01:19

Rude fakty #1 - nie znoszę Walentynek, kocham horrory ,a kawy to ja nie tykam!

Rude fakty #1 - nie znoszę Walentynek, kocham horrory ,a kawy to ja nie tykam!
Długi czas się zastanawiałam jak Wam powiedzieć więcej o sobie. To co pokazuję w miesiącach w zdjęciach nie obrazuje tego jak to tak naprawdę ze mną jest i czy naprawdę jestem 'głupia jak stołowa noga' :D. Dlatego też postanowiłam wprowadzić nowa serię 'rude fakty' gdzie tematycznie mam zamiar mówić tylko o sobie i sobie i sobie (tak aż mi mojego ego cały świat przesłoni :D). Odcinek pierwszy poświęcony będzie czemuś przyjemnemu, lekkiemu no i a tam, same poczytajcie.


Pamiętacie swój pierwszy horror jaki obejrzałyście? Ja tak, był to 'Blade' a ja miałam wtedy może 7 - 8 lat i jak Boga kocham przez miesiąc z mamą spałam! Czemu obejrzałam? Mieliśmy magnetovid a że mój starszy brat często wypożyczał kasety no to zawsze 'musieliśmy' oglądać to co przytachał (a średnio raz w tygodniu królował w naszym telewizorze "Titanic'). Chyba nie muszę mówić, że prawie 20 lat temu w domu był tylko jeden telewizor i kłótnia niemiłosierna kto co ogląda? Wieczorami bracia mogli oglądać wszystko a my z nimi i tak ooo... Po części było tak, że z ich strony miało to wyglądać na 'etap dorosłości' , ale z drugiej strony miało mnie i Martę przerazić (choć z początku udało im się to!). Któregoś razu, któryś z nich przytargał do domu film 'Resident Evil' matko, zachwytów co niemiara a my znowu prawie osikane po pachy bo jako gówniarze widzieliśmy #zuo! I to był ostatni raz kiedy mój starszy brat śmiał włączyć nam horror - mama mu zakazała (i tu ku naszej rozpaczy co 3 dzień wypożyczał Titanica ;O).
Wracając do meritum: nie pamiętam kiedy i jak to się stało, że gatunek jakim jest horror zaczęłam darzyć tak wielką sympatią. Nie mogę nigdzie uchwycić tego momentu, tej 'fascynacji' gatunkiem - a jednak idealnie pamiętam swój pierwszy strach i łzy i uwierzcie po swoich przejściach ja swoje dziecko będę trzymać z dala od horroru (obejrzy jak już skończy 15 lat) :D.
Teraz mogę i uwielbiam oglądać jeden za drugim i ciężko mnie czymś przerazić (a na przestrzeni lat żaden film nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia), ok może tak nie do końca bo jeszcze z czasów bycia w klasie licealnej na lekcji religii nasz ksiądz uraczył na prawdziwą historią egzorcyzmów (klik) i to jest jedyna produkcja przy której modlę się jak szalona a w ręku trzymam krzyżyk z łańcuszka (nie wspomnę, że to dokument i te przerażające dźwięki robią wrażenie!). Przy okazji to moja Julia i mój K nie znoszą horrorów: o ile Julka nigdy nie obejrzy to K nie ma nic do gadania i ogląda to co ja mu 'włączę' :D


Dlaczego nie lubię Walentynek (walę -tynek :D), może to zabrzmi zbyt prozaicznie ale dla mnie to zwykła komercha (tak jak wypuszczanie ozdób bożonarodzeniowych już w październiku). Po prostu i zwyczajnie tego nie uznaję i każdy o tym wie, nawet mój K , który tylko raz dostał ode mnie walentynkę (w pierwszym roku naszego bycia razem a i tak dostał ją tydzień później i starczy tej czułości) :D. On wie, że ja jestem antywalentynkowa dlatego (miło / nie miło) dostaję kwiaty i kinderki :D
I uwierzcie mi, ja potrafię drzeć się gdy dostawałam jakiś prezent tego 14 tego lutego, kiedyś pan M podarował mi pluszowego misia z tej okazji ... tym misiem dostał ode mnie także dziękuję , do widzenia ;D. Ten dzień jest zawsze dla mnie: rzadko się zdarza, że mam zamiary spędzić go z moim K (no dobra, on słyszy ode mnie że jest nienormalny że ja ten coś :D) więc w grę tylko wchodzi u mnie - mordobicie w gry na konsoli lub oglądanie horrorów, a szczególnie takich gdzie babka dźga nożem swojego partnera ;D
P/s a do Walentynek zraziłam się w podstawówce: byłam okropnie brzydka wtedy ale o dziwo dostałam jakieś kartki z serduszkami, pech chciał że zajumała mi je koleżanka a ja jako taki dzieciak z przykrości stwierdziłam 'to święto to gówno' (ach ta dziecięca trauma :D).


Na koniec smaczek: żyję bez kawy, nie piję jej wcale i nigdy tak naprawdę jej sobie nie zrobiłam (sobie). Za gówniarza upijałam kawę bratu (słodził cukru aż miło) ale jednak kawa to nie napój dla mnie. Lubię zapach takiej zaparzonej (tak przez minutę) i nic poza tym :D. Nie nauczę się jej pić i nawet nie mam takiego zamiaru ;D. I nie zdajecie sobie sprawy ile razy mama mojego K psioczyła, że nie ma 'z kim jej wypić bo ja nie umiem' ups :D Jednak myślę, że po tych 5 latach już przywykła do tego stanu rzeczy :D. Aaa u mnie w domu tylko najstarszy brat Ł też kawę omija :D
P/s już odpowiadam: co rano piję wodę z cytryną i jakoś też funkcjonuję - bez kubła kawy :D

Uff, wystarczy tego ja na pierwszy raz, a jak to jest z Wami w tych tematach? ;)

10:24

L’Oréal Paris, True Match, 1.N Ivory

 L’Oréal Paris, True Match, 1.N Ivory
Od soboty nie robię nic innego jak odpisuję na Wasze wiadomości prywatne i komentarze pod ostatnim postem - żywa dyskusja trwa nadal ale czas wrócić do rzeczywistości i uraczyć Was łagodniejszym tematem - po prostu zamiast kontrowersji będzie zwykła 'recenzja':D. Chociaż może nie będzie ona zwykła - bo chyba nadal jestem jedną z nielicznych osób, które jako ostatnie postanowiły sprawdzić jak się sprawa ma już z 'kultowym' podkładem Loreal True Match. Była wielka akcja testerska gdzie blogerki testowały nową formułę podkładu i tak prawdę mówiąc miałam już go dość bo nawet potrafił z mi lodówki wyłazić ... I tak odwlekałam nasze pierwsze spotkanie, w czasie i na 'po czasie' - wiecie, nic na siłę i dlatego, że akurat jest to 'na topie, przeczekałam wielkie bum na tą serię, poczytałam kilka opinii i po kilkunastu miesiącach udawania, że mnie nie nęci postanowiłam dać mu szansę - czy on naprawdę jest taki fenomenalny czy po prostu po tym całym bum 'wyszedł mi bokiem'?


Wiecie już, że im więcej czegoś jest w sieci tym bardziej ja będę to omijać i na testowanie takiego 'cuda' wybiorę moment kiedy powoli wszyscy będą zapominać o tym produkcie, no dobra kiedy wrzawa ustanie bym na spokojnie mogła go oceniać . Jednak co ja się naczytałam: podkład jak druga skóra, pięknie się dopasowuje, trzyma cały dzień, ogromna gama kolorystyczna zaś z drugiej strony były opinie: ciężki, okropnie ciemniej, tonacji tyle a nie ma nic odpowiedniego - i powiedzcie mi skąd taka rozbieżność? Czego miałam się spodziewać: cuda i ideału czy pięknie opakowanego bubla? No ale przecież ja jestem jedna jedyna w swoim rodzaju więc zgaduj zgadula jak on u mnie hula? :D

True Match to pierwszy tak doskonale dopasowujacy się podkład od L`Oréal Paris. Gama 9 odcieni pozwoli każdej kobiecie znaleźć swój idealny odcień. Udoskonalona formula z olejkami eterycznymi i składnikami nawilżającymi dopasowuje się do odcienia i struktury skóry.
 Nowa formula True Match została wzbogacona o trzy nowe hybrydowe pigmenty. Dzięki temu podkład True Match osiąga jeszcze lepsza precyzje kolorystyczna. Nowe pigmenty efektywnie dopasowują sie do cieplej, zimnej i neutralnej tonacji skóry.
 Rewolucyjne połączenie czterech olejków eterycznych dla wyjątkowego komfortu aplikacji i równomiernego wykończenia makijażu. Zapewnia doskonale rozprowadzenie podkładu, łatwość użytkowania i wyjątkowo sensoryczne doświadczenie.
Nowa, kremowa formula zwiera kombinacje gliceryny, witaminy E i B5 dla wyjątkowego komfortu. Pozostawia skórę gładką i miękka w dotyku.



1.N to najjaśniejszy odcień jaki marka oferuje i choć teoretycznie na samym początku mnie przeraził (o tym poniżej) to w praktyce i na buzi wypadł znacznie lepiej.
Co mogę potwierdzić? Podkład rzeczywiście nie tworzy efektu maski na buzi i jednocześnie sprawia, że wygląda ona na wypoczętą. Jak dla mnie daje on bardzo lekkie 'satynowe' wykończenie co powoduje, że już po aplikacji czuję na twarzy taką przyjemną 'miękkość'. Przez cały czas jego użytkowania nie zauważyłam by pokład gdzieś się zbierał czy ciemniał za co wielki plus jednak potrafi delikatnie podkreślić suche skórki (no co? :D) i tak szczerze między nami ma on jedną dziwną tendencję mianowicie wiecie bo zawsze Wam mówię, że moja cera mieszana idzie w kierunku normalnej i zdarzyło mi się (może ze dwa razy) kiedy moja skóra była bardziej nawilżona to podkład podczas nakładania perfidnie się rolował ;O. Nie mam pojęcia czym to jest / było spowodowany ale widocznie nie lubi on zbyt mocnego nawilżenia (tudzież w przypadku cery tłustej zbytniego przetłuszczania się). Na szczęście zdarzyło mi się to może ze dwa raz i więcej (odpukać) już nie!
To jeden też z nielicznych podkładów, którego nie utrwalam żadnym pudrem - po prostu nie muszę a on w sobie na buzi wygląda na 'lekko przypudrowanego' (jakkolwiek to brzmi).
Co mnie zaskoczyło? Jego lekkość, która podczas nakładania na buzię bardzo szybko się rozprowadza ale przy tym nie jest ciężka czy coś w tym stylu - bardziej taka 'pyłkowa' masa (musicie to poczuć pod palcami żeby zrozumieć co mam na myśli) :D



Pompka jest i jest ok, choć przyznaję, że z początku nie chciała współpracować, dopiero jak na nią nakrzyczałam to coś pomogło :D. Szklana buteleczka check znaczy jest i to mi pasuje .
1. N jest dość neutralnym beżem bez jakiś żółtych/ różowych tonów  (ok, jest delikatnie żółty ale nic poza tym), o jakże 'pudrowatym' zapachu i po pierwszym wyciśnięciu na rękę mnie to przeraziło - dla mnie dla bladziocha odcień na pierwszy rzut wyglądał na zbyt 'ciemny'. No ale ... kosztował dość sporo więc postanowiłam go dać na to moje piękne lico i tam znowu zaskoczka, po rozprowadzeniu odcień tak jakby staje się jeszcze jaśniejszy (zamiast takiego beżu u mnie wygląda to jak kość słoniowa czy coś bardzo jasnego) czego efektem jest piękne wtopienie się w skórą (tak, potwierdzam wygląda faktycznie jak second face!). Obawiałam się dwóch rzeczy:
a) że ta druga skóra będzie podkreślać pory, które zaczną wyglądać jak jakieś satelity,
b) a jeśli nie podkreśli tych porów to na pewno będzie oksydował.
O tym, że nie oksyduje już mówiłam i naprawdę na buzi ani grama nie ciemnieje, nie tworzy maski i robi ze mnie żadnego żółtka, a co z porami? No nie podkreśla, no jednak nie widzi ich :D.
On jest lekki i dla mnie jego krycie też takie jest: ja nie wymagam dużo, nie zakryje wielkich przebarwień czy ogromnych 'diod' nazywanych inaczej pryszczami. Ja zazwyczaj daję jedną warstwę, która ma tylko przykryć niedoskonałości (lekkie blizny) a nie tworzyć mi 'innej twarzy'.
Na zdjęciu poniżej macie sam podkład, nałożony na samą pielęgnację przez co możecie zauważyć jak bardzo jest delikatny (zdjęcie bez obróbki jakby coś ktoś )


Może i na tym zdjęciu zbyt wiele nie widać ale wybaczcie weny na takowe sesje nie mam :D.
Ciężko mi ocenić jego trwałość: jak widzicie ja wyglądam tak samo z podkładem jak i bez więc wiecie kiedy go nałożę, to po prostu o nim zapominam. Na pewno nie jest typem, który na buzi trzyma się 8 - 10 godzin, ale też nie schodzi perfidnie i co najwyżej może wymagać lekkiego poprawiania pudrem.

Powiem Wam, że go lubię właśnie za lekkość i to jak się dopasowuje, może nie ma krycia na mur beton, jednak w takiej konfiguracji bardzo mi odpowiada jednak nie wiem czy kiedy zużyję tą butelkę to będę wracać do niego! :D

Podkłady z tej gamy dostaniecie w drogeriach 30 ml/ od 30 - 70 zł

A o nim pisały (dawno, dawno temu) też:

Iwona ---> klik
Blessiaki ---> klik

00:09

Grupa S - O - S! Czyli słów kilka o tym dlaczego 'topowe' blogerki straciły w moich oczach!

Grupa S - O - S!  Czyli słów kilka o tym dlaczego 'topowe' blogerki straciły w moich oczach!
Pamiętacie jak pisałam o kupowaniu sobie followersów i wysypie arabów na kontach Instagramowych? Ok, zapomnijcie o tym - ten trend jest nieaktualny, to już miniona epoka. Teraz modne jest kupowanie 'gimbazy', dzieciaków i kont różnych 'dziwnych' firm. I tak szczerze wypadłam z obiegu bo nadal myślałam, że araby takie modne a tu ni uja! :D
Od kilku dni napływają do mnie wieści - smutne wieści jak 'topowe' blogerki robią w jajo swoich obserwatorów i firmy byleby fejm był i hajs się zgadzał. Wiecie jak bardzo lubię wtykać kij w mrowisko ale tym razem ten post jest na życzenie, poparty dowodami i jeśli ktoś mi tu zrzuci 'nie rób gównoburzy' , czy też 'najciemniej pod latarnią a Twoje koleżanki nie są przecież święte' to dla mojego dobra proszeni są o nieczytanie tego wpisu i opuszczenie 'sali':D
*określenie topowe odnosi się do strefy beauty, między innymi są to autorki blogów które Wam kiedyś polecałam (ich konta na IG to zazwyczaj 4 - 10 K)


Znacie to uczucie kiedy dochodzą do Was pewne słuchy, że ta czy tamta coś kupuje ale nie wierzysz i uparcie próbujesz wmówić sobie, 'ona? taka świetna w swojej robocie i ma kupować sobie obserwatorów? Ja znam - przekonałam się o jego istnieniu już kilka tygodni temu. Po tych wieściach przestałam tak często odwiedzać TE blogi, przez jakiś czas sama sprawdzałam stan ich obserwatorów i uwierzcie czapki z głów za kreatywność tych osób! I ja nie mówię tu o osobach mojego pokroju, który pewnie by kupiły sobie tych lubisiów by się wybić , co to to nie bo my to akurat się cenimy i nie szmacimy ale one? Topowe, z najlepszej czołówki, które dostają wszystko co luksusowe? Jak można to nazwać: upadkiem czy zeszmaceniem się? A może po prostu chęć posiadania i zyskania łatwej kasy jest silniejsza niż morale? Bo przecież im się płaci za testowanie luksus!

Historia jest taka: zebrało się pewne grono super - hiper- rzetelnie piszących dziewczyn (no a jakże! skoro po dwóch dniach testowania produktu u nich to jest hit!), pewna święta trójca lub już czwórka, nazwijmy tą grupę S - O - S. My szaraczki je podziwiamy, genialne zdjęcia, naprawdę mamy im czego pozazdrościć bo nasze małe rozumki nie są w stanie ogarnąć sławy ich blogów i tego z jakimi kosmetycznymi gigantami jest dane im współpracować. Ale to tylko obłuda: my zazdrościmy ale tak naprawdę czego? Grupa SOS ma silne parcie na 'fejm' i zgarnianie wszystkiego co można dostać na naszym rynku - kosztuje krocie? To nic, kupi się kolejne tysiąc followersów i ma się produkt w kieszeni :D. Stare baby, kobiety dojrzałe, święta grupa zalicza totalny upadek, zeszmacenie się na najniższym poziomie, to takie wiecie dla mnie: rycie w błocie jak świnia. Stało się - kupiły raz, nikt się nie czepiał, marki waliły drzwiami i oknami. Odczekały chwilę i po kilku tygodniach robią to samo: powoli po kilka setek, ale moment wydało się i zaczyna się czyszczenie kont (pozornie na chwilę). I to nic, że kupiły już sobie kilkaset obserwatorów na Fb, to nic, to mały pikuś ...
Grupa SOS dumnie się pręży: na obrazkach poniżej możecie zobaczyć stan tych kont z tego tygodnia:



 Ok, można mieć konta które są fałszywe, mogą być też takie konta, które wygasły czy coś ale ponad połowa obserwatorów to czysty fake? Więc ja się pytam: o co kurwa chodzi?! Każda z nas wie ile czasu trzeba by zgromadzić jakąś grupę obserwatorów na IG ale jak widać, wystarczy wejść na allegro czy jakąś inną stronę (a tych jest mnóstwo) kliknąć 'kup' i po kłopocie! Pracowałam, dużo pracuję by mieć te swoje 2 k obserwatorów, organizuję konkursy i zachęcam czytelników by ze mną zostali ale nigdy bym się nie posunęła do takich czynów.

Jednak grupa SOS jest sprytna i wie, że im więcej lubisów tym lepsze gifty, tym lesze współprace i większy fejm. Marki nie sprawdzają czy ich obserwatorzy są realni dla nich liczy się liczba a nie 'jakość' i tak sobie żyją 'celebryty za 5 zł'. Tylko wiecie co - przychodzi co do czego to lajków pod zdjęciem jest ok 100, komentarzy może z 5 (ba, ja nawet lajków mam więcej :D) a liczba osób liczona jest w tysiącach. Grupa SOS zapomniała chyba kupić lajki (które w stosunku do fikcyjnych kont są dwa razy droższe).

Z ręką na sercu przyznaję się: polecałam Wam ich blogi, wychwalałam za pracę a to wszystko jest gówno warte. Aż chce się rzec 'kurwa, no i gdzie tu sprawiedliwość'? Jednym kliknięciem można zwojować cały świat ! Jest w tym jedna śmieszna rzecz: one wiedzą, że ja wiem, wiedzą nawet od kogo ja wiem (w końcu są mądre) jedna z nich wywróżyła mi marną karierę w blogo (pozdrawiam, mam się dobrze i ślę Ci lofffki! ♥), celowo omijają komentarze (odnoszące się do produktu z recenzji) bo ja go napisałam. I wiecie każdy kto wie jaki miałam stosunek to danej autorki to widzi i dziwi się, 'ale czemuż tak? Przecież zawsze chętnie odpowiadały' ... Tsa! I takim oto sposobem spadłam na margines społeczny - a idź Ruda idiotko w cholerę ;D!


Wiecie ile ja mam fakeowych kont? Zaledwie 0.8 % z 2 K to jest przecież czyste oszustwo z mojej strony, skrajnie potępiam, naprawdę i czuję się winna! :D

A co ja chciałam a no!:
Droga grupo SOS, możesz kupić sobie kolejny tysiączek, dostać kolejne Chanel, Orginsy czy kolejny darmowy zabieg w klinice ale wiedz, że:
- upadłaś tak nisko, że pod sobą masz tylko muł i wodorosty,
- a ze szmaty już jedwabiu nie da się zrobić,
- nie krytykuj anonimowo mojej pracy, bo w przeciwieństwie do Ciebie nie kupiłam se ludzi,
- moralny kręgosłup to już całkowicie w dupie masz,
- ślę Ci loffki i masę miłości ♥

Ja nie muszę kupować obserwatorów by się dowartościować, nie muszę bo w odróżnieniu od tej grupy mam coś więcej do zaoferowania a szmacić to ja się nie będę ;).
Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy myśl 'mój blog jest gówno warty i nikt go nie zauważy' to niech tu wróci a uświadomi sobie jedną ważną rzecz: możesz nie mieć tysiąca współprac czy dostawać giftów bo sklep obchodzi któreś urodziny ale masz jedno: szacunek do siebie i swoich czytelników bo przecież nie liczy się ilość a Twoja 'jakość'.

P/s nie marudzę, jestem tylko wredna (jak zwykle) ;)
P/s 2 nawet nie zdajecie sobie sprawy w jaki sposób oszukują nas 'topowe' blogerki ale chętnie (wg życzeń ) mogę podzielić się ta wiedzą ;D
Wasza Ruda, która nie dostaje Chaneli ;( ♥

07:30

Bath & Body Works Tutti Dolci krem do ciała Pink Peony

Bath & Body Works Tutti Dolci krem do ciała Pink Peony
Nie ukrywajmy - od kiedy poznałam kilka produktów Bath & Body Works to przestałam myśleć, że jest to 'przerost formy nad treścią'. W miarę upływu czasu i poznawaniu ich produktów utwierdzałam się w przekonaniu 'wow, za takie walory to cena nie jest taka straszna'. Teraz kiedy w moje łapki wpada jakieś 'cudo' spod tego szyldu to naprawdę cieszę się jak dziecko, które w sklepiku osiedlowym dostało co najmniej lizaka serduszko za 20 gr! Jest coś takiego w ich pielęgnacji, że w zupełności spełnia moje oczekiwania: czy to moje wymagania zapachowe czy też w kwestii samego działania, zazwyczaj jestem zadowolona. Kiedy napisał do mnie Żeluś (Magda :D ♥) z pytaniem 'wolisz cytrynę czy piwonię?' w ciemno wybrałam to drugie, dopiero po kilku sekundach okazało się, że zakupiła ona nowości z oferty marki kremy do ciała w dwóch wariantach zapachowych. Czy nowe opakowania i zapach Pink Peony równie mocno skradły moje serducho jak niegdyś seria Beautiful Day? Czy to 'nowe' rozbudziło we mnie pragnienie poznania tej serii Tutti Dolci?


Nowa seria Tutti Dolci zupełnie nie przypomina kosmetyków BBW. Nowa szata graficzna: niby prosta, bez zbędnych efektów, pięknych kolorowych obrazków do dziś wprawia mnie w osłupienie i tak szczerze mówiąc, gdyby nie nazwa marki na nim to w życiu bym nie zgadła z jakiej firmy mam kosmetyk. Z jednej strony to fajnie, że marka BBW pomyślała by zrobić tak stonowaną kompozycję, urzekającą w prostocie a z drugiej czy razem z tym nie zmieniło się też działanie kosmetyku? No bo przecież jak są zmiany to niech są już na całego? :)

Krem do ciała z nowej kolekcji TUTTI DOLCI o nutach zapachowych kwitnących kwiatów peonii, różowej porzeczki i białego bursztynu.




Porównując go z poprzednim kremem do ciała tejże marki, który kilka miesięcy temu gościł w mojej kosmetyczce to powiem ... jest zupełnie inaczej! Owszem z kwestii praktycznej aspekty działania nie uległy zbytniej zmianie, ba nie uległy pogorszeniu ale została zmieniona jego formuła.
Pink Peony nadal dobrze radzi sobie z nawilżeniem, nadal może służyć jako kosmetyk 'wielofunkcyjny' ale też w tym przypadku (jak poprzednio) może być niezbyt wystarczający dla skór suchych. Nie zrozumcie mnie źle - jeśli macie suche pięty czy też dłonie, ok poradzi sobie z tym ale w moim odczuciu na większej powierzchni i z poważniejszym takim problem ten krem może nie dać rady, doraźnie owszem, na dłuższą metę - nie.
Ok i znowu mamy mega długi skład, który w moim przypadku nie szkodzi: nie uczula, nie podrażnia ani nic z tych rzeczy. Czy oprócz nawilżenia na poziomie 'ok, dla mnie może być' otrzymujemy coś jeszcze? Krem delikatnie wygładza szorstkości na skórze, jednak nie jest to zbyt mocne działanie (tu czytaj ---> na tyle by zrezygnować z dodatkowej pielęgnacji innymi preparatami czy oznaczałoby rezygnację z fundowania sobie peelingów).

Co uległo zmianie? Konsystencja - w przypadku poprzedniego kremu była ona lekka, jak bardzo leciutki krem nawilżający natomiast Pink Peony ma gęstą, żółtawą masę, które idealnie się rozprowadza. Z początku myślałam, że ta gęstość (mi to trochę przypomina takie kremy do golenia z tubki) będzie nie do rozsmarowania a tu proszę: nie bieli, wchłania się błyskawicznie, nie zostawia tłustej warstwy i po jakiś 2 - 3 minutach człowiek może spokojnie się ubierać. I tu paradoks mimo, że jest gestu to jednak na 'mizianie' skóry potrzebuj go więcej. 

Opakowanie zmieniło tylko szatę graficzną, zamykanie i cała reszta nadal bez zarzutu ;D



To co mnie rozczarowało w tym kremie to zapach. I wiem jak to dziwnie brzmi bo praktycznie BBW oczarowuje mnie swoimi zapachami (a poprzednia seria całkowicie wryła mi się w pamięć) to w przypadku różowej piwonii czuję lekki niedosyt. Nie czuję piwonii ani trochę, nawet kapki a więc co tym razem nam serwują? Sam w sobie zapach nie jest zły ... jest perfumeryjny po prostu, pachnie jak całkiem fajny 'casualowy' zapach - niezbyt nachalny, przyjemny i o ile jego poprzednicy potrafili godzinami 'siedzieć' na skórze tak Pink Peony po jakiś 2 znika całkowicie, inaczej ma się sprawa np. z moją pościelą bo tam znaczy się na niej delikatnie jeszcze go czuć. Co do wydajności to w tym przypadku miałam go równe 4 tygodnie ( o ponad 2 mniej niż z kremem Beautiful Day :P)

Nie powiem to nowe wcielenie Bath & Body Works wizualnie cieszy oko (spójrzcie np. na serię z kokosem!), w kwestii działania praktycznie dostajemy to samo ale mamy już zupełnie inną konsystencją (gęstą choć nie nazwałabym jej treściwą jednocześnie), gdzie ja zdecydowanie chyba wolę lżejszą formę tego kremu, a no i do tego ten perfumeryjny zapach i co z tego wynika?

Póki co moje odczucia są gdzieś pomiędzy: nie jest wow, jest poprawnie więc muszę zaopatrzyć się w inne produkty tej serii i może wtedy BBW ponownie mnie zaczaruje?

Kosmetyki Bath & Body Works dostaniecie w ich sklepach, w cenie 79 zł/ 226 g,

09:38

Braun Silk-épil 9 SkinSpa

Braun Silk-épil 9 SkinSpa
Lato w pełni. Festiwal krótkich sukienek, odsłoniętych nóg i wysokich obcasów trwa w najlepsze. Która z nas nie marzy o tym by w ten czas nie martwić się zbyt długimi włoskami na nogach lub/ i innych częściach ciała? Wiadomo wyjazdy wakacyjne, krótkie wycieczki za miasto na 2 - 3 dni z wypakowaną po brzegi kosmetyczką i walizką, która ledwo się domyka. Czy w tym czasie potrzebne jest nam martwienie się o każdy włosek? Czy naprawdę na każde wakacje/ krótki wypad musimy targać ze sobą cały sprzęt do golenia - woski, plastry czy też maszynki? Na przestrzeni lat na naszym rynku pojawiło się wiele produktów, które mają ułatwić nam dbanie o siebie, skracając przy tym czas wykonywanego zabiegu a jednocześnie wydłużając przerwy między następnym użyciem sprzętu. W tym roku o moje nóżki i nie tylko, ale też o moją buźkę zadba nowości marki #Braun - Silk-epil 9 SkinSpa - jak się okazuje w te wakacje funduję sobie prawdziwe Spa ;)


Do grona moich pomocników w walce o piękne ciało a dokładnie w myśl 'będę gładka i pachnąca' na moją łazienkową półkę wkroczył depilator #braun i ku mojemu zdziwieniu w tej samej przesyłce odkryłam szczoteczkę do oczyszczania twarzy - wypas co, nie?;) Pięknie się, testuję, oceniam, przyglądam, uczę się tych sprzętów - pora Wam powiedzieć słów kilka jak jest i czy ten luksus mi odpowiada w 100 %.

Depilator Silk-épil 9 Wet&Dry, najszybszy i najbardziej precyzyjny depilator Braun, usuwa nawet najkrótsze włoski, których nie łapie wosk, zapewniając do 4 tygodni nieskazitelnie gładkiej skóry. Nałóż nową szczoteczkę do głębokiego peelingu, która ogranicza wrastanie w skórę odrastających włosów dzięki działaniu złuszczającemu o 6-krotnie większej skuteczności niż w przypadku peelingu ręcznego. Szczoteczka do delikatnego peelingu wyraźnie poprawia wygląd skóry, nadając jej jedwabistą gładkość. Głowica goląca doskonale nadaje się do usuwania włosów w nawet najbardziej wrażliwych miejscach. Najnowsze urządzenie w serii: Nakładka do masażu głębokiego znacznie poprawia krążenie krwi, zapewniając w efekcie zauważalnie lepszy wygląd skóry.



Zacznę może od depilatora ... Muszę Wam powiedzieć, że to moje pierwsze spotkanie z tego typu urządzeniem i będąc z Wami szczera: bałam się go jak cholera! Nawet moja siostra nastraszyła mnie 'będzie boleć zobaczysz' więc wiecie - podchodziłam do niego jak 'pies do jeża'... I to niepotrzebnie, owszem jak w przypadku każdego zaawansowanego 'technologicznie' urządzenia początki bywają trudne - tak w tym przypadku po prostu trzeba go opanować i się nauczyć 'działania razem' ;)

Depilator Braun ma wszystko czego potrzebujemy: 3 nakładki, które umożliwią precyzyjną depilację wybranych miejsc, 3 szczoteczki z wymienną głowicą (wystarczy nacisnąć przycisk z tyłu by zmienić głowicę depilatora), szczoteczkę do czyszczenia oraz ładowarkę. Nasza cacko wyposażone jest w dwa tryby prędkości: I pozwala na delikatną pielęgnację, II natomiast zapewnia ekstrawydajne usuwanie włosków. W związku z tym, że to mój pierwszy depilator to póki co ja używam I stopnia ;D. Nad trybami prędkości mamy wbudowaną lampkę Smartlight dzięki, której dostrzeżecie każdy włosek (nawet ten najmniejszy).

Co mi się w nim podoba? To fakt, że jedno urządzenie a ma tyle funkcji, ma ultra kobiecy wygląd (tak, tak! On wygląda jakby był obsypany brokatem! :D) i można go używać zarówno na sucho jak i mokro.



Ale jak? Na sucho czy mokro go używać? To już zależy od Was - ja pokochałam używać go na mokro (w czasie kąpieli), po prostu łatwiej mi wtedy wszystko idzie i tak naprawdę mniej 'mnie boli'. Moja skóra potrzebuje jeszcze chwili czasu by się przyzwyczaić do zmiany urządzenia (z maszynki)  jednak z każdym kolejnym użyciem nie odczuwam już dyskomfortu.
Wystarczy tylko naciągnąć skórę i voila! Dzięki ruchomej głowicy depilatorem operuje się dziecinnie prosto i usuwa praktycznie każdy włosek.
Czy jest lepszy niż woski / maszynki i plastry?
Oczywiście! Żadne z powyższych nie jest idealne i dobrze same wiecie, że zostawia czasem włoski, tylko przycina lub po prostu sprawia ogromny ból. W przypadku depilatora Braun jest inaczej: jak się śpieszysz : możesz na sucho, jak masz chwilę możesz w kąpieli - dzięki temu, że jest on wodoodporny nie zrobisz mu krzywdy ani sobie. Usuwa włoski z większą precyzją - nawet te o długości 0.5 mm i tu muszę przyznać, że te krótsze włoski usuwa się znacznie lepiej (prościej) niż te ciut dłuższe, a dzięki szerokiej głowicy golarki wychwytuje ich więcej co zdecydowanie skraca czas naszego pięknienia się. Mam ogromną granicę bólu więc używanie depilatora od początku przypomina mi bardziej 'delikatne rażenie' dobrze, że teraz to znika i jak tylko nabiorę wprawy to wiem, że niedługo będzie bezboleśnie. ;)



Co mnie jara? 3 szczoteczki, które mamy do niego dołączone! Zielona z licznymi wypustkami, fioletowa i niebieska - każda z nich jest odpowiedzialna za coś innego.

- zielona: nakładka do masażu głębokiego. Masuje skórę znacznie głębiej niż typowa szczoteczka do ciała. W efekcie usprawnia krążenie krwi oraz pomaga znacznie poprawić wygląd skóry. Ona po prostu wibruje i to bardzo mocno i tutaj najbardziej lubię używać ją w II trybie prędkości - po prostu czad! Przy tym też świetnie ujędrnia ;)

- niebieska: szczoteczka do głębokiego peelingu. Szczoteczka do głębokiego peelingu jest delikatna, a mimo to skuteczna. Posiada bardzo wydajne włosie o wyjątkowym, trójkątnym kształcie. Regularne stosowanie pozwala zapobiec pozostawaniu włosków pod powierzchnią skóry oraz widocznie poprawia jej wygląd. Jak dla mnie ona bardzo delikatnie mizia - za to pięknie wygładza skórę. 

- fioletowa: szczotka do delikatnego peelingu. Dzięki 10 000 drobnych włosów ta szczoteczka o dużej gęstości usuwa obumarłe komórki skóry i pobudza ją do regeneracji. Skóra tak jedwabiście gładka, że nie możesz przestać jej dotykać. Jej używam najczęściej- wygładza, regeneruje i mam wrażenie, że też napina skórę. 





Gdzie Ty byłaś całe moje życie??! Tyle chcę powiedzieć o szczoteczce sonicznej do twarzy, którą znalazłam w przesyłce. Ja po prostu nie mam pojęcia jak mogłam wcześniej bez niej żyć?! Dzięki niej moja 'pielęgnacyjna rutyna' stała się jeszcze bardziej efektowna, moja cera wygląda jeszcze lepiej a ja po prostu za każdym razem zadziwiam się tym, że takie niepozorne urządzenie może sprawiać tyle radości i tyle dobrego!

Szczoteczka Braun zasilana jest bateriami (dołączonymi w zestawie). Posiada też trzy wymienne szczoteczki. Moja ulubiona? Niebieska oczywiście :D.

- biała szczoteczka jest szczoteczką podstawową. Ma sztywniejsze włosie (niż np. różowa) i przypadnie do gustu tym osobom, które oczekują mocnego miziania (polecam ją cerze tłustej i mieszanej).

- różowa ma ultradelikatne włosie jest łagodniejsza niż biała i z całą pewnością przypadnie do gustu osobom z cerą naczynkową czy z problemami skórnymi.

- niebieska jest przeznaczona do peelingu i ma moc! Dodaj do niej swój ulubiony/ dowolny peeling a Twoja buzia będzie wręcz promienieć z czystości! 

Buzzoole


Oczywiście i tu mamy dwa tryby: pierwszy jak włączamy nasze urządzenie jak i drugi (przycisk poniżej), który wprowadza szczoteczkę w szybsze ruchy.

Muszę Wam powiedzieć, że i szczotka i depilator nie spowodowały u mnie żadnego podrażnienia czy zaczerwienienia. Oczywiście, że przygoda z depilatorem może być lekko bolesna ale to przecież przejściowe zaś szczoteczka soniczna - moja wielka miłość ♥

Używacie depilatorów lub szczoteczek do twarzy? Jakie macie wrażenia lub doświadczenia z tymi urządzeniami?;)

00:46

Blogi, które czytam # 14

Blogi, które czytam # 14
Przyznaję się bez bicia - początek lipca jest dla naszej rodziny katastrofalny więc częściej siedzę na Instagramie (którego ogarnięcie zajmuje mi 10 minut) niż piszę tutaj większe treści. Po prostu kiedy wieczorem siadam, zwyczajnie po ludzku opuszcza mnie siła/ wena i nie mam chęci do pisania. Wiem , powiecie to przejściowe - pewnie, że tak ale są w życiu sytuacje (takie jak u nas obecnie), że człowiek nie myśli o tym by pisać z sensem czy tak jak dziś chwalić kogoś za pracę. Z drugiej strony nie mogę Was zaniedbywać więc siedzę sobie tu, popijam herbatkę z imbirem i zabieram się za kolejną edycję poczytnych blogów - i z góry proszę o wybaczenie jeśli będzie o blogach krótko ale o tej godzinie (a dokładnie mamy piątek i 23:27) nie myślę logicznie (a tak między nami ten tydzień był ***ujowy).

1. StellaLily Beauty Blog


Próbuję sobie przypomnieć moment kiedy odkryłam jej miejsce - nie potrafię/ nie mogę więc to musiało być dawno temu. Teraz ten blog śmiało można nazwać 'starą gwardią' bo wiecie to jest miejsce, które istnieje już parę lat i nadal trzyma poziom. Sylwia zawsze kusiła luksusem, pokazuje cudeńka jakby z innej planety i nadal mimo wszystko zachowuje przy tym pełen obiektywizm. Uwielbiam to w jaki sposób czaruje pędzlem tworząc świetne makijaże - zawsze jestem pod wrażeniem bo talent to ona ma ogromny! Jeśli miałabym powiedzieć z czym mi się kojarzy to byłyby to dwie rzeczy: błysk i Kat von D. Spójrzcie na jakikolwiek makijaż to zrozumiecie pierwszą część mojego skojarzenie a czemu z Kat? Nie znam żadnej osoby (przynajmniej nie przypominam sobie teraz), który by miała takie rozeznanie w tej marce - i tak szczerze jeśli miałabym kupić coś z ich produktów to wszelkich informacji szukałabym u Sylwii. Poza tym ona ma coś takiego co przyciąga, pewien magnetyzm: może to zielone paczadełko w makijażu albo słodko różowe usta? Nie mam pojęcia ale czuję się dobrze u niej (zwłaszcza jak pisze o pielęgnacji Guerlain ♥).

2. Suchocka bloguje


Blog Pauli należy do kategorii 'powrót po xx czasie'. Ona już tu była, ona już miała swoje miejsce w sieci ale na jakiś czas zniknęła, stary blog odszedł w niepamięć a ona sama z masą pozytywnej energii i chęcią do działania wróciła i to w jakim stylu! Pamiętam jej poprzedni blog - przecież obserwowałam i komentowałam wpisy więc ucieszyła mnie wiadomość, że Paula pisze ponownie i właśnie taką ją pamiętam: wiecznie uśmiechniętą, bez kompleksów, piszącą proste i szczerze wręcz z serducha. Nie ma owijania w bawełnę, pokrętnych tłumaczeń czy przysłowiowego 'lania wody' - ona się skupia na tym co my chcemy wiedzieć - jednym słowem dostarcza nam konkretne informacje. O powrocie jej blog na niczym nie stracił, wydaje mi się, że zyskał jeszcze więcej: ok, #freshstart ale nie tylko: nowe możliwości, nabrał 'wiatru w żagle' a sama Paula jest jeszcze dokładniejsza, dopracowała swoje zdjęcia a przede wszystkim w 100 % wykorzystuje swój potencjał ;)

3. Do połowy pełna ...


Pamiętacie swoich pierwszych czytelników? Ja tak i śmiało mogę powiedzieć, że Karolina była jedną z pierwszych takich osób u mnie. Wtedy czułam się wyróżniona, że ktoś taki jak ona poświęca czas na mojego wtedy 'małego brzydkiego' bloga. A teraz? Teraz to z dumą patrzę na jej pracę i rozwój, dziewczyna pięknie się rozwinęła przez ten czas zmieniając swoje miejsce w spójną, czystą całość. Nie ma tam dupereli czy postów, które 'są bo są' - Karolina pisze o tym co się sprawdza czy jest dla niej hitem. Dzieli się swoimi perełkami i odkryciami w taki sposób, że człowiek ma ochotę iść do sklepu, jak ona to robi? Proste - pisze zwyczajnie jak do najlepszej koleżanki przez co czytanie bloga jest łatwe i przyjemne. Ona jest jak dobra, nie, złe określenie jak jedna z lepszych koleżanek, która zawsze będzie Ci doradzać i pomoże wybrać tylko te najlepsze produkty odpowiednie dla Ciebie. Optymizm, przydatne rzeczy i same dobre kosmetyki - czego chcieć więcej?;>

4. My Lovely Fuchsia


Są tu osoby, które interesują się naturalnymi specyfikami? Albo takie, które starają się rozgryźć poszczególne składniki? W takim razie mam dla Was taki blog! Kamila jest osobą, która nie ukrywa, że coraz częściej spogląda na półkę z naturalnymi produktami. Bardzo często możecie u niej poczytać o produktach z dobrym składem i to nie tylko takich dla dorosłych ale też dla dzieci. W jej postach znajdziesz nie tylko rzetelne recenzje ale odpowiedzi na pytanie 'szkodzi/nie szkodzi' i masę przydatnych wskazówek w tej kwestii. A jeśli zaczynacie dopiero swoją przygodę z naturą to jej miejsce doskonale Was wdrąży w ten temat. Ona sama mówi, że czasem stosuje coś mało 'naturalnego' ale przecież która z nas tego nie robi? Jeśli chcecie podążać śladem naturalnych produktów i stawiacie dopiero pierwsze kroczki w tej strefie to blog Kamili  jest idealnym miejscem na naukę i Wasz start w tą dziedzinę - bo przecież warto mieć takie miejsce które w jakiś sposób Was pokieruje ;)

5. Kherblog


Dziś jako moje odkrycie ostatnich tygodni mam dla Was istną dobrze rokującą petardę! Kherblog to pierwszy blog, który obserwuje i jest prowadzonych w dwóch językach: angielskim i polskim co już samo w sobie wzbudza ogromny szacunek dla pracy autorki. Co tam znajdziecie? Masę informacji na temat azjatyckiej pielęgnacji bo głównie na niej opiera się blog, fanki tych specyfików będą zachwycone! Bogate i rozbudowane treści zawierają ogrom rzeczy które chcesz wiedzieć, wskazówek i robią naprawdę wrażenie. To co mogę powiedzieć to wow i wielki szacunek za kawał świetnej i dobrze robionej roboty! Dokładność, skrupulatność i nutka tajemniczości sprawia, że ten blog zapada głęboko w pamięć!

Ok, to już wszystko na dziś, mamy godzinę 00: 40 więc już czas hasiu ;) Dajcie znać który znacie a który to dla Was nowość ;)


08:12

Liq CC Serum Light 15 % Vitamin C Boost

Liq CC Serum Light 15 % Vitamin C Boost
To jeden z tych postów, który praktycznie pisze się sam. To jeden z tych produktów, który wprawił mnie w osłupienie, oczarował ba, mało tego zaczarował mnie na tyle, że już chcę mieć kolejne opakowanie na swojej półce. To jest TEN produkt dzięki, któremu moja skóra znowu wygląda tak pięknie i ja się czuję pięknie. To ta rzecz dzięki której moja pielęgnacja stała się kompletna i kompatybilna z moimi potrzebami. Bo wiecie - moja skóra kocha witaminę C, kocha to serum i uwierzcie od kilku dni chciałam Wam o nim powiedzieć, tylko że czekałam. Czekałam na ten moment, odpowiednią chwilę by podzielić się z Wami moim odkryciem/sekretem/kosmetycznym fenomenem - ta chwila 'nadejszła' a razem z nią na zachwalaną przeze mnie kosmetyczną półkę (wiem, chwalę rzadko ale jak to robię to naprawdę jest wow!) trafia  lekkie serum od Liqpharm! Wiem, że wiele z Was czekała na moją opinię (no dobra, parę z Was nie czepiajta się szczegółów :D) więc przyszła pora na:ochy i achy! :D


Przypadek sprawił, że serum do mnie trafiło. No bo jak można inaczej to nazwać niż tylko zwykły łut szczęścia? Serum wygrałam jakoś w maju na stronie marki - chwilę się wzbraniałam przed użyciem jednak jak tylko moja skóra zapoznała się z nim to uwierzcie, nie wyobrażam sobie życia bez niego! Moja wersja rozświetlająca (uwielbiam wszystko z tego gatunku!) przeznaczona do cery normalnej i mieszanej sprawiła mi ogromną niespodziankę i zachwyt więc proszę się nie dziwić jak będę zachwalać je wszędzie gdzie się da! :)

Serum LIQ CC Light dzięki wysokim stężeniom aktywnych składników redukuje proces starzenia się skóry oraz chroni przed działaniem niekorzystnych czynników środowiskowych. 15% witaminy C zapewnia szybkie pobudzenie syntezy kolagenu, skutecznie neutralizuje wpływ wolnych rodników i wyrównuje koloryt skóry. Aktywność czystej, niezjonizowanej formy witaminy C potęgowana jest przez odpowiednio dobrane stężenia tokoferolu i magnezu, które jednocześnie działają ochronnie, regenerująco oraz odżywczo. Dzień po dniu skóra odzyskuje utracony komfort, blask i witalność.


Sprawdź nieocenioną moc 15% witaminy C:
• ochrona antyoksydacyjna
• pobudzenie syntezy kolagenu
• program przeciwzmarszczkowy
• program redukujący przebarwienia
• program „blask i witalność”


Propylene Glycol, Aqua (Water), L-Ascorbic AcidSodium Hyaluronate, Tocopheryl AcetateMagnesium Sulfate, Polysorbate 20, Methylparaben, Propylparaben 



W ofercie Liqpharm oprócz mojej wersji serum dostaniemy jeszcze 3 inne rodzaje tego produktu
- bogate (Liq CC Serum Rich 15 % Vitamin C Boost) dedykowanej cerze suchej.
- dwufazowe regenerująco - odżywcze na noc ( Liq Ce Serum Night 15 % Vitamin E Mask) polecane cerze odwodnionej.
- wygładzające na noc - peeling (Liq CG Serum Night Glycolic Peel) dla każdego rodzaju cery.

Jakie więc jest to serum lekkie skoro tak mnie zachwyca? Doskonałe!
Wiecie bałam się, że podczas jego stosowania znikną moje piegi - to pierwszy mój produkt z takim stężeniem witaminy C i uwierzcie strach przed utratą piegusków był ogromny ale bezsensowny! 
Na noc czy na dzień? Ja tego dylematu nie ma - używam go co rano i na wieczór. Co mi to daje?
Producent wspomina, że serum jest świetną bazą pod makijaż - potwierdzam! Nic nie spływa (zwłaszcza jak był upał), trzyma wszystko w ryzach, nic nie waży i takie tam rzeczy. Co mi to daje? Serum od pierwszego kontaktu z moją skórą wywarło na mnie pozytywne wrażenie: nawet nie wiecie jak ono pięknie rozświetla skórę! Praktycznie po kilku tygodniach z nim przestałam używać rozświetlacza - moja cera to jeden wielki chodzący NATURALNY blask - istne wow! ♥ Koloryt wyrównany, stwierdzić nawet mogę, że serum jakby podbiło odcień moich piegów i naprawdę są widoczne z kilometra. Cera wygląda na wypoczętą , zadbaną, stała się jaśniejsza i nie tylko 'optycznie' pełna blasku ale czuć to też w jej zachowaniu. Jest jędrniejsza, lekko napięta, cienkie linie pod oczami praktycznie stają się niewidoczne, skóra stała się aksamitna, wręcz otulona 'woalem'. Wydaje mi się też, że ma dobroczynny wpływ na wszelkie zmiany skórne: czy to małe krostki na buzi czy wielki pryszcze: serum nie szczypie w takich przypadkach wręcz przeciwnie , odnoszę wrażenie, że je łagodzi, 'zabezpiecza', niweluje zaczerwienia - sprawia, że z dnia na dzień po prostu zapominasz, że miałaś kiedyś jakieś problemy z cerą. Nie podrażnia, nie szczypie, nie powoduje żadnych niespodzianek na buzi, perfekcyjnie prawda?;) 



Z całą pewnością serum może zastąpić krem na noc / dzień czy też krem pod paczadełko. Używając go na noc ja po prostu podtrzymuję efekty jakim nim uzyskałam. Lubię ten blask, człowiek nie potrzebuje makijażu, blask jest i czego chcieć więcej? Cera wygląda bardzo dobrze, zapewniam jej maksymalny komfort i jest po prostu pięknie! Rozświetla, łagodzi, może zastąpić inne produkty, jest wielofunkcyjne, rozprawia się z drobnymi liniami, niweluje zaczerwienia a przy tym daje skórze idealną dawkę nawilżenia - czy może być jeszcze lepiej?

To serum ma wszystko czego potrzebuje! Zamknięte w szklanej, ciemnej butelce z pipetą wygląda zwyczajnie i schludnie a kryje w sobie taki potencjał! I jak dla mnie właśnie opakowanie to taka mała wada: 
- ciemne szkło uniemożliwia podejrzenie ile nam tam serum zostało, chyba raz patrząc pod światło udało mi się zauważyć, że mam za sobą pół butelki ,
- pipeta nabiera bardzo dużo, praktycznie zapełnia się cała a mi zwyczajnie wystarczy jej połowa na buzię i tu muszę wspomnieć, że po każdym wstrząśnięciu butelki pipeta już jest napełniona.
I nie zapominajmy, że wszystko mamy w różowym kartoniku :D.
Nie jest to jakieś hiper przeszkadzające, teraz po tylu tygodniach już tego nie dostrzegam ale wiecie jak to jest na samym początku przygody z nowym produktem ;)



Nie pachnie (przynajmniej ja nie czuję zapachu), ma lekko 'mętną barwę', która w rzeczywistości okazuję się bezbarwną płynną cieczą. Serum może sprawiać wrażenie 'tłustego' jednak już po kilku sekundach na buzi zauważycie, że nie ma wspólnego z żadną tłustością, a nawet koło niej nasz produkt nie stał :D. Wchłania się błyskawicznie zostawiając cerę otuloną woalem, który w niczym nie przeszkadza: w dzień może uchodzić to za zdrowy mat! ;) Jednak musicie wiedzieć, że jeśli serum trafi w okolicę ust to możecie przez chwilę czuć gorzkawy smak (znika po kilku sekundach).

Producent mówi by stosować produkty z tej linii jako 28 - dniową kurację, lub jako produkt całoroczny. Przyznaję się bez bicia, używam go od 22 maja, kurację skończyłam, odstawiłam serum na 3 dni by sprawdzić czy efekty bez niego się utrzymują - a no utrzymują się ! Więc serum używam dalej i z rozpaczą stwierdzam, że mam mniej niż połowę butelki :O. Śmiem przypuszczać, że jedna taka buteleczka wystarczy na 2 miesiące stosowania (rano i wieczorem).

Z dumą przedstawiam Wam mój must have - kosmetyczne odkrycie, które mimo ciemnego opakowania okazało się strzałem w dziesiątkę i wpisuje się na listę produktów godnych polecenia. Genialny, fenomenalny i skuteczny produkt z naszego podwórka!

Produkty z tej gamy dostaniecie w wybranych aptekach ---> np. Gemini 30 ml / 62 zł.

P/s o nim tez poczytacie u:
Asia ---> klik
Kosmetyczny fronesis ---> klik

21:10

Czerwiec w zdjęciach :)

Czerwiec w zdjęciach :)
Czerwiec już za nami. Miesiąc na który kiedyś czekałam z utęsknieniem - koniec roku szkolnego, wakacje, plaża a może wyjazd na kolonię? Im starsza się robię tym bardziej z sentymentem spoglądam na czasy kiedy ostatni dzień tego miesiąca był dniem , w którym mogłam odetchnąć pełną piersią i powiedzieć 'uff, teraz odpoczynek'. Co prawda ten czerwiec nie uwieńczył się świadectwem szkolnym ale był równie ciekawy! I chyba pierwszy raz mam tu aż tyle zdjęć - chodźcie pooglądajcie i spójrzcie jak było pięknie przez 30 dni! ;)


Borówkowe love <3 Póki co to były pierwsze borówki w tym roku! A jakie pyszne ;). Tak szczerze to kupiłam je tylko do zdjęć pewnego peelingu (a niech będzie ładnie ;D) ale za 6 zł taka mała ilość? To czyste barbarzyństwo na tych straganach :D


Na początku miesiąca trochę zagrzmiało ale żadnej potężnej burzy nie było. Za to kila razy pojawiła się tęcza - ten widok chyba nigdy mi się nie znudzi ;)


Pierwszy grill w tym roku! Nie wiem ale taka kiełbasa zawsze smakuje lepiej, w ogóle nawet ketchup wtedy smakuje 'bardziej'. Mam nadzieję, że w lipcu pogoda dopisze bo chętnie znowu coś upieczemy (zwłaszcza chlebek! choć mam w planach upieczenie ananasa - ponoć świetnie smakuje z grilla!)


Zielone Świątki a to oznacza odpust i najlepsze cukierki w roku! ;) Rybki, malinki, anyżki czy pomarańczki? To smak mojego dzieciństwa i muszę stwierdzić, że z roku na rok z tego smaku nie zostaje nic. Szkoda bo to pewien symbol dla mnie ;) Ale za to pokochałam obwarzanki!


Jaś i Małgosia szukają domku ;). A swoją drogą są tak psotne, że mam wrażenie 'te koty są opętane' :D



Spacerowo <3 Jak nic pięknie zielono i tak kolorowo, marzy mi się sesja w takim plenerze oj marzy! :) Taka wiejska natura jest cudna ! Po prostu spokój i prostota ;). Bo czy te maki nie wyglądają śliczne? ;)Szkoda, że tak krótko je widać na polach / łąkach;(


W połowie miesiąca razem z K wybraliśmy się do kina na 'Mumię' - od razu mówię, że to nie jest nic a nic związane z 'Mumią' (tą w częściach). To jest inna historia i mi się podobała ;). Sama bohaterka (Mumia) robi wrażenie, choć w tym filmie jest wszystko - proszę tylko niech zrobią drugą część bo Cruise (gruz ;D) jako potwór może być interesujący ;D.



Cieszę się, że zza płotu mojego sąsiada na nasze podwórko przechodzi jaśmin - no bajka po prostu! Choć nie pachnie zbyt intensywnie (z tym definitywnie jest coś nie tak!) to wygląda przepięknie <3 Napatrzeć się nie mogłam więc wszystkie kwiaty po naszej stronie zerwałam (mina sąsiada - bezcenna! ;D).


Słowa są zbędne ♥ Jest przecież sezon na nie ;)



Moja mała wielka miłość chyba po mnie odziedziczyła też zamiłowanie do trampek. Co prawda ja różowych nie mam ale ona tak świetnie w tych swoich maleńkich wygląda, że zawsze wprawia mnie to w dobry humor ;). Poniżej jej ostatnio 'ulubiony' słonik , tak, tak jeszcze chwilę, jeszcze moment i będzie znowu inna 'ulubiona' zabawka ;D.


Był upał, były lody - wersja bakaliowa, niby zdrowe bo z bakaliami ;D. No ale nie będę się rozdrabniać raz na jakiś czas można zjeść coś słodkiego (u mnie to zawsze przypada w niedzielę) ;).




Zabraliśmy małą znowu do zoo i co? Największą atrakcją był dla niej plac zabaw (który ma też prawie koło domu), karuzele i wszystkie zjeżdżalnie niż zwierzęta czy figurki. Jak żyć? Więcej straciłam na jej rajdy karuzelami niż na siebie w tym miesiącu - ale to nic, to miał być prezent na 'dzień dziecka' ♥ Czyż nie jestem wspaniałą matką chrzestną? :D Aaa ale te pelikany są wielkie i to pudrowo różowe :D


To zdjęcie tak mi się podoba, że muszę Wam je pokazać - mamijny, ogrodowy agrest już zacieram łapki na niego bo póki co to kwaśny jak cholera i tą moją piękna mordkę to wykrzywia w diabli :D




Piwonie ♥ Najpiękniejsze choć mama ubolewa, że jej biała wyginęła ;O. To nic, ja nadal nie rozumiem dlaczego jak mnie mama przy nich widziała to się darła ' tylko spróbuj mi je zerwać a Ci nogi z dupy powyrywam' ... ja naprawdę nie wiem o co jej chodziło, przecież urwałam dwie zdjęć na bloga i dwie do wazonu ... :D 
Taki widok jak się stoi w kotku - prawie jak standardowa tapeta w Windowsie ;D


Ta pani miała swoje czwarte urodziny! O matko, nie wyobrażam sobie by jej nie było (choć czasem chcę ją wywalić za drzwi) to jednak moje szczęście i radość (szkoda, że teraz co drugie jej słowo to 'dlaczemu?'). Oczywiście urodziła się w dzień ojca więc wszystkiego naj mój parchu mały ♥ :D


I kto ma taką różę? No nikt a moja mama się jara jak nic bo taka bliźniacza róża z dwoma środkami jest rzadko spotykana, nawet nie wiecie jak pękała z dumy jak ją chwalono :D Oczywiście musiała się nią chwalić sąsiadom ;D


A na koniec tydzień temu znowu byliśmy w kinie ;D. Tym razem na Transformersach - okazuje się, że będą jeszcze dwie części ale to nic ja nadal kocham Bee i nadal go chcę <3 Tylko w tej części tak mało Optimusa ..;(. Poza tym dzięki temu wypadowi miałam okazję zobaczyć pana Kossakowskiego na żywo :D

Uff no i po czerwcu , a co tam u Was?:)
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger