób, które akurat różu poprawiać nie będą ale na większe wyjścia czy imprezy to wolę się nie martwić o fakt, że za kilka chwil będę musiała go znowu malować :) No dobra, żeby nie być już taką krytyczną to jest cholernie wydajny znaczy się, ja w ogóle nie zauważyłam żadnego śladu użytkowania na nim ;)


Pomadka Rouge Creme - Belly Dancing

Belly Dancing nie tylko ma piękna nazwę ale jest też odcieniem, którego brakowało w mojej kosmetyczce: mocna czerwień, która w zależności od światła wpada w mocne bordo albo w piękną głęboką malinę! Jednak mimo tego czy ma coś więcej do zaoferowania?

Ikoniczna pomadka do ust marki Sephora pozostawia na ustach niezwykle delikatny film. Bogata w pigmenty formuła zapewnia doskonałe krycie i uzależniający komfort. 

Do jakiego rodzaju makijażu?
Komfortowe, kolorowe usta w wyrafinowanym stylu glamour.
Pomadka nasycona pigmentami zapewnia intensywne krycie jednym pociągnięciem. 

Plus:
Olejek z pestek czarnej porzeczki(1) i olejek z oliwek dla ultra kremowej formuły. 




Belly Dancing nie zachwyciła mnie na początku i to przyznaję szczerze. Czułam się w niej staro i przygnębiająco. Nie iskrzyło między nami i tak naprawdę nadal nie iskrzy i ja po prostu nie umiem się z nią nosić - jest w niej coś takiego hmm dziwnego. Muszę przyznać, że ma bardzo kremową formułę, którą nosi się komfortowo bez żadnego uczucia ciężkości, pigmentacja też niezła bo wystarczy jedno pociągnięcie by usta nabrały koloru ale no ma kiepski sztyft .. I nijak nie umiem z nim współpracować, ponieważ zawsze jak próbuję malować nim usta to mam pomadkę wszędzie ale nie na wargach co jest frustrujące! Zamiast używać tak jak 'przystało' pomadkę nakładam pędzelkiem, z wygody i dlatego, że nie mam sił się denerwować. Czerwień jest kapryśna: ta czasami też ale tak szczerze Belly nie odbija się na ustach i poprawnie nałożona nigdzie nie migruje, ma delikatny połysk i tak jak w filmowych epizodach kubek + szminka zostawia na nim ślad. Zarzucić mogę jedynie jej to, że mimo dobrej pigmentacji to szybko schodzi z ust - zaledwie po dwóch godzinach nie zostaje nic na nich, a już nie wspomnę o jedzeniu i piciu. Suchych skórek nie podkreśla, wręcz przeciwnie w jakiś sposób nawilża nam wargi. Co do jej schodzenia - jedyny dowód tego, że jej nie ma to fakt, że wyglądam jakbym całowała się jakąś godzinę - dopóki pomadka jest na ustach jest ok a jak schodzi to wszystko mamy w lekkim zabarwieniu czerwieni (i uwierzcie mi, wygląda to tak jakbyście całowały się kilkadziesiąt minut!).



Woda micelarna Węgiel

Szał na kosmetyki z węglem trwa w najlepsza a marka Sephora wychodząc naprzeciw naszym oczekiwaniom wypuściła taką linię i to w formacie podróżnym! Jednak czy warto kupić ten format? Odpowiem: w przypadku tego produktu: TAK!

Wody micelarne, o świeżej i lekkiej formule, łatwo i przyjemnie usuwają makijaż. Wersja wzbogacona Zieloną herbatą matuje i redukuje widoczność niedoskonałości. Wersja wzbogacona Węglem oczyszcza skórę i daje efekt detoks



Kiedy Aga podesłała mi ten micel moja pierwsza myśl była taka: 'niby fajnie, super ale 100 ml zużyję w tydzień!' i wiecie jak się pomyliłam?! Zdecydowanie produktów z tej serii nie wolno oceniać po 'okładce!'
Micelarna woda z węglem  ma szereg plusów: pięknie oczyszcza cerę i daje jej ukojenie, faktycznie nie zostawia żadnego tłustego filmu i radzi sobie z najbardziej topornym makijażem, łagodzi wszelkie podrażnienia i delikatnie (ale naprawdę minimalnie) rozjaśnia cerę. Owszem ma szarą barwę ale ona nic nie robi, nie brudzi i nie jest widoczna na buzi, problem mam z tym, że w większej ilości może szczypać w paczadełko i ma okropny zapach! No może nie okropny dla wszystkich ale dla mnie pachnie zieleniną a przede wszystkim pokrzywą! I gdyby nie ten fakt, to kupowałbym go hurtem :D. Co mnie zdziwiło to fakt, że te 100 ml jest mega wydajne i wystarczyło mi na kilkanaście długich tygodni! I tak między nami to wolałabym wydać na niego każde pieniądze świata niż męczyć się teraz tym gównem z Biedronki za 5 zł ...
Wiem, że część z Was może zrazić fakt, że pachnie on intensywnie a innych zrazi fakt, że się pieni no ale moje drogie panie nie można mieć wszystkiego - najważniejsze, że działa oczyszcza, detoksykuje i sprawia, że cera staje się 'ukojona'.
Aaaa i ma bardzo twarde opakowanie co ja rozumiem w 'formacie podróżnym' bo tutaj mam pewność, że nigdzie nic mi się nie wyleje!


Super płyn do usuwania wodoodpornego makijażu oczu

Nie lubię płynów dwufazowych , nie lubię i już i nie ma chyba rzeczy, która sprawi, że je polubię. Nie lubię też wszystkiego w formie olejków (zwłaszcza jak mam to aplikować na moja piękną buzię) więc tak już na samym początku ten płyn był spisany na starty - jaka okazała się rzeczywistość?
P/s a wiecie, że to najczęściej polecany płyn ich marki własnej?

Jak działa?
Natychmiastowo usuwa makijaż oczu, nawet wodoodporny, bez tłustego efektu. 

Plusy:
- Zawiera ekstrakt z chabra o właściwościach kojących i prowitaminę B5 chroniącą rzęsy. 
- Formaty opakowania XXL, klasyczny lub mini do demakijażu codziennego, okazjonalnego lub w podróży.
- Tolerancja potwierdzona klinicznie; formuła testowana okulistycznie, odpowiednia do oczu wrażliwych i osób noszących soczewki kontaktowe.




Ku mojej uldze ja miałam tylko mini wersję i uwierzcie nie planuję zakupu większej wersji. I nie żeby było coś z nim źle (bo to ze mną jest źle skoro znowu będę marudzić) ale ja nie stosuję makijażu wodoodpornego :D więc sprawdziłam na zwyczajowym, takim mojowy i to co odnotowałam to kilka rzeczy: usuwa taki makijaż za jednym ruchem więc jestem na 99 % pewna, że ten wodoodporny usunie bez problemu, ma oleistą konsystencję, która w moim odczuciu zostawia lepki film czego nie znoszę! Nie pachnie (chwała Bogu!) ale szczypie w paczadełko ... znaczy piecze jak diabli a mi się po prostu łzy cisnęły same! Jakaś masakra jednym słowem! Zdarzyło mi się raz, że z roztargnienia tym samym wacikiem co paczadełka przejechałam po twarzy... o matko! Czułam się jakby ktoś wylał mi na buzię wiadro oleju i dołożył do tego kilka kostek smalcu - fuuuuj! Poza tym nie minęło pół minuty a skóra zaczęła mnie swędzieć czego skutkiem było szorowanie buzi przez kilka minut :D. Mądra ja :D
Efekt? Ja i dwufaza? Prędzej pocałuję w tyłek pandę niż ugoszczę taki produkt w łazience :D.
Chociaż przyznam się szczerze, że płyn w tajemniczych okolicznościach wyfrunął mi z łazienki - nie żeby mnie to cieszyło ale męczyć się z nim już nie muszę - co nie zmienia faktu, że moja miniatura też okazywała mega wydajność.


Część opisowa za nami, czas na prezentację. Niżej możecie zobaczyć jak w normalnym świetle (tak bez żadnego filtra, obróbki i innych takich) wygląda pomadka i róż. Kolejne zdjęcie to piękna ja z mordą jakby znowu mi coś nie pasiło , pff z buzią ale to jedyne zdjęcie, które uchwyciło efekt różu (hahhahahha ok, ledwo co go widać :D) więc proszę łagodnie mnie oceniać ;)




No po prawie dwóch godzinach uznaję, że mamy koniec na dziś. Kto dotrwał, kto coś zna a kto chce coś poznać? Dajcie znać i machnijcie ręką na moje marudzenie.

Róż 3.5 g / 39 zł; pomadka 49 zł; woda micelarna 100 ml / 29 zł; płyn 200 ml / 45 zł.

Aaa i zostawiam Wam linki do dziewczyn na temat innych kosmetyków marki własnej Sephora:

Izka ---> klik
Marta ---> klik
Aguś ---> klik
Ala ---> klik
Aga ---> klik

08:25

Mincer Pharma N˚ 604 Rozświetlający krem pod oczy / VitaC Infusion

Mincer Pharma N˚ 604 Rozświetlający krem pod oczy / VitaC Infusion
Mincer Pharma to marka, o której zaczyna robić się coraz głośniej i to nie tylko z powodu ich produktów. Większość z Was może ją kojarzyć z pudełek kosmetycznych, inni z gazet a ja po raz pierwszy markę poznałam dzięki Instagramowi, a raczej dziwnym praktykom 'follow - unfollow' mojego konta. Może to robot, może nie, może komuś chciało się w takie rzeczy bawić ale w jakimś stopniu to ostudziło mój zapał do testów i momentalnie poprzeczka produktu została podniesiona.
Nie mam pięciu lat na odpowiadanie takim zagrywkom więc jako dorosła i rozsądna kobieta jeszcze bardziej skupiłam się na ocenieniu ich wytworu - bo w moim mniemaniu miałam nadzieję, że chociaż produkt jest na tyle dobry by zatrzeć złe wrażenie pr'u...
Skoro aktualnie krem pod paczadełko mi się skończył to postanowiłam w pierwszym rzucie wybrać go, a że bardzo polubiłam się z wit. C to dało mi wybór oczywisty tylko czy ten krem jest lepszy niż ich 'marketingowe' zagrywki i zatarł to 'pierwsze złe wrażenie'?;)


Muszę powiedzieć, że zatarł! Dzięki temu kremikowi mogę przymknąć paczadełko na te dziwne praktyki bo to co najważniejsze to fakt, iż produkt spełnił pokładane w nim nadzieje ale ale ...
Wróćcie do tego posta ---> Clinique Pep Start , przeczytajcie jego recenzję bo to ważne, naprawdę! Dlaczego?
Bo VitaC Infusion zdecydowanie jest jego tańszym zamiennikiem czym całkowicie mnie mnie na samym początku zaskoczył ;). A teraz po prawie dwóch miesiącach użytkowania z czystym sumieniem mogę to potwierdzić i go 'troszkę' wychwalić za to ;)

  • produkt zawiera ekstrakt camu-camu, olej z rokitnika, kompleks rozświetlający
  • krem przeznaczony do pielęgnacji skóry wokół oczu
  • produkt rozświetla skórę, dodaje jej blasku i witalności
  • krem koryguje cienie pod oczami, pozostawia skórę gładką
  • produkt intensywnie nawilża i rozświetla skórę
Aqua/Water, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Isostearyl Isostearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Isopropyl Myristate, Ricinus Communis Seed Oil, Hydrogenated Castor Oil, Copernicia Cerifera Cera, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Synthetic Fluorphlogopite, Titanium Dioxide, Tin Oxide, Dimethicone, Mangifera Indica Seed Butter, Pentaerythrityl Distearate, Triethyl Citrate, Caprylyl Glycol, Benzoic Acid, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Lecithin, Propylene Glycol, Hydrogenated Vegetable Glycerides Citrate, Hippophae Rhamnoides Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Propanediol, Myrciaria Dubia Fruit Extract, Urea, Sodium Polyacrylate, Disodium EDTA, Allantoin, Panthenol, Citrus Limon Peel Oil, Citral, Limonene, Linalool, Parfum, Benzyl Salicylate.



Praktycznie między oczywistej różnicy między nim a cudem z Clinique (mam na myśli ceny) nie znajdziemy nic innego. Mazidło od Mincer Pharma oferuje nam jednakowe działanie co bohater z wspomnianego postu.
Nadal nie mam problemu z paczadełkiem, nie mam opuchlizny czy 'worków' więc tej kwestii nie poruszę bo zwyczajnie nie mam pojęcia jakby działał w tym przypadku.
Tak jak w  poście na temat tego droższego kremu Mincer Pharma oferuje nam produkt, który wpisze się w pielęgnację skóry ale niezbyt wymagającej - owszem dla mnie może być ale póki co (odpukać) ta okolica nie sprawia mi większych problemów, ale jeśli spodziewacie się, że dostaniecie coś mega hiper odżywczego czy bogatego to radzę szukać w innym kierunku ;). To znaczy tyle, że na ten krem na noc może być dla jednych zbyt 'lekki'.
Używałam go w dzień, pod makijaż, na noc i ani razu mnie nie zawiódł!
Kremik bardzo dobrze sobie radzi z błyskawicznym nawilżeniem - nie jest ono jakieś spektakularne ani też nie jest go jakoś mało. Ma tendencję do szybkiego wnikania w skórę, co powoduje, że bez problemu można nałożyć kolejne kosmetyki. Nie roluje się, nie waży i może służyć jako dobra baza pod cienie - idealnie z nimi współgra i nie sprawia, że wszystko co nałożysz zaczyna Ci spływać. To co mi się w nim podoba to efekt jaki daje: oprócz nawilżenia daje piękne spłycenie drobnych linii i  delikatne glow ♥. Co prawda wiadomo, że to spłycenie moich linii nie jest wieczne ale ujmuje mnie fakt, że skutecznie mam to zamaskowane. Co do ujędrnienia, nadawaniu witalności pokażcie mi krem , który tego nie robi bo w tym przypadku nie różni się niczym od innych tego typu mazideł.
Tak jak mówiłam na noc może być za lekki i nie wystarczający: nie jest na tyle bogaty by dogłębnie odżywić i zregenerować naszą skórę ale włożony do lodówki skutecznie przyniesie ukojenie i da tą wyczekaną 'ulgę' tej okolicy.



Typowa tubka, z typowym aplikatorem - nic odkrywczego. Jednak nie to tu jest najważniejsze ;). Uwielbiam kosmetyki rozświetlające a ten na pewno zalicza się do tej kategorii. Z początku tego nie zauważyłam, kładłam kremik i tyle i dopiero kiedy w pewnym momencie rano na moją skórę padł promyk słońca zauważyła, że on ... BŁYSZCZY! Dosłownie był błysk, glow i wszystko w jednym!
Więc co zrobiłam? Wzięłam go w łapy, wydusiłam odrobinkę na dłoń patrze, patrzę i patrzę i nie ma ale to nie dostrzegam żadnych drobinek - momentalnie mi się mózg lasował :D
Patrzę w lusterko i widzę, że tam gdzie nałożyłam kremik jak byk są lekko migoczące drobinki, które pięknie odbijają światło! I wiecie co jest dziwne? One są widoczne tylko pod / nad powieką nigdzie indziej i wcale ale to wcale nie są upierdliwie. Myślałam, że będzie je widać pod makijażem - nie, nie widać, jest rozświetlenie tej okolicy ale drobinki tak jakby były 'rozproszone' i znikły. Taka magia i całe szczęście bo drobinek nie toleruję ale te tu pięknie rozświetlając i tak na moje myślenie muszą wnikać w skórę (ale co ja tam się przecież znam ... :D). Rano pod makijaż ten efekt jest jak znalazł bo w pewnym stopniu takie rozświetlone spojrzenie jest świeże i sprawie wrażenie 'o ktoś się w końcu wyspał'.



Nie pachnie co absolutnie jest jego plusem (czy tylko ja nie lubię jak krem pod paczadłko ma jakiś zapach??:O), ma lekko żółtawą barwę i  konsystencję ( oczywiście nie udało mi się uchwycić barwy ) i jest średnio gęsty co najbardziej jest dla mnie trudnym do określenia tematem: nie jest gęsty i treściwy ale też nie jest lekki i lejący - to coś tak pomiędzy tymi dwoma formami.

Po dwóch miesiącach zbliżam się do końca tubki: stosuje go w dzień i na noc, nie  żałuję go sobie więc myślę, że de dwa miesiące użytkowania to taka norma.
Nie pachnie, ma dość fajną konsystencję i daje świetny efekt glow ! Komu bym poleciła? Wszystkim, którzy na dzień szukają czegoś takiego: rozświetli, nawilży i coś Ci tam spłyci ale na noc nadal może to być za mało. A poza tym robi to samo co krem z Clinique więc czemu nie skorzystać i kupić go bo naprawdę godny jego zamiennik?;)

Ja swój okaz mam z cocolita.pl ---> klik, 24.90 zł / 15 ml
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger