10:02

Le Petit Marseilials mleczko nawilżające REGENERACJA

Każdy wieczór to swoisty rytuał. Swój zaczynam od kremowania stópek, balsamowania ciała i ogólnie przyjętej normy wkradania się w łaski 'słodkiej woli nic nie robienia czyli leżenia i pachnienia'. Żeby taki stan osiągnąć pomocne są umilacze ( facet masażysta też mógłby być - nie pogardziłabym :D) no ale z braku laku mogą być świeczki, pachnące kremy czy balsamy. Te ostatnie są ważną częścią tego rytuału: nie dość, że mają zapewnić mojemu ciało odprężenie, ukojenie i potężną dawkę nawilżenia to fajnie by było jakby pachniały jak najlepsze perfumy ( a najlepiej jakby jeszcze same się smarowały na ciele). W swojej krótkiej mazidłowej historii mogę skreślić kolejną pozycję z listy ' do wymiziania / wysmarowania na mojej ogromnej powierzchni użytkowej' :D. Chociaż tutaj idealnie wpisują się słowa 'akcja! regeneracja ;D!' czyli odsłona trzecia i ostatnia marki LPM :)


Z tym mleczkiem nie było mi po drodze. Jakoś tak odkładałam jego używanie 'na potem', ' na później' a może nawet ' w razie konieczności gdy mnie piorun trzaśnie'. Ja naprawdę chciałam go używać, jakoś we wrześniu zabrałam na spacer gdzie zrobiłam mu mega sesję zdjęciową jaką widzicie w tym poście( uwielbiam plenery! ♥) po czym wróciłam z nim do domu, wpakowałam do kartona pokazałam 'pa pa' a sama w tym czasie zaczęłam miziać się czymś innym.
Ale 'nadejszła' ta wiekopomna chwila, gdy na jakoś na końcówce listopada przeglądając 'zapasy' mleczko krzyknęło do mnie: 'ej Ty! długo mnie będziesz tu trzymać? Chcę wolności!!!' Więc temu gagatkowi dałam wolność -  z małą przerwą na olejek Dove ( zło!) i balsam z Korres ( cudo! ♥) .



Aż na usta mi się ciśnie 'obiecanki cacanki a głupiemu radość'. Nawet w tym momencie brak mi słów by opisać jakieś jego działania a wiem, powinnam powiedzieć coś, cokolwiek.
Może zacznijmy od tego, że produkt nie nada się do skóry suchej lub przesuszonej - jego nawilżenie nie jest zbyt wystarczające i nie daje nam tego co zapewnia producent czyli  '24 godzinny komfort' .
Oczywiście robi to co należy do jego zadań: nawilża, odżywia ale w bardzo 'oszczędny' sposób.
Ze swoją skórą problemów nie mam ale żadnej regeneracji nie zauważyłam.  Dla mnie to mleczko jest wystarczające ale nic poza tym. Nic specjalnego. Tyłka nie urywa.
Tak jak mówiłam, nie ma 24 godzinnego komfortu - skóra po nałożeniu mleczka jest taka sama jak po każdym innym takim produkcie: czyli 'miękka i aksamitna' :P . Niestety ten efekt zbyt długo się nie utrzymuje ;(.

Na uwagę zasługuje opakowanie tego mleczka. Smukła, wysoka butelka uwieńczona pompką. Pompkę możecie obrócić o 180 stopni - w lewo lub prawo czyli albo do otwieracie albo zamykacie. Pompka się nie zacina, działa dobrze chociaż czasami miałam problemy - mimo, że przekręcałam w odpowiednia stronę to ona nie chciała wskoczyć na miejsce 'stop' ;(
Sama kolorystyka opakowania bardzo mi przypadła do gustu.Niestety albo stety jeśli chcemy zobaczyć ile zostało nam produktu to musimy rozkręcić pompkę.



A co z całą resztą?
Cóż mamy tu lekką, nie zbyt się lejącą konsystencją, która wchłania się dość szybko jeśli na ciało nałożymy maleńką ilość mleczka. Większa ilość tej białej masy powoduje na ciele 'bielenie się' a ona sama po prostu wygląda jakby nie miała się wchłonąć :/.
A zapach? Cóż nie jest zbyt wybitny, zbyt szczególny - zwykły balsamowy bez jakiś konkretnych tonów. Nie czuć go prawie wcale, szybko się ulatnia.
Niestety każdy produkt 'wybitnie zbyt przereklamowany a będący po prostu szarą myszką' jest wydajny. Licząc dni wychodzi na to, że w ciągu dwóch miesięcy ( trochę listopada i grudnia, i od początku lutego) zużyłam dopiero połowę opakowania i szczerze mówiąc jestem zmęczona tym mleczkiem .

Chciałabym na samym końcu powiedzieć, że to mleczko to bomba i skóra z ulgą je przyjmie ale niestety wyszło mizernie - ja jestem tym produktem bardzo rozczarowana.

Owe mleczko możecie szukać online lub w Rossmannie ( chyba). Dostępne w pojemności 250 ml / ok. 16 zł lub 400 ml ( i tutaj ceny nie znam ;( ).
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger