11:39

Luty w zdjęciach :)

Luty w zdjęciach :)
Czwarty dzień, dokładnie czwarty dzień męczę się z bólem głowy. Im niższe ciśnienie tym zaczynam myśleć , że zaraz za rogiem zeżre  moje piękne ciało, kosmicznie piękny mózg jakiś obrzydliwy zombie z z siekierą w ręku ;D. No nijak nie mogę zebrać się w sobie by napisać Wam jakąś sensowną recenzję więc czym prędzej przychodzę do Was z poglądem na obecny miesiąc ( który za moment minie ) :D. Tak się zastanawiam czy porzucić tą serię ale nadal nie wiem, pokazywać Wam te miesięczne obrazki czy wrzucać więcej tematów związanych z blogowaniem - jak myślicie? Czekam na sugestie ;D. A teraz spójrzmy na ten wiosenny luty D



Praktycznie luty był zimny ale bez śniegu, w powietrzu już czuć wiosnę ;). Ptaszki ćwierkają, pogoda dopisuje, słońce grzeje, ba nawet widziałam ludzi w wiosennych kurteczkach! W sumie patrząc w stronę oślepiającego słońca , w ten widok błękitnego nieba to człowiekowi robi się tak raźniej i humor bardziej dopisuje ;) No cóż, jedni mieli jeszcze śnieg a inni czytaj ja :D cieszą się coraz cieplejszą aurą ;)


No bo kogo nie cieszy takie słońce? :) Czasem było złośliwe, zbyt mocne ale grzało równo! :D. Takie dni mogłyby być zawsze <3 Ale skoro czasem nie chciało się człowiekowi wychodzić to łapał za książkę i czytał .. No i udało mi się w końcu przeczytać zaległe książki z biblioteki ;D


Taaaak, ja ma się praktycznie dzień w dzień małe blond gluto w domu, to wiedz, że Twoja półka na książki jest zawalona zabawkami i grami dla 3 latki ( nie wiem po co ja marudzę skoro to wszystko  ma ode mnie ;D) ale do rzeczy :D. Udało mi się przeczytać tylko te 4 książki: Coben świetny, zresztą nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych pisarzy ( a serię z Myronem ubóstwiam ♥) - Mistyfikacja świetna ale inaczej bym to rozegrała ;D; Aleja Chanel No 5 bardzo przyjemna książka na zabicie czasu, no i wszędzie Chanel :D; a na końcu same smaczki czyli Wampir z Zagłębia, który wywarł na mnie ogromne wrażenie, fragmentami czytałam mamie i wiem jedno po tej książce, ten człowiek był niewinny i szok, że takie rzeczy w naszym kraju się działy i dzieją ;O, a Złe Psy cóż książkowy Vega mówi do mnie bardzo a rozmowy z policjantami są tak prowadzone, że czujesz się jak naoczny obserwator zdarzeń ;)


W sumie luty to nieszczęsny miesiąc Walentynek. Nie obchodzę ich i nie zamierzam ale mój Karol owszem więc zostałam potraktowana takim pięknym bukietem kwiatów i Kinder Niespodzianką ( bagatela zeżarło ją blond gluto) :D. Cóż kwiaty w domu zawsze spoko zwłaszcza jak wyglądają tak pięknie gdy już się rozwiną ;)



Nie piękne? piękne i to jak ♥ Trzymały cały tydzień więc chyba dane z dobroci serca ;D. Moja mama jest tego zdania, że szkoda kasy na takie kwiaciory i mu powiedziała ' lepiej byś przepił te pieniądze' :D Hahahhaha ;D 


No dobra, nie jestem aż tak niedobra więc tydzień po Walentynkach zdobyłam się i dałam Karolowi takiego lizaka ( jeszcze chyba gdzieś pół mi zostawił na szafie mimo, iż wie że ja ograniczyłam dość mocno słodycze :D). Wiecie, we mnie jest tyle romantyczność co ma kamień przy drodze więc niech się cieszy chociaż z tego czegoś ;D


Dostałam też takie cukierasy ( uwaga wygrałam je ! brawo jaaa ;D). Cóż, skoro ja nie jem słodyczy to reszta domowników z miłą chęcią kosztowała a ja tylko słyszałam ' no tak jakby to miętuski / dobre ale mało'. Ja nie wiem oni serca nie mają albo litości :D


Czy wiecie, że zupa z brokułem którą ostatnio pokazałam na Instagramie bez upiększeń cieszy się największą popularnością? ;> Ja jestem w szoku więc kiedy był tłusty czwartek ( tak zjadłam te dwa pączki z Biedry ale mamijnych nie ruszyłam :P) postanowiłam zrobić zdjęcie owych cudów tylko jakoś jeszcze ich nie wrzuciłam ale to nadrobię - teraz w końcu mam typowo Instagramowe zdjęcie żarcia na ciemnej desce ;D




Mówiłam, że u mnie wiosna? Choć wczoraj było pół godzinne załamanie pogody ( zdjęcie poniżej) to w ogrodzie mamy już przebiśniegi i krokusy ♥ Gdy rano idę do dziadka to ten widok bardzo mnie raduje, to tak jakby już mi wróble ćwierkały ' rud goń zimowe dupsko, bo idzie wiosna!' szkoda tylko, że tak mi się nie chceeeee! ;D


Zapowiadali deszcz ze śniegiem? Owszem! Będąc o 12 stej u dziadka Michała zaczęło sypać  i tak przez dwie godziny! :O Zdążyłam zrobić u niego z okna takie zdjęcie ;D Na szczęście gdy przed 15 stą wracałam od babci Kasi ( ja to mam chody :D) już nie było ani grama po nim tylko piękne, ciepłe słońce :D ♥

Jak widać mój luty był słoneczny i dość spokojny ;) Cieszy mnie to ;)
Obiecuję, że w tygodniu pojawi się recenzja perfum, recenzja pomadki słowo daję :D a teraz udanego weekendu! :) 

19:05

Catrice Sand Nudes Eyeshadow Palette 010

Catrice Sand Nudes Eyeshadow  Palette 010
Od kiedy w mojej kosmetyczce zagościła paleta Too Facecd Chocolate Bar to praktycznie każdy makijaż mojego paczadełka jest nią wykonywany. Ta jedna paleta w zupełności mi wystarczy :). W momencie gdy dotarła do mnie znacznie mniejsza paletka marki Catrice, w bardzo mojowych odcieniach brązu i beżu wiedziałam jedno: będzie jej ciężko zbić z piedestału cudo ( mimo wad) od Too Faced. Można powiedzieć, że na paletkę Catrice zerkałam bardzo entuzjastycznie. Kolory, wygląd, detale od razu do mnie przemówiły. Czekałam na moment pierwszego otwarcia, pierwszego malunku i tak naprawdę po kilku razach z nią miałam już wyrobioną opinię.
Od jakiegoś czasu marka Catrice w blogosferze zbiera same laury. Są osoby, które wręcz wystawiły marce świętą aureolę - czy słusznie?


Siedzę i myślę nad produktem, który z Catrice kompletnie mnie kupuje i mam. Jest on na powyższym zdjęciu! I to nie jest wcale ich LEGENDARNY już podkład HD Liquid Coverage, który moim skromnym zdaniem jest bublem a cudny rozświetlacz z kolekcji Nude Purism ( O tak! Ma już swoje lata :D).
Sama marka Catrice jak dla mnie najlepsze produkty ma tylko w kolekcjach limitowanych, tych co pojawiają się co jakiś czas i zachwycają zawartością, bo prawdę mówiąc te ich produkty, które na stałe goszczą w ofercie nijak u mnie się sprawdzają. W przypadku tej palety znalazłam i plusy i minusy. Po przygodzie z Sand Nudes stwierdzam 'o Panie miłości z tego nie będzie'.



Delikatny jasny piasek z Karaibów, czerwone wydmy Sahary, ciemne piaski Gwatemali:sześć doskonale dobranych ciepłych odcieni nude dołącza do ukochanej gamy paletek cieni do powiek.Jedwabista, gładka formuła o wysokim stopniu krycia, o matowym lub perłowym wykończeniu w gamie piaskowych odcieni nude,może być dowolnie łączona dla uzyskania pożądanych efektów.Dzięki dwustronnemu aplikatorowi, możesz wykonać makijaż w podróży.
Wiele osób zachwycało się paletkami z tej serii. Nim przystąpiłam do pisania tego posta wróciłam do innych jej wersji  ( Absolute Rose, Absolute Matt) zaczęłam czytać i oniemiałam. Dostałam lekkiego szoku i zaczęły nachodzić mnie myśli  czy ja na pewno mam paletkę tej samej marki? Same zachwyty, paletki bez wad, cudowna pigmentacja, idealne blendowanie - z wszystkich komentarzy na ich temat mogłam wywnioskować jedną tezę 'wow one są lepsze niż ta moja z Too Faced!'. I sumienie mówię : prawda nie jest taka kolorowa jak nakreśla część moich koleżanek blogerek - tak, zwłaszcza ta część koleżanek, która testuje produkty dla Catrice a później wychwala je pod niebiosa ;D
Sand Nudes z pozoru nie jest zła. Zdziwiła mnie solidność wykonanego opakowania, które za tą cenę nie jest zwykłym tanim plastikiem, który przy pierwszym upadku się połamie. Zatrzask trzyma świetnie. Ukłony muszę skierować też w stronę pędzelka: z jednej strony mamy tutaj typową gąbeczkę, dość miękką ( kto jeszcze używa takich aplikatorów! :O)  z drugiej strony mam jakieś tam delikatne, czarne włosie. Przyznam się szczerze, że pędzelek użyłam raz - nie jest on dla mnie. O ile gąbka daje radę, to włosie przy każdym ruchu znika. Momentalnie włoski z niego lecą. Niewątpliwie zaletą tej paletki jest jej wielkość - mała, doskonała do torebki, do zabrania na wyjazd ... ale jeśli chodzi o kolory , pigmentację i trwałość to z tym już nie jest zbyt wesoło.
Na pierwszy rzut oka? Kolory piękne, takie mojowe, 3 połyskujące, 3 maty. Stworzone po to by wyczarować zarówno makijaż dzienny jak i wieczorowy. Odcienie kolorystycznie neutralne, bezpieczne. Z nimi nie zrobisz sobie krzywdy. Praktycznie dobrze się z nimi pracuje/ albo nie pracuje się wcale , zależy jak na to spojrzeć ;)


Odcienie nie mają nazw a szkoda. W dzisiejszych czasach nawet pojedyncze egzemplarze mają swoje nazwy co nadaje im cechy wyjątkowości i trochę mi głupio że marka nie pomyślała by każdy cień z tej szóstki miał swoją nazwę.
Zaczynając od lewej strony:
- pierwszy cień jest bardzo połyskujący. Ma w sobie masę drobinek i cudnie migocze. idealny do rozświetlania wewnętrznego kącika paczadełka. Ciężko mi określić kolor - wygląda tak szampańsko. Z powodzeniem można stosować go też jako rozświetlacz ( w małych ilościach). Z najjaśniejszych kolorów ma najlepszą pigmentację.
- drugi jest mat - beż. Doskonały jako cień bazowy. Na powiece jest ledwo widoczny więc jak dla mnie tylko w tej roli się sprawdza. 
- trzeci odcień i znowu mat. Tym razem trafiamy na brzoskwinkę / morelę czy tam też coś w deseń łososiowego koloru. Czasem stosuję go jako bazę, rzadko łączę go z innymi kolorami bo praktycznie się zjada i go nie widać.
- i mamy błysk! Tutaj mamy beż z pyrialdem drobinek. Zaraz po szampańskim odcieniu to ten staje w szranki do rozświetlania wewnętrznego kącika ( o ile użyję go na mokro). Mimo tego, że w paletce wygląda cudnie to po nałożeniu na powiekę zostawia szarą smugę bez drobinek.
- 5 cień to mój faworyt! Przepiękny połyskujący brąz ze złotymi drobinkami, W jego przypadku wszystko jest ok, na powiece wygląda pięknie, złote drobinki są widoczne. Trochę mi przypomina Gilded Ganache z palety Chocolate Bar Too Faced
- ostatni cień to typowy ciemny brąz, typowy mat, dość mocno napigmentowany

Na powyższym zdjęciu sporo musiałam nałożyć cienia by cokolwiek było widać, a i tak nie widać ani jednej drobinki. Wniosek? To są cienie , które wymagają użycia bazy - bez tego ani rusz. Można je używać na mokro wtedy wyglądają cudownie ale na sucho można czuć rozczarowanie.
Cienie jak cienie, standardowo lekko się pylą , gdzieniegdzie spadną drobinki . Ich formuła jest aksamitna, są naprawdę milusie w dotyku.
Jednak ich trwałość to jest jakaś porażka : praktycznie po 2 godzinach na powiekach nie ma śladu po nich. Puf nie ma.

Czy polecam? W kwestii uniwersalności tak,  paletka nada się na dzień jak i wieczorne wyjścia. Jest małych rozmiarów idealna do torebki ale w przypadku samych cieni trzeba liczyć się z tym iż współpraca z nimi wymaga cierpliwości i konieczności dobrej bazy. Dla tych co pasjonują się makijażem będzie okropna ale dla tych na początku swojej przygody do samej nauki może być przydatna .

Paletkę Catrice jak i inne jej siostry można dostać w sklepach internetowych m.in na ezebra.pl w cenie od 14 zł - 21 zł. 

08:23

Od dziś - już nic nie muszę!

Od dziś - już nic nie muszę!
Masz w swoim życiu chwile zwątpienia? Zwątpienia w siebie, w to co robisz? Czarne myśli, że może nie należysz do właściwego miejsca? Myślisz sobie ' ech to nie mój czas, dam sobie spokój'. Czasem ten czas przeradza się w miesiące ba nawet lata. Zamykasz się w sobie, przyjmujesz to co daje życie - rzadko kiedy szukasz alternatywy, rzadko kiedy próbujesz iść na przekór wszystkiemu i wszystkim i zdarza się tak, że sama / sam przestajesz słuchać tego swojego szeptu, maleńkiego głosiku który mówi Ci ' spróbuj, może warto'.
Ze mną też tak było. W poście ' życie to jeden moment' mówiłam Wam dlaczego wybrałam taką drogę w swoim życiu. Mówiłam o sobie o tym co przeszłam i co mnie ukształtowało, dziś już nic nie muszę! Nie muszę - ja chcę. Chcę iść dalej bo to miejsce, w którym aktualnie się znajduje jest spełnieniem maleńkich marzeń. Jest tym co kiedyś będąc na praktykach sobie założyłam. Może trudno w to uwierzyć ale ta z pozoru twarda Ruda zołza ma też delikatniejszą stronę.


To czym obecnie się zajmuje to dla niektórych nie jest szczytem marzeń.  Wiecie już, że jestem rehabilitantką, ale nie wiem czy wiecie, że zajmuje się też starszymi ludźmi. Dla niektórych osób to co robię, to że poświęcam czas starszej osobie jest nie do pojęcia. Zdarza się, że słyszę komentarze typu ' rzuć to , zarabiasz grosze / ja nie wiem jak możesz paprać się w gównie i zmieniać staruchom pampersy'. Z jednej strony te słowa dla mnie są krzywdzące z drugiej całkowicie to rozumiem. 
Moi dziadkowie zmarli gdy miałam naście lat. Nie dane mi było długo nimi się cieszyć. Praca ze starszymi ludźmi daje mi namiastkę babcinej opiekuńczości jak i dziadkowego uśmiechu. 

Owszem ta praca jest ciężka. Potrzebuję sporo cierpliwości i dystansu, czasem muszę wyłączyć uczucia. Przestać myśleć i się po prostu skupić. Obecnie mam dwójkę podopiecznych : 'babcię' Kasię, do której zaglądam od roku  i 'dziadka' Michała, którym zajmuje się już trzeci rok. I wiecie co? Teoretycznie i praktycznie są członkami mojej rodziny. Mam chwile, że mam dość, że nie chcę iść czy po prostu coś mi nie pasuje - jestem tylko człowiekiem, mam prawo czuć zbyt dużo, odbierać emocję zbyt mocno ale za każdym razem gdy pomyślę o tym miejscu gdzie jestem wiem, że to co robię ma sens.

Zazwyczaj jest tak, że jak ktoś zgłasza się do mnie, że potrzebuje pomocy w opiece nad starszą osobą to ludzie patrzą na mnie z nieufnością. Pewnie, mimo moich 25 lat wyglądam młodo ( ;D), mają prawo wątpić w moje zdolności i w to czy dam radę. A dam. Przeżyłam wiele , przeżyje więcej i za każdym razem daję z siebie 100 %.

Nie zawsze spotykają mnie sytuacje miłe, są i te smutne momenty, przy których tracę wiarę. Momenty, które duszą mnie w sobie, sprawiając, że czuję się bezsilna,  beznadziejna. Potem , po jakimś czasie przychodzi myśl -  co zrobiłam. ile dałam od siebie, głęboki wydech i wracam na tory.

I wiecie co? Bycie opiekunką starszej osoby wiąże się z tym że chcesz nie chcesz zżywasz się z daną osobą, chcesz czy nie chcesz patrzysz jak odchodzi. To boli. Chciałabym opowiedzieć Wam dwie historie, które zobrazują Wam to dlaczego jestem w tym miejscu teraz, to dlaczego uważam że ja nic nie muszę bo wybrałam najlepszą drogę w swoim życiu.


Styczeń, 2016 rok. Do babci Kasi i jej męża dziadka Kazia chodzę od września. dziadek choruje. Zdarza się, że o 7 rano dostaje  telefon ' przyjdź'. Biegnę na drugi koniec miasta. Oni oboje mają ponad 80 lat.  Dziadek ma raka, zmieniam pampersa rano, ubieram go. I tak mijają dni, następuję poprawa. Rezygnujemy z pampersów już nie muszę biec co rano. Babcia daje mi 10 zł  na 'cukierki' bo chociaż nie ma pieniążków to chce mi coś dać za poświęcony czas. Nie biorę a ona cichaczem wkłada mi je do torebki. Dziadek Kaziu mówi do mnie 'córuchna' rozklejam się ♥. Jest niedziela, akurat nie widzę się z Karolem znowu dostaję telefon ' chodź Kaziu leży, jest jakiś inny'. Idę wiem co się dzieje, od kilku dni przychodzi pielęgniarka paliatywna ( mimo, że dziadek chodzi i wszystko robi sam, niestety tak jest mocno zaawansowany). To co zastałam mam w głowie do dziś. Babcia zadzwoniła do najbliższej rodzinny dziadka Kazia i akurat nikt nie ma czasu w niedzielę o 10 rano ;O. Zmieniam piżamę, widzę pusty wzrok, nerwowość i to że już nie jestem dla niego córuchną tylko kimś obcym. Po 2 godzinach wracam do domu mówię mamie ' pan Kaziu umiera, nie poznał dziś mnie a zaledwie w piątek żartowaliśmy. To kwesta dni'. Kapią mi łzy, przed 19 stą dostaję telefon od babci Kasi, że dziadek trafił do szpitala. Milczymy - ona po czasie mówi, ze liczyła iż to przeciągnie się w miesiące. Tak minęła nam niedziela. Poniedziałek, 9 rano szykuję dziadkowi Michałowi śniadanie, dzwoni telefon , babcia Kasia. Już wiem, czuję w słuchawce słyszę ' Kaziu zmarł nad ranem we śnie'. Serducho pęka. Po pogrzebie babcia Kasia przy wnukach swoich i dziadka powiedziała do mnie 'dziękuję, że byłaś, jesteś jak nasza prawdziwa wnuczka'. Mimo, że czuję smutek to wiem, że zrobiłam słusznie. Nie cieszy mnie, że dziadek nie widział swojej rodziny , swoich wnuków w ostatnich chwilach tylko mnie ale zrobiłam wszystko. Pokazałam mu, że jestem , że nie jest sam. Dokonałam wyboru bo chciałam .

Od tego się zaczęło ... 
Kiedy zaczynałam praktyki w szpitalu na każdym z oddziałów najbardziej lubiłam przebywać na paliatywie. Cisza, spokój  jedyni mówią na to miejsce 'umieralnia'. Owszem neurochirurgia, neuorlogia, ortopedia i inne takie też lubiłam ale właśnie przy starszych ludziach czułam sens mojej pracy i to wtedy postanowiłam że jeśli będę robić rehabilitacje to zajmę się starszymi osobami. 
Na oddziale była starsza Pani, niestety rzucała się okropnie, wyrywała kroplówki , musiała być 'przywiązywana ' do łóżka. Mi i mojemu koledze Karolowi z klasy przypadł 'zaszczyt' rehabilitacji . Z początku żadne z nas nie było zadowolone z tego. Myślę, że po jakimś czasie ona nas polubiła. Za każdym razem jak przywoziliśmy ją do nas na oddział nasza 'szefowa' śmiała się z nas ' no to nic nie da'. Dało i to dużo. Pamiętam jej krótkie już białe włosy, szare oczy i rurkę od sondy, pamiętam że nikt jej nie odwiedzał a szpitalna piżama była jej za duża. Nie kryję, że czułam się niepewnie z nią, lekko się bałam. Aż do pewnego momentu kiedy przybyliśmy z nią na oddział, posadziliśmy ją na łóżku. Siedziała kilka chwil - widzieliśmy , że 'leci' na bok, Ktoś musiał ją trzymać padło na mnie. Usiadłam obok niej i starałam się by mi nie leciała. Po kilku chwilach złapała mnie za rękę, ścisnęła  i po prostu tak trzymała. Miałam wrażenie, że chciała się uśmiechnąć. Szefowej kopara opadała a ja wtedy poczułam ' to chcę robić, chcę być w życiu dla kogoś takiego normalnością, rodzinę, osobą na którą mogą liczyć'.


Kiedy skończyłam praktyki ona nadal była w szpitalu. Prosty gest rozwiał wszystkie moje wątpliwości. Praca z ludźmi to jest coś w czym się spełniam. Mimo, że patrzę jak umierają, mimo, że nie potrafię im pomóc w skuteczny sposób to oni wiedzą, że jestem. Nie uciekam, nie mówię 'nie' daje z siebie nawet więcej niż te 100 %.

Ta starsza Pani zmieniła moje myślenie na lepsze - to dzięki niej i tym starszym ludziom, którymi się zajmowałam / zajmuje / których spotkam wiem, że to co robię jest moją najlepszą 'opcją w życiu' Uwielbiam patrzeć jak dzięki mojej rehabilitacji stawiam kogoś na nogi i tak samo uwielbiam widzieć, że dla kogoś po prostu 'jestem'.

Bo wiecie to miłe ( dla mnie) gdy zjawia się u mnie córka pewnego starszego pana, który poszedł na rehabilitację do ośrodka a tam zrobili więcej szkód niż pożytku i mi mówi ' tylko Pani tata ufa, Pani raz mu pomogła, Pani jest najlepsza'. To miłe gdy ktoś mnie docenia i widzi, że moje ogromne serce mam nie tylko na dłoni ale wkładam je też do pracy.

I to miłe gdy idąc do dziadka Michała słyszę rano 'Jola ( bo jestem Jola nie Justyna dla niego :P) jaka Ty dziś piękna jesteś! / a jakbyśmy tak zostali małżeństwem? / Twój mąż będzie miał z Tobą dobrze!'.

Nic nie muszę bo znalazłam swoją drogę w życiu. Moją drogą w życiu, zmianą na lepsze jest pomoc ludziom. Nie ważne czy będę wykonywać drenaż limfatyczny czy pójdę i zwyczajnie przyniosę im zakupy. Ich uśmiechy, traktowanie mnie jak członka rodziny dają mi kopa i sens, że warto szukać swojej drogi i że warto zatrzymać się przy drobnych gestach, które potrafią zmieniać przyszłość.

I nie kryję, że post powstał z inicjatywy Rabble ( bo temat mi odpowiadał). A skoro i inicjatywa Rabble to Was odsyłam tu ---> Kody Rabatowe Sephora .

A Ty coś musisz? Jesteś tu gdzie chcesz? 

10:17

Żurawinowa moc od Stenders: jogurt do ciała, żel pod prysznic & mydełko

Żurawinowa moc od Stenders: jogurt do ciała, żel pod prysznic & mydełko
Gdy pierwszy raz w moje łapki trafiły produkty marki Stenders nie sądziłam, że tak bardzo ją polubię. Kolejne ich cuda trafiające do mnie coraz bardziej rozbudzały moje zamiłowanie. Prostota w wykonaniu, genialne aromaty jak i świetne działanie dają mi wszystko co aktualnie moja skóra potrzebuje. Dzisiejsza trójka: mydełko, żel pod prysznic jak i zupełna nowości w mojej pielęgnacji czyli jogurt do ciała jeszcze bardziej podniosły poprzeczkę dla innych cudaków dbających o moją powierzchnię użytkową. Po genialnym scrubie z serii Detox dziś zabiorę Was w podróż po aromatycznej żurawinie! ;)
P/s będzie dużo zdjęć, wszak każdy z tej trójki był idealnym obiektem zdjęciowym ( no dobra, te zdjęcia ciągle mnie jarają ;D).


Zestaw Stenders dostałam w prezencie gwiazdkowym od Eweliny , która sama mówiła mi ' wahałam się między tym a grejpfrutowym, pamiętałam jednak że nie lubisz grejpfruta :D'. I w sumie cieszę się, że do mnie trafiła żurawina ( nadal pamiętam piękny zapach serii żurawinowej z Organique) :D.Jak to bywa z tą marką całość zapakowana była w pudełko przewiązane piękną czerwoną wstążką ( ach te baby i ich srocze zmysły :D).
Na pierwszy ogień z zestawu poszło mydełko i od niego właśnie zaczniemy ;)

Mydło żurawinowe
Ciesz się północnym oczyszczaniem!

Nasze ręcznie wykonane mydło oczyści skutecznie i delikatnie Twoją skórę. Wzbogaciliśmy je ekstraktem z żurawiny o silnych właściwościach przeciw utleniających, które tonują i ożywiają skórę. Elegancki projekt mydła wniesie wyjątkowe doznania do Twojej łazienki. W aromacie tego mydła odnajdziesz też delikatne elementy olejku eterycznego z jałowca, które rozwiną na Twojej skórze północne nuty.

Aqua, Glycerin, Sodium Stearate, Sorbitol, Sodium Laurate, Propylene Glycol, Sodium Laureth Sulfate, Caprae Lac, Sodium Lauryl Sulfate, Parfum (Fragrance), Sodium Chloride, Stearic Acid, Lauric Acid, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract, Alcohol, Juniperus Communis (Juniper) Oil, Pentasodium Pentetate, Tetrasodium Etidronate, CI 77891, CI 16255





Żurawinowe mydełko z pozoru wygląda typowo: taka tam kostka o lekko zaokrąglonym kształcie i typowej gramaturze ( 100 g). Z pozoru różnicę widać tylko w wyglądzie - z całą pewnością nasze mydełko można uznać za dekoracyjne ponieważ górna warstwa wygląda jak czerwona galaretka ... zresztą całość prezentuje się jak oblany galaretką sernik na zimno! Muszę przyznać, że po rozpakowaniu zestawu to własnie to mydełko mnie zaskoczyło - nie dość, że to właśnie ono najbardziej intensywnie pachnie z całej trójki , to dodatkowo było zabezpieczoną folijką.

Mydło poszło zaraz w ruch. Co mnie w nim zaskoczyło? Przepiękny zapach lekko kwaśnej żurawiny, która prędko roznosił się po łazience. Nie trzeba było go nawet używać - zapach było czuć już po przekroczeniu progu łazienki.
W kwestii używania: mydełko bardzo delikatnie się pieni aczkolwiek jak dla mnie to za mało na nazwanie tego pianą, raczej w kontakcie z wodą to taki delikatny mus. Oczyszcza całkiem dobrze, w przeciwieństwa do kostek dostępnych w drogeriach przy nim od razu widać delikatne rozjaśnienie cery. A tak bo zdarzyło mi się użyć je do mycia buźki i powiem Wam, że delikatnie rozjaśnia, dokładnie oczyszcza . Minus może być taki, że podczas codziennego użytku może delikatnie przesuszać skórę twarzy - jednak ja  użyłam je góra 3 razy po czym zostawiłam tylko do użytku na mojej powierzchni ciała ;D. W tej kwestii nie mam mu co zarzucić - w końcu mydło to mydło ;D. Pięknie pachniało, fajnie wyglądało, robiło co musiało a poza tym okazało się jedną z najbardziej wydajnych kostek z jakimi miałam przyjemność się spotkać w łazience ;D.

Żurawinowy żel pod prysznic
Poczuj powiew północnego lasu!

Łagodny żel pod prysznic, który nawilża jak poranna rosa, pozostawiając skórę jedwabiście gładką. Aby nie podrażnić skóry, wybraliśmy tylko naturalne składniki oczyszczające, które dodatkowo wygładzą i odżywią skórę. Poczuj siłę tonizującego i bogatego w przeciwutleniacze ekstraktu z żurawiny, który dzięki wyciągowi z pszenicy dodatkowo nawilży skórę. Zapach żurawiny przywołujący powiew północnych lasów, ożywi Cię i zrelaksuje.




To co chciałabym powiedzieć na temat tego żelu zawarte jest w słowach producenta!. Żel jest naprawdę łagodny dla skóry i nawet największej marudzie powinien się spodobać.
Szczerze powiedziawszy raz go kochałam a raz miałam ochotę cisnąć nim do kosza. Były momenty, że zachwytów nie było końca: miękka skóra, dobrze oczyszczona, delikatne nawilżenie które sprawia iż można pominąć kolejny krok jakim jest balsamowanie. Z drugiej strony mamy gęstą ciecz, mega wydajną ale tutaj jest problem: lejesz ten żel, lejesz i lejesz a pieni się tak słabo, że naprawdę moje oczy przecierałam ze zdumienia. Żeby móc skorzystać z jakiejś obfitej piany trzeba go sporo wylać na gąbkę.  Żel jak żel  skoro wspomniałam Wam, że jest gęsty to muszę też dodać o jego barwie a raczej jej braku bo to zwykły przezroczysty płyn ( dlatego nie zrobiłam mu zdjęcia ;D).

Oczywiście kluczową sprawą jest zapach: żurawina!! W przypadku żelu zapach jest wyczuwalny w kąpieli, chwilę po wyjściu i osuszeniu ciała. W momencie gdy mam już ubraną piżamkę i wracam do pokoju tego zapachu nie ma. Wydaje mi się też, że w żelu w przeciwieństwa do mydła ten zapach jest nieco chłodniejszy, mniej taki 'cierpki' - nadal jest przyjemny ;)

Opakowanie jakie jest każdy widzi ale dla mnie jest wadą. Nie wiem czy wspominałam Wam przy okazji recenzji ich kremowego myjadła do ciała, że mamy do czynienia  z dość twardym plastikiem , który może irytować. Ale to jeszcze jestem w stanie wybaczyć, Przyczepię się do  zamykania na klik które trzyma mocno, jakby było przyklejone :D. Tak mocno, że podczas jego drugiego otwarcia ( zaraz po tym jak zrobiłam im zdjęcia) urwałam je całe - brawo ja ;D




Żurawinowy jogurt do ciała
Poczuj moc północnej natury!

Ten lekki krem do ciała nawilża skórę pozostawiając ją gładką i jedwabistą. Zawiera ekstrakt z jogurtu i żurawiny oraz olej lniany bogaty w kwasy tłuszczowe omega, które pomagają chronić skórę, dbając o jej młodość i elastyczność. Poczuj świeże nuty jałowcowego olejku eterycznego, które sprawiają że poczujesz się jak w na łonie natury.

AQUA (WATER), GLYCERIN, ISOAMYL LAURATE, CETYL ETHYLHEXANOATE, OLUS (VEGETABLE) OIL, SODIUM ACRYLATES COPOLYMER, YOGURT EXTRACT, CAMELINA SATIVA (GOLD OF PLEASURE) SEED OIL, VACCINIUM MACROCARPON (CRANBERRY) FRUIT EXTRACT, JUNIPERUS COMMUNIS (JUNIPER) OIL, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, XANTHAN GUM, PHENOXYETHANOL, PARFUM (FRAGRANCE), LECITHIN, CAPRYLYL METHICONE, DIMETHICONE, PENTAERYTHRITYL DISTEARATE, COCOGLYCERIDES, CAPRYLYL GLYCOL, CETYL ALCOHOL, ISOSTEARYL ISOSTEARATE, POTASSIUM CETYL PHOSPHATE, CETYL STEARATE, STEARIC ACID, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, SODIUM PHYTATE, ASCORBYL PALMITATE, TOCOPHEROL, TETRASODIUM EDTA, LIMONENE, CI 17200



Ostatni ale dla mnie najlepszy produkt z całego zestawu czyli żurawinowy jogurt. Miałam już lekkie balsamy, musy do ciała, masła ale styczności z jogurtem nigdy. I muszę przyznać, że niespodzianką było dla mnie odkrywanie jego samych walorów. Jogurt do ciała jest pozbawiony wad ( no może cena ).

W 220 ml plastikowym słoiczku otrzymujemy przepięknie pachnący i genialnie nawilżający jogurt. Jego działanie, zapach , wygląd po otwarciu sprawia, że mam ochotę sięgnąć po łyżeczkę i zacząć go jeść! Jednak zanim to nastąpi musimy zerwać sreberko ;D

Nawilża i to jak - niby lekki jogurt ale nawilżenie ma konkretne! Odżywia i regeneruje - kompres po depilacji nóżek, nie podrażania, nie szczypie, wręcz wszystko łagodzi. Pamiętam, że jakiś czas temu ugryzł mnie jakiś robal ( Bóg wie skąd) myślałam, że się zadrapię! Nie chciało mi się iść do kuchni po ocet ( babcine sposoby) więc z półki zabrałam owy produkt, posmarowałam to miejsce i po kilku chwilach mogłam spać spokojnie ;D. Uwielbiam go za to, że okazuje się wybawieniem - dobrze radzi sobie z suchą skórą ( momentalnie czuć różnicę), czy też niweluje szorstkość ( np. na piętach :P)

Lekka konsystencja - po otwarciu ukazała mi się jasnoróżowa , lekko lejąca masa o obłędnym zapachu kwaśnej żurawiny z nutą lasu! Miazga ♥. Sama konsystencja przypomina mi jogurt ( ten z Danone Gratka ;D) wygląda tak samo i gdybym jogurt Stenders wlała do opakowania po nim z całą pewnością ktoś by to zjadł ;D. Jest lekki, szybko się wchłania, nie plami i nie zostawia tłustego filmu jednak gdy dacie go trochę więcej może lekko się bielić i wtedy trzeba ciut dłużej się miziać ;D. Zdarza się, że może uciec przez palce  ale to i tak nie problem , mi się taka forma podoba bo raz dwa można nasmarować ciałko ;D



Zaraz po intensywności zapachu mydełka ten jogurt można postawić na drugim miejscu. Nie jest on tak mocny jak w przypadku pierwszego produktu ale czuć go przez dłuższy czas i delikatnie można go wyczuwać na piżamce czy pościeli .
Jego zaletą / wadą też jest wydajność. O ile mydło i żel już dawno zaliczyły śmietnik to w przypadku jogurtu ciężko to powiedzieć. Mimo, że nie żałuję sobie go wcale nie ubywa. Magia! Nawet jak paluchami wydrapię sobie już dni to na drugi dzień i tak tego nie widzę ;D

Uff i mamy to za sobą ;D. Niewątpliwie taki zestaw to świetny pomysł na prezent. Marka Stenders znowu powiększyła u mnie swoje grono ulubieńców i z ręką na sercu polecam Wam wypróbować coś z ich asortymentu: jak nie oczaruje Was działanie to zrobi to zapach ;D. Mi się marzy teraz jakaś ich woda toaletowa a Wam od razu mówię nie zrażajcie się cenami bardzo często w sklepie online są promocje na daną linię ;)

Obecnie wszystkie produkty można dostać osobno w ich sklepie ---> klik,  w cenach: mydełko 100 g / 20.90 zł; żel 250 ml / 41.90 zł oraz jogurt 220 ml / 59.90 zł

13:49

'Czarna elita' blogosfery ( opowieść w częściach pisana)

'Czarna elita' blogosfery ( opowieść w częściach pisana)
Są takie momenty, że widząc pewne rzeczy człowiekowi ręce opadają. Czasem się zdarza tak, że robią to osoby o których w życiu byś nie podejrzewała. Gdybym chciała to przy każdej treści podałabym kilka przykładów ale po co? Na co? Każda z Was pewnie spotkała się z takim sytuacjami i będzie umiała dopasować sobie to do kogoś / czegoś konkretnego. Nie chcę nikogo urazić ale jeśli ktoś odnajdzie tu siebie to cóż ... :D. Ja nazwałam takie osoby 'czarną elitą' i o ile pierwszy mój 'zarzut' wobec takich osób nie jest zbyt poważny to kolejne wytłumaczą Wam dlaczego tak nazwałam to grono ;)

 

Chyba najbardziej frustrującą rzeczą dla mnie jest ostatnio 'brakuje mi xx osób do 100 / 1500 obserwatorów.Pomożecie?' Nie rozumiem tego! Jak ktoś chce to i tak trafi do Twojego miejsca, a jak już zdobędziesz tyle czytelników ile w danym momencie potrzebowałaś to co zrobisz? Za przeproszeniem gówno bo jedna osoba w tą czy w tamtą stronę tak naprawdę nie robi Ci różnicy. Dla mnie bardziej liczy się, że osoba polubiła/ została moim czytelnikiem nie dlatego, że POPROSIŁAM ( wyżebrałam ją) a dlatego, że podoba się jej moja praca. Jak masz mieć 1500 polubień to i tak je będziesz mieć - prędzej czy później więc na jaki czort jak ten drobny pijaczek spod osiedlowego sklepu wręcz żebrze o kilka osób? Skoro niby taka dobra jesteś to powinnaś wiedzieć, że czytelnik sam przyjdzie do Ciebie i szczerze powiedziawszy mnie statystki nigdy nie obchodziły. Jak mam wypisywać na FB, że chcę dojść do jakiejś wydumanej sobie liczy followersów to sorry ale nie. Zapracuję na nich, postaram się by przyszli do mnie  z powodu moich treści a nie tylko dlatego, że ' ok będzie Was 2000 zrobię świetny konkurs!'. Summa summarów przychodzi co do czego, osiągasz zamierzony cel a Tobie ciągle mało - a co z Twoimi czytelnikami? Obiecałaś im konkurs a owszem robisz go: rzucasz ochłapy, jakieś miniatury byleby było. Taka tam zapchaj dziura bo i tak za kilka dni / miesiąc znowu napiszesz ' może dobijemy do 2100? Brakuje mi tylko kilka dobrych duszyczek :)'.

A skoro mówimy o followersach to jak do ku*wy nędzy można kupować sobie czytelników? No jak? Co rusz na priv dostaję wiadomości typu 'zdobądź 1000 użytkowników w ciągu 2 godziny'. Jezusie kto jest taki głupi i się na to godzi? Zero kręgosłupa moralnego! Załóżmy takie dwie sytuacje:
a) pani x ma określoną liczbę obserwatorów na Fb powiedzmy 1200, i na IG powiedzmy że 2000, ma piękne zdjęcia, jest zdolna ale nikt mi nie powie, że  wypracowała sobie taki fejm przez kilka godzin by na obu portalach przybyło jej  prawie 2000 użytkowników ! No serio? Tak się sprzedać i to za co/ po co?
b) pewna panna z IG chwali się, że jest 'makeup artist', konto prowadzi jakieś 7 miesięcy, zdjęć ma jakieś 100 a obserwatorów 33 tys. No brawo i ukłony. Ale że za co? Bo sobie je kupiła i nikt mi nie wmówi, że zdobyła czytelników bo wstawia odpowiednie # ( hasztagi)


I wiecie co jest w tym najokropniejsze? Takie osoby robią to dla zysku. powszechnie wiadomo, że im więcej masz followersów tym bardziej agencje wysyłają do Ciebie produkty. Bo przecież warto się sprzedać , dać tam te 200 zł, by fikcyjni użytkownicy u Ciebie zawitali skoro wyjdziesz na swoje? Dostaniesz krem za 300 zł. Chanel wyśle Ci prezent. Ekipy PR będą do Ciebie walić drzwiami i oknami, matko nawet na tym zarobisz!
To ja się do ku**wy nędzy pytam: gdzie jest kręgosłup moralny? Albo mózg ( to czymś co rzekoma osoba powinna myśleć) - ludzie nie są głupi i nikt w takie cuda wierzyć nie będzie.


A skoro kupiłaś znajomych, masz fejm w mediach i uważasz się za osobę najlepszą we wszystkim ( piękna treść, piękne zdjęcia) i w ogóle taki chodzący z Ciebie ideał to dostajesz masę kosmetyków. Pitu, pitu niby testujesz, jest recenzja a za kilka dni wielki baner 'SPRZEDAM. Ile minęło? Tydzień, dwa? Niby rzetelna recenzja, niby wszystko pięknie a Twój produkt, który dostałaś już leci na sprzedaż. Nóż w kieszeni się otwiera! Zero jakiejś etycznej zasady wobec siebie czy marki, która Ci to dała! Ja pierd**le! Wiecie, znam przypadki osób, które pokazują prezenty od koleżanek ( nie tylko blogerek ) of course prezenty kosmetyczne. Widzę zachwalanie ' o jak miło z jej strony', lizodupstwo razy tysiąc, pojawia się recenzja , chwila przeczekania a później 'SPRZEDAM'. Nie no świetnie! Ktoś na taki prezent stracił pieniążki, chciał zrobić komuś przyjemność a ta druga strona po kilku tygodniach po prostu jakby nigdy nic to sprzedaje!
Nie mam nic przeciwko wyprzedażom blogowym, Broń Boże sama z takiej dostałam lakiery Guerlain do ust. mam za to wielkie wąty do tych 'koleżanek', które sprzedają produkty bo dostały od kogoś na prezent! Ja sobie nie wyobrażam bym wystawiła np. paletę od Agaty ( Too Faced) na sprzedaż byleby zarobić. Musiałabym naprawdę nisko upaść, stracić resztę szarych komórek czy naprawdę być taka zakłamaną / obłudną / płytką osobą. Co to , to nie!

Amen! Mam nadzieję, że tęskniliście za frustracją rudej zołzy :D!
P/s w tym momencie mój PR poległ, ale żem sobie zrobiłam antyreklamę ;D

22:57

Mieszane uczucia czyli nie takie dobre jak powiadają #3

Mieszane uczucia czyli nie takie dobre jak powiadają #3
Kiedy pół roku temu opublikowałam drugi wpis z tego cyklu nie sądziłam, że będę tak długo zwlekać z kolejną odsłoną. Jakoś nie złożyło się tak bym znalazła kosmetyk z kategorii tych ' fajny no ale ..' Zazwyczaj produkty albo były totalnymi bublami nie wartymi uwagi, albo okazywały się cudowne z drobną wadą ( np. ceną, opakowaniem ). Rzadko znajdowałam kosmetyk, który był raz dobry w działaniu a raz zły! Aż w końcu trafiłam na czwórkę bohaterów, którzy z początku były całkiem ok ale w późniejszym terminie i dłuższym użytkowaniu okazują się totalnie nie do użycia. Gotowi na prezentację 'fantastycznej' czwórki?;)


1. Rexona Invisible Black & White

Linia dezodorantów damskich Invisible z nową, ulepszoną formułą. Nie pozostawiają białych ,ani żółtych plam na ubraniach,mają trwały zapach i stanowią niezawodną ochronę przed poceniem.W trzech subtelnych zapachach.


Lubię Rexonę, naprawdę. Mam słabość do wersji zielonej (chociaż ostatnio mam wrażenie, że i ta się popsuła) ale ta edycja w ogóle do mnie nie przemawia. Zdecydowanie jej atutem jak w przypadku Rexony jest  opakowanie i śliczny zapach. Naprawdę ten zapach umila poranki, coś na kształt kwiatów z nutką świeżości. I na tym mogłabym zakończyć wymienianie jego zalet ;D. Niestety albo stety zaraz po jego użyciu kończą się walory. Zima , nie zima, wiosna czy też lato jego działanie jest jednakowe. Może być temperatura na plusie, może być na minusie a owy antyperspirant zapewnia mi jedno: mokre plamy!. Wystarczy, że wyjdę z domu, nie minie pięć minut a ja już mam mokra plamę! Jakiś koszmar , i nie ważne czy to lato czy zima, skwar czy ziąb ten anty nie robi nic. On tylko ładnie pachnie!. Co prawda nie zostawia żółtych plam .. ale co mi to daje skoro ledwo co wyjdę z domu a 'ochrona przed poceniem' nie jest zapewniona? Dla mnie jedno wielkie nieporozumienie!

Dostępny w każdej drogerii, cena około 10 zł.

2. Cien krem do rąk Anti Age 

Chroni przed przedwczesnym procesem starzenia się skóry wywołanym przez światło słoneczne. Filtr UV zapobiegający pojawieniu się plam starczych. 



Nie powinnam oczekiwać wielu cudów po kremie, który kosztuje grosze, prawda? Prawdą jest też fakt, iż właśnie takie cudaki za grosze są zawsze największą niespodzianką w kwestii działania. Ten krem dostała mama na świętą ( już nie pamiętam od kogo) a że słyszałam iż jakiś Cienowy kremik jest wręcz fantastyczny postanowiłam go używać. Pierwsze wrażenie? Cudownych zapach! Kwiatowy, ciepły taki na zimę po prostu. I tak jak w przypadku Rexony na zapachu kończą się jego walory - no dobra, może jeszcze fajna jest ta gęsta konsystencja ;D. I tyle, reszta wręcz leży. Krem zostawia tłustą warstwę, która naprawdę nie chce znikać i to jest utrudnienie dla mnie - ja po prostu nie lubię mieć tłustych łapek. Im częściej go używam tym bardziej mam wrażenie, że moja skóra staje się sucha na wiór ;O. Na moich dłoniach krem się nie sprawdza a tak naprawdę nie mam zbytnio ich wymagających. Z biegiem czasu i używania kremu widzę tylko iż moja skóra na dłoniach robiła się szorstka, napięta i taka 'sztywna'. Moje dłonie były w opłakanym stanie. Sam zapach to nie wszystko! Widząc tragiczny stan dłoni, czym prędzej wróciłam i wykorzystałam resztki Black Cherry od Tony Moly ;)
P/s ja tam nie wierzę, że w obietnice z opakowania zwłaszcza jego :D

Oczywiście dostępny w Lidlu, kosztuje do 5 zł bodajże

3. Bielenda pomadka do ust skuteczne nawilżenie

Pomadka do ust NATURALNE NAWILŻENIE to wyjątkowa pomadka ochronna wzbogacona o kompleks witamin. Zapewnia długotrwałą ochronę przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi, zapobiega suchości i pękaniu ust, nawilża. Pomadka utrzymuje delikatną skórę ust w zdrowiu i prawidłowej kondycji. Dzięki kompozycji składników aktywnych zapewnia skuteczną codzienną pielęgnację o każdej porze roku. Naturalny bezbarwny odcień pomadki oraz neutralny zapach sprostają najbardziej wymagającym gustom.


Z początku byłam nią oczarowana. Nawet na Instagramie powiedziałam, że to mój ostatnio must have. I się chyba prawdę przeliczyłam! W kwestii działania nie mam jej nic do zarzucenia - nawilża jak miło ;D. Co prawda mam wrażenie, że położyłam na usta czystą wazelinę ale działanie ma ok . Nie pachnie i tego nie wymagam ale problem zrobił się z jej sztyftem. On się rozłazi! Pewnego dnia gdy chciałam posmarować usta po prostu pękł co było dla mnie szokiem ;O. Włożyłam ją do lodówki bo uznałam ' kurdę, może nie lubi zbytniego ciepła?' i co, właśnie NIC!. Jak się topiła tak dalej robiła. Nie wiedziałam czemu: włożyłam na chwilę do torebki, wyjęłam z kosmetyczki po jakimś czasie i efekt nadal ten sam. Wkładałam do lodówki i nadal to samo. Sztyft a raczej formuła pomadki po prostu się topi i spływa. Teraz zostało mi używanie jej w domowych pieleszach za pomocą palucha lub pędzelka bo to w inny sposób nie jest możliwe.

Dostępna w drogeriach , w cenie 7 - 8 zł.

4. Bielenda CC Magic Nails Diamond Extreme 10 w 1

Odżywka - serum do paznokci z diamentem ekstremalnie poprawia wygląd i kondycję paznokci na 10 sposobów:
- utwardza płytkę,
- odżywia paznokcie,
- zwiększa odporność na uszkodzenia,
- wzmacnia,
- zwiększa wytrzymałość lakieru do paznokci,
- nadaje piękny diamentowy połysk,
- nadaje piękny naturalny połysk,
- efekt wyrównania i wygładzenia płytki,
- łatwo się aplikuje,
- szybko schnie.



Tak się złożyło, że dziś mamy dwa produkty marki Bielendy. Drugim z nich jest odżywka '10 w 1' ( jak dla mnie coś jest do wszystkiego to dla mnie jest do niczego). Odżywkę używałam kilka razy po czym porzuciłam ją w kąt. Powód? Na 10 zalet u siebie zauważyła tylko ... trzy! Tak dokładnie! Trzy! Z czego ta trójka wygląda tak: pięknie błyszczy, łatwo się aplikuje i wysycha momentalnie ;D. Próbowałam dawać ją pod lakier, na lakier i solo i zawsze wychodziło wielkie nic! Again! Solo to nawet dnia nie wytrzymywało - jeśli rano posmarowałam nią paznokcie to wieczorem już jej nie było ( wiecie efekt 'bezbarwnego' lakieru). Odżywka schodziła płatami tego samego dnia! Pod lakier? Miałam wrażenie, że lakiery są nie współpracują wręcz bąbelkowały i to takie, które nigdy tego nie robiły! Na lakier a idź Pan w pyry, nie skomentuję tego :D. Jak dla mnie okropność w niczym mi nie pomogła, jedynie w dostarczeniu zmarszczek ze złości :D
Btw. ją w ogóle jeszcze produkują?

Dostępna w małych drogeriach, cena około 12 zł.

Uff znacie coś z tego 'zacnego' grona? ;D


20:36

Indigo Nail Polish Set RED

Indigo Nail Polish Set RED
Czerwień. Klasyka koloru jak i elegancji. Ponadczasowa. Nigdy nie wyjdzie z mody. Prawda jest taka, że czerwień na paznokciach pasuje prawie zawsze ( może tylko nie na pogrzeb :P). Kiedyś usłyszałam, że czerwone paznokcie powinna nosić kobieta pewna siebie, silna, znająca swoją wartość, emanująca seksapilem. Nie wiem kto / skąd miał wpojone takowe rzeczy ale jak dla mnie czerwień zwłaszcza ta na pazurkach czyni z kobiety w jakimś stopniu bóstwo. Prawdą jest, że to właśnie z czerwonymi pazurami wydajemy się odważniejsze, pewniejsze siebie . A co jest takiego w tym odcieniu? Tej tajemnicy nie odkryję dziś , jednak na pocieszenie mam dla Was dziś aż pięć odcieni tego cudownego koloru: wszystko za sprawą Indigo Red Set ;)


 Zestaw Red wygrałam w jednym z rozdań. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, wszak nie zawsze mogę trafić na odcień w 100% mój ( zwłaszcza jeśli chodzi o czerwienie).
Przyznaję do tego posta zabierałam się długo, będzie masa zdjęć :D. Zdjęcia pazurów nie są obrabiane - niestety mój aparat zjadał kolory, pogoda nie dopisała ale mam nadzieję, że chociaż coś będzie widać ;)

W skład setu wchodzi pięć odcieni: Baywatch, Hot Strawberry, Classy, Blood Merry, Flamenco. Mamy tutaj czerwień z domieszką pomarańczy , klasykę jak i coś na kształt bordo. Z całej piątki mam dwóch ulubieńców bo reszta lekko mnie rozczarowała ;D. Niby jedna seria ale każdy z nich zachowuje się inaczej ;)


Jedyną wspólną cechą lakieru oprócz opakowania jest pędzel - standardowy, po prostu klasyczny ( ja nie mam pojęcia czemu nie zrobiłam mu zdjęć :D). I to chyba byłaby jedna wspólna cecha. Dla mnie każdy lakier z tej piątki jest zupełnie odmienny. Zawsze jest tak, że w serii znajdzie się jeden niewypał , totalny bubel i tutaj mam dylemat komu to zaszczytne miejsce przyznać ;D
A skoro nie wiem komu to zacznę chyba po kolei?;)

Baywatch

To odcień, który na pazurkach wygląda niesamowicie. Wydaje mi się, że najbardziej z całej piątki błyszczy / lśni. To czerwień z dużą dozą pomarańczy. W jego przypadku kryje już po 1 warstwie ale ja dociekliwa nadal daję tą drugą i tu już jest zgroza. Przy daniu drugiej warstwy lakier strasznie bąbelkuje, zaczyna się wręcz ciągnąć . Jego trwałość leży i kwiczy - niestety już na drugi dzień lakier odchodzi wręcz płatami ;O. Z całej piątki schnie też najwolniej .


Hot Strawberry

Gorąca truskawka to nic innego jak soczysty koral! Ma w sobie dość różu, który widać z bliska jednak z daleka wygląda na klasyczny czerwony odcień. Tak jak w przypadku Baywatch lakier ma jedną wadę , przy drugiej warstwie zaczyna bąbelkować ( uchwyciłam na zdjęciu :D). Lśni równie pięknie ale po kilku godzinach traci blask co mnie zadziwia do tej pory. Ma ciut lepszą trwałość od poprzednika - odpryski pojawiają się po 3 dniach. Całkiem szybko schnie.


Classy

Klasycznie! To jeden z moich ulubieńców, którego noszenie to czysta przyjemność. Pod względem krycia i właściwości jest po prostu genialny!. Classy to nic innego jak prawdziwa czerwień, wyrazista jednym słowem. Kryje już przy 1 warstwie więc praktycznie druga warstwa jest niepotrzebna, nie lśni zbyt mocno jak poprzednicy. Odpryski? A co to w ogóle jest w tym przypadku? Po pięciu dniach lakier delikatnie dopiero co się starł, nic poza tym ;D. Schnie momentalnie.


Blood Merry

To był pierwszy odcień, który użyłam - to też odcień, który uwielbia moja siostra a ja nie rozumiem dlaczego. Blood Merry jest lekko podobna do Classy z tym, że mi bardziej przypomina sok pomidorowy z kartonu. Niestety odcień rozczarował mnie totalnie. Chociaż kryje już przy jednej warstwie to dalej jest gorzej. Po kilku minutach z błyszczącej tafli robi się 'mgła' na pazurkach. Niestety po kilku godzinach lakier już zaczyna odchodzić ...


Flamenco

Nie przepadam za ciemnymi barwami ale ten odcień ma coś w sobie ;D. Coś na kształt bordo - jest drugi , zaraz po Classy moim ulubieńcem. Kryje po 1 warstwie, ale czasami daję dwie. Tak jak w Classy po 5 dniach widać ścieranie się na końcach ;D . Mimo dwóch warstw ( jak już je dam ) bardzo szybko schnie.


Jedyne z czego dumna nie jestem to zdjęcia, chyba wyszłam z wprawy co do zdjęć pazurków ;P więc mam nadzieję, że mi to wybaczycie ;). Na wzorniku kolory wyszły bardzo zbliżone do siebie ale mam nadzieję, że na koślawych pazurach widać chociaż lekką różnicę ;D





Skoro brzydkie zdjęcia mamy za sobą ( obiecuję następne będą piękne!) przejdźmy do konkretów. Gdyby nie fakt, że dostałam zestaw nigdy bym nie zwróciła uwagi na owe lakiery. Póki co najkorzystniej wypada Classy i Flamenco czyli klasyczna czerwień i wyraziste bordo.
Każdy lakier Indigo ma pojemność 10 ml - moje bodajże są o połowę mniejsze ale nie dam sobie ręki uciąć bo karton wywaliłam.

Niestety zestawy są niedostępne. Lakiery dostaniecie w cenie 16 zł / 10 ml na stronie Indigo.

Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger