MIYA myWONDERBALM I Love Me

By Justyna Wiśniewska - 23:44

Opowiem Wam bajkę: był sobie kiedyś słodko różowy produkt, subtelnie się uśmiechał i zachęcał do bliższego zapoznania się z nim. Już jego nazwa wprawiała umysł w stan euforii, zapach działał relaksująco a pierwsze spotkanie produktu z twarzą niewiasty wywołało efekt 'wow'. I bajka rozpoczęła się na dobre, były ochy i achy, kieliszki w dłoni aż do momentu gdy z cerą zaczęło się źle dziać ale przecież to nie od tego? Nasza bohaterka uparcie, dzień w dzień smarowała buzię, dzień w dzień traktowała ją różowym produktem a ten gorszy stan wrzucała do worka z napisem 'przez kobiece sprawy'. W pewnym momencie zaszło to daleko, była rozpacz i łzy, rzucanie produktem i przejrzenie na paczadełka bo ten różowy, słodki kremik z początku bajki nie obszedł się z buzią niewiasty zbyt dobrze, oj nie - mało tego, przecież mówili jej, że może zapychać a ona co na to ? No nic i teraz ma! ...


A raczej miała, bo kilka dni trwało zanim swoją buzię przywróciła do stanu 'na pokaz'.
Znam doskonale swoją cerę i albo coś zachwyci mnie od samego początku (np. serum z Liqpharm) albo odrzuci od siebie (np. krem pod paczadełko  z Sylveco), bardzo rzadko a prawie wcale bo to zaledwie drugi produkt z mojej półki, który na samym początku mnie zachwycił by potem niestety zgotować mi piekiełko ( o pierwszym było tutaj ---> klik). Więc ja się pytam 'co ze mną nie tak?'

'Jesteśmy polską marką kosmetyczną, inspirowaną stylem życia nowoczesnych, aktywnych kobiet, takich jak my. Chcemy wyglądać i czuć się pięknie, ale szkoda nam czasu na skomplikowaną pielęgnację i godziny przed lustrem. Dlatego stworzyłyśmy innowacyjną pielęgnację dopasowaną do Twojego stylu życia i potrzeb Twojej skóry. Dzięki naszym produktom będziesz wyglądać i czuć się świetnie. Bez wysiłku!                           To proste.Otwieram, nakładam i jestem piękna!'
Odżywia i nawilża. Rozświetla i wygładza. Zmniejsza zaczerwienienia.
Olejek z róży tonizuje i rozświetla skórę, zmniejsza zaczerwienienia, poprawia kondycję skóry, wyrównując jej koloryt. Olejki makadamia, sezamowy i słonecznikowy odżywiają i wygładzają skórę, odbudowując jej warstwę ochronną. Ekstrakt z alg i witamina E nadają jej elastyczność i miękkość. Dzięki lekkiej, kremowej formule QuickAbsorb szybko się wchłania i nadaje się pod makijaż.
Bez parabenów, silikonów, olejów mineralnych, parafiny, PEG-ów, sztucznych barwników oraz glikolu propylenowego.
myWONDERBALM przeznaczony jest do każdego typu skóry, także wrażliwej.
Nasza sugestia: I Love Me – Skóra normalna, mieszana oraz mieszana ze skłonnością do przesuszania, sucha.
Pokochasz jego zmysłową formułę o delikatnym zapachu płatków róży, która sprawi że na moment zapomnisz o świecie.


Wyjaśnijmy sobie jedno - jaką mam cerę? A no mieszaną w kierunku normalnej czyli idealny podkład do tego kremu. 
I na początku jak na samym wstępie między mną a I Love Me była miłość. Piękna nazwa, wszystko na miejscu kupiło mnie zaraz po jego rozpakowaniu. Pierwsze zetknięcie się ze skórą? Czad i wow, wow chciałam więcej więc powtórka wieczorem i tak dzień w dzień. Przez te pierwsze kilka dni byłam nim zauroczona bo zaledwie 18 września na IG obwieściłam światu 'dzięki Ewelinie znalazłam perełkę za grosze i jestem zdecydowanie zakochana w tym kremie ♥' bo byłam, naprawdę z ręką na serduchu ten krem był 'miłością od pierwszego użycia', był wybawieniem i spełniał wtedy moje oczekiwania a stosowałam go już wtedy kilka ładnych dni i naprawdę nie miałam się do czego przyczepić. Minął, tydzień, drugi, zaczął się trzeci i ooo... czar prysł 😢
Bo wiecie na początku krem dawał mi wszystko: sprawiał, że skóra była mięciutka w dotyku i zadbał o poziom nawilżenia, rozprawił się z resztą (nie)widocznych problemów takich jaki suche skórki (a w tamtym czasie byłam chora i skóra z nosa schodziła mi płatami), dawał ulgę i ukojenie. Bardzo dobrze spisywał się jako 'koło ratunkowe' na ten mój zakatarzony nos kiedy musiałam czymś go posmarować i zniwelować skutki kataru/choroby. Nie mogę powiedzieć, że był wtedy zły - sprawiał dobre wrażenie, cera stawała się odżywiona i odpowiednio nawilżona, łagodził wszelkie moje podrażnienia, skóra była taka w dotyku aż chciało się ją miziać ba idealnie ten krem wpisuje się w rolę bazy pod makijaż bo pięknie wszystko 'scala' i nic nie spływało ale gdy zaczął się trzeci tydzień naszej przygody moja cera przeszła apokalipsę. 
Ok, z początku myślałam 'hormony' i dalej stosowałam krem, z tym że z dnia na dzień było coraz gorzej. Ten straszny 'kobiecy czas' minął, krem nadal w użyciu a moja cera zaczęła się sypać! Nie zmieniłam nic w swojej pielęgnacji twarzy oprócz tego, że używałam kremu I Love Me , nic. I tu przyszło zaskoczenie 'czemu teraz? Czemu o tylu dniach mi to robisz? Przecież układało nam się świetnie!'
Tam gdzie nigdy nie miałam problemu na buzi w tempie ekspresowym pojawiały się krostki: od policzków, nad łukiem brwiowym aż od połowy żuchwy w kierunku ucha. Totalnie zdziwiona bo nigdy tam mi nic nie wyłaziło a teraz jakby ktoś wziął długopis to mógłby łączyć kropki! Krem odstawiłam z wieczornej pielęgnacji, zostawiłam tylko na rano i niby to przyniosło jakiś efekt ale nie do końca bo grudki przestały się pokazywać ale te co były nie znikały 😐Wiem mądra ja, wtedy całkowicie krem poszedł w odstawkę a ja zaczęłam się ratować kremem La Roche-Posay Effaclar Duo (+), który w ciągu 5 dni doprowadził moją skórę do dobrego stanu (no dobra stosowanie go przyniosło jedną wadę: w miejscach gdzie grudek było dużo skóra zrobiła się sucha ale spokojnie już z tym walczę i mam to ogarnięte 😏).



Wiem jedno: im więcej moja skóra dostaje nawilżenia tym bardziej staje się niewdzięczna i kapryśna i o tej zasadzie zapomniałam na samym początku. Oczywiście skoro nasze pierwsze momenty były świetne to chciałam jak najwięcej no i mam a raczej miałam swoje 'momenty'. Jak go teraz stosuję? Raz w tygodniu ląduje na twarz i sprawdza się jak na samym początku i ta opcja mi najbardziej odpowiada, reszta kremu kończy na dłoniach lub ciele i tutaj jest mi z nim dziwnie. O ile na ciele dam radę go znieść bo w tym aspekcie krzywdy nie robi tylko po prostu 'jest' to na dłoniach nie bardzo. Owszem nawilża i nie powoduje ich przesuszenia, daje fajne uczucie 'aksamitności' na nich aleeeee o ile z zewnętrznej strony dłoni mi to nie przeszkadza to od wewnątrz mam takie uczucie jakby mi się one spociły, wiecie takie moje wrażenie choć wiem, że przed chwilą użyłam tylko kremu. 

Zwyczajna, różowa tubka skrywa w sobie dla jednych skarb dla innych męczarnie. Samo opakowanie było dobrze zabezpieczone (dodatkowa folia na zamknięciu mimo tego, że był w kartonie). W kwestii wyglądu nie mam się czego czepiać : jest prosto i zarazem dziewczęco i z klasą ;).

Nie mam też się co przyczepiać do jego zapachu: dzięki Ewelinie poznałam zapachy wersji kokosowej (całkiem ładny , 'prawie' naturalny kokos) i mango (zbyt perfumeryjny, mało owocowy) a teraz dzięki niej przyszła pora na różę: subtelną, naturalną i nie chemiczną. Podobny zapach jest w kosmetykach Vianek z serii z różą. Bardzo mi się podoba! Chwile go wyczuwam na buzi po czym znika ;).


Konsystencja jak dla mnie treściwa i bogata, z całą pewnością nie należy do lekkich, zresztą krem ma być 'odżywczy' i w tym przypadku to się sprawdza. Na buzi nie zostawia tłustego filmu i dość szybko się wchłania (dziwne, że na dłoniach już nie 😮). Na plus też wydajność bo ja np. nie potrzebowałam go dużo ;).

Na sam koniec? 'Nie wszystko złoto co się świeci' - ten krem jest dobry, nie wątpię w jego 'moc' ale jednak nawet wg wskazówek nie jest dla mojej cery , bardziej polecam go sucharkom. Pierwsze dni - super, wow i sama buzia mi się do niego śmiała ale im dalej tym moja cera pokazywał swoje 'brzydkie ja'. Chciałabym powiedzieć, że ma masę zalet i pewnie by tak było gdybym stosowało go co drugi dzień ale krem to krem i wychodzę z założenia że jest do codziennego użytku. Szkoda, że z pięknej historii wyszedł nam klops 😴

Kremy Miya dostaniecie w Hebe , ok 30 zł / 75 ml. 

Niżej zostawiam Wam kilka recenzji:

Agwer ---> klik
Agnieszka ---> klik
Ewelina ---> klik

  • Share:

You Might Also Like

0 komentarze