10:00

Styczeń w zdjęciach :)

Styczeń w zdjęciach :)
I co styczniu? Jaki dla mnie byłeś? Zdecydowanie zawsze jesteś najbardziej pokręconym miesiącem! No bo patrz: były 52 urodzimy mamy ( dzięki Ci Boże za każdy kolejny dzień jej życia!) a wczoraj mała obchodziła swoje drugie imieninki w życiu. Czy tak nie mogłoby być zawsze? Niestety styczniu tym razem Twój miesiąc zawsze będzie tym smutniejszym miesiącem  - minął rok. Tak, minął rok od śmierci Grzegorza - rok, który nie był łatwy. Pierwszy rok bez ojcowskiej ręki. Pierwszy rok małej bez taty. Ale z tym nic nie zrobimy! ;( To Ci nie wystarczyło? To właśnie teraz pożegnałam jednego z moich podopiecznych 'dziadka Kazia' dla którego byłam 'córuchną'.Było ciężko były łzy, byłam ostatnią osobą jaką widział och kompletnie mnie styczniu tym wszystkim rozbiłeś!.  Mam wielkie serce to prawda, ale nie pomieszczę w nim więcej smutku więc teraz bye bye styczniu! Luty musi być lepszy a dla Was ma migawki tego miesiąca!


Przyjdzie wiosna do łaski wróci rower ale póki co wszędzie chodzę piechotą - nie ważne czy jest mróz czy deszcz idę. Obowiązkowo słuchawki na uszy! W końcu grube nogi też trzeba zabrać na spacer :D


I był mróz! W moich stronach w dzień temperatura głównie oscylowała w tych granicach, a o nocy nie wspomnę! Podobno w lutym ma być podobnie - mi to nie przeszkadza ale niech będzie masa śniegu!


'Hahhahhahahha głupi człowieku, miziaj mnie mizia, no dalej hahhaha' komentarz chyba zbędny?:D


Wygłupy ♥ czyli kiedy bierzesz aparat a dziecko pcha się do kadru - cóż ma parcie na szkło :D. Szkoda, że nie wyszło nam żadne normalne zdjęcie no ale zabawa była przednia! ♥


Najpiękniejsze wystawy tylko w tej kwiaciarni! Zawsze mają swój urok a ja zawsze stoję i gapię się jak głupia koza na takie ich obrazki ;D. Jak nie zapomnę to będę robić foty i Wam co miesiąc pokazywać :). I tak to grube odbicie w lustrze to jaaaa :D


 Koniec kremu, więc można nałożyć na twarz, posmakować, zgnieść tubkę, tylko ciii zostałam przyłapana!! :D Jej wybaczę wszystko :D Jak widać kremy są uniwersalne ;D


Kiedyś narzekałam, że Karol co miesiąc kupuje mi kwiaty. W końcu kiedyś przestał a ja odczułam wielką ulgę, chociaż czasem mi tego brakowało :D. Jakie moje zdziwienie było gdy zaskoczył mnie takim bukietem z 13 róż o.O. Szkoda, że stały tylko jeden dzień ;(



Wróciłam do fotografowania natury - zima to wdzięczny temat! Takie widoki mam w pobliżu domu. Widzicie to ogromne drzewo - tam gdzie niby jest 'płotek' płynie sobie mała rzeczka. Tam też na jesień powstały zdjęcia zapachu Calvina Kleina :D


Mała w zeszłym roku dostała sanki na święta. Niestety wtedy nie było śniegu :(. Tym razem gdy tylko zrobiło się biało a pogoda i ilość śniegu sprzyjała sanki zostały wypróbowane! Jej pierwsza jazda na nich - widzicie ten uśmiech? :D To mówi samo za siebie ♥


Był śnieg więc i był bałwan. Mietek bo tak się nazywał stał do poniedziałku - po czym odpadły mu paczadełka, nos a na końcu głowa - jednym słowem nastał kres jego dni :D


Kulisy blogowania czyli dlaczego na większości zdjęć z paznokciowych postów mam zadarte skórki. Dla ścisłości nie umiem się tym posługiwać a każda próba kończ się tak - brawo ja!


Niuniek brudasek ♥ czyli mój bratanek. Czyż on nie ma fantastycznych oczu? *,*

I tym oto słodkim akcentem kończę Cię styczniu! 
A jaki Wasz był styczeń?


11:38

Styczniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)

Styczniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)
Po ogromnym denku czas na moje skromne nowości ;). Uwierzycie mi jak powiem, że w tym miesiącu kupiłam tylko 3 rzeczy?. Taaak dosłownie! Trzy rzeczy pierwszej potrzeby ( bo drugie zakupy takowe nie były :P). W sumie miałam pieniążki na moje wymarzone perfumy Guerlain ale w domu były bardziej potrzebne także jeszcze poczekam sobie na nie - bądź co bądź sprawię je sobie w tym roku! :D
Ale do rzeczy - moje zakupy ograniczyły się do szamponu Syoss, żelu do higieny intymnej z Biedronki i żelu do mycia twarzy z Ziaji - nic więcej, zero, nul. Jak się chce to można :D.
Styczeń był skromny - no dobra, nie do końca skromny bo pomimo małej ilość 'obrazków' w dzisiejszym poście to do mojej kosmetyczki wpadło kilka naprawdę wartych uwagi produktów! ;)


 Zaraz po świętach wpadła pierwsza paczka :-D
Napisałam list do Mikołaja i oto co dostałam :D. Mikołaj raczej 'olał' moje prośby o wymarzony prezent więc podarował mi tusz Too Faced Better than sex *.* ( pokażę Wam list w recenzji mascary :D). Dodatkowo dołożył mi do tego kredkę do brwi z Maybelline ( ulubiona! też o niej będzie!) i mini push - up liner od Benefitu, o którym już mogłyście poczytać :). Spodziewałam się tylko tuszu a tymczasem mój Mikołaj sorry Mikołajka Marta ---> klik podarowała mi więcej niż mogłam przypuszczać! ♥


Jak wiecie Lili Natura ---> klik organizowała ponownie 'Wielki Świąteczny Konkurs' w którym nagrodziła aż 92 osoby! Uwierzcie mi, na tyle zgłoszeń zobaczyć swoje dane - cuuuuuud! Taka miła wiadomość po świętach wprawiła mnie ponownie w 'świąteczny nastrój' bo przecież głupi ma szczęście - a chyba nie muszę mówić, że to był konkurs z odpowiedzią a takowe luuuuuuuuubię bardzo :D
Tym bardziej, że trafił mi się świetny zestaw kosmetyków Sylveco, który widzicie poniżej :)


Paczka z Sylveco zaskoczyła mnie ilością próbek, ich broszurami / katalogami i ilością szarego papieru ( podejrzewam, że starczyłby na jakieś 10 paczek :D). 
Zestaw, który otrzymałam to moje pierwsze kosmetyki Sylveco :). Póki co od tygodnia używam tylko kremu nagietkowego więc na jakieś opinie przyjdzie czas później ;)


Zgłosiłam się też w świątecznym rozdaniu u Magdaleny ---> klik. Skusiłam się na takowy zestaw ze względu na krem do rąk, którego u siebie nie widziałam. I jakie miałam zdziwienie jak dziewczyny ( taaaaak bo było ich kilka) dały mi znać, że wygrałam i mam się zgłosić - bo ja gapa tego nie zrobiłam  ;). Fajnie, że są jeszcze takie życzliwe osoby ;). Krem na razie czeka w kolejce, uwielbiam zieloną Rexonę ale ta pachnie też ładnie a żel już stoi w łazience ;D. Było tu jeszcze etui na telefon ale mała zakosiła :D


Co byłoby na Waszej kąpielowej playliście?
 Takie pytanie zadały dziewczyny z Bless the mess czyli Lena & Lona ---> klik, u których (i) mi się poszczęściło! :D. Moja 'gwizdowa' piosenka sprawiła, że przybyły do mnie nowości Carex - teraz mam myjadeł na pół roku - niestety zielony żel już poszedł w ręce brata ale co tam, niech ma! :D


A to już moje drugie (niepotrzebne) zakupy z Cocolita.pl. Jako że stałam się 'zapachowa' kupiłam wosk YC z najnowszej linii . Wybrałam zapach Peony, który od razu podbił moje serducho - 7 zł. W sumie miałam dwa woski ale jeden poszedł w świat ;). Skusiłam się też na dwa pędzle Beauty Crew  do makijażu oka BCE  - 10 , 6.90 zł oraz BCE - 25, 17.90 zł. Moje pierwsze wrażenie cóż włosie jest miękkie w dotyku jednak podczas malowania strasznie drapie, niektóre włoski odstają ale na szczęście nic nie wypada ( podczas pierwszego mycia też nie) zobaczymy jak będzie dalej ;).

A mówiłam, że będzie tego mało? ;)

07:35

Styczniowe denko #15

Styczniowe denko #15
Ostatnie denko pojawiło się w październiku o.O. Tak się złożyło, że w listopadzie nie miałam Wam co pokazać a ogromne, grudniowe denko a raczej jego zdjęcia poszły w 'siną dal' razem ze starym aparatem! ;( Szkoda, bo miałabym na co narzekać :D.
No ale to nic, mamy koniec stycznia czas się rozliczyć z obecnymi pustakami. Jaki bilans? No cóż zrobiłam czystki w lakierach i pomadkach, podkłady te ciemniejsze oddałam siostrze także czas kupić jakiś nowy ;).
Póki co sukcesywnie (tak jak zwykle) nie otwieram nic nowego dopóki nie wykończę obecnych produktów co powoduje mega zapasy u mnie no ale cóż, nie będę teraz narzekać - narzekanie jest niżej!


Na pierwszy rzut oka nie widać by było tego aż tyle no ale to tylko pozory :D
P/s wybaczcie brudne opakowania ale nie chciało mi się ich szorować w końcu i tak do śmieci poszły :D

I.TWARZ:


1. Mary Kay, Botanical Effects, tonik odświeżajacy - dwa produkty tej serii śmieci zaliczyły już w zeszłym miesiącu, teraz przyszedł czas na tonik, który jest tylko przeciętny. Zbyt dużo się go marnuje psikając na wacik, dziwnie pachnie ( a niby nie ma zapachu) , ale za to fajnie odświeżał. Pełna recenzja ---> klik

2. Dermedic Hydrain 3 Hialuro, krem - żel ultranawilżający - matko jak on pachniał! A'la męsko i to mi się podobało + żelowa konsystencja. Niestety gdy stosowałam go codziennie to mnie zapychał, jednak stosując go 2- 3 razy w tygodniu było ok, poza tym uratował moją przesuszoną cerę po serii Mary Kay w mig! Pełna recenzja ---> klik

3. Lierac Hydra-Chrono+ balsam intensywnie nawilżający - 15 ml miniatury o nieziemskim różanym (?) zapachu, w którym się zakochałam ♥. Uwielbiałam stosować na noc, po czym rano moja buzia była dobrze nawilżona, wygładzona i odprężona, zero wad, same plusy. Ta miniatura starczyła mi na jakieś 3 tygodnie codziennego użytku - a co tam, nie żałowałam swojej buzi tej rozpusty i dobrze na tym wyszłam :D

4. Nivea Care - wykończone drugie opakowanie, lekki, szybko wchłaniający się kremik, Nadaje się pod makijaż, nie zapycha, jest nawet 'ok' ;). Nivea mnie nie zawiodło ;)


5. Federico Mahora Aloe Vera, maska peel off - co do niej mam ciągle mieszane uczucia, nie nadaje się na całą twarz po jej ściąganie do jakaś katorga, jednak punktowo daje radę i tak ją radzę stosować, a no i ten zapach alkoholu, który na końcu aż 'odurzał' łeee pełna recenzja ---> klik

6. Bioderma Sensibio Eye - to taki przeciętny krem, nawilżał ale nic poza tym, nie uczulał, nie podrażniał ale nie jest jakiś 'wow' . Nie jest to też taki kremik, który bym ponownie kupiła ze względu na jego działanie, jest mega wydajny! Pełna recenzja --->klik
.
7. Bielenda Super Power Mezo Maska - którą dostałam od Iwonki ;*, nie jestem fanką masek w płatach ale powiem Wam, że ta była tak mega mocno nasączona! Niestety w moim odczuciu jest ogromna i choćbym nie wiem jak ją 'przyklepała' ciągle mi spadała :(. Ale plus za dobre nawilżenie! ;)

8. Maski Balea: pierwsza część maski wanilia i malina, która pachnie jak jogurt ♥, druga 'Reinigende maske', która miała taki dziwny 'olejowy' zapach - obie łączy to, że nic nie robią :D


9. Cashmir Beauty płatki kosmetyczne - zdradziłam biedronkowe na ich rzecz i powiem Wam, że dawno nie miałam tak badziewnych płatków - z jednego robiły się 4 płatki, jedna wielka masakra!

10. Balea chusteczki oczyszczające 3 w 1 - nasz 'polskie' chusteczki są o niebo lepsze w działaniu, te nie są złe, w opakowaniu czuć, że są dość mokre jednak po wyciągnięciu szybko wysychają, sprawują się przeciętnie, przy czym pachną tak jakby ogórkiem - co mi wcale nie przeszkadza

11. Sylveco łagodzący krem pod oczy - zużyłam próbkę ale jakoś mnie nie zachwycił ten kremik ;(. Wiem, że ma grono fanek ale mi jakoś nie przypadł do gustu, głównie za sprawą dziwnej 'woni jaka się wydobyła po otwarciu.

II. WŁOSY:


12. Dove colour care szampon & odżywka - co do tego duetu mam mieszane uczucia, szampon plątał mi włosy, był mało wydajny zaś odżywka fajnie ujarzmiała kłaczki ale tylko na chwilę. Zamiast pięknych włosów dostałam oklap i łupież  ;(

13. Intenson olej kokosowy - pokładam w nim wielkie włosowe nadzieje, niestety ten olej powodował na moich włosach puch! Miał dziwne grudki coś jakby drobinki kokosu, które ciężko się rozpuszczały, na dodatek miał tak 'smalcowy' zapach, który długo się utrzymywał - do kosza poszła większa połowa opakowania!

III. CIAŁO:


14. LPM Oliwa z Oliwek i Kwiat Tilii, żel po prysznic - największa butla, która starczyła mi na ponad 2 miesiące! Gęsty, obficie się pieniący, o fajnym świeżym zapachu dość długo się utrzymującym - ogólnie ta duża butla bardziej mi przypadła do gustu!

15. LPM Kwiat Pomarańczy kremowy żel pod prysznic - fajny zapach, który utrzymuje się krótko ;(, myje jak każdy żel, pieni się dość słabo, bez fajerwerków, przeciętny . Jeśli mam wybierać to większe butle są lepsze! Pełna recenzja ---> klik

16. Oriflame Nature Secrets mydło w płynie - nie lubię zapachu tej serii, dla mnie jest lekko zakłamany, trochę sztuczny ale mój Karol go lubił o.O. Mydełko fajnie się pieniło, nie wysuszało i robiło to co powinno, niestety zapach na skórze utrzymuje się dość długo.


17. Biały Jeleń emulsja do higieny intymnej - w swojej głównej roli sprawdza się dobrze, jednak ja używałam jej jeszcze do mycia włosów ( za sprawą Kasi :)) i stwierdzam fakt, że to działa! Moje loczki były miękkie, fajnie skręcone, nabierały blasku - po prostu 'wow' ;)

18. Korres mleczko do ciała róża japońska - cudo! Przepiękny zapach, super nawilżenie, niesamowicie koił moją skórę, był jak dobry kompres  - to on był moim wybawcą po koszmarze jaki urządził mi olejek z Dove! Ubolewam nad tym, ze wystarczył tylko na 3 tygodnie ;(

19. Dove suchy olejek do ciała pistacja & magnolia - zło! zło! większa część została wylana bo takiego koszmaru nigdy nie przeżyłam! Po więcej zapraszam do pełnej recenzji ---> klik

20. LPM regenerujący krem do rąk - jak na razie ulubieniec! Bogata, treściwa konsystencja, nawilżenie na dobrym poziomie, delikatny zapach kij, że wystarczył na ponad  dwa tygodnie i  jest słabo dostępny, poznać warto! Pełna recenzja ---> klik


21. Balea serduszka do kąpieli - serducha dość wolno się rozpuszczają, miały zatopione w sobie drobinki granatu więc wychodząc z wody były wszędzie na ciele. Drobinek jest sporo i są dość ostre co wykorzystywałam podczas masażu ciała czyli aż do zniknięcia serducha :D

22. Fa mydło w kostce - o ile lubię granat w kosmetykach do ta wersja od Fa nie ma nic z tym wspólnego! Dziwny zapach i pierwszy raz mydło z Fa wysuszało!

23. Organique glicerynowe mydełko ( renifer) - kolejny produkt od Iwonki :*. Reniferek pachniał nieziemsko, ciut słodkawo, a będąc w wodzie mienił się jak złoto! *.* W swojej podstawowej roli spisywał się dobrze. Poza tym kto nie lubi fajnie wyglądających mydeł?;D

24. Stara Mydlarnia, kula do kąpieli figa & śliwka - z racji jej wielkości podzieliłam ją na dwa razy :D uwielbiałam ją wrzucać do wody bo fajnie musowała :D. Więcej w niej figi niż śliwki, barwiła wodę na zielono ale zbyt krótko pachniała ;(. Kula była podarkiem od Agnieszki :*

IV. KOLORÓWKA:


25. Evina, zmywacz do paznokci - od miesięcy jestem mu wierna, w końcu kosztuje coś około 1 zł :D

26. Butterfly Single, Electric Neons - 3 neonki, które były przepiękne! Niestety na pazurach wytrzymywały tylko 2 dni ( bo to jest lakier na sztuczne pazury tak w sumie na nim piszą :P) i bardzo szybko zgęstniały :(

27. Golden Rose Express Dry - niestety ta seria mnie nie przekonuje do siebie, mimo ilości pięknych barw, jak w przypadku neonów lakiery zgęstniały. Niedługo na blogu pokażę Wam czerń z tej gamy a o tych dwóch była tutaj pełna recenzja ---> klik

28. La Rosa Keratin Bomb - jedna z lepszych odżywek! Wykończyłam prawie całą. Twarde, mocne pazury to jej zasługa!


29. Lip Balm z Biedronki - nie wiem nawet co to za firma :D, opakowanie sobie zostawiłam, jednak ten balsam jest słaby. Jagodowy ma niebieski kolor i na taki kolor barwi usta więc tylko do użytku domowego.

30. Chińskie jajo - od Subi ;*, w sumie nie dość, że nie lubiłam nim cokolwiek nakładać to nijak nie szło go domyć. Pozostanę przy tradycyjnych metodach nakładania produktów :D

31. Maybelline lipstick - piękna czerwień z której nic nie zostało:D. Ani zbyt wulgarna ani zbyt subtelna, trzymała się na ustach jakieś 3 godziny.

32. Joko Color & Shine 02, 04 - piękne kolory, które lubiłam nosić. Niestety teraz zaczęły brzydko pachnieć. Razem z małą wykorzystałyśmy je do malowania kartonu :D. Pełna recenzja ---> klik

33. Golden Rose Matte Crayon nr 17 - piękny neonowy róż, niestety mnie wysuszał więc też skończył jak malowidło kartonowe :D. Pełna recenzja ---> klik

34. Golden Rose Velvet Matte nr 13 - ni to róż, ni to fuksja, niestety wysuszał i powodował u mnie mocne zaczerwienie ust, użyłam dwa razy - niestety matowe Goldenki nie dla mnie ;(

35. Dermena Lash , odżywka do rzęs i brwi ( a raczej przeciw wypadaniu rzęs)  - od mojej siostry ;*, niestety zbliżał się koniec jej ważności. Używałam jej od 1 grudnia do 20 stycznia i moje rzęsy stały się dłuższe, lekko podkręcone, nabrały ciemniejszego koloru,  pojawiły się też małe 'rzesiątka' ♥. A przez cały czas stosowania straciłam aż 4 rzęsy!

Uff ale długi post o.O. W sumie pisałam go 3 dni :D ale obiecuję, że zakupowo jest mniej! :D

11:48

Le petit marseillais kremowy żel pod prysznic - kwiat pomarańczy

Le petit marseillais kremowy żel pod prysznic - kwiat pomarańczy
Pamiętacie to wielkie 'boom' na żele LPM? Wtedy jakoś cała marka mnie nie kusiła. Nie zgłosiłam się do grona ambasadorek, nie biegałam do marketu by zobaczyć czy już są 'te cudowne nowości wszędzie tak wychwalane'. Czasem było ich za dużo - naprawdę mało brakowało a zobaczyłabym je u siebie na półce w lodówce! No dobra, jakby pojawiały się różne rodzaje to bym nie marudziła ale w kółko ciągle te same zapachy - to chyba był punkt zapalny u mnie a raczej buntowniczy, że z własnej woli szybko nie kupię tych żeli.
Nie powiem, kusiła mnie wersja werbena & cytryna ( chyba takowa jest?) ale nic poza tym. Gdy kiedyś widziałam je na półce sklepowej - powąchałam, zobaczyłam opis, potem cenę i znowu powąchałam i serio? 9 zł za małą butelkę niczym się nie wyróżniającą? Co w nich takiego szczególnego? I dlaczego są tak chwalone?


Sama sobie nie kupiłam - kilka produktów LPM wygrałam u Anity w tym dwa wielgachne żele i dwa maluszki - połowę oddałam siostrze ( taką dobrą siostrą jestem :D). 
Żeby poznać ich fenomen wróciłam do kilku ich recenzji - chwalone za: zapach, konsystencję, delikatność. Ani jednego złego słowa nie spotkałam.



I tutaj mamy pewien szczegół - dla mnie to po prostu zwykły, przeciętny żel.
 Myje jak każdy, piana faktycznie jest delikatna, nie wysusza ani nie podrażnia skóry.
Czasem miałam wrażenie, że nie potrzebuję używać po nim balsamu bo skóra jest delikatnie nawilżona, jednak gdy już się otarłam ręcznikiem moje 'złudzenie' znikało. 

Nic nadzwyczajnego prawda?

Każdy żel LPM zamknięty został w plastikowej butelce, zmieniają się tylko kolory szaty graficznej. Moja jest biała - jak kwiat pomarańcz, jednak bardzo szybko 'żółknie'. Naklejki się nie odklejają co jest na plus. Zamykanie na 'klik' trzyma dość mocno więc uwaga na pazury :D



Mleczno biała konsystencja jest dość lejąca i na większą ilość piany trzeba wylać jej sporo. Zapach jest świeży, lekko kwiatowy i bardzo ulotny. Czuć go tylko podczas wydobywania żelu.

Jeśli chodzi o wydajność - miałam go przez 3 tygodnie ;).

Przeciętny żel, o ładnym lecz krótkotrwałym zapachu, który naprawdę nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ani opakowanie jakieś szczególne - bo jest poprawnie i estetycznie ani nic innego więc za co tyle pochwał?

Jego fenomenu nie odkryłam ale przetestowałam i stwierdzam, że to przeciętniak :D

Żele dostaniecie w prawie każdej drogerii, markecie w cenie około 9 zł ( u nas przynajmniej tak są :D) za 250 ml.

P/s ostatnio nie mam weny więc dziś tak krótko ;)

11:21

Benefit: They're Real! mascara & They're Real! push - up liner

Benefit: They're Real! mascara & They're Real! push - up liner
Proszę Państwa  na salony wkracza Benefit. Tak to właśnie dziś dwa cudaki z ich oferty debiutują na moim blogu jak i w mojej kosmetyczce. I chyba nie ma kobiety, która nie spotkała . nie słyszała gdzieś/ od kogoś o tej marce. Sama nie raz w Sephorze stawałam przed ich 'szafą' ale jakoś nic mnie nie kusiło, żadne kosmetyki nie krzyczały 'nooo na co czekasz? Bierz mnie! :D'. Było ładnie, kolorowo i poprawnie. Nie na tyle bym uległa ciemny podszeptom, braku zdrowemu rozsądkowi i pozwoliła sobie na zakup. Jednak to właśnie los zdecydował, że czas aby moje 'kosmetyczne podniebienie' zaszczyciło się obecnością marki w moim małym makijażowym arsenale.
Do tej pory miałam styczność tylko z różem brązującym Hoola, który no cóż powiedzmy sobie szczerze nie był tym czego się spodziewałam po tylu pozytywnych recenzjach ( dobrze, że nie był mój bo bym się rozczarowała :D). A dziś?
Jestem Bene, jestem kobietą Bene (fit już nie, chyba że mam liczyć jako fit moje palce u stóp :D).
Dlatego gorącymi słowami zachęty przedstawiam Wam moje maluszki ♥


Jakoś tak się złożyło, że Agnieszka ;* podarowała mi mini tusz They're Real! a Sauria ;* They're Real! push - up liner. O ile kolejna sztuka tuszu ucieszyła mnie ogromnie, to liner już nie. Bo wiecie ja na bakier jestem z robieniem kresek i chyba w życiu miałam je z 3 - 4 razy po czym stwierdziłam, że ich nie potrzebuję :D. A tu taka niespodzianka - Sauria zmotywowała mnie do zrobienia kreski :-D. Dzięki, wiesz? ;P

Jak przed każdym wpisem zrobiłam research na temat obu produktów. Tylu skrajnych opinii dawno nie widziałam. Od ochów, achów i wychwalanie pod niebiosa aż po gromy z jasnego nieba i kilka naprawdę mocnych słów. Ja się wpisuję w kategorię 'pół na pół' są achy i ochy ale są też wady. Nie kocham ani nie nienawidzę tych produktów a więc jakie okazały się dla mnie?



Supertrwała maskara wydłużająca, podkręcająca i pogrubiająca rzęsy! 
Wyjątkowa silikonowa szczoteczka, będąca połączeniem standardowej szczotki z krótkimi i długimi igiełkami, dokładnie pokrywa tuszem wszystkie rzęsy, wydłuża je i podkreśla. Zaokrąglona końcówka świetnie maluje nawet najkrótsze rzęsy, podnosi je od nasady aż po końce.

Jeśli chodzi o tusz to pierwszy raz jestem wierna jednej idei: im mniej tym lepiej. Nie chodzi o to, żeby nie dać kolejnej warstwy a dajcie sobie jak chcecie tylko liczcie się z tym, że druga warstwa sprawi, że znienawidzicie ten tusz. Nazwiecie go bublem. No i po co Ci to będzie?
Jedna warstwa jest ok - rzęsy są rozdzielone, nie ma grudek, odrobinę wydłużone. A czerń jest naprawdę czarna ( nie sądziłam, że to powiem :D). Czuć, że rzęsy są uniesione a przy tym mają taką swoistą lekkość. Pogrubione za bardzo nie są no ale wybaczam mu to :-P

Przy dwóch warstwach już są schody - mamy grudki, rzęsy są sklejone i to wszystko wygląda nieestetycznie, kiczowato, tak jakbyśmy zamiast dwóch warstw nałożyły ich z pięć.
W obronie tuszu powiem Wam, że nie robi efektu pandy, wysycha bardzo szybko, nie kruszy się.
Dlatego proszę Was - jedna warstwa i dość!

A korzystanie z tej szczoteczki jest bajecznie proste - nawet najbardziej 'wybredne' kobitki sobie z nią poradzą. 
Niżej pomożecie zobaczyć jak wyglądają rzęsy: bez tuszu/ jedna warstwa / dwie warstwy
Teraz rozumiecie w czym rzecz?



Skoro sprawę tuszu mamy omówioną przejdźmy zatem do drugiego gagatka. Skoro wiecie, że linery to nie moja mocna strona to  tak, nie skakałam z radość a pierwsza zrobiona kreska to raczej prosta nie była - raczej linia krzywa, ukośna, może trochę brakowało jej do fali :-D.




Pierwszy na świecie otulający rzęsy żelowy eyeliner we flamastrze! Rozwiązuje jeden z największych odwiecznych dylematów urodowych – jak namalować idealną kreskę? To proste nie do uwierzenia...They’re real! push –up liner – eyeliner z efektem push up otula linię rzęs, ułatwiając wykonanie perfekcyjnej kreski..
A im bliżej narysowana kreska, tym większe wydaje się oko!

Flamaster - prostota w obsłudze i tak naprawdę jest. No powinno być bo ja kupę czasu majstrowałam przy nim zanim ogarnęłam jego działanie :D. 
Nasz liner jak widzicie jest zabezpieczony takim oto plastikowym 'koreczkiem'. wystarczy go wyciągnąć, przekręcić końcówkę opakowania o 360 stopni i voila! czarna masa jest na powierzchni, Teoretycznie prościzna a w praktyce?
Sporo się nakręciłam, a owa czarna masa ani drgnie. Zero oznak. Zero jakiejś próby wydobycia się na powierzchnię a ja naprawdę myślałam, że ona chce ujrzeć świat!
Więc zdolna ja, koreczek włożyłam tak jak był, przekręciłam, znowu go odbezpieczyłam i tadam! Zaskoczyło :D. W końcu żelowa konsystencja płynie :D.

W moim odczuci ta żelowa konsystencja jest dość zbita, sucha i trwała. Zdarzało się, że mleczko do demakijażu miało problem z jej zmyciem. Z tym wiążą się dwie rzeczy: kreska będzie przez wiele godzin wyglądać pięknie a to wielki plus, minus u mnie jest taki, że moja ręka nie może zrobić już poprawki po nałożeniu - zasycha momentalnie.
Aplikator jest skośny, miękki, coś na kształt gąbki więc nawet najcieńsza kreska jest do wykonania.



Co mi w nim przeszkadza? To, że kiedy przekręcę końcówkę raz - masa się nie wydobywa, przekręcić drugi raz - wydobywa się i to w zbyt dużej ilości.

Przyznam się bez bicia, że teraz mam okazję i trenuje swój talent do robienia kresek :D


Na zdjęciu widzicie moją linię krzywą wykonaną tym linerem a rzęsy wytuszowane są mascarą They're Real! ;)

Pewnie zauważyłyście, że moje cudaki to mini format ( albo podróżny - zwał jak zwał). Za co jestem ogromnie wdzięczna marce, bo sądzę, że wystarczą mi na długo, a ja mogę spokojnie zapoznać się z marką.

Format podróżny możecie także kupić w Sephorze w cenie: mascara 55 zł/ 4 g oraz liner 45 zł / 0.36g.
Myślę, że to dobra opcja zanim się skusicie na pełnowymiarowe opakowanie ;)

A moim kobietkom jeszcze raz dziękuję ♥

21:08

Yankee candle Chocolate truffle

Yankee candle Chocolate truffle
Jeśli miałabym Wam wskazać to w czym czuję się najlepiej pisząc na blogu to byłyby ZAPACHY. Jestem perfumowa czego nie wiedziałam wcześniej, pokochałam poznawanie nowych zapachów - zarówno perfumeryjnych jak i tych świecowych. Uwielbiam tworzyć do nich historie, mimo, że 'przelanie tego' zajmuje  najwięcej czasu, mimo, że wiele razy zmieniam zarys tej historii to staram się Wam pokazać ten konkretny zapach swoimi oczami, swoimi uczuciami. I sądząc po Waszych komentarzach to tego typu wpisów wychodzi mi to dobrze ( pokusiłabym się o stwierdzenie  idealnie ale wrodzona skromność mi na to nie pozwala :P). Pisanie historii przychodzi mi z łatwością, jeden konkretny niuch, konkretne noszenie, wczucie w zapach i już mam w głowie zarys. Niestety mój 'zapachowy talent' nie potrafi wzbudzić nawet krzty porywąjącej historii do dzisiejszego bohatera. No bo jak ja mam opisać Wam coś nieprawdziwego? Sztucznego?


Z tego co w sieci znalazłam na temat tego wosku wynika, że owy gagatek nie jest dostępny w Polsce w regularnej sprzedaży. Zapach trufli czekoladowej ( podobno).
 A jak jest w moim odczuciu?
Jest gorzko, chemicznie czekoladowo i sztucznie. W moim odczuciu zapach czekolady ( i kokosa) to jedne z tych zapachów, które ciężko odwzorować. Niestety tutaj się to nie udało.
Czasem ten zapach staje się mdły, za słodki ale w takim znaczeniu 'plastikowa słodycz na pokaz'.


Na sucho ten zapach naprawdę powala. Wtedy czuję w nim gorzkie kakao i trochę przypraw, może takich piernikowych ale po odpaleniu z tego 'suchego zapachu' mamy jedno wielkie duże G!
Nie ma nic. Jest masa chemii i tej sztuczności od której aż zęby bolą.
Na szczęście ( albo i nie) zapach nie jest intensywny u mnie po niepełnej godzinie nie czułam go w powietrzu. Tak jakbym w ogóle nie odpalała wosku.

Niestety czekoladowy zapach nie zawiera w sobie ani grama czekolady ( nie licząc tego na sucho). Nie jest tym zapach, który może sprawić, że chłodne wieczory staną się przyjemnością. Jest naszpikowany wszystkim innym ale nie tym czym powinien być.



Teraz muszę poszukać zastosowanie do drugiej połowy wosku bo nie mam bladego pojęcia co z nim dalej zrobić.

Dla tych chętnych co jednak uwielbiają woski Chocolate Trufle znajdziecie na stronie pachnacawanna.pl ---> klik w cenie 10 zł. 

A u Rarity też było o nim kilka słów ---> klik

P/s tak w ogóle to zdżarłam te cukierki se zdjęcia - tak w formie odwetu za chemię w wosku :D

22:03

Nie zawsze jest pięknie i kolorowo czyli ciemne strony blogowania

Nie zawsze jest pięknie i kolorowo czyli ciemne strony blogowania
Kiedy zaczynasz blogować, zaczynasz pisać nie myślisz o tym, że może spotkać Cię tu 'krzywda'. W końcu to Twoje miejsce, Twoja osobista przestrzeń - pilnujesz porządku, wprowadzasz ład i równowagę. Czujesz się tu dobrze i nawet w najczarniejszych snach nie podejrzewasz, że blogowanie ma też drugie dno - dno o który mówi się rzadko, niezbyt głośno i z którym musisz się liczyć, z którym musisz się zmierzyć. Bo przecież to co sprawia Ci radość nie może sprawiać Ci przykrości. Bo to niemożliwe. Ale są sytuacje, są rzeczy których 'nie przeskoczysz', które i tak prędzej czy później znajdą u Ciebie miejsce. Nie ważne czy blogujesz dwa - trzy miesiące, czy 'siedzisz' już w blogosferze dwa lata to się ciągle zdarza. Dlatego skoro był już post na temat tego co powinien wiedzieć początkujący blogger ---> klik to pora na to bym teraz powiedziała o tym co może Cię tu spotkać - z tej ciemnej, złej strony.


1. Początkowy zapał szybko znika.

Momenty ekscytacji na początku bloga bywają krótkie. Twoje pierwsze posty zostają bez odzewu, nikt nie komentuje a na liczniku ciągle '0' obserwatorów. Poddajesz się, rezygnujesz. Wyrzucasz sobie, że założenia bloga to najgłupsza rzecz na świecie, nikt i tak tego nie czyta, strata czasu. Tylko tyle. Zapominasz, że nic nie przychodzi od razu. Blogowanie cechuje się cierpliwością i pokorą - chcesz czy nie chcesz musisz być gotowy/a na kilka pustych postów. Jeśli nie teraz to później będą czytelnicy - ale proszę Cię nie próbuj desperacko się reklamować, wstrzymaj się czasem ze spamowaniem na innych blogach, odetchnij głęboko, pomyśl i działaj w rozsądny sposób.

2. Hejty, hejty wszędzie, w szczególności te anonimowe.

W historii mojego bloga zdarzyły się tylko dwa negatywne komentarze od osób anonimowych. Musisz wiedzieć, że anonimowe osoby bardzo podkopują wiarę w Twoje możliwości, w Twoją pewność siebie. Oni mają do powiedzenia najwięcej - wiedzą lepiej - nie możesz im się dać. Ale hejt może pojawić się w Twoim miejscu jak i tam gdzie się udzielasz.
Kiedyś zdarzyło się tak, że wygrałam 3 czy 4 konkursy pod rząd - zwykłe szczęście po prostu. Ktoś anonimowy napisał wtedy, że konkursy są ustawione  a mnie kopara opadła pod epitetami jakie padły w stronę moją jak i organizatorki- serio? Zawiść nie ma granic, możesz odpowiedzieć na nią ale to pogorszy sytuację, więc co robić? Ja zazwyczaj dziękuję takiej osobie 'za komplementy' i robię dalej swoje bo wiem ile jest warte to co pokazuje a hejterzy sorry pocałujcie mnie w ...nos ;). Po prostu luz i dystans.


3. Współprace nie przychodzą na 'pstryknięcie palcami'.

Nie każda firma chce zaufać początkującemu bloggerowi. Firmy kosmetyczne mają tam jakieś wymagania co do współprac np, minimum 10 tys wyświetleń, jakieś tam grono obserwatorów. Możesz tego nawet nie wiedzieć, ale pisząc notorycznie do firm nie polepszasz swojej sytuacji. To tak jakbyś żebrał/a i liczył/a na darmowe 'fanty'. Nie rób tak. Rozwijaj swojego bloga, skup się na nim, nie pisz gdzie popadnie. Każda z nas to przechodziła i w najbardziej nieoczekiwanym momencie ktoś Cię zauważa - tak KTOŚ ZAUWAŻA i to daje tyle motywacji, że masakra! Uwierz, to co sama sobie wypracujesz jest lepsze niż to co sobie 'wyprosisz'.

4. Opinie na temat: 'bo Ty dostajesz kosmetyki za darmo - więc musisz pisać o nich dobrze; bo testowanie to sama przyjemność' gdy tak naprawdę ( czasem) tak nie jest.

Każdy myśli, że jeśli coś dostałaś to napiszesz o nim pozytywnie... i większość, no dobra część osób  zwłaszcza tych początkujących tak robi. Po prostu każdy produkt jest idealny, cud, malina!. Nie wiem jak się czuję wtedy takie osoby ale ja nie umiem okłamać swoich czytelniczek - zresztą przecież to widać :D. Coś Ci nie pasuje to napisz o tym, nie ważne co inni o nim piszą, pisz zgodnie ze swoim sumieniem. To Twoja ocena a ze sobą trzeba być szczerym.

Ktoś ze znajomych kiedyś mi powiedział, że mam fajnie tyle kosmetyków i w ogóle. Serio? Chyba nikt sobie z otoczenia nie zdaje sprawy, że każda rzecz nie będzie u nas się sprawdzać. Nie zawsze testy są piękne i owocne - czasami powstają uczulenie jak u mnie po olejku Dove czy u Agnieszki klik do jej historii ---> tu. Możesz wyglądać jak siedem nieszczęść, może naprawdę dostać szału po kosmetyku i tym co zrobił al tak naprawdę nigdy nie zdajesz sobie sprawy z tego co może się zdarzyć dopóki to nie nastąpi. Dlatego dobrze wiedzieć co Ci nie służy i nie kombinować, nawet jeśli masz to otrzymać 'za darmo' pomyśl o swoim zdrowiu.


5. Brak weny, uciekający obserwatorzy i konkursowi wyjadacze.

Tego nie da się uniknąć. Robisz konkurs - przybywają czytelnicy, nie ma konkursu przez dłuższy czas czytelnicy odchodzą. Nie wszyscy tylko ta 'konkursowa część'. Nie unikniesz tego - 1/3 osób, które trafi na bloga ma gdzieś Twoje treści i włożoną pracę tylko czeka na konkurs. I nie nie obrażam swoich czytelników ale taka jest prawda. I każdy blogger może Ci to samo powiedzieć.

Wena nie zawsze jest. Czasami są takie dni, że nie wychodzą zdjęcia, treści nie przychodzą do głowy - załamujesz ręce. Nic nie pomaga. Szukasz inspiracji - nie pomaga. Po prostu jeden wielki dołek. Chcesz ale nie możesz. Spokojnie to przejściowe - chwila czasu i znowu wrócisz do formy. Po prostu przestań tyle myśleć.

Pewnie to i tak nie wszystko co chciałam Wam przekazać, pewnie coś pominęłam.
Jednak pamiętaj: zanim zaczniesz przygodę z blogiem, zanim się nastawisz pozytywnie zapamiętaj jedną rzecz: medal ma dwie strony i chcąc nie chcąc musisz być gotowy/a na niedogodności.
 Najważniejsze masz w sobie i Twój sukces to siła a każda 'porażka' nawet ta najmniejsza też może Cię czegoś nauczyć ;)



Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger