14:36

Październikowe denko #24

Październikowe denko #24
Patrzę i jestem w głębokim szoku! To już dwa lata jak zbieram dla Was pustaki i sukcesywnie staram się Wam je przedstawić - o dziwo ta seria postów zostało ciepło przyjęta i jest zawsze chętnie czytana ;). W sumie sama bardzo lubię podglądać denko i nowości u innych bo wiadomo, nie zawsze wszystko pokazujemy na blogu ;). Tymczasem mój październikowy śmietnik nie jest zbyt obfity ale za to pożegnałam kilka produktów, które pokochałam buuu ;(


Wiecie przecież, że to co dobre szybko się kończy prawda?:) A skoro tak to miejmy już to za sobą - niech statystki idą w górę jak to ostatnio Agata zauważyła :D


Jak tak patrzę na zużycia w kategorii twarz to jestem przerażona tak małą ilością pustaków ;O. Standardowo poszły płatki z Biedronki - czy tylko mi się wydaje, że niby te 'nowe' strasznie się rozdwajają? Niestety ale moje tak ;(. Najbardziej chyba przeżyłam końcówkę bardzo zachwalanego kremu pod paczadełko marki Lambre ---> recenzja . Pearl Line kupił mnie zapachem, wyglądem, usunięciem linii pod oczami, nadaniem lekkości i w ogóle to jeden z lepszych kremów jakie miałam za śmieszne małe pieniądze. Moja ukochana marka Guerlain i ich mleczko do demakijażu Secret De Purete było nadzwyczajnie delikatne, ślicznie pachniało ale czasami powodowało u mnie łzawienie :(. Troszkę szkoda bo fajny jest no ale tak czy siak Sonia ♥ od której dostałam to cudo sprawiła mi ogromną radość ;)


Kwestia włosowa pożegnała dwóch ulubieńców i dwa takie bubelki. Spray do loków Balea ---> recenzja niestety ładny zapach to nie wszystko a sklejaniu włosów mówię nie! Cóż chyba ich produkty do włosów nie dla mnie ;D. Bubelkiem okazał też się suchy Batiste ---> recenzja . Nie rozumiem ich fenomenu, ten ładnie pachniał ale miałam wrażenie, że po jego użyciu włosy wyglądają gorzej i wszyscy o tym wiedzą ;D.
Ulubieńcy czyli szampon Bambi dla dzieci - tym razem kaczka się uchowała i nic nie poradzę na to, że go lubię ;D i ostatnio jedna z lepszych masek do włosów od Organic Shop ---> recenzja . Chociaż z początku nie umiałam się z nią dogadać to dopiero po zastosowaniu według instrukcji okazała się strzałem w dziesiątkę. Odżywione, lśniące loczki są cudowne a ta maska to dawała! Jedyne co mi w niej nie pasuje to kiepskiej jakości plastik ;x.


Myjadła do ciała poszły mi nadzwyczajnie szybko . Żel z Balea ( od kochanej Ewelinki ♥) był nadzwyczajnie wydajny ale jego zapach mi nie pasował, nijak mi nic nie przypominał i był dziwny jak dla mnie, taki wiecie ni to morski ni to męski jakiś owaki ;D. Cudo od Soap & Glory od Madzi ♥ było mega gęste i pachniało mocno słodko aż do omdlenia ;D. Dawało mnóstwo piany, lekkie nawilżenie ale mimo tej gęstości było mało wydajne buuu. Zanim poszłam po kolejny żel zużyłam mydełko dla dzieci Bambino bo mnie taka ochota naszła ;D. A balsam Guerlain La Petite Robe Noire nie ma zbytnio właściwości pielęgnacyjnych ale zapachowo bomba - mocno, trwale i na wszystkim czuć aromat ♥


Cała reszta czyli standardowo najtańszy zmywacz  do paznokci od Evina, po co mam przepłacać? ;D Pomadka Joko w odcieniu Ma Cherie była śliczna ale ostatnio mała wysmarowała nią skarbonkę więc z niej nie zostało nic, w końcu na coś się przydała masełkowata konsystencja ;D. Puder z Deni Carte posiada najbardziej lipne opakowanie jakie widziałam ale nie oszukujmy się, kosztował grosze ;). W kwestii działania nie wyróżnia się wybitnie ale ujdzie ;). Próbki perfum Lady Rebel Mango - krótkotrwały niestety ale naprawdę pachnie owocami oraz Narciso Rodriguez For Her w sumie jest ładny ale jakoś mnie nie zachwycił , może dam mu kiedyś szansę ale dla mnie nic specjalnego :)

No to tyle ze śmieci :)

P.s po obfitym wrześniu w tym miesiącu nie mam ani jednej nowości ;D

22:11

Tony Moly Panda's Dream - Dream White Hand Cream

Tony Moly Panda's Dream - Dream White Hand Cream
Chyba nie ma tu żadnej dziewczyny / czy chłopaka, który nie kupi pewnej rzeczy tylko dlatego, że ładnie wygląda, prawda? Ile z Was uległo, pokusiło się i kupiło coś tylko z tego powodu - a w domu okazywało się, że wygląd to jedyny walor jaki prezentuje nam ten produkt ;D .
Właśnie, dla mnie takimi totalnie gadżeciarskimi produktami jest prawie wszystko co wychodzi spod szyldu Tony Moly. Uwierzcie te produkty wyglądają uroczo i jakbym mogła zgarnęłabym wszystko ( ach te słodziaki ♥ ) ale jak to jest z ich działaniem? Czy urocze stworzonka skrywają w sobie magiczną moc? ;)


Moja Pandzia przyszła do mnie od Eweliny ( wiesz przecie ♥) i kupiła mnie wszystkim! Bo ja kocham pandy tak mocno jak mango ♥. Nie tylko mnie kupiła, bo i mamę i naszą małą ;D. Tak uroczego kosmetyku dawno nie miałam ;D.  Znałam opinie o produktach tej marki, cudów się nie spodziewałam po kremie , jednak coś tam jest - tylko pytanie czy to warte zachodu?

Krem do rąk o jednocześnie bogatej i lekkiej formule, opracowany specjalnie aby nawilżać i rozjaśniać skórę dłoni. Kosmetyk idealnie nawilża i wyrównuje koloryt skóry, pozostawiając ją miękką i gładką za każdym razem. Nie pozostawia uczucia lepkich rąk. Krem zawiera nawilżający ekstrakt z bambusa i subtelny, owocowy zapach.
Składniki: Masło shea: działanie niwelujące niedoskonałości skóry i odżywcze, Wosk pszczeli: naturalna ochrona i właściwości zmiękczające skórę, Sok z bambusa (Phyllostachys bambusoides): nawilżanie, wzmacnianie i wygładzanie skóry, Niacynamid: rozjaśnianie skóry. 
( opis zapożyczony ze strony pieknoscdnia.pl)


Pandzia najlepsze ma .. opakowanie ;). To fakt i tego ukrywać nie będę ;). Nie oszukujmy się, nie ma zbyt dużego wpływu na naszą skórę. Po prostu to zwyczajny krem, bez górnolotnych właściwości. Nie będę w nim szukać czegoś czego po prostu nie ma. Nie widzę obiecanego rozjaśnienia skóry i podejrzewam, że nawet jakbym zużyła dziesięć takich uroczych opakowań to i tak go nie będzie ;).
Co do nawilżenia to jest .. na raz, dwa, trzy. I znowu nie jest to coś spektakularnego tylko po prostu 'wystarczające' na kilka chwil, kilka minut. I po sprawie. żadna rewelacja, wielki cud. Nie mam zbyt wymagającej skóry dłoni więc to lekkie nawilżenie nawet u mnie ujdzie ale dla tych z Was co mają przesuszoną skórę czy coś w tym stylu może to być za mało.

Water, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Glycerin, Cetyl Ethylhexanoate, Cetearyl Alcohol, Butylene Glycol, Niacinamide, Glyceryl Stearate, Polysorbate 60, PEG/PPG-17/6 Copolymer, Cyclopentasiloxane, Hydrogenated Polydecene, Beeswax, Cyclohexasiloxane, Palmitic Acid, Stearic Acid, Xanthan Gum, Dimethicone, PEG-100 Stearate, Fragrance, Phenoxyethanol, Tocopheryl Acetate, Polyacrylate-13, Chlorphenesin, Polyisobutene, Ethylhexylglycerin, Sorbitan Stearate, Caprylyl Glycol, Honey Extract, Phyllostachis Bambusoides Juice, Sorbitan Isostearate, Polysorbate 20, Disodium EDTA, Alcohol, Polyglutamic Acid, Citric Acid

Ja się nie będę czepiać tego składu, bo po co? Krem do rak jak krem do rąk. Nie ma po nim uczucia swędzenia, zaczerwienienia czy jeszcze jakiś innych podrażnień.




Po raz enty powtórzę, że jego opakowanie jest najładniejsze ♥ . Święcie przekonana byłam, że dostanę tani plastik, który będzie pękał i się ścierał a tu miłe zaskoczenie. Pandzia jest nie do zdarcia! Dwa razy spadła mi z wysokości - ani jednej ryski, ani jednego starcia ;D. Po odkręceniu głowy ( nie mylić z ukręceniem :P) nasz kremik jest zabezpieczony plastikową nakładką. Fajne rozwiązanie chociaż przyznaję, że po którymś razie wyrzuciłam to ustrojstwo bo po  prostu przeszkadzało ;D

Co do konsystencji w opakowaniu wydawała się gęsta i zbita jednak gdy tylko ląduje na dłoniach jest lekka tak ciut żelowa.  Nie jest wodnista ( czego nie lubię ), nie marze i tutaj wielki plus. Wchłania się dość szybko i nie zostawia tłustego filmu. Ciężko mi było określić zapach: pachnie czymś znajomym, lekko słodkim i świeżym i dopiero czytając recenzję Eweliny uświadomiłam sobie, że ma ona rację - chociaż żelka nie czuję to niewątpliwie jest tu jakaś winogronowa nuta.
Co do wydajności, używam ją od miesiąca ( od momentu kiedy ją dostałam ♥)  i prawdą mówiąc, ze względu na krótkotrwałe działanie i smarowanie kilka razy w ciągu dnia to kremu już prawie nie ma ;)


Pandzioszka nie ma zbyt wielkiego działania. Ot urocze opakowanie, słodki miś który mnie kupuje ;) Już teraz wiem, że właśnie pusty pojemniczek sobie zostawię ;). Bardziej traktuję ten krem jako gadżet niż wartościowy kosmetyk ;)

Ewelinie dziękuję za słodziaka ♥

Kosmetyki Tony Moly dostępne są w Sephorze. Niestety nie widzę na stronie tego kremu ;(. Jednak zawsze można szukać na E-bay'u :D. Cena jest różna: od 25 zł do 44 zł / 30 g.

A o tym kremie i kilku innych cudakach możecie poczytać u Eweliny ♥ ---> klik

10:35

Kilka rzeczy, które mnie denerwują ... again!

Kilka rzeczy, które mnie denerwują ... again!
To znowu się dzieje! Znowu - ja kuleczka wyleję swoje frustracje na łamach tego fantastycznego bloga. Znowu sobie ulżę licząc, że znajdę tu bratnie dusze, które myślą tak samo! No ja mam nadzieję, że chociaż w małej części , może być nawet 0000,01% ;D. I tu musicie mieć poprawkę: mi już dawno ta ruda farba wygryzła resztki mózgu a raczej szarych komórek ;). A tak całkiem serio ,wiecie komu albo czemu się dostanie? Nie? I to mało co ma wspólnego z blogiem ale cóż poczytajcie moje odkryte denerwujące trendy! ;D Bo dziś porozmawiamy o Instagramie  ( w okrojonym skrócie) ;D


Instagram zwany potocznie i pospolicie jako kopalnia twórczości, kreatywności i niesamowity ogromny ale naprawdę big folder zdjęć. Za każdym razem jak wchodzę i widzę te 'popularne' myślę sobie 'serio? wtf? że to niby jest hiper wow sweeeeeet?'. Litości!

Po prostu śmiech na sali: najbardziej popularne : zdjęcia w lustrze! zwłaszcza takie gdzie na twarzy masz okulary / czapkę i końską minę - sorry dziewczyny ale mina jakbyś własnie dostała rozwolnienia mnie nie kupuje tym bardziej jeśli pod zdjęciem widzę # razy 1000 :D. Rozumiem, że nie masz nic elokwentnego do powiedzenia i większość to swoista reklama ale ileż można oglądać tą samą minę? Brak Ci pomysłu na siebie? Nic prostszego załóż ciuch i zrób reklamę, nie zapomnij też o ogromnym lustrze w białej ramie! W ogóle mam wrażenie, że te wszystkie laski z IG wyglądają tak samo: jakbyś kto zrobił 'kopiuj - wklej'. Wydęte usta , perfekcyjne smokey eye, sztuczne rzęsy i mordka jakby właśnie co wyszła spod najlepszego skalpela - nieskazitelna! I nie, wcale mnie nie zjada zazdrość, w końcu mam mega fajne piegi na całym ryjku ( prawie) to czego mogę zazdrościć? Prawie plastikowej facjaty, które na IG króluje obecnie? Po czym poznasz typową Instagramową piękność: długie ciemne włosy, pełne usta, perfecto make up i obcisła sukienka! Wątpię by tak chodziły po domu czy też po bułki do sklepu ale ok, kolejne selfie w dekolcie do pępka i pyka kolejny tysiączek obserwatorów :D Podejrzewam, że nawet gdybym ja wystawiała swój dość spory biust bym nazbierała tych tysiączków ale po co skoro ma niewyjściową twarz, znaczy za mało sztuczną pff za mało nadającą się do jakiejkolwiek reklamy ;D

Wychodzi na to, że jestem straszną jedzą jak tak mogę mówić bo nie jeden facet by się z nimi umówił a nie z takim czymś jak ja! No cóż, wybaczcie ubolewam nad tym, że nie jestem perfekcyjna ale mam mózg jeszcze w wystarczającej ilości ;D



Co ciekawe coraz częściej na Instagramie odwiedzam profile kobiet plus size! one są prześliczne ♥ Każdy centymetr ich ciała eksponują, w stroju, bieliźnie i naprawdę pokazują siebie a nie jakieś wielkie wyobrażenie piękności ♥ Kocham takie dziewczyny! Pokażą twarz, boczki fałdki i widać, że są zadowolone z tego ♥ I wiecie co ? Boli mnie że zawsze znajdzie się jaką głupia szuja, która ciska obelgami że gruba, brzydka, tłusta idź na dietę czy coś w tym stylu bo gdybym mogła to bym jednemu / jednej takiej przybiła piątkę .... krzesłem w łeb!

A skoro już tu jestem to mierna ze mnie dziewucha z Instagrama ... Nie mam białego futerka, białych mebli,  rasowego kota, drogiej biżuterii czy Bóg wiec jeszcze czego ;D. Nie wiem co to ikeła, Kik czy też dodatki z Pepco bo wydaje mi się, że ostatnio prawie wszyscy mają jakieś ozdoby, duperelki czy coś z tych sklepowych i no naprawdę trzeba to wyeksponować na pierwszym planie! Ach obowiązkowe: złote bransoletki, jeansy z dziurami czy też najnowsze buty. Chociaż o Instagramowych trendach można mówić ciągle to na dziś tym akcentem kończę, być może kiedyś znowu coś powiem na ten temat?

Ech coś ze mną nie tak? Przecież powinnam to mieć! Nie jestem chodzącą reklamą , żal buuu :(

Do widzenia!

P/s zdjęcia pochodzą z Instagrama i pokazane profile są przypadkowe: wyszukane po # ;)
P/s 2 nie bierzcie tego zbyt osobiście ;D

A tak w ogóle jestem okropną zazdrośnicą bo ja nigdy takich zdjęć mieć nie będę - jestem koszmarna i zła i sfrustrowana i brzydka hahhahahah ;D

15:31

Stenders Detox Body Scrub

Stenders Detox Body Scrub
Należę do osób, które peelingi mogłyby wykonywać codziennie, ba nawet dwa razy dziennie! Uwielbiam ten moment kiedy drobinki gładko suną po moim ciele zapewniając mi to czego od nich oczekuję. Nie dla mnie drobniaki, delikatne scruby, które tylko lekko 'połaskoczą' moją powierzchnię użytkową - ja potrzebuję czegoś konkretnego. Czegoś co nie tylko zapewni mi wygładzanie ale też będzie zawierać w sobie wszystkie ( no prawie) dobroci płynące z natury. Czegoś co od pierwszego otwarcia oczaruje mnie na tyle by w pełni zasłużyć na zdanie 'on jest wart swojej ceny'. Dotychczas mówiłam, że najlepszy peeling jaki poznałam pochodził bodajże od Bielendy i był peelingiem specjalistycznym do masażu jednak dziś proszę Państwa odkryję przed Wami ostatnio odkryty cud!


Steners Detox Body Scrub wchodzi w skład linii modelującej, w której oprócz mojego produktu jest także: szczotka do masażu, serum Piękne Kontury oraz antycellulitowy olej do masażu. Dlaczego właśnie wybrałam ten peeling? Bo go dziewczyny zachwalały i nie ma żadnej lepszej rekomendacji niż przeczytanie o takim produkcie u zaufanej koleżanki!

Poprawiający strukturę peeling do ciała został stworzony ze 100% naturalnych drobinek peelingujących, wzmocniony poprawiającymi jędrność olejkami eterycznymi – miętowym, z bergamoty, cytrynowym, ze słodkiej i gorzkiej pomarańczy – oraz gliceryny i ekstraktu z liści miodli indyjskiej dla dodatkowych korzyści nawilżających i regenerujących. Peeling poprawia krążenie i dzięki eliminacji martwych komórek i głębszych zanieczyszczeń dostarcza skórze tlen, ożywiając skórę i pozostawiając ją gładką i bardziej podatną na nawilżenie.




Gdybym mogła napisać tylko jedno zdanie i nie mówić Wam dlaczego akurat tak to padłoby: 100 % prawdy!.  Bardzo rzadko zdarza się, bym na blogu kompletnie zgadzała się ze słowami producenta jednak w przypadku tego produktu wszystko jest na miejscu. Ot cud - każde zapewnienie, każde słowo wypisane na etykiecie jest czystą i namacalną prawdę, którą osobiście odczułam ;D. Ale może zaczniemy od początku, ok?

Srub zaskoczył mnie wszystkim; podaniem, wyglądem jak i działaniem . Wszystkie te cechy sprawiły, że mogę go uznać ewidentnie za ulubiony produkt ostatnich tygodni.
Już po pierwszej aplikacji widziałam różnicę . To co daje mi ten scrub jest nie do opisania bo sama uwierzyć nie mogę w tak dobre działanie. Ten Detox ma w sobie to coś co sprawia, że problematyczne partie przestają spędzać nam sen z powiek. W moim przypadku produkt stosuję głównie na uda, nogi i brzuch ( rozstępy , cellulit - te sprawy, wiecie ;D). Pierwsze co rzuci się w paczadełka po jego użyciu to delikatne napięcie danej partii ciała.Wraz z regularnym stosowaniem zauważyłam, że wszystkie problemy z którymi się zmagam ( a które lubię ;D!) zaczęły stopniowo maleć: w przypadku cellulitu zauważyłam jego spłycenie, zaś jeśli chodzi o rozstępy ich delikatne rozjaśnienie. Istotną kwestią w jego działaniu jest to, że mimo tego napięcia skóry które nam daje mamy też ujędrnienie, rozjaśnienie tej partii ciała jak i dzięki zawartym w składzie olejom nawilżenie i bez obaw , nie trzeba po nim stosować balsamu ;).
Srub ma to do siebie, że na efekty są widoczne od razu i utrzymują się dość długo, dlatego z ogromnym bólem serca stosowanie scrubu 2 góra 3 razy w tygodniu jest wystarczające by zapewnić skórze wszystko co potrzebuje. Nawet jeśli użyję go ten raz na tydzień, to efekt nie znika, skóra mimo wszystko staje się  i zostaje napięta. Wiadoma sprawa im częściej tym lepiej wygląda ;). Poza tym nie uczula i nie podrażnia czego chcieć więcej?


Jak na srub to jego działanie jest godne podziwu! a jego padanie? Bomba! To co widzicie na zdjęciu, plasterki owców, sianko, kwiaty to całe urocze opakowanie przewiązane żółtą kokardą było moją przesyłką. W taki sposób mogłabym dostawać paczki codziennie. Dbałość o szczegóły to rozumiem -  a takie podanie jest idealne na gotowy prezent.

Plastikowe opakowanie, zamykane aluminiową nakrętką kryje pod spodem cudowny produkt. Mamy sreberko, nie mam do czego się przyczepić. W składzie produktu mamy zawarte oleje eteryczne: cytrynowy, miętowy, czy też z bergamoty ( patrz na opis), które nie tylko widać ale też czuć . Dzięki tym olejem scrub ma konsystencję jak dla mnie MIODU, w którym ktoś zatopił krystaliczno - brązowe drobinki. Z początku przerażał mnie widok tej gęstej, klejącej mikstury. Jednak ma to swoje plusy bo to właśnie te oleje nawilżają nam tak pięknie ciało. Po takim składzie spodziewałabym się jakiejś tłustości a tu wręcz jej nie ma: ani palce, ani skóra nie jest tłusta - jedyną tłustość odczuwam na powierzchni wanny ;).

Miodowa, klejąca konsystencja zawiera w sobie drobinki o różnej wielkości. Jasne, krystaliczne, które dość szybko się rozpuszczają, są duże przez co ich ścieranie też jest ostrzejsze i naprawdę to w nich lubię! Brązowe kawałki są licznie zatopione - są ostre ale nie rozpuszczają się, po prostu znikają w odmętach wody ;D



Wspominałam Wam, że uwielbiam mocne zdzieraki i z całą pewnością on do takich należy! Nie jest to byle jakie mizianie po skórze ale jak nazwa obiecuje czysty DETOX. To czuć a efekty jakie uzyskamy są żywym dowodem :). Niestety ze względu na ostrość nie polecam tego scrubu osobom z wrażliwą skórą - jak wiecie ja mam problemy z prawą nogą, ona jest obciążona (  od kolana do połowy uda jest opuchlizna) i skóra w tej partii jest wrażliwsza i zauważyłam jedną rzecz. Im więcej a raczej dłużej masuję tą część ciała ostrymi drobinkami to później po czasie gdzieniegdzie są widoczne pęknięte żyłki i właśnie dlatego ten scrub może nie odpowiadać wrażliwcom.

Muszę wspomnieć też o jego wydajności - klejąco - miodowa konsystencja jest bardzo gęsta i mimo, że nie żałuję go sobie to nie widzę w nim żadnego ubytku, no prawie co mnie naprawdę raduje .

Punkt trzeci czyli zapach: po otwarciu pachniało mi anyżem, a raczej anyżowymi cukierkami, lekko słodkawo ale z czymś cytrusowym. Dopiero na ciele czuć w pełni aromat cytrusowy z domieszką mięty - podoba mi się szalenie! Odpręża, koi zmysły i jest naprawdę relaksujący ♥

Z całą pewnością scrub Stenders zawrócił mi w głowie i pobił ulubieńca od Bielendy ;). Lubię go za działanie, zapach, podanie przez markę. Nie sądziłam, że taki scrub, z takimi obietnicami może  naprawdę tyle zdziałać! :) Przymrużę oko na jego cenę ale przy tylu zaletach mogę to wybaczyć ;)

Scrub z serii Detox dostaniecie tu ---> klik , w cenie 62.90 zł / 230 g.

A jak Wam mało to zajrzyjcie do dziewczyn :

♥ Kasia ---> klik
♥ Agnieszka ---> klik

20:48

Tydzień filmowy #17 - Oesu! Jak dawno nie było!

Tydzień filmowy #17 - Oesu! Jak dawno nie było!
Dosłownie! Ostatnia publikacja tej serii pojawiła się przeszło dwa miesiące temu i ja naprawdę nie wiem co robiłam podczas ostatnich tygodni, po prostu czas mi uciekł ;D. Oczywiście obejrzałam sporo filmideł z zamiarem pokazania Wam no ale nie poszło coś po mojej myśli ;D. Dziś jednak zebrałam się w sobie i jednak te kilka pozycji obejrzanych Wam przedstawię ;) To nie wszystko, tylko te co akurat pamiętam na bieżąco ;D

1. Angry Birds Film (2016) ---> klik


I zaczniemy czymś przyjemnym :). Jak tylko zobaczyłam zwiastun tej bajki wiedziałam, że muszę ale muszą ją obejrzeć. I się nie zawiodłam! Może nie jest tak śmieszna jak się wydawać może ale luuuubię ją i to bardzo! Czerwony bije wszystko na głowę ;D. Krzaczasty jest the best ale jeśli on Was nie przekona to te małe ptaszki z wielkim paczadełkami to zrobią ♥ Słodkie, milusie i futrzaste ♥♥ Bomba, Chuck są tak przyjaźni, że uwierzcie dzieciaki je pokochają! Ale zaraz zaraz ogromny Terenc o matko! a co to ma być? :D Nawet mój 30 - paroletni  brat śmiał się jak głupi oglądając to filmidło bo naprawdę jest z czego! I nie zapominajmy o zielonych świniach :D. Jeśli szukacie kina familijnego, lekkiego i łatwego w odbiorze, kolorowego i wesołego to właśnie ten film wygrywa w tej kategorii internety :D. P.s ja też bym chciałam taką wielką procę proszę proszę :D

2. Tarzan: Legenda ( 2016) ---> klik


Skarsgard!!!! Jako fanka serialu Czysta krew nie mogłam przejśćg obojętnie widząc w zwiastunie półnagiego Alexa ♥ I chociaż w filmie jest na co popatrzeć to sorry ale Tarzan fryzurę miał koszmarną ;D. Lubię takie filmidła, krew, zemsta, masa dzikich zwierząt i kilka scen, które zapadają w pamięć ( np. obyczaje godowe ;D). Nie ma tu też tej efektywności naszpikowanych efektów, które rażą po paczadełkach, graficy dość łagodnie obeszli się z efektami co wyszło na plus.  Sama fabuła jak i akcja uległa modyfikacji jednak zarys został ten sam : Tarzan mimo wszystko zawsze jest dziki :D I półnagi, i władczy i się zastanawiam czemu nie mieszkam w dżungli ach, bo by mnie zwierzęta zjadły ;D. Co mi się w nim nie podoba? Szum jaki powstał nim filmidło weszło na ekrany. rozumiem, świetna obsada, brak nudy i mnóstwo akcji jednak nie rozumiem słów 'badziew, kicz, rozczarowanie'. Hola hola, dla mnie to typowo rozrywkowe filmidło na sobotni wieczór i tyle. Obejrzałam raz i wystarczy :)

3. Legion samobójców (2016) ---> klik


Najbardziej wyczekiwany i najbardziej rozczarowujący.... po zwiastunach nie tego oczekiwałam! Leto jak zwykle genialny w roli Jokera ale czemu, no czemu go tak mało? ;(. Inaczej sobie wyobrażałam sobie ten film: jest zbyt przekombinowany, niektóre sceny jakby zostały wduszone tu na siłę...dialog czasami kuleje a niektórzy bohaterowie są tak denerwujący, że najchętniej bym wyłączyła telewizor. Serio? To miał być film roku a wyszła chyba szmira! Rozumiem, na podstawie komiksu ale dlaczego tak to spartolono? ;O. Za dużo efektów, bohaterowie wracający Bóg wie skąd! Na plus soundtrack, brawo, obsada chociaż niektórzy byli tu niepotrzebni.. I Will Smith, którego nie poznałam w roli, (a niby to Leto był tylko obłędnie nierozpoznawalny ), uff ten pan bardzo zmienił się do roli ale postać jego bohatera była dla mnie drażniąca. Jak dla mnie to średnie wydanie komiksowego cudaka, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na drużynę Avengeres ;) P/s kto wymyślił by zrobić go z dubbingiem???

4. Alicja po drugiej stronie lustra (2016)  ---> klik


Depp ♥ chociaż uwielbiam Alicję i jej opowieść to cieszę się, że więcej czasu poświęcono Kapelusznikowi ♥. Co prawda ta część jest nie co mdława i dłuży się jednak można obejrzeć raz. I znowu jest bajecznie, lekko ironicznie i śmiesznie, kolorowo i tak jak być powinno być . Jednak i tutaj się lekko rozczarowałam bo to co fajne widziałam w zwiastunie a reszta jakoś mało ciekawa.Może za mało złej królowej czy co? Czuję  niedosyt bo to była jedna z tych premier na które czekałam a wyszło znowu ... na poziomie przeciętnym. Ech szkoda, szkoda bo uwielbiam tą opowieść, ale cóż można przynajmniej popatrzeć na kolorowego Deppa jak i na wesołe króliczki, myszki ;D

5. 183 metry strachu ( 2016) ---> klik


A rybka lubi pływać ;D . Nie jestem fanką filmów z rekinami w roli głównej, w ogóle nie rozumiem fenomenu kultowych Szczęk bo mnie to nie rusza ;D Tym bardziej jeśli robi się film na siłę! Ok, jest potencjał, są fajne akcje ale Blake w tej roli? No way! Rekinek hmm graficy przy nim dali czadu - dawno tak sztucznego zwierzaczka nie widziałam ;D. Jest kilka fajnych scen no ale na całym film wypada to lipnie. Sorry ale coś nie poszło. Rozumiem, że szał miałam robić Blake w bikini a nie komputerowy rekin ;D. Ale to nie pomogło. Nie wiem, który to już film z dużymi rybkami w rolach głównych ale co jak co, Szczęki są kultowe ( mimo wszystko) to inne filmidło nie ma żadnych szans by wypadło dobrze. Znowu jest przeciętnie.

A Wy? Znacie coś z tego?;)

11:56

Annabelle Minerals podkład matujący Golden Fair

Annabelle Minerals podkład matujący Golden Fair
Kosmetyki mineralne tak jak szturmem podbiły blogosferę tak już na stałe wpisały się jako pewien osobny dział w kolorówce. Wiele z moich blogowych koleżanek (jakieś 80 % dziewczyn ;D) wychwala pod niebiosa ich mnóstwo zalet oraz wspaniałe działanie na cerę. Po 5 miesiącach ciągłego stosowania podkładu Annabelle Minerals po części wyrobiłam sobie opinię na temat owego minerału. Mimo, że z początku nie wiedziałam jak się do tego zabrać i w tym temacie czułam się kompletnie zielona to jakoś przełamałam swoje opory i zaczęłam z nim działać. Po całej przygodzie, która nadal trwa wiem już jedno - rozumiem, zachwyty nad minerałkami, ale czy zostanę im wierna i porzucę drogeryjne produkty?


Gdzie bym nie spojrzała tam widzę dwie, nie trzy marki słynące z minerałów. Bardzo długo trzymałam się z daleka od nich, znacie to uczucie widzicie coś, wiecie że może się sprawdzić ale nie czujecie przysłowiowej 'chemii' między sobą. Właśnie, ja tak mam i wiem, że ten jeden minerałek mi wystarczy. Tylko jeden bo po prostu nie widzę ich w swojej kosmetyczce ale działania nie mogę mu odmówić ;)

Odcienie golden dedykowane są kobietom o ciepłym typie urody. Dominują w nich żółte nuty z domieszką oliwkowych tonów.
Podkład matujący Golden Fair sprawdzi się u kobiet o jasnej karnacji, lekko wpadającej w żółty odcień. Łatwy w aplikacji, daje poczucie lekkości i naturalny wygląd.
Doskonałość tkwi w prostocie. Marka Annabelle Minerals potrzebowała jedynie czterech składników, by stworzyć doskonałe, naturalne kosmetyki, bez podrażniających skórę parabenów, talków, sztucznych barwników, silikonów czy konserwantów.
Rozświetlająca mika, matujący tlenek cynku, odpowiedzialny za ochronę UVA/UVB na poziomie 15 SPF dwutlenek tytanu i koloryzujący tlenek żelaza-ultramaryna, zapewniają bezpieczny i trwały makijaż, poprawiający zarówno wygląd, jak i samopoczucie.
Zapomnij o zatkanych porach, nieoddychającym podkładzie, słabym kryciu przebarwień lub efekcie maski. Matujący podkład mineralny Annabelle Minerals nie tylko nie podrażnia skóry, ale wręcz łagodzi niedoskonałości cery trądzikowej, poprzez regulowanie produkcji sebum, w efekcie zmniejszając świecenie się cery.
Formuła matująca zapewnia od średniego do pełnego krycia i przeznaczona jest szczególnie dla kobiet o cerze tłustej lub ze skłonnością do przetłuszczania się. Podkład z powodzeniem radzi sobie z tuszowaniem problemów skórnych i niedoskonałości cery.


Każda osoba, która pisze o minerałach powinna wspomnieć o ich cudownych właściwościach, ja się tego tyle naczytałam że ten aspekt pominę ;D. Pominę też analizę tego krótkiego składu, który krzywdy nie robi i nie będę Was zanudzać co i jak wpływa na cerę bo ważniejsze jest to jak się zachowuje w działaniu, prawda? :-)
Minerałki mają to do siebie, że sprawdzą się w każdą pogodę nie straszny im upał ani ziąb. Są też trwalsze niż drogeryjne podkłady. Przy nich skóra zawsze oddycha i nie mam uczucia, że cokolwiek jest na twarzy - jest po prostu lekko.
Swój minerałek często stosowałam jak bazę pod makijaż: nabierałam na pędzel i raz przy razie 'wciskałam' w skórę twarzy. Dzięki temu podkład, który użyłam trzymał się lepiej, po godzinach twarz się nie świeciła a sam makijaż wyglądał całkiem dobrze. Odniosłam wręcz wrażenie, że podkłady drogeryjne lepiej się z nim rozumieją niż ze zwyczajną bazą pod makijaż.
Bardzo często podkład ląduje 'solo' na buzi - lubię ten efekt świeżej, wypoczętej cery jaki daje. Sam podkład fajnie stapia się ze skórą, jest niewidoczny i wygląda naturalnie. Podoba mi się w nim to, że mimo takiego odcienia pięknie komponuje się z moja jakże biała twarzą, nie tworząc przy tym maski - jest jak dostosowujący się kameleon.

Jako wykończenie - zdarza mi się, że cały makijaż nim utrwalam co powoduje uniknięcia: błyszczenia, ścierania, świecenia się. Jeśli w jakiś konkretny dzień mam ogromne wyjście jak np. ostatnie wesele do podkład przez wiele godzin zabawy w ryzach trzymał wykonany makijaż, dodał mu lekkości i sprawił, że moja buzia mimo tańców i balowania nadal wyglądała jakbym co dopiero ten makijaż wykonała.



Do jego nakładania używam pędzla do pudru marki Golden Rose, który w tej roli sprawdza się znakomicie. Znakomicie bo stosowanie go na 'sucho' weszło mi w krew i inaczej sobie nie wyobrażam. I nie, nie jestem leniem ale na 'mokro' spróbowałam z nim dwa razy i wiecie co? Miałam wrażenie, że moja twarz jest widoczna z daleka. Mimo pięknie wyglądającej cery ja ciągle czułam, że podkład 'siedzi' na tej buzi. Chyba nikt nie lubi tego uczucia 'ciężkości' na twarzy, ja przynajmniej nie mogłam odpędzić się o takiej myśli więc sposób ' na mokro' nie jest jednak dla mnie , przy nim czułam się jakbym malowała buzię farbką więc sorry ale nie, zostanę przy standardowym stosowaniu.

Co do odcienia Golden  Fair nie wiem gdzie jest w nim oliwkowy ton ( ;D) bo dla mnie osobiście jest żółty. Po prostu taka żółta mąka na buzi ;D. Jak wiecie i widzicie ja jestem bladolica i sięgam zazwyczaj po najjaśniejsze odcienie z gam kolorystycznych jednak ten produkt dostałam w ciemno i mimo początkowego strachu moja jasna karnacja ( córka młynarza ^.^) idealnie z nim współgra więc nie ma się czego obawiać.

Podoba mi się jego zabezpieczenie. Podnosisz cypelek do góry, przekręcasz plasticzek na trzy dziurki, sypiesz na pudełko i voila! Ciesz się efektem ;D


Nie będę inna: minerały mają niezwykłą wydajność. Mój podkład ma zaledwie 4 g, ( polecam tą małą pojemność!) w tym plastikowym plastiku jest masa tego magicznego pyłku dająca wytchnienie mojej skórze i szczerze powiedziawszy nie widzę żadnego ubytku. Nul, zero. Wystarczy odrobina by pokryć nim twarz, mój pędzel dobrze z nim współgra, sam 'pyłek' świetnie się trzyma włosia  przez co nie muszę ciągle go nabierać. Co do nakładania najlepiej zaczynać od środka twarzy, szybkim ruchami po kiedyś zrobiłam to po normalnemu ' na spokojnie', powolnymi ruchami to wydawało mi się, że podkład gdzieniegdzie jest bardziej widoczny.

Nazwałbym go 'miękki pyłek' bo taki jest dla mnie w praktyce. Łatwo się nim operuje, nie pyli, pachnie jak typowy puder, nie podkreśla skórek czy porów. Nie wchodzi w żadne załamania czy Bóg wie co jeszcze - jest naprawdę mineralny :D

Ale najlepsze jest w nim krycie: delikatne, subtelne zakryje mniejsze niespodzianki, ale jak chcecie kilo szpachli na twarzy wystarczy dać kilka warstw to jak nic można tynk zrywać ;D. Dlatego ja zawsze daję jedną warstwę - może mi nie zakryć większych koleżków ale no przecież nie będę chodzić jak 'tapeciara'. :D.


Na zdjęciu widzicie tylko jedną warstwę produktu - myślę, że to mówi samo za siebie prawda? (chociaż nie wiem co ja bym miała zakrywać bo lubię swoją cerę/ twarz przynajmniej na razie ;D).

Podsumowując Annabelle Minerals  podkład matujący Golden Fair nie ważne na który sposób użyty daje radę. Zadowala mnie efekt, zadowala mnie fakt iż skóra oddycha i nie jest obciążona - podoba mi się jego faktura jak i minimalizm opakowania. Lubię i cenię za naturalność jednak mimo to i mimo częstego sięgania po niego nie widzę rezygnacji z drogeryjnych podkładów . Także ten - jest fajny, śmiało polecam ale podkład z drogerii ma jednak ugruntowaną pozycję dla mnie ;D

Kosmetyki Annabelle Minerals dostaniecie tu ---> klik, w cenie 34.90 zł /  4 g lub 59.91 / 10 g.

22:50

Tous Les Colognes Concentrées

Tous Les Colognes Concentrées
Są takie dni gdzie wystarczy zamknąć oczy i przenieść się do miejsca, które wywołuje u Ciebie silne uczucie bezpieczeństwa i miłości. Za każdym razem gdy ja to robię wracam do naszych pierwszych wakacji. Wakacji pełnych beztroski na przepięknej plaży w Grecji, w blasku oślepiającego słońca, dzięki któremu poziom endorfin wzrastał do maksimum! Wracam do tej błękitnej wody, która wyglądała tak krystalicznie, że czasem przechodził mnie dreszcz niepewności gdy tylko moja stopa dotykała tak nieskazitelnej powierzchni a cichy głosik szeptał : ' ale czy powinnam?'. Na samą myśl moje ciało przebiega rozkoszny dreszcz, na twarzy wypełza leniwy uśmiech a ja czule patrząc na mojego mężczyznę wiem, że ten rajski czas nadal trwa mimo  okropnej szarugi za oknem!


Będąc na wakacjach czas mijał powoli - w pewnym momencie miałam wrażenie, że dla nas dwojga się zatrzymał. Leniwe poranki, długie ciepłe wieczory kto o tym nie marzy? Uwielbiałam ten moment gdzie lekko chłodny wiatr cicho skradał się przez balkonowe drzwi i czule łaskotał nas po naszych ciałach. Zawsze wtedy mój ukochany jeszcze czulej mnie obejmował, splatał nasze dłonie a ja chciałam tylko jednego 'chwilo trwaj'!. To poczucie bliskości, wkradające się słońce, cisza było tak intymne, że brakowało mi tchu ♥

Czas zatrzymuje się by uchwycić wyjątkowe chwile.
Światło słoneczne oświetla ten ulotny moment w wiecznym ogrodzie, gdzieś na świecie. 
On i Ona potrzebują tylko siebie nawzajem.
"Tous Les Colognes Concentrées", czas dla siebie.


Nuty Głowy: skórka Pomarańczy, Grejpfrut
Nuty Serca: Mięta pieprzowa, Drzewo Gwajakowe
Nuty Podstawy: Fasola Tonka, Vetiver


Może wyda Wam się to zwykłe ale ten moment bliskości, poczucia bezgranicznego szczęścia jak i harmonii było tym czymś co wielu ludzi ciągle szuka. Ja już nie muszę, gdy patrzę jak on śpi, jak krząta się po kuchni moje serce wręcz rośnie. To cudowne uczucie szczęścia promieniuje, daje mi siłę i energię, cóż chyba sama jestem chodzącym szczęściem.



Taki właśnie jest najnowszy zapach marki Tous: przepełniony słońcem i szczęściem. Harmonijny jak i niezwykle kojący. Tous stworzył zapach, który jest balansem między namiętnością a stabilizacją.

Każde nasze dotknięcie dłoni powoduje, że powietrze nabrzmiewa elektrycznością. Gdyby to było namacalne jestem pewna, że iskry byłby widoczne! I to nie jest tak, że naszej harmonii nic nie zburzy! Mamy momenty. Tak, małe momenty, spięcia, nieporozumienia, które dają nam od siebie wytchnąć. Potrzebujemy u siebie chwili niepewności, odrobiny zazdrości czy też świętego spokoju. Kocham swoją harmonię, jednak czasem potrzebujemy zastrzyku energii, mocnego kopniaka w tyłek czy też kubła zimnej wody na głowę ( by nikt nie rzygał tęczą jak na nas patrzy).
Gdy byliśmy na plaży, spacerowaliśmy wzdłuż morza trzymając się za rękę, ach nic więcej wtedy nie chciałam! Mogłabym tak stać, wtulona w jego ramiona, chłonąć ciepło jego ciała - mogłabym tak umrzeć. Poranna herbata z nutą cytryny przestała się liczyć, wczorajsza sprzeczka o to co oglądamy również bo ten jeden moment był perfekcyjny.

Greckie powietrze inaczej na mnie działało: czułam się jak nowo narodzona, beztroska jak osoba, która żyje nie dla kogoś a dla siebie. Mam wrażenie, że nawet tutejsze cytrusy są bardziej cierpkie, bardziej rześkie - tutaj wszystko było 'bardziej'.

'Bardziej' jest też ten zapach. Mocno cytrusowy, rześki i taki właśnie idealny na wakacje, na lato, na wiosenną miłość. Cytrusy są mocno odczuwalne : od początku do końca czuję ich obecność na skórze a w połączeniu z nutą mięty początkowo dają ostry pazur. Bez obaw, pazur czujemy przez kilka dłuższych chwil po czym, zostaje świeży cierpki grejpfrut z odrobiną tej pomarańczowej skórki, który wszystko zdominował. Gdzieś w głębi czuję jakoś wodną nutę, której się nie wymienia ale mój nos ja czuje i czuję, że jest tylko po to by złagodzić cytrusy.



Czasami brakuje mi w naszym związku jakiegoś nagłego szarpnięcia, zwrotu akcji. Czegoś co mocno nami potrząśnie jednak nie - drobne awarie to nie to. Stabilizacja w naszym przypadku jest piękna. Wiem, że rano na stole w kuchni będzie czekała na mnie herbata i maślany rogalik, wiem, że jak wrócę p pracy do domu to na komodzie znajdę coś słodkiego lub kwiaty - lubię to i szczerze powiedziawszy brakowałoby mi tego!

Tous Les Colognes Concetrees jest stabliny. Te cytrusy z domieszką wodnej nuty będą wyczuwalne cały czas, pomijając połączenie z pieprzem, które pięknie nam otwiera zapach.  Nic innego - dla jednych może być to męczące, mdłe i nudne jednak dla mnie gdy słońce wręcz parzy uczucie orzeźwienia jakie zapewniają jest czystą magia ♥

Biel, matowe szkło i ten duży drewniany miś kupił mnie wszystkim♥
 Bo wygląda uroczo, prawda? ♥


On mnie drażni, mój partner. Czasami tak się zdarza, przy moich humorkach nawet ta piękna harmonia nie pomaga. Czasem mnie męczy, wynudza ale wiem, że życie bez niej straciłoby jakiś koloryt. A nasze ostatnie wakacje w tym mnie umocniły bo po co mam narzekać na coś co daje mi szczęście?

Tous też mnie drażni - czasami, w chłodniejsze dni mocno wybija się ostra nuta pieprzu. Czasem jest nieznośna, kapryśna. Tous jest lekki ale tylko w to prażące słońce, w letni wiaterek w te chwile szczęścia ♥

Trwałość cóż 4,5 godziny może nie zadowala ale myślę, że sama bym dłużej tych cytrusów nie zniosła ;D

A ja? Czekam na kolejne spacery po plaży, leniwe poranki i kolejne uczucie beztroski ♥

Zapach dostaniecie na stronie Sephory ---> klik, w cenie 155 zł / 30 ml ( moja pojemność i najbardziej uroczo wygląda ;D), 229 zł / 50 ml, 315 zł / 90 ml.

21:44

Wrzesień w zdjęciach ;)

Wrzesień w zdjęciach ;)
Nie wiem ile razy mówiłam, że wrzesień to mój ukochany miesiąc ;D. Tak wiem, mam urodziny i imieniny i się już z tym powtarzam ale ręka w górę która / który z Was nie kocha miesiąca swoich urodzin? Właśnie, więc mnie rozumiecie doskonale  ( podkreślę to słowo gdyż wypowiadam je z naciskiem ;D). Ale oprócz tego nieznaczącego epizodu w życiu było też kilka innych atrakcji - spójrzcie ;D


No dobra, zanim przejdę do atrakcji najpierw dzielę się torcikiem o smaku Tiramisu, który mi nie podchodził ale marudzić nie będę przecie! To nie ich wina, że czekolada smakowała jak typowe mydło ;D



Pierścionek jak i torebka to moje urodzinowe prezenty od Karola ♥. Lubię biżuterię Apart a to srebrne cudo od razu skradło mi serducho ( i nie to nie jest pierścionek zaręczynowy :P) bo przyznajcie jest piękny, prawda? ;D

Marzyła mi się duża czarna torebka więc ją mam ;D. Z racji, że Karol to chłop a chłop kupujący kobiecie torebkę to gatunek na wymarciu od razu wiedziałam, że ta z Housa jest mi pisana ♥ Nie będę go męczyć wędrówką po sklepidłach skoro i tak dla niego 'wszystkie ładne' ;P


'Babcia Kasia', którą się opiekuje w prezencie podarowała mi ten zegarek. Kompletnie się nie spodziewałam, zwłaszcza że u niej jestem raz w tygodniu a tu takie coś. Miło mi było zwłaszcza jak ona sama mówi ' jestem jak wnuczka' i jak mam nie kochać swojej pracy? ♥


Jestem gotowa na mrozy hahhahaha ;D Zakosiłam siostrze kapcie a więc może kogoś podrapać po pleckach? ;D
P.s Yeti żyje!!


Kto zgadnie jaką pomadką zrobiła makijaż? 3..2...1 GUERLAIN! Tak, tak moje ukochane mazidło trafiło w jej łapki ( pominę fakt, że pomadka stała się okrągła) nie wiedziałam czy mam jej to poprawić czy płakać czy co ale za to zrobiłam zdjęcie a pomadki przeniosłam w inne miejsce ( inaczej zejdę na zawał :P).



Marta & Tomek ♥ czyli byłam na najpięknieszym ślubie ever ♥ No dobra na ślubie od xxx lat ;D. Tak czy siak bawiłam się dobrze , młodzi się spisali a ja witam w rodzinie kolejną Wiśniewską ♥ :D


Ciągle też walczę z nogą. Najbliższe dwa miesiące będą ciągłymi wizytami u lekarzy , trzymajcie kciuki bo ICD10 czyli moje M23 to akurat 'wewnętrzny uraz kolana' a pod to wpisują się wszystkie uszkodzenia łękotek co być może ( a prawdopodobnie) w g słów ortopedy może skończyć się dłuższą wizytą w szpitalu .


Koparkowa z babcią  ( możecie poznać moją mamę Wandę - powiedzcie cześć!;D) jak i z Natanem, którym chciał jej zabrać lizaka. Dzieci to jednak mają fajne te życie ;D


Były też frytki w KFC jak i oglądanie pająków ale najlepsza była wystawa w Home & You - sowy rules ♥♥

Taki skromny miesiąc i na tym zakończymy ;)

20:17

Too Faced Chocolate Bar

Too Faced Chocolate Bar
Nigdy nie ukrywałam, że w kwestii malowania paczadełek czy stworzenia jakiegoś wyrafinowanego makijażu oka jestem po prostu lewą nogą! Kompletna klapa - ale nie ma się czemu dziwić, mi zawsze wystarczył tylko tusz na rzęsach a cienie i inne bzdety były mi w życiu niepotrzebne! :D
Ale zaraz, zaraz na jedne święta Karol podarował mi ogromną paletę z cieniami ( chciałam mu nią przywalić w ten .....łeb!;D). Poskutkowało to tym iż zabrałam się za ostrą naukę łączenia, malowania i dodawania koloru moim ślicznym paczadełkom. Cóż jakoś to ogarnęłam, starałam się przynajmniej ok? Ale dopiero paleta od Agaty Too Faced Chocolate Bar, a raczej makijaże wykonane tą paletą ( m.in podpatrzone  u Agwer) wprawiły moją rękę na tyle by wyjść do ludzi. Dopiero dzięki niej nauczyłam się sprawnie operować kolorem a po kilku miesiącach razem mogę Wam powiedzieć czy Chocolate Bar jest warta swojej ceny i pochwał jakie mogłyście o niej usłyszeć ;)




Na chwilę obecną palety Too Faced to najbardziej rozchwytywane palety na świecie! Czemu się troszkę dziwię - ok, wyglądają pięknie ale jak dla mnie każda paleta ma (prawie) powielane kolory.

 Chocolate Bar to moje małe cudowne dziecko - zawiera w sobie prawie wszystkie odcienie brązu, który notabene jest najczęściej używanym odcieniem u mnie.
Stety albo niestety paleta ma swoje wady i zalety : o ile nie mam się do czego przyczepić w kwestii opakowania to już przy konkretnych cieniach - owszem, a więc zapowiada się post tasiemiec ;D

Zainspirowana Chocolate Soleil Bronzer, jednym z naszych kultowych produktów wzbogaconym proszkiem kakao, ta kolekcja cieni do powiek nadaje się do każdej karnacji. Dekadencja w stanie czystym! Niezwykła gama cieni do powiek, wysublimowanych, nasyconych pigmentami, dających niespotykany efekt. 

Zawartość palety:
- 16 pięknych matowych i opalizujących, długotrwałych kolorów .
- Instrukcję wykonania krok po kroku 3 looków.

Zaspokój swój apetyt na czekoladę 16 kolorami cieni do powiek, które zawierają prawdziwe kakao w proszku, bogate w przeciwutleniacze. 
Matowe i opalizujące, paleta naturalnych brązów i delikatnych różów oraz wyrafinowane odcienie śliwkowe.



Totalnie mnie kupuje opakowanie przypominające wielką tabliczkę czekolady! Kupuje mnie niesamowity charakterystyczny i dość realistyczny czekoladowy zapach palety ♥. Kompletnie kupują mnie nazwy poszczególnych odcieni, które brzmią słodko i sprawiają , że mam ochotę (ją) zjeść! Chocolate Bar to jedna z najbardziej uniwersalnych palet jaki widziałam: na dzień i na wieczór - po kilku miesiącach z nią muszę przyznać że używa mi się jej z przyjemnością.\
 16 cieni: 6 matowych ( no prawie 7 ale o tym niżej) 10 naszpikowanych mnóstwem iskrzących drobinek. Pigmentacja - różna, zależy od konkretnego odcienia, mamy tutaj takie cienie, które wywołują wow jak i takie, które dla mnie są niepotrzebne bo w ogóle koloru nie ma a pigmentacja leży i kwiczy ;(.
Niestety część kolorów połączonych ze sobą wygląda jak jedna kolorystyczna plama - mi to obojętne bo przecież maluję się dla siebie no ale...kolory są dość do siebie zbliżone odcieniami, co może niektórym się nie podobać zwłaszcza jak chce połączyć dwa śliczne odcienie a w rezultacie wychodzi jakby na powiekę nałożyła jeden ;D



Too Faced każde posiada  lusterko, fajnie fajnie jednak ja od momentu otrzymania palety z niego nie skorzystałam ;D. Nie wiem, po prostu nie po drodze mi z nim więc nadal mam na nim folię ;D.
Czy to z bazą czy bez ( u mnie głównie bez) cienie na powiekach wytrzymują prawie cały dzień. Kilka z nich niemiłosiernie się pyli co mnie wnerwia, inne zaś mają taką fakturę że żadnego pylenia nie zauważam.
Cienie matowe mogą Wam się wydawać dość toporne o dość 'sztywnej' fakturze - przynajmniej po przejechaniu palcem po kwadraciku z cieniem ma sęe takie wrażenie Iskrzące - cudowna, miękka i aksamitna faktura! ♥ Wykończenia? Mat, perła, shimmer co kto lubi ;D Zresztą, chyba chcecie poznać je z osobna?;D.


  • Gilded Ganache - dla mnie to ciemny brąz z zatopionymi złoto - zielnymi drobinkami, bardzo trwały, gdzieś wyczytałam, że to odcień oliwkowy (?) - perła ( chociaż drobinek ma mała ilość i na powieec wygląda jak mat)
  • Salted Caramel - bardzo ciepły brąz, który bardzo często ląduje u mnie na powiece, wpada trochę w łososiowe tony ( czy ceglane), dość dobrze trzyma się powieki, mat
  • Hazelnut - przepiękny brąz z masą złotych drobinek, pięknie się mieni i ma jedną z mocniejszych pigmentacji w całej palecie, kolejny z najczęściej używanych odcieni ;D, perła
  • White Chocolate - bardzo jasny cień o kiepskiej pigmentacj ( jak dla mnie), stosuje go jako cień bazowy bo do niczego inego się nie nadaje ;(, mat
  • Marzipan - mój ulubiony! ♥ jego i dwóch innych gagatków ubywa mi najwięcej buu ;(, nie jest typowo złotym odcieniem, w sztucznym świetle mieni się na różowo, kolejny mocno napigmentowany, perła
  • Creme Brulee - drugi, którego ubywa najwięcej - złoto w czystej postaci! Mocno napigmentowany, perła

  • Semi - Sweet - najbardziej praktyczny typowy brąz w palecie, dość uniwersalny, dobrze współgra z innymi cieniami, dość trwały, mat
  • Haute Chocolate - głęboki brąz, który dla mnie ma złote i / lub srebrne drobiki ( zależy od światła), perła
  • Milk Chocolate - kolor trochę zbliżony do Salted Caramel lecz odrobinę ciemniejszy, takie tam cappucino orzechowe, mat
  • Strawberry Bon Bon - róż ( nie wiem po co on tu) o dość słabej pigmentacji, używany zamienie z White Chocolate jako cieni bazowy , mat
  • Cherry Cordial - bardzo mocny brąz wpadający w bordo, mocny pigment, kolor wydaje się matowy, jednak ma w sobie zatopione drobinki ( bardzo małą ilość, których nie widać) pół mat/ pół perła ;D
  • Black Forest Truffle - dość ciężki do identyfikacji bo nie wiem czy to fiolet z bordowymi drobinkami, czy bordo z masą fioletowych drobinek ;O, ma jeden minus drobinki strasznie mu uciekają i wszystko jest zawsze pod okiem ;( , shimmer (pojawił się dwa razy z powodu różnicy w świetle :P)

  •  Candied Violet - fiolet z fioletowo srebrnymi drobinkami, bardzo słaba pigmentacja, szybko schodzi z paczadełek ( wytrzymuje 4 godziny gdzie reszta 2 razy dłuzej), drobinki są praktycznie wszędzie ;(. shimmer
  • Champagne Truffle - 3 z najczęściej używanych! ♥ Ktoś napisał że to fiolet i jestem temu zdziwiona :O Dla mnie to chłodny odcień różu ( rozbielonego różu), który wygląda cudnie i pięknie się mieni, wbrew pozorom ma dobrą pigmentację ♥ perła
  • Triple Fudge - brąz, kolejny tym razem ciemniejszy chociaż wygląda trochę 'szarawo', z matowych brązów ma najsłabszą pigmentację 
  • Amaretto - przepiękny brąz, który mam masę zatopionych złotych drobinek, w słońcu mieni się odcieniem bordo lub lekko różowawo, mocna pigmentacja, perła 
Ile blogerek tyle różnych określeń koloru więc i macie moje - zdjęcia nie są obrabiane żeby w rzeczywistości oddać Wam kolory ;).

Jeśli chodzi o użytkowanie, blendowanie to spisują sie doskonale. Pierwszy raz mam cienie, które aż wtapiają się w włosie pędzla i tak mocno trzymają a to wszystko dzięki 'wilgotnej' formule cieni.

Przypuszczam, że dla części z Was paleta wyda się ... nudna, przewidywalna. Jednak nie można jej odmówić uroku, prawda? Jeśli spojrzycie na paletę, na zdjęcie nr 3 zobaczycie, że cienie wyglądają bliźniaczo, prawda? 

Znacie ich plusy i zalety, wiecie już jakie kolory sa warte uwagi a jak ja widzę tą paletę?
 Najchętniej wyrzuciłabym truskawkowe cukierki i fiolet z niej , nijak mi tu pasują ;P. Jakbym mogła to zostawiłabym sobie odcienie z pierwszego swatchowego zdjęcia + Champagne Truffle i Amaretto ;D.

Czy paleta jest warta 189 zł? Dla mnie, średnio na jeża, owszem kremik czy marcepan są najpiękniejsze i je ubóstwiam, są cienie z masą opadających drobinek jak i takie z kiepską pigmentacją ... Sama bym pewnie nie kupiła po takiej opinii jak moja :P ale co kto lubi, dla takiego laika  jak ja paleta jest po prostu praktyczna i przydatna do nauki ;)

A Wam, który cień się podoba? Macie paletę od Too Faced ?

Dostępna na stronie Sephora, w cenie 189 zł. 
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger