19:37

Marcowe denko #17

Marcowe denko  #17
Jak tak patrzę na te zdjęcia to jestem w szoku - naprawdę potrafię zużyć tak mało? Nie wiem, chyba przywykłam do kartona wypełnionego po brzegi pustymi opakowaniami a tu mam tyle co kot napłakał ( nie ubliżajać wszystkim kotom, bo czasem moje dwa przyjdą i powiedzą 'weź Ty się ruda w ten głupi łeb puknij' ;D). Niestety albo stety święta mnie rozleniwiły tak na 97 % i nie chce mi się a raczej nie jestem zdolna do myślenia na tyle logicznego by sklecić przyzwoitą recenzję :D. Dobrze, że na ten czas mi sie przypomniał iż miesiąc zbliża się ku końcowi więc pora na wyrzucenie śmieci - przynajmniej moge pisać bez ładu i składu ;D. Poświąteczne śmieci wyglądają tak:


Z góry mówię, że każde zjęcie jest z innej parafii więc wybaczcie mi ta małą niedogodność z mojej strony ;) ale tak bywa u mnie dziś raz słońce raz deszcz i trudno 'wbić' się w odpowiedni moment z aparatem ;D

I. TWARZ:


1. Pasta cynkowa - kupywana przeze mnie w aptece od lat ;). Zazwyczaj kupuję ją dla mamy ale czasem jak mi coś wyskoczy to smaruje tym specyfikiem i jest cacy ;). Tak naprawdę lubię mieć ją pod ręką, mimo, że używam od czasu do czasu :). Zazwyczaj taka pojemność starcza na 4 - 5 miesiący ( w zależności ile mama zużyje) ;). Ta posiada w sobie kwas salicylowy i jest najlepsza ;D

2. Maski Balea:
- peel off: tutaj pojawia się problem z jej 'zerwaniem' ponieważ zasychając tworzy bardzo cienką powłoczkę więc można trochę nerwów zgubić przy tym, ale za to cera fajnie wygląda po niej ;D
- mleczno - miodowa: oesu! Ona pachnie jak prawdziwy, słodki miód ♥ Fenomenalnie, upajająco ♥, a jak w działaniu? sprawia, że cera jest 'rozpromienniona' ;)
- niebieska: tutaj nie zauważyłam by jakoś działała, była dość gęsta i miała taki specyficzny zapach taki a'la szpitalny :P
- creme-ol: powiem tak, ona ma argan w składzie więc ja użyłam w minimalnej ilości, pachnie ślicznie, dobrze nawilża i to czuć, niestety nieszczęsny argan spowodował u nie chwilowe zaczerwienie skóry, które znikło po chwilii ;(

3. Glinka Rhassoul - po pierwszym użyciu było wow! Pięknie oczyszczona cera, miękka skóra, którą aż chciało sie dotykać! Takim efektem byłam zachwycona! Jednak przy drugim razie, potem przy trzecim kilka chwil po jej zmyciu zaczynały mi się na buzi pojawiać jakieś grudki ;(

II. CIAŁO:


4. Balea Pflegecreme- ten krem to takie nasze 'Nivea'. Już na IG mówiłam, że jest świetny! Szybko się wchłania, nawet dobrze nawilża a przede wszystkim pachnie jak cytrynowe ciasto! Szkoda tylko, że jest taki mały, mniejsze od naszego niebieskiego cudaka ;(

5. Tetesept, sól do kąpieli: o mamo! Ta sól nie daje jako tako piany, ale barwiła wodę na różowo i pachniała obłędnie! Przez opakowanie już było czuć zapach, po otwarciu już czuć coś egzotycznego a w momencie gdy już wsypałam ją do wody poczułam prawdziwą gumę balonową - mniam!

6. Joanna Naturia, peeling z grejpfrutem - nie ma chyba osoby, która nie zna tych peelingów. Pięknie pachnie, działanie też całkiem spoko, poza tym są tanie jak barszcz - czego chcieć więcej? ;D. Przy końcu zapach grejpruta gdzieś się ulotnił co mnie trochę zabolało mimo, że nie jestem fanką kosemtyków z tym owocem :P

7. LPM mleczko do ciała - przyznaję się! Po napisaniu jego recenzji, poużywałam jeszcze kilka dni ale już miałam dość więc cała reszta poszła do kosza! Nijaki zapach, wolne chłanianie się, czasem bielenie i mazanie się po skórze już mnie wystarczająco zmęczyły, ogólnie go nie polecam.
 Recenzja ---> klik

8. Carex, żel pod prysznic - dawno nie miałam tak wydajnego żelu! Ta butla starczyła mi na dwa miesiace gdzie używali ją wszyscy a konca widać nie było! Żel jest mega gęsty, wydajny, dobrze się pieni a dla skóry jest bardzo delikatny! Zapach jest dość subtelny, mi się podobał ;) Nowość Carex wypada świetnie!

III. WŁOSY:


9. Joanna, jesienny liść: jak to jest rudość to ja jestem święty Gerwazy! Włosy farbowałam w Wielki Piątek i co? Wyszedł brąz!! ( zobaczycie to w podsumowaniu miesiąca). Ja doznałam takiego szoku, że nie wiedziałam czy płakać czy się śmiać ;c. Na szczęście farby dostałam więc tragedii nie było no ale brąz?!

10. Garnier Color Naturals Creme 7.40 miedziany blond - jak to dobrze mieć farbę w zapasie! 3 godziny po farbowaniu Joanną, znowu moje włosy dostały chemiczną mieszankę - niestety brąz nie jest mój a ja w sobotę nie chciałam się tak pokazywć ;D! Na szczęście kłaki są rude ponownie a ja odczułam wielką ulgę ;D. Mimo, że kolor wyszedł ciut ciemniejszy :)

11. Balea, waniliowo - migdałowa maska do włosów - budyń! Zapach i konsystencja budyniu! ;) Niestety maska jest mało wystarczająca :( ale dobrze nawilżała włosy, pozostawiając je miękkie, gładkie, sam zapach dość długo trzymał się na włosach ;D

IV. INNE:


12. Vaseline, krem do rąk - najgorszy krem do rąk jaki miałam do tej pory! Dziwna konsystecja, która nie chciała się wchłaniać, zapach taniego płynu do płukania, zero jakiegoś działania no chyba, że lekkie przesuszenie skóry dłoni ;)

13. Odlewak J. Del Pozo Ambar - piękny ale ciężki zapach. W moim odczuciu to zapach kobiety silnej, takiej owiniętej futrzanym szalem, z kapeluszem w dłoni zaciągającą się papierosem! Mocny i wyrazisty ale nadal piękny.

14.Burberry Body - mogę dostawać każdą formę tego zapachu i za każdym razem serducho bije mocno ;D! Muszę go w końcu kupić ;D. Póki co oszczędzam jeszcze jego próbkę ;)

15. Golden Rose Sexy Black Mascara - tusz z dość specyficzną szczoteczką ;). Lubiłam go bo nie sklejał rzęs ( jak już szczotka się ze mną umówiła ;D), nie osypywał się i wytrzymywał kilka godzin :). Niestety teraz stał się twardy jak skała niczym klata gladiatora ;D

16. Płatki Lewiatan są koszmarne! Z jednego robi się ich trzy ;D ;D

17. Nivea - ich mydła ostatnio u  mnie królują, co ja na to poradzę, że nie mogę oprzeć sie tej delikatności ?;)

Uff i po śmieciach hahhahahahhaha ;D A teraz idę jeść! Niech mi idzie w boczki przyjamniej będzie więcej do kochania ;D

09:36

Yankee Candle Vineyard

Yankee Candle Vineyard
Gdzie chciałabyś spędzić swój miesiąc miodowy? Pytanie niby banalne ale trudne , prawda?
Jest na ziemi takie miejsce gdzie chciałabyś się zatracić, zatopić w kakofonii słów, szeptów?
Twój świeżo upieczony małżonek ubrany w białą, luźną koszulkę, Ty ubrana w zwiewną sukienkę na ramiączkach, trzymająca swoje sandałki w dłoni przemierzając niezliczoną ilość zielonych terenów by znaleźć to jedno wymarzone miejsce: miejsce pośród zielni, dojrzałych owoców. Stoicie tam, chwilę patrzycie na siebie i już wiesz, widzisz ten jego łobuzerski uśmiech, starasz się chociaż raz mu oprzeć , ale nic z tego. Poddajesz się ale hola hola! Nagle do życia budzi się chęć ucieczki, więc rzucasz swoje sandałki na ścieżkę, patrzysz w jego oczy i bach! Biegniesz ile sił w nogach, śmiejąc się głośno - czujesz ten wiatr we włosach, czujesz, ekscytację aż nagle trafiasz tam na cichą oazę gdzie każdy ruch jest intruzem. Trafiasz w samo serce natury: mimo, że Twój mąż ( tak, już mąż!) powoli zaczyna przyciągać Twoje piękne ciało do siebie a Tobie zapiera dech w piersiach to w głowie wśród tysiąc myśli wiruje tylko jedno sformułowanie: ' to miejsce jest stworzone przez samego Boga'.


On - powoli próbuje zaspokoić swój głód - gdy się odwracasz widzisz to w jego wzroku, widzisz miłość i nutkę niepewności. Nagle zdajesz sobie sprawę, że to bajeczne miejsce, w tak ustronnym miejscu trzymające w objęciach dwoje kochanków jest zbyt czyste by skraść mu swój czar waszą igraszką. 

Siadasz, uspokajasz się i swoje rozszalałe serce ( no dobra hormony ale co począć?). Trawa łagodnie gilgocze Twoje stopy - spoglądasz na niego i na ten widok. Bierzesz wdech i ...
Twój nos rozsypuje się na drobne kawałki: dopiero w chwili absolutnego spokoju czujesz oszałamiającą moc winogronowego zapachu. W tym zapachu skrywa się zaborczość, moc, intensywność doznań, a przed wszystkim zdajesz sobie sprawę, że winogrono musi być już kusząco dojrzałe, w ustach już czujesz smak czerwonego grona przepełnionego słońcem i ciepłem...

Prosto z winnicy... Energetyzujący miks dojrzałych i słodkich winogron

Tak jest w przypadku Vineyard - sam zapach na sucho wprawia w osłupienie. Na jego myśl ślinka cienkie, na końcu języka już czujesz smak soczystych , dojrzałych owoców i jak dziecko czekasz na ten moment, w którym go odpalisz i będziesz się 'sycić'. Oprócz słodkości głos ma też lekko cierpka nuta - obie łączą się w kapitalny sposób. Dawno nie czułam tak realistycznego winogronowego zapachu!


Wstaje. Jestem głodna. Nie, jestem spragniona. Szukam ten winogrona. Przemierzam Boże miejsce powoli ale go nie widzę. Co jest? Przecież przed chwilą czułam zapach! Już miałam ten smak na końcu języka! Chce mi się wyć - czuję się jak dziecko, któremu zabrano najsmaczniejszego lizaka za po pierwszym polizaniu. On milczy - patrzy na mnie jak na wariatkę, ale co mi tam! W końcu rozgoryczona znowu siadam, rwę trawę, czuję się oszukana, lekko zawiedziona...

Zawiedziona? W przypadku Vineyard to słowo nie wyraża moich odczuć!
 Po odpaleniu nie ma nic. Czekam i czekam i nic. Jakiś zapach jest ale jest to zapach świeczki! Typowo świeczkowy zapach! Hola! A gdzie to co czułam na sucho?! Nie ma! Puff!
Dawałam tej tarcie kilka szans - myślałam, może że mój nos jest 'chory' ale nie: na sucho nadal intensywnie czuć winogrona, jest bajecznie; po odpaleniu pachnie zwyczajną, prostą świeczką buuuuuu ;(. Rozczarowanie. Uniesione brwi, chwila lekkiej konsternacji a potem rezygnacji. Świeczkowy zapach nie jest tym co chciałam czuć, tym co czułam na sucho. 
Intensywność? Nikły, mdły aromat czuć przez jakąś 1,5 godziny.

Nie pozostaje mi nic. Siedzę w bezruchu, z opuszczoną głową i intensywnie myślę. To miejsce jest wspaniałe ale zwodnicze. Oczekuję ale czego? Na mojej buzi pojawia się leniwy uśmiech i już wiem, że naszła ta chwila by dać upust frustracji w najbardziej przyjemny sposób - z mężem. Przecież mamy tak wiele miejsc do odkrycia ;)

Niestety albo na szczęście Vineyard jest  niedostępny w Polsce. Z tego co się orientuje wiele osób kupuje go ale w słojach - chwalą go na prawo i lewo i opisują jako naprawdę realistyczny zapach, szkoda, że tarta taka nie jest ;(



20:41

Sylveco rumiankowy żel do twarzy + wyniki rozdania paletki MUR!

Sylveco rumiankowy żel do twarzy + wyniki rozdania paletki MUR!
Dawno, dawno temu gdy na świat przyszła mała śliczna dziewczynka ( czyli ja ;D) każda babcia  czy też mama miała swój 'ziołowy sposób' na kłopoty czy też inne dolegliwości chorobowe. Babcie zawsze wierzyły w moc ziół - moja również i w takiej wierze ja zostałam wychowana przez mamę. Każdy ziołowy specyfik jest lepszy niż ten dostępny w sklepie, a stare ziołowe receptury od wieków są najlepsze, od wieków się nie zmieniają.
Gdy byłam mała często  w moim domu był obecny rumianek - boli Cię gardło? Napij się rumianku! Wchodzisz w wiek dojrzewania i pojawiają się krostki? Zrób sobie 'parówkę' z rumiankiem! I tak w kółko: rumianek, szałwia, pokrzywa. Aż do znudzenia.
Lubiłam patrzeć jak babcia zbierała zioła i zaparzała herbatę. Lubiłam zapach suszu, który zawsze lądował w papierowej tutce. Jako dzieciak pozwalałam się okładać rumiankiem, piłam szałwiowe herbaty, zbierałam pokrzywy bo ktoś potrzebował tego chwasta. Aż do momentu kiedy rumianek został moją zmorą a każde zioło sprawiało, że miałam ochotę uciekać. Miałam już tego dość.
Babcine receptury zaczęły mnie drażnić a ja częściej wolałam iść do apteki czy do sklepu po jakiś 'normalny' specyfik. Od tego momentu zioła, które pomagały zostały przeze mnie szeroko omijane.


I tak jest do dziś. Nie lubię rumianku. Nie lubię takiej herbaty rumiankowej, którą u nas piją prawie wszyscy. Nie lubię wszystkiego co w sobie zawiera rumianek. Po prostu mówię mu NIE.
Ale mamy też Sylveco. Sylveco, z którym za pierwszym razem się nie dogadałam. Markę, która mnie cholernie kusi ale wiem, że po tak fatalnym początku nie może być dla mnie dobra. Rumianek + Sylveco = tak to może zwiastować kłopoty, ale jak się okazało naprawdę?



Czymś trzeba myć buzię przecież, sama woda nie wystarczy :P
 Przeczytałam skład nie ma znienawidzonego arganu więc mogę używać. Co do składu nie jest on jakiś mega skomplikowany czy też groźny - podobno im krótszy tym lepiej ;)
Pierwszą rzeczą jaka mnie kupiła to kwas salicylowy , który po prostu lubię. Kilka lat temu miałam bardzo trądzikową cerę i owy kwasek bardzo mi pomógł ;).
Ze względu na ten kwas nie polecę tego żelu posiadaczką skór suchych, ba nawet cerze normalnej bym nie polecała - moja cera mieszana obecnie idzie w stronę normalnej i na szczęście dobrze reaguje na ten specyfik.

Ten żel nie jest jakiś nadzwyczajny: myje, oczyszcza, zostawia skórę miękką, ale też ja przy swojej  cerze mam wrażenie, że lekko  ją ściąga, daje taką 'suchą' warstwę ochronną. Chociaż nie najpierw na buzi jest taka lekka lepka otoczka, która po chwili zmienia się w taką 'suchość'.  Nie wiem jak to mam opisać - dotykając buzi mam po prostu wrażenie, że cera jest sucha jakbym po prostu dała jej tylko 30 % nawilżenia - jednak mój krem na noc doskonale sobie z tą 'suchością' radzi. Mimo, że nie mam przetłuszczającej się strefy T to mogę powiedzieć, że w jakiś sposób może powodować ograniczenie się wydzielenie sebum.
 Jakiegoś zbawiennego czy też spektakularnego efektu tutaj nie widzę. Z 'porami' problemu nie mam,a właściwości kojące? Jak dla mnie to za mało w nim tytułowego 'rumianku' by zauważyć coś w tej kwestii.
Jeśli Wasz płyn micelarny czy mleczko do demakijażu nie spełnia swojej roli w 100 % to ten żel idealnie sprawdzi się jako uzupełnienie oczyszczania - doskonale zmywa wszelkie resztki.
Raz czy dwa zdarzyło się że kropelka żelu dostała się do paczadełka - szczypało!
Na stronie marki w legendzie pisze 'natłuszczanie, nawilżenie' tylko ja nie widzę tego!



Butelka z twardego plastiku z pompką to bardzo dobre rozwiązanie. Pompka się nie zacina, a obracając jej główkę o 90 stopni swobodnie możemy zablokować dozownik.  Co do samego opakowania nie mam się do czego przyczepić - Sylveco ma swoistą szatą, która zaraz jest rozpoznawalna.

W butelce wydaje się, że żel jest mega gęsty, jednak gdy wylatuje z pompki konsystencja jest lekko lejąca. Na dokładne umycie swoje buźki potrzebuję dwóch pompek żelu -  źle nie jest bo sądząc po obecnym zużyciu jest on bardzo wydajny.
Wszelkie fanki mocno pieniących się kosmetyków będą zawiedzione - jego pienie jest mizerne, jest to raczej mleczna powłoczka, w bardzo małej ilości.

Kolor  niby jest bardzo zielony jednak gdy już go wydobędziemy jest lekko przeźroczysty.
Niewątpliwie prawdą objawioną w przypadku tego produktu jest jeden fakt: śmierdzi! Cuchnie na kilometr. Śmierdzi jak stare skarpety! Okropnie! Zapach czuć podczas mycia więc wiecie nie ma co się rozkoszować oczyszczaniem twarzy - no chyba, że lubicie skarpetowe klimaty ;D Ale wg producenta to zapach rumianku wtf o.O



Czy wrócę do niego? Raczej nie. To jest dość przeciętny żel, nie robi 'wow'. Ma swoje mankamenty ( czytaj śmierdzi skarpetami).
Nic mi nie zrobił, buzię mam całą, podstawowe rzeczy mi zapewnił więc nie stawiam go na piedestale, ale też nie skreślam i nie nadaję mu jakiś zły tytuł ;)

Żel dostaniecie na stronie marki w cenie 17.85 zł / 150 ml.

***

Serdecznie dziękuję za wszystkie zgłoszenia w konkursie! Obiecuję, że niedługo znowu będzie okazja by coś wygrać ;)
Tymczasem nagroda jest jedna, a uwierzcie mi chętnie każdej z Was bym dała po palecie za takie świetne odpowiedzi ;D! Wybranę paletę MUR zgaryna ...

Little Black Dress

Gratuluję i już pisze do Ciebie maila ;)

10:36

Tydzień filmowy #13 - tydzień z komediami

Tydzień filmowy #13 - tydzień z komediami
Nie mam kompletnie pomysłu na posta. I nie to nie moje zwykłe lenistwo tylko od kilku dni walczę z pewnym bólem, tabletki nie dają rady a ja czuję się jak wypruta z życia! Na szczęście mamy piątek, na ten piątek czekałam ogromnie, ponieważ jutro będzie pierwsza sobota przy której nic nie muszę, mogę zawinąć się w koc i rozkładać się na czynniki pierwsze a poza tym przed momentem ( w końcu pisze tego posta dziś czyli w piątek bo jutro mi się nie będzie chciało) rozpoczęła się na żywo transmisja z UMF ♥♥ także ten pisze szybko bo o 21: 30 gra mój mąż, który nie wie o moim istnieniu , życie -,- hahahhahah ( Karol jak to przeczyta to mnie zabije :D :D ♥). No ale dobra skoro jest sobota to ja idę się rozkładać a Was zostawiam z propozycjami kilku komedii ;)

1. Wyznania zakupoholiczki (2009) ---> klik



To punkt obowiązkowy dla większości z nas ( nie dla mnie ;D ;D). No dobra może czasem jak widzę ostatnio ciekawe perfumy ;D. Zresztą główna bohaterka jest podobna do mnie, ma rude loki, jest roztrzepana i ciągle ją coś woła słowami 'kup mnie! kup mnie!" ( u mnie to są cukierki i perfumy ;D).  Uwielbiam tą postać ♥ Isla tak dobrze ją zagrała, że nie wyobrażam sobie kogoś innego na jej miejscu. Ta historia jest tak 'sympatyczna', przezabawna, że oglądając ja nie wiadomo kiedy płynie czas ;D. Jeśli lubicie lekkie kino, lekkie komedie z zakupowym szałem w tle to idealna propozycja na niedzielne popołudnie! ;D

2. Zostańmy przyjaciółmi (2005) ---> klik




Reynolds! Reynolds! Reynolds! Ups no tak gra tu jeden z moich kinowych ulubieńców czyli Ryan ♥♥. Uwielbiam każdy film z jego udziałem ( widzieliście Amityville - czapki z głów!), no dobra prawie każdy. Chociaż ta komedia to bardzo schematyczne kino czyli co się dzieje gdy po latach wracasz do rodzinnego miasta to i tak ten film jest jednym z moich ulubionych. I nie chodzi mi to o słodkiego Ryana ( nie mylić z grubaskiem ze strefy friendzone! ;D) ale też to wszystko w  tle: lekko zagubioną mamę, rodzeństwo które irytuje, wnerwia ale jak coś to pomoże - bo akurat te rzeczy to tło dla historii ale one mają odzwierciedlenie w życiu i to mi się podoba. Ach no i mamy głupią blondynkę - w końcu! ;D

3. Wkręceni (2013) ---> klik



Bardzo rzadko oglądam polskie komedie, to już nie jest to samo co Pawlacy i Gargule ;D. Ale kiedy ostatnio w nocy spać nie mogłam to ta komedia leciała w tv. Nie jest to może kino najwyższych lotów, mi tu czegoś brakuje, i jest kilka wątków które chciałabym by twórcy wyjaśnili ale z braku laku? Można się czasem pośmiać chociaż  brawo dla Domagały bo tutaj robi kapitalną robotę! Jak dla mnie to cała obsada aktorska ginie w tle przy nim ;D. Próbowałam obejrzeć drugą część ale to było nie do przejścia. Ale z całą pewnością pierwsza część jako kino na raz warta uwagi ;)

4. Dyktator ( 2012) ---> klik



Cohen! To jedno nazwisko powinno Wam powiedzieć wszystko. Cohen to zwiastun pokręconego, niemoralnego i idiotycznego kina w jednym. Ale za to jest fun po pachy! Chociaż omijam jego filmy ( po Boracie czuję niesmak) to czasem warto usiąść w fotelu i włączyć sobie totalnie posrany film na odmóżdżenie - jeśli w filmie ma się zdarzyć wszystko to to na pewno będzie tutaj: począwszy od ułomnego dyktator aż po bardzo chętne panie ;D

No dobra, myślę, że 4 propozycje Wam wystarczą i tutaj już wkradło się moje piątkowe lenistwo ;D. Na zegarze godzina 21: 22 więc czas skończyć tego posta ;D A skoro przeczytacie to już jutro to życzę Wam udanego weekendu :**

22:20

Nivea seria Repair & Targeted Care

Nivea seria Repair & Targeted Care
No i nadchodzi ten czas - nie ten gdzie zaczynacie na mnie krzyczeć bo zaczynam zdanie od słowa 'no' ale ten czas gdzie Nivea będzie wręcz wyskakiwać z lodówki. Jako iż, ja jestem jedną z tych osób do których trafił wspomniany wyżej zestaw przyszedł czas by po kilkunastu użyciach wydać swoją opinię na ten temat.
Ktoś ostatnio powiedział, że 'jestem poza kosmetycznymi schematami' ( buziaki, całuję :* ;D) dlatego i tutaj wytknę tej serii kilka wad. Cóż taki mój los - bycie dociekliwą albo upierdliwą ( jak kto woli) do samego końca. Na pocieszenie powiem Wam, że jako dziwadło ( buziaki dla tej samej osoby za nową moją ksywę ;D ;**) moje włosy lubią wszelkie silkony i inne gluta w szamponach a moje loki mimo wad owego produktu to wyglądały fenomenalnie! A skoro już i tak będziecie czytać xxx posta na temat tego duetu postaram Wam powiedzieć co najważniejsze w tak szybkim wręcz telegraficznym skrócie.


Seria Nivea przeznaczona jest do włosów suchych i łamliwych - nie chciałabym mówić tak o moich loczkach ale prawda jest taka, iż moje rude włosy są farbowane a to wiąże się z tym, że są osłabione. Na razie pożegnałam się z uporczywym ich wypadaniem , walczę o objętość ale ze złożonymi rękami w modlitwie chętnie stosuję produkty, które w jakiś sposób zregenerują choć w minimalnym stopniu moje loczki po farbowaniach.




Między bajki włóżcie obietnice producenta. Nie mam tu żadnej odbudowy czy czegoś takiego. Tak naprawdę seria nawet nie pozwala na to by zaobserwować jakąś odbudowę ( cóż chyba nie jestem jak ta pani z reklamy gdzie jej włosy lśnią jakby ktoś smalcem jej po nich przejechał ;D). W moim odczuciu seria spełnia wszystkie podstawowe funkcje. Stop. Spełniałaby wszystkie . Ale po kolei.
Ogólnie ani szampon ani odżywka nie plącze włosów, nie zostawia ich szorstkich czy matowych ( z jednym wyjątkiem), szampon pieni się średnio i o dziwo nie szczypie w paczadełka ;D.
Seria jednak nie lubi się z olejemi: nie wiem jak to się dzieje ale po nałożeniu oleju jest katastrofa! Szampon nie może go zmyć a jak już to zrobi to na głowie czuję jakbym miała siano! Gdy już przejdę cały rytuał z odżywką, z jej zmyciem i włosy wyschną są pozbawione blasku :(.
W pewnym momencie myślałam, że to wina olejku a nie serii więc w pewien wieczór nałożyłam olejek tak jak zwykle a do zmycia użyłam innego szamponu (Syoss - zmył od razu) i nałożyłam maskę z Balea - efekt? Włosy miały piękny blask!
Wtedy też zrozumiałam, że najnowsze dziecko Nivea po prostu nie daje rady z olejkami - cóż jako 'olejowa panna' ten fakt mnie rozczarował ;(.
W momencie gdy olejku nie stosowałam seria zapewniła mi przepiękny skręt loków ( pokazywałam na IG ale macie poniżej zdjęcie po pierwszym użyciu), który ku mojej egoistycznej małej cesze utrzymuje się po każdym myciu. Loczki były sprężyste, miękkie i błyszczące szkoda, że tylko olejku stosować przy tym nie idzie ;x
Po pierwszym użyciu też włosy jakby zyskały na objętości jednak ten efekt był jednorazowy 
buu ;(.


Niżej macie składy: szamponu jak i odżywki.
Łupieżu nie dostałam, skalp nie swędział, włosy nie wypadły a w łysą Hogatę się nie zmieniłam ;D




Nowa linia Nivea dostałą też nowe ubranko. Spostrzegawcze kobietki zauważą, iż marka naprawdę się postarała dając bardziej dopasowane, lżejsze ( w moim odczuciu) opakowanie. Przynajmniej mi się wydaje, że z linii produkcyjne wyszły nowe plastikowe butle bo ja miałam zupełnie inne opakowanie - chociaż co ja tam się znam? Tak czy siak Nivea na półce zawsze będzie w niebieskim kolorze tutaj wraz z opływowym kształtem ;D
Niestety obie butle mają wielkie otwory do dozowania przez co po prostu więcej idzie zmarnować i spuścić z wodą niż nałożyć na śliczne włosy.

Sam zapach serii to połączenie kremu Nivea z czymś mydlanym - o ile w szamponie ten zapach jest subtelny, nie wiercący dziury w mózgu to w przypadku odżywki ktoś dał czegoś za dużo i zapach jest mocny! Mojej siostrze na przykład to się nie podoba ;D. Faktem jest jednak to, że po umyciu ten zapach utrzymuje się kilka godzin ( ach ta odżywka!).



O ile szamponu ( 250 ml) zostało mi jeszcze na 3 - 4 użycia to odżywki ( 200 ml) prawie już nie mam;). Sam szampon mam dość lejącą , perłową konsystencję zaś odżywka jest bardziej gęsta - w jej przypadku lepiej trzymać dłużej na włosach tak przy najmniej moje kudłaki preferują.

Czy polubiłam serię? Moje loczki jak widać tak ale ja nie do końca. Owszem mogę kupić od czasu do czasu by mile połechtać ego moich rudych kudłów ale jako stali bywalcy raczej bywać nie będą. Dlatego jeśli jesteście posiadaczkami loków warto wypróbować serię ;)

Tak jak inne serie Nivea będę ogólnie dostępne, cena za jeden produkt pewnie będzie oscylować w granicy 9 - 10 zł.

08:23

Marc Jacobs Dot

Marc Jacobs Dot
Lubię takie leniwe dni, gdy przeciągając się na moim wielkim łóżku budzą mnie pierwsze promienie wiosennego słoneczka. Uwielbiam ten moment gdy rozsuwam zasłony, otwieram drzwi balkonowe a do pokoju wdziera się świeże powietrze. Za każdym razem gdy wtedy patrzę w niebo widzę czystą perfekcję. Ta perfekcja mnie uspokaja.
Powoli budząca się do życia wiosna w mistrzowski sposób porusza najgłębiej zakopane struny mojej delikatności. Czasem łatwo zapominam o tych stronach - w codziennych obowiązkach zapominam, że tam gdzieś w środku jest ukryta panienka tak delikatna jak cienki płatek kwiata. Zupełnie zakopana na samym dnie - jak drogocenny skarb. To właśnie wiosną ona zaczyna żyć. Jej nadzwyczaj delikatne serce zaczyn tętnić, daje mi znaki - w mojej głowie delikatnie kiełkują nowe pomysły sprawiając, iż na buzi kwitnie rumieniec taki jak podczas pierwszego nieśmiałego wiosennego pocałunku.


Moja delikatność tętni życiem. Tętni bujnym życiem. Wraz z tą naturą zaczynam rozkwitać. To właśnie w tym czasie jestem najlepszym przykładem na to, że wiosna tkwi we mnie. Nie potrzebuję wielu ozdobników. Sama w sobie czuję się jak pełny życia bujny bukiet świeżo zerwanych tulipanów stojących na stole czule uśmiechających swoje kolorowe płatki w kierunku słońca. Niestety to słońce mimo swojego uroku, rozkosznego zapraszania do siebie oferuje mi zgubę. Nie zawsze wszystko to co promienne, wręcz emanujące boskością jest przeznaczone dla delikatnej wiosennej panienki!

Delikatność odkrywa się powoli, subtelnie gra z każdym ze zmysłów sprawiając, że gdy w pełni ukształtuje się i pozna swoją siłę na wolności to nie będzie od niej odwrotu. Ona Cię odurzy! Ale w pewnym momencie stojąc przy otwartym balkonowym oknie zrozumiałam: moja delikatność jest piękna ale nie będzie trwać wiecznie. Ona mnie upoi tak szybko jak kieliszek dobrego białego wina i tak szybko ze mnie 'wyparuje'.

Nuta głowy: wiciokrzew, czerwone owoce, pitahaya
Nuta serca: kwiat pomarańczy, kokos, jaśmin

Nuta bazy: wanilia, piżmo, drzewo



I tak jest w przypadku tego zapachu. Jako wiosenna panienka jestem pełna świeżości i emanuje ze mnie pewna czystość. Nie mam tu na myśli chemicznej czystości: taką czystość wnosi lekki powiew wiatru na łące delikatnie szturchając mój nos. Taka wtedy jestem. I taki jest ten zapach.
Początek 'Biedronki' od Marc'a jest czysty i świeży. Jako delikatna wiosna czuję się w nim najlepiej. Idealnie dopełnia skrytą we mnie moc. Początkowe nuty są delikatne, obfitujące w bujny kwiecisty bukiet. Zdecydowanie pierwsze skrzypce grają kwiaty: mamy trochę delikatnego jaśminu, który potrafi nawet ugłaskać niesfornego z natury rudzielca. To właśnie te kwiaty dominują - dominują na tyle by zaburzyć resztę kompozycji. 

Jednak są momenty gdzie pani wiosna traci swoją delikatność. Traci wszystko co ma w sobie najlepsze. Tak jest ze mną.  Nim się zorientuję moja delikatna natura znowu się chowa czekając na lepsze dni. Na pocieszenie zostają mi kwiaty w wazonie, które jeszcze tętnią życiem i aromatem.
Jednak Dot przestaje żyć. On też stracił swój charakter. Niby gdzieś w tle przebija się jakiś owoc, przebija się wanilia ale z tego połączenia nie wychodzi nic. Im dłużej mam go na sobie tym bardziej nie czuję jego bijącego serca. Lekki owocowy rys jest nikłym tłem.
Moja wrażliwa strona kiedyś znowu się obudzi jednak Dot umiera śmiercią naturalną. Wypala się. Staje się nijaki i oklepany, nie zaskakuje.

Gdy teraz w głowie układam coś dobrego na temat tego zapachu mam pustkę. On naprawdę zaczyna się pięknie, ja w nim czuję prawdziwą wiosnę niestety z czasem po prostu to wszystko blednie ;(. Mimo tych nut wydaje się, że zapach ma w sobie tylko pierwiastek kwiatowy, chociaż w odczuciu mojego nosa owa kompozycja rozkłada się na 90% kwiatów a reszta nut zaledwie mieści się w 10 %.
Niestety wraz z ustającym biciem jego serca ustaje też jego trwałość. U mnie jest to jakieś 2 - 3 godziny.
I znowu stoję przy tym oknie. Wyczekuję. Tulipany zaczynają gubić płatki, a ja znowu zaczynam tęsknić. Tęsknię za byciem wiosną samą w sobie. Znowu nieśmiało zapraszam słoneczko do mieszkania. Próbuję myślami spowodować, że wszystko znowu wróci. Jednak jest za późno, czekam do następnego roku by znowu budzić swoją delikatność!

A Dot? Cóż wyciągnę go z szafy w jakiś bardzo pochmurny dzień, lekko skropię sobie nim nadgarstek by choć na chwilę znowu zatopić się w delikatnym bukiecie.
Marc Jacobs dostaniecie obecnie na iperfumy.pl w cenie : 30 ml/ 149.40 zł; 50ml / 160.66 zł; 100 ml/196.98 zł.
Agnieszko dziękuję Ci za możliwość poznania zapachu ♥

09:05

Blogi, które czytam #2

Blogi, które czytam #2
Jestem w mega szoku!. Pierwsza szóstka blogów została przez Was bardzo ciepło przyjęta - posypała się masa miłych słów pod adresami przedstawionych autorek ( zasłużenie!) ♥
 Mimo, że blogi typu 'urodowego' w sieci  wyrastają jak grzyby po deszczu to cieszę się, że mogłam Was zapoznać z innym twórcami. Z tego co widzę znacie większość autorów więc ciężko będzie zaskoczyć Was czymś nowym, no ale się postaram ;). W sumie miała być tylko 5 blogów ale zostanę przy pierwotnej formie czyli przed Wami kolejna szóstka blogów, które odwiedzam!
 Jestem szalenie ciekawa czy i z tej szóstki znacie blogi ;)

1. W Pudrze



Moja piękna Sonia ♥.  Owa niewiasta kusi luksusem ( mnie skusiła na markę Guerlain ♥ ;D) jak widać robi to ze 100% skutecznością. Nie dość, że ma przepiękne zdjęcia to jej styl pisania jest fenomenalny! Chciałabym umieć tak pisać, tak tworzyć. Wchodząc do niej możesz wiedzieć, że Twoja lista zakupowa luksusowych marek urośnie do niebotycznych rozmiarów a sama będziesz oczekiwać czym Cię Sonia jeszcze zaskoczy! Powinnam dodać, że Sonia jest jedną z tych osób, która zawsze do Ciebie wyciągnie pomocną dłoń a uwierzcie potrafi zaskoczyć i nie raz sprawiła uśmiech na mojej buzi! ;) . Jej blog z pewnością może być uznany za 'ten z wyższej półki' , za taki pisany nie tylko z pasji ale też pisany pięknym sercem. Sonia sprawia, że każda kobieta u niej może poczuć się jak księżniczka, a każda księżniczka lubi dobre rzeczy, i każda z nas czasem potrzebuje odrobiny luksusu. No bo jak widząc piękna fotografię, cudowny opis i tak śliczną buzię , nie można kupić takiego produktu ? Ja uległam raz jej namową i zakładam, że zrobię to ponownie bo świat Sonii mógłby nie raz zdominować zdjęcia reklamowe niektórych produktów!

2. Uśmiechnięte oczy



Szukacie bloga gdzie naturalna pielęgnacja jest opisana w prosty i zrozumiały sposób a autorka jest tak sympatyczna, że z góry podbije Wasze serducho? No to proszę, zapraszam Was na poznanie Żanety ;).  Nie dość, że wytłumaczy Ci 'po polsku' co jak z czym i dlaczego to odpowie na masę Twoich nurtujących pytań. Poza tym ma nieskończony optymizm, którym zaraża na każdym kroku - od razu widać, że Żaneta jest jedną z tych pozytywnych osób z którymi po prostu chce się obcować!
Ostatnio z Żanetą wymieniałam kilka zdań i stwierdzam, że ma ogromne poczucie humoru, dystans do siebie i jak na tak młodą osobę ogromną kosmetyczną wiedzę o 'naturalnym świecie'. Wiecie i to nie taka wiedza podręcznikowa tylko taka przyswojona na podstawie obserwacji, prób i błędów taka, którą można odkryć tylko przy zapoznaniu się z czymś. A widać, że Żan naturalność ma w swojej krwi i modlę się aby było więcej takich blogów, gdzie naturalna pielęgnacja nie będzie wyłożona jako materiał podręcznikowy tylko jako jako materiał doświadczony, brawo Żan! ;)

3. Siouxie and the city



Oto blondynka, która kiedyś w pewnej fazie swojego życia miała lekko różowe włosy przez co jeszcze bardziej ją 'pokochałam'! ♥ Agnieszka jest dość specyficzna: po prostu pasuje jej wszystko!   Ci co tworzą pomadki, chyba myślą o niej bo każdy odcień jest wręcz stworzony dla niej.
Siouxie jest też jedną z tych osób, które nie przedstawiają 'suchego faktu' na temat produktu ale jak trzeba to wykona tez kilkanaście makijaży by przybliżyć odcienie np. szmin ( tak też było w przypadku pomadek Joko gdzie pokazała ich chyba 10 czy 12!).
I jest cholernie odważna i dzielna! Śledzę dużo blogów urodowych ale ona należy do małego grona urodowych 'ekspertów', którzy od kuchni przedstawiają zabiegi kosmetyczne! I nie ważne czy to zabieg na brwi czy coś bardziej ekstremalnego ona pokaże Ci wszystko - od początku, do końca, zobaczysz fotorelację przed zabiegiem, w trakcie jak i po kliku dniach! Ja do dziś pamiętam bodajże 'wampirzy lifting' (czy coś takiego z igłami) gdzie naprawdę mnie zmroziło ( bo ja się igieł boję) a ona miała tam jeszcze uśmiech! Wielkie brawa jej się należą! ♥

4. A piece of Ally



Bloga Olgi poznałam już jakiś czas temu ale nadal mnie zadziwia! Z całą pewnością jest to jeden z tych blogów w sieci, który nie jest wystarczająco doceniony!.
Olga ma wszystko czym charakteryzuje się dobry, rzetelny blog: piękny szablon, genialne zdjęcia, dobra treści i serce jak na dłoni!. Gdy do niej trafiasz masz wrażenie, że ten blog prowadzi jakiś ekspert bądź jakiś dobry fotograf!. Moje kobiece poczucie estetyki w tym przypadku jest bardzo zaspokojone! W jej przypadku wszystko jest dopieszczone do granic możliwości, nie ma żadnego przesytu czy czegoś monotonnego - jej blog może inspirować.
Osobiście uważam, że blogi Olgi jest skazany na sukces. Jak nie teraz to później bo obok tak dobrego pióra i treści nie można przejść obojętnie. Forma, treść jak i autorka pewnie nie raz mnie pozytywnie zaskoczą na co niecierpliwie będę czekać.

5.  Kociamber w podróży



Oto przed Wami kobieta, która nie boi się nowych wyzwań, która wraz ze swoją rodziną obecnie mieszka w pięknej, słonecznej Turcji!. Magda to jedna z tych babek, która nie rzuca słów na wiatr, jest otwarta na nowe możliwości i nie boi się działać. Na jej blogu nie spotkać tylko recenzji kosmetycznych. Cenie ją za to, że mogę się wiele dowiedzieć o innej kulturze. Wraz z nią mogę przejść się po tureckim rynku, odwiedzić wiele zabytkowych miejsc. Ona sam stara się pokazać Turcję 'jej okiem'. Czasem się dziwię co tam można spotkać np.olejek z kapusty czy szampon z czosnkowy - jak widać Magda na swojej drodze spotyka takie 'perełki' i chętnie się dzieli nimi z nami przy tym objaśniając nam na ten temat wiele rzeczy. U niej spotkacie też sporo naturalnej pielęgnacji.
Na temat Magdy mogę powiedzieć dużo ale wciąż mam  w pamięci jak jej córka drastycznie skróciła swoje piękne długi włosy i przekazała na szczytny cel! Brawo za postawę!
Cóż mogę powiedzieć więcej? Kociamber to nic innego jak blog pełen pasji i miłości ♥

6. Okiem Justyny



I pora na dzisiejszy debiut. Mój wybór padł na bloga mojej imienniczki ( bo wszystkie Justyny są fajne :D). Póki co dopiero zapoznaję się z blogiem, z jego autorką ale mogę powiedzieć Wam: ona nie boi się pokazać swojej przemiany, nie słodzi, otwarcie mówi co ja w czymś drażni i chętnie podtrzymuje kontakt z czytelnikami i to nie tylko na blogu ;). Widzę też, że Justyna pracuje nad zdjęciami i udoskonaleniem swojego 'małego świata'. Póki co start, treści i fajna osoba autorki jest u mnie na plusie i mam nadzieję, że jej blog przypadnie i Wam do gustu ;)
A ja dziękuje Agnieszce, dzięki której poznałam bloga :*

Na ten miesiąc to wszystko - miłego zapoznawania się nowymi jak i tym bardziej Wam znanymi blogami! ;)
P/s żeby przejść na danego bloga wystarczy jak klikniecie w grafikę ;)

22:21

Balea fluid nawilżający na dzień z witaminami

Balea fluid nawilżający na dzień z witaminami
Z czym kojarzy się Wam marka Balea?
Większość powie: żele pod prysznic, balsamy do ciała i kremy do rąk. Mało kto powie ( albo wie) , że marka ma w ofercie też godne uwagi produkty do pielęgnacji twarzy - od jakiegoś czasu osobiście zapoznaję się z trójką takich niemieckich cudaków.
Tak się złożyło, że po szkodach jakie wyrządził mi krem Sylveco nie po drodze mi było z kremami.
Ominęłam pielęgnację twarzy - nawet niebieski krem Nivea mi wadził, wiecie moja skóra nie reagowała dobrze na cokolwiek 'bardziej 'tłustego'.
Po maści, która była połączona z antybiotykiem moja cera wróciła do normy ale czułam i słyszałam o jej pragnienie: ona wołała 'PIĆ!'. Jako, że kremy zużywam na bieżąco i prawie nigdy nie mam nic typowo nawilżającego w zapasie dałam szansę temu fluidowi.
 Powiem Wam, że razem mieliśmy wzloty i upadki, raz chciałam mianować go 'hitem' innym razem zniesmaczona odkładałam na półkę utwierdzając samą siebie, że produkt jest 'bezwartościowy'. A co tak naprawdę mogę o nim teraz powiedzieć?

Fluid nawilżający na dzień z witaminowym koktajlem + Witamina E + prowitamina B5. Formuła z ekstraktem z malin nadaje skórze owocowy delikatny zapach bogaty w witaminy, orzeźwiający na początek dnia. Skóra twarzy jest delikatnie chroniona. Witamina E i prowitamina B5 utrzymuje i chroni skórę przed wysuszeniem. Idealny dla młodej skóry. Ekstrakt z malin zapewnia skórze odpowiednią  wilgoć i nadaje jej zdrowy wygląd. Łagodny formuła z panthenolem łagodzi skórę, szybko się wchłania i ożywia - orzeźwiająca opieka skóry na każdy dzień . 
Produkt wegański, nie zawiera substancji pochodzenia zwierzęcego.
Nie testowany na zwierzętach.
Przebadany dermatologicznie.
Utrzymuje naturalne PH skóry.

Ok, jakoś bym się dogadała po niemiecku ale czytanie sprawia mi niezwykły ból :D. I pewnie z tego powodu zwlekałam z otwarciem tego produktu, i całkiem możliwe, że gdyby nie pragnienie mojej skóry to nadal stałby zamknięty w opakowaniu.
Kiedy zobaczyłam skład i dumnie stojący na trzecim miejscu alkohol lekko zaniemówiłam .No bo jak po ostatniej masakrze na buzi mam zafundować sobie a raczej jej taki specyfik? Patrzę a tam dalej znowu gdzieś między wierszami skradł się kolejny alkohol ( czy dobry czy zły to nie wiem :P) a na samym końcu, jako taki szareczek stoi i się lekko podkrada nasz 'owocowy koktajl' - ręce mi opadły! Ale ok, przebolałam zaczęłam stosować w ograniczonych ilościach i na początek raz dziennie, zazwyczaj rano ( producent zaleca rano i wieczór).
Lubię go, naprawdę lubię ten fluid za to, że idealnie nadaje się pod makijaż - jest jak dobra baza nawilżająca, nic się pod nim nie roluje, nic nie spływa, pokuszę się o stwierdzenie, że cały makijaż nawet lepiej się trzyma. Nawilża ale to nie jest 'wow' moja skóra toleruję taką dawkę, która na chwilę obecną jest wystarczająca. Ogólnie ten fluid to nie jest jakieś wielkie kosmetyczne odkrycie - skóra jest lekko nawilżona, milsza w dotyku, nic poza tym.

To co odradzam to stosowanie go dwa razy dziennie: z racji takiej, że spisuje się pod makijażem polecam używać go w dzień, natomiast w momencie gdy zaczęłam go stosować jako produkt również do wieczornej pielęgnacji, zauważyłam, że skóra nie 'pobiera' tej dawki nawilżenia z fluidu, tak jakby to nie wnikało do środka tylko zostało na zewnątrz. Wszystko to doprowadziło do miejscowego przesuszenia na policzkach i nosie ;(. Jako wieczorna pielęgnacji się nie spisuje i z tego trybu go wyłączyłam, zostawiłam jego używanie tylko w dzień - przesuszenia znikły jak ręką odjął ;)


Przyznam się szczerze, że to moje pierwsze spotkanie z produktem typu 'fluid nawilżający' . Nie miałam pojęcia czego się po nim spodziewać ale samo opakowanie mi się spodobało. Jest skromnie, bez zbędnych elementów. Plastikowa tubka zakończona pompką, która się nie zacina. Dokładnie widzimy ile zużyliśmy naszego 'cudaka' co mi bardzo odpowiada.

Konsystencja tego fluidu jest lekko żelowa, lekko różowa, na buzi rozprowadza się błyskawicznie i w takim samym tempie się wchłania tak jakby otulając naszą skórę. Po chwili ta warstwa otulająca zanika i ustępuję miejsca zaspokojonej / uspokojonej cerze. 
Jeśli chodzi o sam zapach: jest malinowo kwaskowy, wyczuwalna tu też jest woń alkoholu.  W pierwszym odruchu mnie odrzuciło: alkohol grał pierwsze skrzypce ;(. Dopiero w zetknięciu się ze skórą palców wyczułam delikatną woń malin., która z biegiem czasu stosowania tego produktu robi się intensywniejsza. Na chwilę obecną zapach jest taki pół na pół: przestał mnie drażnić a na samej skórze czuć go jeszcze przez jakieś 5 minut. 



Ilość, którą ja nakładam na buzię i szyję o ta mała 'kropla', którą widzicie powyżej. Pewnie się zdziwicie, że tak mało. Owszem - mało, ale z racji tej żelowej formuły ta ilość jest wystarczająca na wymizianie tych miejsc, co skutkuje tym, że fluid jest naprawdę wydajny. Sądzę, że wystarczy na jakieś 3 miesiące stosowania ( raz dziennie) - obecnie  po jakiś 5 tygodniach mam zużyte 1/3 opakowania. Nie polecam natomiast wyciskania pełnej pompki produktu: zauważyłam, że większa ilość fluidu na buzi tak jakby się 'maże' i w ogóle się nie wchłania.

Wiecie, to taki produkt, z którym trzeba się dogadać i wypracować jakiś konkretny plan działania. Ja swój określiłam: raz dziennie, pół pompki produktu i mogę się cieszyć nawet dobrymi efektami. Z nim nie można przesadzać, bo albo się nie wchłonie, albo przesuszy .
Wysoka wydajność mówi sama a niego, ale ten alkohol w składzie i jego nuta w zapachu nie spodoba się każdemu.

Czy bym go kupiła? Myślę, że jako doraźny środek 'nawilżający' to tak, ale nie widzę go u siebie jako stałego bywalca w pielęgnacji.

Jako wiadomo Balea u nas jest niedostępna. Jeśli macie okazję luknijcie na niego DM, można spróbować też na drogeriach sprzedających kosmetyki z Niemiec. Ja znalazłam na allegro w cenie około 20 zł / 50 ml.

09:36

Luty w zdjęciach ;)

Luty w zdjęciach ;)
Luty, sruty i do pupy ! ;D.
Takim optymistycznym akcentem rozpocznę moją wędrówkę po tzw. 'miesiącu zakochanych'.
Nigdy nie lubiłam lutego , nigdy nie lubiłam Walentynek, dlatego jako 'anty -walentynkowa' wszelkie serduszka, lizaczki i inne pierdoły wręcz mnie irytują ( chociaż moja mama zawsze mi powtarza ' to, że nie lubisz nie znaczy, że nie jest miło jak coś dostaniesz'). Broń Boże jak ktoś chce to niech je obchodzi ( najlepiej z 5 km ode mnie ;D).
No dobra, Walentynki były ale było jeszcze jedno wielkie wydarzenie ( wielkie na miarę ilości pożartych kalorii) - taaaaaaaaaaaaaak o tym własnie mówię i tutaj bardziej byłam przychylna ;D.
Pominę fakt, że przez cały luty miałam słoneczko, trochę deszczu ( w nocy) i zero śniegu  ♥ to stwierdzam, że nawet udany był ten miesiąc - same zobaczcie!



Zaczniemy wiosennie, bo u mnie już tak jest hahhahahahhahahh ok, no dobra po trochu zazdroszczę niektórym z Was śniegu ale cóż, byłam grzeczna więc mam słoneczko :D :D. Jeszcze czekam aż krokusiki rozkwitną i będzie cacy ;D



Tłusty czwartek ... był naprawdę tłusty! Mamijne pączki z dżemorem od mojej 'przyszłej' ( prawdopodobnie :P) mamy ♥. Smakowały wyśmienicie - i tu jest pewien szkopuł bo kupnego zjem połowę i jestem syta a tych zjadałam 3 lub 4 przez cały dzień :D ( + 1,323548654523 kg ) ;D


WALENTYNKI! 
Misie, serduszka i inne pierdółki. Raz w życiu dałam Walentynkę i więcej nie zamierzam ;D


Taaaaaaaaka pogoda! Komuś oddać trochę ciepła ? Więc przesyłam gorące uściski ♥♥
Dziwnie czuję, że w marcu nasypie śniegu po kolana ;D



W kwestii Walentynek.... tak, mój Karol mimo moich sprzeciwów postanowił dać mi coś ;D. Pierwszy odruch - nawrzeszczałam na niego ;D. Jestem okropna! ♥ Małe Kinderki oddałam małej a my zjedliśmy Oreo ♥♥


Oesu! Jakie one są pyszne ♥. Ewidentnie będą moimi ulubionymi żelkami, ever ;D. Taka paka za 3 zł - zjadłam prawie sama ( nie licząc kilku sztuk danych Karolowi czyli mam kolejne + 4524521537 kg ;D).


A w Tesco już Wielkanoc - przyznam się, te kjóliczki są tak urocze ♥ Chyba kupie je maluchom ♥. Dlaczego jak ja byłam mała to takich słodyczy nie było??!

A wiecie, że mamy rok przestępny? Oby marzec był kapitalnym miesiącem ;D
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger