23:18

Szybka trójka: Van Cleef & Arples So First, Yves Saint Laurent Mon Paris, Viktor & Rolf Flowerbomb

Szybka trójka: Van Cleef & Arples  So First,  Yves Saint Laurent Mon Paris, Viktor & Rolf   Flowerbomb
Za napisanie tej trójki zabieram się już od ponad dwóch tygodni. Ciężko mi po prostu wyciszyć się na chwilę i stworzyć w głowie obraz tego jak odbieram te konkretne zapachy. Normalnie nie mam problemu, wącham - siadam i piszę, noszę te zapachy tak długo aż mi się 'przejedzą' ale dzisiejsza trójka jest bardzo wyjątkowa . Wyjątkowa w bardzo szczególny sposób - każdy z tych trzech zapachów sprawia, że ... mam ochotę zatkać nos i wywalić je przez okno :D Ooo, to idealne określenie ;D. Nie przedłużając dzisiejsza trójka śmierdziuchów już na Was czeka ;)


Viktor & Rolf - Flowerbomb

Nuty zapachowe: jaśmin sambakowy, róża Centifolia, frezja Ballerina, orchidea Cattleya, osmantus, paczula



Z czym Ci się kojarzy bomba kwiatowa? Może z eksplozją zapachu, która obezwładni Twoje ciało jak i duszę? Albo ze sztuką bo czujesz się jakbyś właśnie zanurzyła się w kąpieli utkanej z płatków róż, frezji i jaśminu? Albo po prostu taka bomba wprowadza Cię w błogi stan uniesienia, w stan hipnotycznego marzycielstwa gdzie ręką możesz łapać różowe chmurki, tęcz smakuje owocowymi cukierkami, a deszcz to nic innego jak spadające z nieba lodowe cukierki? Cokolwiek byś nie powiedziała Flowerbomb zmieni Twój świat, będzie wywierał na niego wpływ dając Ci poczucie błogiego stanu - tak, tak! Wręcz będziesz mieć wrażenie, że latasz na różowej chmurce ze spuszczonymi nóżkami, słoneczko przyjaźnie Ci macha, jesteś wręcz w skowronkach, nad głową masz kilka kolorowych motyki, które uprzyjemniają Ci Twoją wycieczkę .. Cudnie! Bajkowo, księżniczkowo - idealnie <3
Ale nie, to nie Flowerbomb, którego ja znam! To moje już czwarte podejście do zapachu i nadal odbieram go tam samo - jako zbiór przypadkowych składników, które na mojej skórze zmieniają się w kwiaty będące już zwiędłe, wyglądem przypominające znoszone kapcie a ich zapach przeradza się w smród. Na mnie Flowerbomb pachnie jak ulepek słodkiej róży z supermarketu, która stała zbyt długo na regale (tak długo, aż widać pożółkłe liście ) połączonej z masą rozkruszonych lizaków za 20 gr. Jest słodko aż do przesady, bolą od tego zęby, próchnica się wkrada i w ogóle.
Nie ukrywałam nigdy, że Flowerbomb to śmierdziel jakich mało i nadal podtrzymuję swoje zdanie.
Na szczęście ten smrodek na mojej skórze trzyma się tylko 3 godziny.

Sephora: 30 ml/ 355 zł;  50 ml/ 489 zł; 100 ml/ 689 zł.

Yves Saint Laurent Mon Paris


Nuty głowy: gruszka, malina, pomarańcza, truskawka, bergamotka, mandarynka, calon
Nuty serca: bieluń dziędzierzawa, jaśmin, piwonia, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: ambroxan, białe piżmo, wanilia, cedr, mech, paczuli

Od waszego ostatniego spotkania minęło zaledwie 29 godzin i 38 minut. Siedzisz jak na szpilkach, wyczekujesz telefonu, jakiegoś znaku. Na każdy dźwięk samochodu Twoje serce bije jak oszalałe, nogi same rwą się do drzwi a oczy zmieniają się w latarnię pełną ciepła i uczuć. Pragniesz zobaczyć jego szczery uśmiech, który powoduje że ściska Cię w 'dołku', pragniesz poczuć jak delikatnie poprawia Ci włosy i wkłada za ucho. Czekasz niecierpliwie jak głupia nastolatka, która idzie na swoją pierwszą poważną randkę. Mijają chwile, minuty, dzień Ci się dłuży aż w końcu słyszysz wyczekany sygnał wiadomości '5 minut i jestem maleńka <3'. Pędzisz jak na skrzydłach, w serduchu pielęgnujesz wasze ostatnie spotkanie, odliczasz sekundy i bach ...! Otwierasz drzwi, widzisz ten uśmiech, ale nie ma ścisku w dołku, w głowie myśli pędzą jak szalone 'ale co teraz?', to ten sam facet?', w oczach narasta panika - jednym słowem czar prysł! I co teraz zrobić?
Tak mam w przypadku tego zapachu, podoba mi się po pierwszych kilku minutach: jest lekko, słodko i owocowo, na pierwszy rzut idzie owocowy koktajl aż się prosi o spróbowanie, ale po 10 minutach ten czar znika. Zaczyna się zgrzyt i przesyt kwiatów, one tłamszą tą początkową lekkość. Wszystko robi się wymuszone, ciężkie, zbyt słodkie - to tak jak wrzucić do blendera kosz owoców , kg cukru i miód, nie do przejścia, nie do wytrzymania. Z pięknego początku zrobił się słodki klej, który na kilometr pachnie syntetykiem i sztucznymi dodatkami! Coś okropnego!
Na moje szczęście Mon Paris na mojej skórze czuć tylko przez 3 godziny.

Douglas 30 ml/ 269 zł; 50 ml/ 389 zł; 90 ml/ 579 zł.

Van Cleef & Arples So First

Nuty głowy: bergamotka, magnolia
Nuty serca: plumeria, frezja, jaśmin
Nuty bazy: wanilia, drzewo sandałowe

Ten moment kiedy wstajesz i wiesz, że to będzie dobry dzień. Humor Ci dopisuje, uśmiech sam na buzię wypływa, praktycznie kawa robi się sama - dziś jest dzień gzie wszystko widzisz przez różowe okulary! Pada? Nie szkodzi - mam parasol w ogromne kropki. Znowu błoto? Oj, chyba czas wyciągnąć te moje gumiaczki w wielkie różowe kwiaty. A może pójdę na lody? Może będę skakać po kałużach? Albo nie, wiem będę obżerać się czekoladą , uświnię sobie bluzkę i buzię a przy tym będę zanosić się śmiechem. Albo po prostu jak za dzieciaka będą dzwonić do domów  uciekać - bo dziś jest ten dzień, dzień małych i dużych radości, ulotnych chwil, pełen uśmiechu i szczęścia. Bo jak to śpiewano: 'wszystko się zdarzyć może, gdy głowa pełna marzeń'... ;) I tak naprawdę dla mnie jest ten zapach: lekki, radosny, z nutą ekscytacji. Pięknie go otwierają kwiaty z lekką owocową nutą co wręcz uwodzi i przyprawia o uśmiech na twarzy. Czuć frezję, czuć białe kwiaty i ój nos czuje jakieś delikatne owoce. Ale, ale ... na tym kończy się zapach. Praktycznie po dwóch godzinach już go ni czuję, gdzieś ta lekkość się ulatnia, nie pozostaje nic po nim ;(
Iperfumy.pl 40 ml/ 141.85 zł; 100 ml/ 147.64 zł
Tak się złożyło, że dzisiejsza trójka nie jest jakościowo jakaś wybitna, nie jest trwała ba, nawet te historię mi nie wyszły ale cóż począć? :)
Znacie któryś?

11:17

Bioamare mus do ciała (wyszczuplający) mango

Bioamare mus do ciała (wyszczuplający) mango
W słoiczku zostało mi go na dwa użycia a więc to chyba czas najwyższy zabrać się ocenienie dzisiejszego bohatera - musu mango marki Biomare. Jak bardzo kocham mango nigdy nie ukrywałam, jak bardzo przepadam za kosmetykami z mango wiedzą już (prawie) wszyscy - i nie będę ukrywać jeśli mam kosmetyk w tejże wersji będę jeszcze bardziej wymagająca. Powód prosty - w kwestii pielęgnacji ciała dany przeciwnik musi pokonać masło od Organique (tak!tak nadal jest ono pod względem zapachu i działania najlepsze! :)). Biomare nie miało łatwo - ot, co musiało mnie zachwycić ale ... Już po pierwszym użyciu wiedziałam jedno - kosmetyku Organique nie przebije, pytanie tylko czy okazał się tańszą/ lżejszą alternatywą?


Mus przyleciał do mnie od Eweliny :*, która nie będę ukrywać co jakiś czas obdarowuje mnie kosmetykami z tym specjałem - i szczerze powiedziawszy jak widzę jej imię na paczce to wiem jedno: będzie mango! :D

Dla ścisłości Biomare to 'gałązka' kosmetyków pochodząca od marki Nacomi (tak samo jak w przypadku Sylveco, które wydało serię Biolaven i Vianek). Kosmetyki dostępne są w Tesco - czyli praktycznie każdy/ a z nas ma dostęp do nich - tylko czy warto się skusić? Uwierzcie mi - nawet jak byłam w Tesco to one do mnie nie mówiły, po prostu 'sobie były' i tyle ;D.



Ok, tak dla ścisłości między bajki włóżcie sobie tekst 'o właściwościach antycellulitowych' bo tego nie zauważyłam i śmiem wątpić, że ten mus nie działa w ten sposób. Owszem chroni przed wysuszeniem skóry, fajnie łagodzi podrażnienia, ale nie jest naszym sprzymierzeńcem w walce z pomarańczową skórą. Ten mus głównie nawilża - tu muszę przyznać mu ogromnego plus bo czuć ten efekt, skóra jest pięknie odżywiona i 'nawodniona'. 
Szorstkie pięty? Podrażnienia po depilacji? Z tym mus radzi sobie świetnie a to za sprawą olejów, które w sobie ma - i nie da się ukryć, że w kontakcie ze skórą mus topi się i zachowuje się jak typowy olejek - natłuszcza! I to jak - ja polecam brać go zawsze mniej wtedy jest większa szansa, że się wchłonie, jeśli nabierzcie go za dużo ta ilość musu / olejku na ciele będzie widoczna (aż się Wam ciało świecić będzie :D) i nijak się nie wchłonie więc uwierzcie mi nawet nie będziecie w stanie się ubrać. 

Niestety ta ogromna tłustość mi nie odpowiada - to jest dla mnie nie do przejścia, może w zimowe / jesienne dni, gdzie aura nie sprzyja taka konsystencja spotka się u mnie z aprobatą jednak na ten letni sezon wolę jeszcze coś lżejszego.

I to nie jest tak, że ten balsam nie jest lekki - jest! Z tym wyjątkiem, że ja nie lubię olejków w pielęgnacji ciała i nie umiem się przestawić na ich używanie ;).
Skład? Udany, może być - nie ma zastrzeżeń ...

Nie będę się czepiać opakowania: proste, schludne, bez jakiś udziwnień - na plus zabezpieczenie pod zakrętką, która trzymała tak mocno jakby dziadek zakręcił słoik z ogórkami!



Co mi się podoba - to jego fenomenalna konsystencja, puszystej pianki, którą jak nabieracie paluchami to aż 'bąbelkuje' czy jak tam wolicie strzela! ;D. Uwielbiam to po prostu! Mogę ją nabierać i nabierać i nabierać... a to strzelanie nigdy mi się nie znudzi! ;D Pianka a raczej mus na skórze zmienia się w olejek - o czym już powiedziałam wyżej ;D. Wchłania się to wolno, dla mnie aż za wolno ale da się przeżyć. Mimo tłustości mus nie robi na ubraniu plam i nie pozostawia tłustego śladu po sobie. Lekki zielonkawy kolor jest fajny ale nie tak wyobrażałam sobie odcień musu mango.

Najważniejsze w jego kwestii dla mnie to zapach - Organique uraczyło mnie bardzo owocową, realną kwintesencją zapachu mango a Biomare? On mi nie pachnie mango ;(, pachnie owocami ale to nie jest mango - ten mus biorąc pod uwagę jego kolor jak i ten owocowy aromat bardziej mi przypada pod wersję ... zielone jabłuszko! I tak też mi pachnie - pachnie mi zielonym jabłkiem i nijak ten aromat nie ma styczności z mango. Nie, nie jest on zły ale to miało być MANGO! :D. Sam aromat trzyma się do jakiś 2 godzin i nie przechodzi na ubrania ani pościel (nie tak jak zapach Organique).
Co do wydajności: stosowałam do równy miesiąc - dzień w dzień i na tyle mi też wystarczył.



Tak, wiem - wygląda jak roztapiające się lody! :D I tak, melduję wafelki jak i groszki ze zdjęć pożarło blond gluto! <3 (nie, nie ja bo ja mam detoks od słodyczy :D).

Po części mus mango mnie rozczarował i zachwycił: ma fajną konsystencję, zaskakuje przemianą w nawilżająco/ natłuszczający olejek ale to chyba wszystko z jego super hiper zalet. Nie ma aż tak wspaniałego działania (jak opisuje producent), nie pachnie mango i na pewno nie jest produktem do którego wrócę - no chyba, że jak będzie mróz za oknem ;).

Kosmetyki Biomare dostaniecie tylko w Tesco, nie mam pojęcia ile może kosztować ten mus ale sądzę, że ok. 20 - 25 zł (ale stawiam, że mniej) / 150 ml.

18:59

Evree, Sugar Lips, cukrowy peeling do ust - poziomka

Evree, Sugar Lips, cukrowy peeling do ust - poziomka
Evree znowu zaskakuje - jeszcze nie zdążyłam poznać kultowych kremów czy olejków do twarzy a marka na rynek wypuściła kolejne nowości: peelingi i balsamy do ust w dwóch wersjach pomarańczowej i poziomkowej.
Nie żebym była kompletnie obojętna na markę to na swoje usprawiedliwienie powiem, że miałam ich jakiś produkt do stóp - no i szału nie było więc od tego czasu omijam szerokim łukiem:D.
I tak się dzieje, że zawsze jakimś cudem to co omijam dosłownie ' spada mi z nieba' . W tym przypadku nie było inaczej - tym razem nowością obdarowała mnie Ewelina :*. Ochoczo i uparcie zabrałam się za testy, poprzeczka wysoka, wszak Evree wróciło do mnie po kilku miesiącach i musiało zatrzeć złe wrażenie - jak poszło cukrowemu peelingowi?


Nie powiem - nie spodziewałam się, że marka tak prężnie będzie zaspokajać potrzeby kobiet taką różnorodnością produktów, sama muszę przyznać, że na tej mojej wsi spotkałam ich balsamy pomarańczowe do ust i gdyby nie moje zapasy pielęgnacyjne to uwierzcie pewnie sama bym jeden kupiła. Tymczasem po intensywnych testach peelingu to nie wiem czy chcę dalej 'spotykać' się z tą marką , no dobra może bym się jeszcze spotkała z ich maskami, kremem pod paczadełko ... No dobra, to temat na inną historię teraz czas na peeling :)

Masz spierzchnięte, suche, szorstkie usta?
Nanieś na nie niewielką ilość peelingu i wmasuj.
Nadmiar zmyj wodą lub usuń chusteczką.
Soczysta eksplozja owoców w cukrze sprawi,
że Twoje usta będą delikatnie złuszczone, nawilżone i wygładzone. Ty odczujesz komfort, a one odzyskają zdrowy wygląd i sensualną miękkość.


Sugar Lips – ratunek dla przesuszonych ust. Cukrowy peeling delikatnie złuszcza naskórek nie uszkadzając go, nadając ustom idealną miękkość. Kuszący zapach poziomki działa na wszystkie zmysły. Gwarantujemy, że Twoje usta jeszcze nigdy nie były aż tak całuśne! Dodatkowe zalety: peeling pozostawia na ustach nawilżającą warstwę olejku i słodki smak.




No i w sumie to nie bardzo wiem co mam powiedzieć na jego temat... Bo to co czytam na opakowaniu a to co ja czuję to zupełnie dwie inne bajki :D. Szperałam w sieci by sprawdzić czy moje odczucia po jego stosowaniu faktycznie mają pokrycie wśród innych jego użytkowniczek no ale nie czarujmy się - Sugar Lips jest nowością i jeszcze nie jest zbyt popularny w blogosferze a to znaczy, że na jego temat jest bardzo mało opinii (w sumie znalazłam jedną ale jakoś w nią nie wierzę :D).

Jaki więc jest nasz peeling cukrowy? Nooooo, cukrowy to na pewno :-D. Nie mam problemów z ustami, nie są spierzchnięte ani suche więc tym bardziej ciężko mi się ustosunkować do jego działania - działania o którym mówi producent, więc co dostałam?
Owszem peeling zostawia na ustach tłustą warstewkę - mi to nie przeszkadza bo i tak stosuję go na noc, owszem można uznać, że delikatnie nawilża a usta rzeczywiście są 'miękkie' ( co czuć po kilku minutach) i to tyle w temacie 'ogólnego działania' z mojej strony. Czy całuśne? Po zastosowaniu peelingu, jego zmyciu prędzej bym czymś rzuciła w mojego K niż pozwoliła na 'całuśne sprawy' :D.



A czemuż to tak? Niestety po zastosowaniu peelingu moje usta są delikatnie podrażnione a ich okolica jest zaczerwieniona ;(. To coś przez co przejść nie mogę: za każdym razem jest to samo, mój naturalny odcień warg jest czerwony i to rozumiem ale żeby zaraz obwódka i kilka milimetrów od ich umiejscowienia pojawiał się czerwony ślad i utrzymywał się do kilkunastu minut? No way! 
Smak i zapach - podobno owocowy bo w praktyce czuć chemiczne owoce, dosłownie w powietrzu czuć nutę chemii a na ustach no niestety nie ma słodkiej poziomki tylko 'smakową tłustość' wiecie takie okropne uczucie i nijak ten peeling ani nie pachnie poziomką a tym bardziej nią nie smakuje / nie zostawia słodkiego smaku - bo to nawet koło poziomki nie stało :D.

10 g okazuje się wystarczające u mnie na 8 - 9 użyć - dokładnie już nie pamiętam, czy to dużo czy mało trudno mi ocenić.
Przyczepić się mogę do opakowania: owszem mamy sreberko, pojemniczek jest zgrabny i zmieści się do torebki jednak plastik z jakiego jest wykonany mimo, że sprawia wrażenie mocnego i wytrzymałego pęka gdy spadnie (nawet z małej) wysokości lub gdy lekko pukniesz (przypadkiem czy też nie) nim o coś.

Konsystencja? Zbita na pierwszy rzut oka jednak pod wpływem palców staje się bardzo plastyczna. Z nabraniem peelingu nie ma problemów: jest dość gęsty więc nie spada z paluchów, przy tym muszę zaznaczyć, że podczas jego nabierania czuć jego 'tłustość'.



Bez marudzenia powiem, że podoba mi się jego kolor :D. Drobinki są ciut większe niż drobinki cukru,  są też dość ostre więc osoby z wrażliwymi wargami raczej powinny go unikać. Peeling nie wchodzi w interakcje z żadnymi rankami na ustach (nie wiem jak to zrobiłam ale miałam małą rankę od przecięcia się własnym pazurem :P).

Hit? Nie powiedziałabym, że ten produkt będzie hitem. Oczywiście będzie miał swoich zwolenników jednak mi osobiście on nie pasuje: za te zaczerwienienia, posmak czegoś tłustego i chemiczny zapach. Wiem też, że balsamy z tej serii zbierają więcej plusów więc kto wie, może się skuszę na wersję pomarańczową?

Sugar Lips marki Evree dostaniecie w Rossmannie, małych drogeriach i online - 11 - 15 zł/ 10 g. 

P.s o nim pisała też:

Samara ---> klik

00:15

A kto mi zabroni?

A kto mi zabroni?
Można powiedzieć o mnie wszystko: począwszy od tego że zbyt dużo marudzę a skończywszy na zdaniu 'weź Ty się ogarnij Ruda i przestań wypisywać jakieś głupoty'. Człowiekowi nie dogodzisz i cokolwiek bym nie zrobiła czy cokolwiek Ty nie zrobisz zawsze ktoś będzie miał do Ciebie jakieś 'ale' , setki pretensji no bo jak tak można? Ludzie zaczną zadawać w kółko pytania 'czy ona jest normalna? Czy zwyczajnie pierdolnięta?' A owszem w moim przypadku to drugie ale czemu tak jest? Czy w dobie wszechobecnego minimalizmu, zdań składających się z trzech słów, bycia zwyczajnie miłym nie powinnam zaprzestać być sobą i choć odrobinę być mniej marudna? Czy ktokolwiek z nas powinien rezygnować ze swojej natury bo tak wypada, bo w internecie nic nie ginie, bo jaki dajesz przykład i takie tam? Czy zwyczajnie i po ludzku powinnam dostosować się do 'obrazu współczesnej pięknej kobiety;' zwłaszcza jak ktoś udziela się w sieci?


Nie! To po pierwsze, cenię osoby które mają coś więcej do powiedzenia niż zwyczajnie 'ładna sukienka' (a i mi zdarza się tak mówić jak po prostu nie chce wysilać mózgu), praktycznie kocham osoby które odstają od reszty i zamiast iść tą samą drogą jak wszyscy czy jak zwykły Janusz skrócą sobie drogę przez trawnik tylko dlatego, że szkoda im iść te 25 cm chodnikiem . Ot, cała filozofia niby proste , niby każdy wie co i jak a i tak w finalnym efekcie jak wchodzisz w internet widzisz te same ryje, te same opinie, te same nawet posty - rzygać się chce od tej 'inności' a przepraszam 'idealizmu' czyli tego jak powinno się prezentować w sieci.

Nie ma dla mnie rzeczy nie do przejścia: jeśli chcę to powiem komuś zwyczajnie ludzkie 'wypierdalaj' jeśli chcę to swoje zdanie też powiem (zwłaszcza jak mi już za dużo i ktoś / coś notorycznie daje mi ku temu powody). Nie strzępię języka byle gdzie, bo czego mam się bać? Nie ranię nikogo celowo, nie wchodzę do nikogo z przypadku i nie mówię ' słuchaj laska, jesteś gruba i obleśna, fryzjer zjebał Ci grzywkę, sadło wisi weź nie rób siary i znikaj stąd' - taka nie jestem i nie byłam ale znam osoby w sieci, które celowo wchodzą do kogoś by go zdeptać jak karalucha, pogrążyć, zniszczyć i co im to daje? Chwilową satysfakcję? To, że w sieci tacy mądrzy a w realnym świecie miękkie cipy?  Według zasady 'bądź sobą ale nikogo nie krzywdź' można dużo więcej zdziałać niż pędzić za tłumem i na ślepo wybierać sobie te cechy charakteru, które aktualnie mają 'potencjał'.


 Po pierwsze: nie bój się mówić : jeśli chcesz kogoś skrytykować to to zrób, nikt nie mówi byś obrażał/ a daną osobą ale konstruktywna krytyka czemu nie? Po drugie: bądź zawsze szczery /a ze sobą i z innymi: zamiast pisać głupie 'świetny post' to czasem warto powiedzieć ' nie czytałam posta ale strasznie mi się podoba to x ze zdjęcia y, powiesz co to?' i to o wiele lepiej wygląda niż wydumana formułka. Po trzecie: nie pozwól by Cię blogosfera 'pochłonęła': balans! Idąc na randkę / domówką czy gdziekolwiek nie myśl ' taka piękna pogoda byłyby wspaniałe zdjęcia' tylko się baw, bo blog ma być Twoją odskocznią / rozrywką a uwierz kiedy Ty będziesz wypoczęta i w świetnym nastroju to zdjęcia zrobią się same a posty łatwiej się napiszą. Po czwarte: nie pozwól wmówić sobie że jesteś gorsza / czy twoje zdanie jest gówno warte: kiedy mnie ktoś obraża nie jestem dla niego miła, karma to suka, ja bywam jeszcze gorsza więc gdy w momencie gdy ktoś przekracza 'granicę' i próbuje zmieszać mnie z błotem nie waham się tego zrobić co do drugiej strony, dlaczego? Bo jeśli raz komuś na to pozwolisz to takie zachowanie będzie nagminne i tu w sieci jest tak samo. Broń siebie czy swojego zdania bo co z tego, że 95 % ba nawet 99% uważa, że coś jest świetne a Ty tego nie podzielasz? To znaczy, że masz też tak sądzić? Nie -  to znaczy tyle, że potrafisz odróżnić prawdę i doskonale słuchasz siebie.


Esiak stworzył ostatnio wpis o polecanych blogach i wbrew pozorom znalazły się tam same 'niegrzeczne dziewczynki' ZAJRZYJ  (w tym i ja) i wiecie co? Mało nas jest ;(. Gdzieś zatarła się granice i nasze koleżanki po fachu straciły 'pazur' - praktycznie brakuje osób które w dupie mają obecne trendy i mimo wszystko nadal są sobą. Ale, ale ta garstka 'wyrzutków' pokazuje nam, że nie ważne jakiego języka używasz, ważne by robić wszystko z sercem. 

I z czystym serduchem powiem, że nijak mi ten post tu nie pasuje, nie mam na niego weny a i tak go wpuszczę, może dla tych osób które boją się przebić? Może dla tych którzy potrzebują wierzyć, że czasem warto powiedzieć ' o kilka słów za dużo'? 

Bo wiecie paradoksalnie nie każdy chce czytać o dupie Maryny i samych cudach techniki, chcesz klnąć w poście? No to dalej, od jednej 'kurwy' jeszcze nikt nie umarł (i nie, nie mówię tu o kile :D), chcesz napisać  posta który nie pasuje Ci do tematyki bloga? No problem - dopóki robisz coś z sercem i jesteś przy tym sobą, nikogo nie udajesz i nie jest o na pokaz - rób, działaj, pisz, klnij i co ci się tylko podoba ;) 


I dziewczynki nie spinajcie się przy brzydkich zdjęciach (paradoksalnie te się Wam u mnie najbardziej podobają), czasem i ortografia leży (dzięki za poprawianie ♥) a czasem po prostu tak jak dziś post jest do dupy ale co tam, kto mi go do jasnej cholery zabroni napisać? 


Na ostatku jak to się mówi 'dystans, dystans kurwa albo wszyscy umrzemy' , 
Wasza Ruda :*

19:50

Dior J'adore in Joy

Dior J'adore in Joy
Wyobraź sobie swoje wakacje: co widzisz? Kiedy ja zamykam oczy widzę niebo z białymi chmurkami, beztroskie dzieci biegające po plaży, słyszę plusk i pisk - kolejna para w dziwnym, radosnym tańcu biega przy brzegu jeziora. Widzę jak mrużę oczy gdy leniwe, gorące promienie słońca próbują złapać moją buzię, widzę radość i beztroskę, świat bez zmartwień - widzę też dłoń przy mojej dłoni, dłoń najważniejszej osoby w moim życiu, słyszę 'dzień dobry piękna, trochę się spiekłaś!' . Czuję się szczęśliwa i taka 'lekka' bo cóż więcej mogę chcieć w tym momencie? ;)


Moczysz nogi w jeziorze, krzyczysz na dzieciaki, które z impetem mkną w Twoją stronę, czasem cicho klniesz pod nosem bo znowu jakiś pies biega w wodzie ... Zwykła niezwykłość wakacyjna! Nie musisz się odwracać, uśmiechasz się bo 'czujesz' na sobie pewien wzrok. Poprawiasz włosy, próbujesz czerpać z tej chwili jak najwięcej się da . Nie marudzisz - pierwszy raz o dawna czujesz się zadowolona i spokojna, nie oczekiwałaś żadnego wyjazdu za granicę, w ogóle nie planowałaś żadnych wakacji - jak już to Twój ambitny plan zakładał, że kilka najbliższych dni spędzisz w łóżku obżerając się czekoladą i lodami a tu proszę ... Jakby nigdy nic stoisz po kolana w wodzie, śmiejesz się jak dziecko gdy Twój facet czule na Ciebie spogląda a w głowie panuje czysty spokój - czy może być jeszcze lepiej?
I nagle czujesz ruch za sobą, myślisz że znowu jakieś przeklęte dziecko pluska się za Twoimi nogami a tu niespodzianka - Twój facet z koszmarnie chytrym i przebiegłym uśmiechem zmierza do Ciebie z ... wiaderkiem pełnym wody! (przemilczmy fakt, skąd on do ku**wy nędzy ma wiaderko??!)

J’adore Injoy to zapach, który ma radosną i promienną osobowość. To całkiem nowa, kwiatowo-owocowa kompozycja, która zaskakuje wyjątkowym, słonym akcentem. J’adore Injoy upaja nutami soczystej, dojrzałej brzoskwini, zmysłowego Ylang Ylang, Jaśminu Sambac oraz soli morskiej najwyższej jakości.



Beztroskie - tak mogę nazwać otwarcie J'adore in Joy, mnóstwo soli która na mojej skórze jest wręcz krystaliczna i 'przejrzysta' - nie otępia mnie ale sprawia, że każdy podmuch wiatru niesie ku mojemu noskowi zapach lekko słony ale z czymś bardzo 'słonecznym'. Nie jest dla mnie skomplikowany bo ja czuję tylko dwie nuty sól i coś lepkiego, słodkiego co nadaje zapachowi owocowy wydźwięk. Czy to brzoskwinia? Jeśli tak, to w moim odczuciu mam styczność z mocno dojrzałym owocem, z którego skóra sama schodzi a on sam jest pełen miąższu i soku - apetyczny, soczysty a z drugiej strony mam poczucie 'ona za długo była na słońcu, wręcz się rozpada w dłoni'.

Wakacje, wakacjami 'chrzest bojowy' musi być DOSŁOWNIE więc nie zgadniecie gdzie wylądowało to wiaderko z wodą - TA DAM! owszem na mojej głowie i dosłownie (a wiem, że się powtarzam mam ochotę skopać mu tyłek) ale zamiast tego stoję oniemiała i zaczynam chichotać jakbym znowu miała pięć lat! Sama w to nie wierzę - stoję w tej wodzie, wyglądam jak zmokła gęś i chichram się jak jakaś chora psychicznie!


Ale po to jest ten czas - teraz nie muszę o niczym myśleć, mam gdzieś czy budzik jutro zadzwoni czy też znowu będę jeść na kolację mrożoną pizzę - jeśli teraz nie wykorzystam tych paru momentów beztroski to co mi później zostanie?
A więc stoję, zanoszę się śmiechem jak nienormalna i czekam (tak, oczekuję!) że on zrobi coś więcej! Chcę więcej śmiechu, beztroski, wolności i spokoju w głowie. Potrzebuję tego - potrzebuję wylania wiadra wody na głowę, chodzenia boso po plaży, muszę widzieć jak biegną dzieciaki po plaży a ich uśmiech nie schodzi im z twarzy! Takie momenty są bezcenne i ... proste! Nie ma nic piękniejszego niż ten zwyczajny, prosty widok!

I tak też odbieram ten zapach: jako prosty i niezobowiązujący, bez udziwnień. Jest lekko słony, owocowy i .. kremowy. Odebrałam go bardzo dobrze - na mojej skórze pachnie czystością i mydełkiem! Dosłownie - jest dla mnie prostą utkaną z pięknych nut. Pachnie delikatnie, nie krzyczy tylko cicho emanuje swoją obecnością. Ten zapach jest wręcz stworzony na chwile zapomnienia!


Czy mam jakieś zastrzeżenie? Owszem - trwałość ;(. Na mojej skórze ta czystość jest obecna przez jakieś 3 godziny i puff nie ma ani grama więcej ;(. Trochę nad tym ubolewam ponieważ klasyk jest dla mnie okropny ale zaś J'adore in Joy tak cudownie się na mnie układa, że mogłabym gościć flaszkę na swojej półce.

I co dalej? Przestanę się śmiać i zrobię odwet, zabiorę mu to wiaderko i tym razem to ja wyleję mu wodę na głowę, albo zacznę go chlapać, a może to i to? ;> Po to są wakacje! Po to by się bawić i czuć się znowu jak pięciolatek bez zmartwień!.

Dior J'adore dostaniecie w Douglasie ---> klik, 50 ml / 375 zł; 100 ml/ 529 zł.

A o tym zapachu mówiły też:

Dominika ---> klik
Kasia ---> klik

23:02

Dr G Crystal Deep Peeling

Dr G Crystal Deep Peeling
Azjatyckie kosmetyki szturmem podbiły serca kobiet na całym świecie. Z nami jest tak samo: coraz więcej z nas decyduje się na włączenie azjatyckich specyfików w pielęgnację: począwszy na maskach w płachcie imitujących urocze zwierzątka a kończywszy na podkładach. Póki co koreańska pielęgnacja nie jest tym celem do którego sama dążę - owszem poznaje ich specyfiki z różnych marek (Skin79, Holika Holika), poznaję maski w płachcie, kremy BB, produkty do oczyszczania twarzy ale nadal nie jest to pielęgnacja 'skrojona na potrzeby mojej skóry'. Nie mówię, że jest zła - jest wręcz fajna ale chyba nie dla mnie :-). Nie stronię od produktów, które oferuje ich rynek ale nie do końca do mnie mówią - nie wiem czy to wina książki i stylu pielęgnacji, który jakiś czas temu był szeroko promowany w mediach czy po prostu nasz rynek kosmetyczny bardziej mi odpowiada. Nie będę ukrywać: w azjatyckiej pielęgnacji można spotkać perełkę i dziś właśnie o jednej takiej Wam powiem: na salony wkracza Dr G Crystal Deep Peeling, który śmiało może nosić nazwę 'kryształowy' ;)


Gdyby nie fakt, że miałam farta bo przecież głupia ma szczęście to w życiu bym nie spojrzała na markę. Owszem słyszałam o niej już dobre rzeczy ale jak mówiłam wyżej, prędzej kupię coś z naszego rynku niż będę buszować po azjatyckich skarbach.

Marka Dr G na rynku istnieje od 17 lat - przez ten czas stworzyła produkty już kultowe i muszę przyznać, za produkt o którym dziś mowa wydałabym nawet dwa razy większe pieniądze bo uwierzcie mi - WARTO!

Dogłębne lecz również  delikatne dla skóry złuszczanie dzięki zawartości  kryształków z naturalnej soli.
Kawałki kryształków usuwają martwe komórki naskórka, odsłaniając zdrowe, nowe warstwy skóry.
Dogłębny efekt oczyszczania dzięki zawartości naturalnej soli, cytryny oraz ekstraktu z wąkrotki azjatyckiej
bez powodowania uszkodzeń naskórka. 
Pozostawia skórę gładką, dokładnie oczyszczoną, przygotowaną na kolejne kroki pielęgnacyjne.
Efekty:
  • Złuszczenie martwych komórek naskórka.
  • Rozjaśnienie i ujednolicenie kolorytu skóry.
  • Wygładzenie skóry.
  • Peeling pobudza mikrokrążenie skórne i dotlenia skórę. Skóra staje się bardziej elastyczna i gładsza.
  • Nawilżenie i odżywienie skóry.
  • Delikatne oczyszczenie bez podrażnień.
  • Uczucie odświeżenia skóry.


Bardzo rzadko zdarza się, że post opływa w same zachwyty jednak gdy już do tego dochodzi - pochwały są zasłużone! Więc wybaczcie jeśli od mojego wychwalania rozbolą Was zęby ;D

Crystal Deep Peeling zachwycił mnie od samego początku - znacie to uczucie kiedy stosujecie coś pierwszy raz i wiecie, że ten produkt będzie genialny? Właśnie, mimo, że takie odczucie rzadko pojawia się w moim przypadku to tutaj od pierwszego użycia mi towarzyszyło i z biegiem czasu utrwaliło we mnie przekonanie: cholera, on naprawdę jest wart każdej złotówki.
A co on w ogóle takiego robi? Po pierwsze już nieraz mówiłam, że uwielbiam produkty rozświetlające i Crystal Deep Peeling to mi zapewnia - już po pierwszym spotkaniu było widać jak pięknie rozświetlił skórę. Idąc tym tropem: pięknie oczyszcza - nie jest agresywny jak w przypadku pasty węglowej Bielendy ale daje ten sam efekt: skóra jest promienna, oczyszczona, pory są odblokowane a sama buzia jest gładziutka aż miło! Kolejny jego plus: delikatnie nawilża i nie jest to żaden okropny tłusty film na skórze tylko uczucie 'otulenia' skóry czymś miękkim. Chyba jednym z jego największych atutów jest to, że będzie pasował każdej cerze i to dzięki temu, że oczyszcza dogłębnie a przy tym jest delikatny, nie podrażnia, nie ma z nim problemów. Prawdę mówiąc moja cera (mieszana w kierunku normalnej) bardzo go polubiła!



Czy moja buzia stałą się gładsza i odżywiona? Pewnie, że tak ale w dużej mierze to zasługa mojej minimalistycznej pielęgnacji ( a to zaledwie 5 produktów). Prawda jest taka, że owszem peeling odwala dobrą robotę, suche skórki na buzi to odeszły w niepamięć, porów praktycznie nie widać, buzia wygląda na wypoczętą ale na ogólny składają się dwa produkty: ten peeling i pewne serum o którym będzie mowa w innym poście. 
Czy coś mi nie pasuje? Owszem z początku nie mogłam się przyzwyczaić do tego opakowania: dla mnie było po prostu dziwne. Z biegiem czasu przestałam zauważać jego dziwny kształt. Dr G ma dość prostą, przejrzystą szatę graficzną - tutaj nie ma wyjątków. Biel i szarość kojarzą mi się aptecznie, klinicznie i .. profesjonalnie! Zwykły biały plastik jest dość elastyczny i giętki i ku mojemu zdziwieniu w miarę ubywania produktu możecie zobaczyć przez niego ile jeszcze nam go zostało.
Co na plus? Ewidentnie zabezpieczenia, pod nakrętką peelingu znajdowało się srebereko, a na samym opakowaniu mamy też 'opened date' czyli coś co jeszcze na naszych opakowaniach nie jest spotykane: mamy możliwość napisania daty otwarcia by pamiętać w jakim czasie go zużyć. Oczywiście większość informacji na opakowaniu nie jest w naszym języku ale znajdziemy tam nalepki po polskiemu :D



Zabawa zaczyna się z konsystencją ;D. Nie jest lejąca i nie ucieka między palcami, ale nie jest też zbyt gęsta i łatwo się ją rozprowadza na buzi. Czuć w niej delikatne drobinki, których jest multum a wielkością przypominają zwyczajną sól. Drobinki mnie zadziwiają: one jakby dopasowują się do stanu cery i kiedy potrzeba są ostre a kiedy nie, obchodzą się z nią delikatnie (albo po prostu ciężko mi ocenić ich stopnień ścieralności). Kiedy używam peelingu na 'suchą skórę' i masuje nim twarz nie czuć tej ilości, owszem produkt oczyszcza skórę i to dość dobrze, jednak kiedy produkt ma kontakt z wodą no to proszę państwa wtedy dopiero widzę jaką ogromną ilość drobinek właśnie sobie zafundowałam :D. On się nie pieni ani nic w tym stylu, multum drobinek znika powoli ale nie zdarzyło mi się nigdy bym ich nie zmyła z twarzy w całości (mam tu na myśli, że żadna nie wędruje w kierunku włosów, paczadełka czy też ust).


Sama konsystencja przypomina zwyczajny krem ... wiecie taki tam z solnym dodatkiem :D. Nawet jak macie na buzi jakieś drobne zranienie to peeling nie szczypie i dzięki temu i swojej łagodności można stosować go częściej niż 2 razy w tygodniu. Mi się zdarzało, że Crystal stosowałam codziennie i nic złego z moją skórą się nie działo :D. Pachnie? Nie czuję, ja po prostu skupiam się na działaniu a nie na walorach zapachowych, których tutaj po prostu nie dostrzegam.
Wydajny? Peeling trafił do mnie w lutym lub w marcu (dokładnie nie pamiętam), stosuję go od kwietnia, raz częściej raz rzadziej i zostało mi go jeszcze połowa opakowania.

Dr G Crystal Deep Peeling powinien odpowiadać każdemu kto lubi mieć promienną cerę, kto lubi oczyszczenie na konkretnym poziomie przy zachowaniu łagodności produktu i tym, którzy lubują się w azjatyckich kosmetykach. 
Wydaje mi się też, że ten peeling jest znacznie efektowniejszy / łagodniejszy niż te które stosowałam z naszego rynku. Tutaj po prostu wielki ukłon za połączenie konkretnego działania, działania które można zauważyć od pierwszego użycia i brawo za to, że peeling przy tym nie robi żadnych szkód :)

Crystal Deep Peeling dostaniecie w sklepie Dr G ---> klik, 120 g / 73 zł.

22:28

Loreal Volume Million Lashes So Couture

Loreal Volume Million Lashes So Couture
Macie tak czasem, że jak się na coś 'nastawicie' to oczekujecie od tej rzeczy przysłowiowych 'gruszek na wierzbie? No własnie ja tak mam ;D. I nie ma co mi się dziwić skoro w blogosferze można spotkać wiele hitów, produktów, które można uznać za 'kultowe', tylko że z tymi hitami blogosfery jest tak, że nie do końca u mnie się sprawdzają. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć ile 'hitów' wywołało u mnie szczery zachwyt (np. żółta mascara Lovely Pump Up) a ile z tych hitów zostało przeze mnie po prostu wywalone do kosza.
Tusze Loreal już zdobyły rozgłos, już są kultowe i nie trzeba ich przedstawiać więc po tylu zachwytach, pochwałach i czytaniu o jego samych zaletach nastawiłam się naprawdę mocno - oczekiwałam naprawdę spektakularnego efektu i musicie uwierzyć mi naprawdę, jakie było moje zdziwienie kiedy w finalnym efekcie powiedziałam 'no i o co tyle szumu'?


Jestem chyba jedną z nielicznych osób, które bardzo długo opierały się jego 'fenomenowi'. Wiecie ja nie lubię kupować produktów na które aktualnie jest szał - zawsze podkreślałam, że wolę jak 'szum' ucichnie i dopiero wtedy na spokojnie mogę zabrać się za testowanie takiego cudaka. I tak jest w przypadku kolejnego hitu blogosfery!

Loreal Volume Million Lashes So Couture Tusz do Rzęs Black:
  • idealnie rozdziela rzęsy, nie pozostawia grudek
  • pogrubia, nadaje objętość i wydłuża rzęsy
  • pozostawia rzęsy pięknie podkreślone
  • gwarantuje trwały makijaż


Podobno to jeden z tych tuszy, które powinna mieć każda kobieta. To jeden z tych tuszy, które potrafią stworzyć cuda na rzęsach. To ten tusz powinien być wychwalany bo na to zasługuje , bla bla bla i takie tam. Czy tak jest? Nie. On jest dobry - poprawnie dobry i nie powiem i nie potwierdzę słów 'jest fenomenalny'.
Można uznać, że marudzę, że nie jestem obiektywna (wszak wiadomo, że mi większość rzeczy nie pasuje bo ja to ja i zawsze się czepiam) ale taka jest prawda. Nie mam co przed Wami czarować, że jest inaczej czy stworzyć Wam wymyśloną historię jak to pięknie nam się układa i jak to od pierwszego użycia zapałaliśmy do siebie miłością.
No chyba nie - żadną miłością bo nasze pierwsze spotkanie to była jedna wielka porażka - miałam tak sklejone, pardon OBKLEJONE rzęsy, że momentalnie pod okiem zrobiła mi się jedna wielka ciapa. Minęła minuta, góra dwie tusz znalazł swoje miejsce na dnie (dosłownie) przegródki w kosmetyczce, to COŚ z paczadełka zostało zmyte i potulnie wróciłam do maleństwa marki IsaDora.
Ale ok, pomyślałam może to tylko pierwsze złe wrażenie ma zwiastować ten spektakularny efekt o którym wszyscy mówią, no przecież Ruda 99 % kobiet w blogosferze nie może się mylić więc ściskaj pośladki i na spokojnie go użyj - tak też zrobiłam. 
Dałam jedną warstwę: ok, może być - rzęsy zostały lekko podkręcone, wydłużone i pięknie rozdzielone. Tyle albo aż tyle. Zdecydowanie było widać, że tusz 'zrobił swoją robotę' ale dalej się zastanawiałam gdzie te cuda i dziwy, o których czytałam :D.



Ale, zaraz, moment może trzeba dać dwie warstwy? Super pomysłowa Ruda dała dwie warstwy ... i pal licho co za gówno! :D. Dosłownie! Rzęsy zaczęły się sklejać, tusz odbił się na powiecie , a z mojego pięknego wczesnego umalowania firanek stworzyła się jakaś ciężka 'czarna' kotara. Szczęka mi opadła! Przy dwóch warstwach takie coś? No way! I tak jest za każdym razem : jedna warstwa, piękna firanka (może nie piękna ale robotę tusz odwalił na 4 +) a przy dwóch to jedna wielka masakra ;O.
Jaki wniosek? Używać tylko raz, raz aby rzęsy nadal wyglądały lekko i zalotnie a nie jak jakaś zmora po pijackiej imprezie :D. 
Myślałam, że to wina jego konsystencji ale ona jest odpowiednia: ani nie za sucha ani nie za mokra. Szczotka? Cudna! Dociera do każdej rzęsy, nabiera wystarczającą ilość tuszu, jest giętka i naprawdę 'prosta' taka jak lubię ;)

So Couture na swoją obronę ma kilka aspektów: nie kruszy się, nie robi efektu misia pod paczadłkiem, nie ściera się szybko, jest trwały a przy tym rzęsy nadal wyglądają naturalnie, nie tworzy grudek, nie skleja <--- ale rzecz jasna mówimy o jednej warstwie na rzęsach. Aaaa i ma ładne opakowanie :D


Nie tego spodziewałam się po Loreal Million Lashes. Dosłownie. Tyle co ja się naczytałam, tyle zachwytów a finalnie mogę tylko powiedzieć 'no i o co tyle szumu?'. Jest poprawnie, ładnie ale nie ma 'wow', być może ja za dużo oczekiwałam od niego ? Swoim hitem go nie nazwę  tusz jest ok, nic poza tym ;).

Kto ma / miał ? Jak to jest u was z nim?

Wersję So Couture (w najlepszej / najtańszej opcji) dostaniecie na cocolita.pl ---> 9.5 ml / 25.90 zł.

14:02

Avon Mark, żelowe lakiery do paznokci: Violaceous, Cerise - ly, Surebet + wyniki konkursu Liqpharm!

Avon Mark, żelowe lakiery do paznokci: Violaceous, Cerise - ly, Surebet + wyniki konkursu Liqpharm!
Kiedy w poprzednim katalogu zobaczyłam tą serię lakierów - zaniemówiłam! Chciałam zamówić na raz 8 odcieni ;D. Mój zapęd powstrzymała mama mówiąc 'kup jeden, najwyżej dokupisz sobie' ... tsa ja i jeden lakier z tylu odcieni? No way! Na pierwszy rzut wybrałam 4 odcienie: Violaceous czyli jasny beż, Cerise - ly bo kocham różowe lakiery i takiego mi brakowało, Surebet, które miało być pięknym odcieniem nude oraz Sea My Nails, piękny odcień oceanu jak dla mnie. Jak przyszło co do czego to tylko mój ocean (Sea My Nails) do mnie nie dotarł (a to już z winy konsultantki). Trochę zdziwiona i zaskoczona takim obrotem sprawy zostałam z moją trójką, w której pokładałam duże nadzieje (wszak jeszcze nigdy nie miałam lakierów tej marki). Jak wypadło? Po części już wspominałam we wpisie z nowościami, po części też mówiłam o nich na IG teraz przyszedł czas na konkretną opinię ;)


Jakiś czas temu całkowicie zrezygnowałam z malowania paznokci. Teraz naprawdę musi być okazja bym fundowała sobie taki 'rarytas' na pazurkach dlatego zaraz po odebraniu paczki zaczęłam upiększać swoje pazurki. No cóż albo ja straciłam cierpliwość do malunków albo po prostu mój pierwszy wybór jakim okazał się Surebet  nie był właściwy ... bo uwierzcie mi, momentalnie pożałowałam, że rzuciłam się na tyle odcieni :D. Zanim jednak Wam powiem o konkretnie o kolorach to pokażę Wam też zdjęcie z katalogu (które zdecydowanie odbiegają od rzeczywistości ale zobaczcie ten błękit *.* dorwę go!)

Lakier „Żelowy manicure” kompleksowo zadba o wygląd Twoich paznokci. Jego unikalna formuła sprawia, że w łatwy sposób uzyskasz efekt salonowego manicure, wzmacniając również strukturę płytki. Ten lakier dokładnie pokryje paznokcie żywą, głęboką barwą, zapewniając ochronę koloru, bez konieczności użycia lampy UV.
Korzyści, jakie zapewnia formuła 7 w 1:
1. Połysk
2. Efekt żelowego wykończenia
3. Żywy, głęboki kolor
4. Warstwa bazy
5. Warstwa wierzchnia
6. Ochrona
7. Wzmocnienie



Nie kupiłam topu - w ogóle bardzo rzadko stosuję takowe specyfiki i szczerze powiedziawszy było mi szkoda wtedy tych 9 zł  :D. Podobno z nim lakiery trzymają się dłużej ... Podobno :D Ale nie o tym, my o tym czy moja trójka wybrańców sprostała oczekiwaniom ;).

Lakiery oczywiście pięknie błyszczą, znaczy się mają piękny połysk, kolor jest żywy i głęboki (w przypadku różu). Po 4 dniach zauważyłam ścieranie się na końcówkach. Niby jedna seria ale każdy z nich jest inny - już mówiłam, że mam tu swojego faworyta i jeden koszmarek.
Lakiery mają dość lejącą konsystencję, która czasem mnie po prostu wnerwia i ciężko ją rozprowadzić. Dlatego też te 10 ml to nie jest jakaś wielka pojemność bo widzicie przez tą konsystencję bardzo szybko ubywa nam produktu. Pędzelek jest ok, nie mam zastrzeżeń. No i oczywiście każdy lakieras miał swój kartonik ;D. Zmywa się je bez kłopotu.



A teraz konkretnie, pora na prezentację i opis poszczególnych odcieni co mam i zaczniemy od koszmarku! ;)

Surebet

Spójrzcie na zdjęcie katalogowe i potem na moje pazury, widzicie tą różnicę? Na katalogowym zdjęciu (pierwszy od prawej) to piękny odcień nude. Jak go ujrzałam - o mamo! Byłam zakochana! To był pierwszy okaz ' w koszyku'. A co dostałam? Surebet to mocno rozbielony łosoś/ brzoskwinia/ morela czy co tam jeszcze innego w ten deseń. Ma najgorsze krycie: na porządny efekt potrzeba 3 warstw, co przy takiej ilości produktu powoduje, że schnie bardzo wolno. Moim zdaniem ma też najgorszą konsystencję: mocno lejącą, ciągnącą się ;/.
Surebet miał być moim marzeniem a okazał się klapą ;/



Cerise - ly

To przepiękny odcień różu ♥. Jak dla mnie z całej trójki wypada najlepiej, Nakłada się go bezproblemowo, kryje po jednej warstwie ale ja zawsze daję dwie i tu ku mojemu zdziwieniu schnie momentalnie. Jednak jest coś dziwnego: zdjęcie w katalogu ok, nie odbiega od normy jednak gdy wejdziecie na stronę Avonu i będzie chciały go tak zamówić to Cerise - ly jest ... mleczny! Na ich stronie nie ma różowego odcienia ...



Violaceous

Odcień petarda! Nie wiem czy to beż czy szarość ale jest fenomenalny! Co prawda kryje po dwóch warstwach, schnie dość szybko ale na paznokciach nie wygląda 'naturalnie'. Czasem mam wrażenie, że on jest po prostu 'namalowany w paincie' . Ten kolor jest najbezpieczniejszy z całej trójki i zakładam, że przy mocno opalonych dłoniach mógłby wyglądać dość dziwnie. I wybaczcie mi zdjęcie z innej parafii ale aparat mi padł przy robieniu tej 'sesji' ;D



Jeśli mam być szczera to te wyraziste kolory wypadają o niebo lepiej. Trochę żałuję, że od razu brałam trzy ale cóż począć ;).

 Surebet miałam dwa razy na pazurach, malowanie nim to koszmar a już nie mam połowy butelki! Cerise - ly jest fenomenalny i dość często gościł na moich pazurkach zaś Violaceous to faworyt mojej mamy! ;)

Avonowe 'cuda' kosztują (w cenie regularnej) 25 zł ... Stanowczo za dużo, ja kupiłam je za 9 zł, teraz są za 12 zł .

***

Bardzo dziękuję Wam za wszystkie zgłoszenia w konkursie :). Nagroda jest tylko jedna (w zasadzie dwie , ale jedna tu) i swoje serum - wygładzające na noc wygrywa Kinga Gorzela!
Gratuluję i czekam na adres ;)

Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger