21:30

'Czy istnieją idealne usta?'

'Czy istnieją idealne usta?'
Istnieją czy nie? Sama się w tym pogubiłam, no bo jak już dojdę do ładu ze swoim wyglądem, już siebie akceptuję i czuję się świetnie  to internet / gazety atakują mnie masą wyretuszowanych zdjęć i znowu człowiek popada w dołek. Sęk w tym, że kobiety zawsze będą widzieć w sobie masę rzeczy do poprawek, choćbym nie wiem jak bardzo będziesz siebie akceptować i kochać swój wygląd to zawsze,ZAWSZE znajdziesz rzecz, która Ci nie będzie odpowiadać i o ile jeszcze nas, rozumiem to nie rozumiem tego co się dalej dzieje, tego dlaczego na siłę starsze panie próbuję odjąć sobie lat czy tego gównianego trendu gdzie nastoletni chłopcy wykonują makijaże, no serio?


No serio? Albo to ja jestem dziwna albo cały ten świat idzie w złym kierunku. Ostatnio moja mama miała włączony jakiś ten głupi 'paradokument' (typu 'Szpital', 'Dlaczego ja' i inne bzdety) tam też padło hasło 'niby matki' do 'niby córki' cytuję 'żeby podobać się facetom trzeba w siebie inwestować, zrobiłyśmy już korektę uszu, nosa, mamy implanty piersi a to jeszcze nie koniec' . Momentalnie spojrzałam na siebie i no tak: gdzie mi do piękności :D. Jeśli tak się kreuje 'kanon piękna' to za przeproszeniem nie dziwię się, że obecne nastolatki to banda pustych lalek, które największy kłopot mają z doborem lakieru (by pasował do torebki) a w głowie huczy echo! To co dla kobiety powinno być normalne, dbanie o urodę i chęć podobania się facetom teraz jest obsesją, bądź jak Kardashian (ani o ładne ani to mądre, ale seks - taśmę nakręciła, hajs się zgadza a inni się nią inspirują), bądź jak Jenner (a kto to w ogóle jest??!) bądź jak ktoś, ale nie SOBĄ bo bycie sobą jest passe.

Załóżmy dostajesz 20 tys, na dowolną operację plastyczną - co robisz? Momentalnie w głowie jakiś cichy głosik mówi mi ' zrób nos, zrób nos przecież go nienawidzisz!' Ale z drugiej strony co mi to da jak go zrobię? Przecież to nadal ja, jedynie co dojdzie to, to że z profilu będzie lepiej wyglądał, kasa będzie wydana, a bólu nie zapomnę do końca życia! No i na co / po co mi to? Czy teraz mi jest  z nim źle? Czy mi w czymś przeszkadza? Nie! Do do jakiej cholery co druga laska poprawia nos/ oczy/ cycki? Nie dla efektu, nie dla siebie 'samej' czy z przyczyn medycznych ale z czystej próżności. Skoro ma kasę to może to zrobić! Silikon wręcz z niej wypływa: z ust, z cycków, a może jeszcze trochę w pośladki i mamy żywą dmuchaną lalkę (z naciskiem na dmuchaną ;D). Nie mam nic przeciwko operacjom plastycznym o ile są robione w dobrej wierze, i mają przesłanki medyczne do tego /lub gdy naprawdę człowiek ma taki problem że operacja plastyczna jest jedynym wyjściem ale do kurwy nędzy zrobienie cycków w obecnych czasach to po prostu sukces, wyznacznik tego, że ma się hajs (bo o posiadaniu mózgu bym polemizowała).


Ale to nie jest najstraszniejsze, przeraża mnie fakt, że zatarła się granica co wypada 'dziewczynkom' a co wypada 'chłopcom'. Bo mi się wydaje, że chłopcom nie wypada robić makijażu na SOBIE, po prostu nie. Rozumiem makijażystów, którzy profesjonalnie się tym zajmują ale do cholery jak można 10 latkowi dać pędzle i niech się maluje? 10 letni chłopiec powinien grać na boisku z kolegami w piłkę, dziewczynka w tym wieku powinna grać w gumę a nie kurwa robić makijaże jakby nigdy nic z czego matka jest dumna. Dumna bo synek się maluje? Co ona ma w głowie? Siano, echo? Jak matka na takie coś pozwala? Dzieci muszą mieć dzieciństwo, chłopcy mają swoje 'zabawki'(bo nikt mi nie powie, że oni robią to dobrowolnie!) a nie! To nie jest piękne czy urocze, to jest obrzydliwe i jak tak dalej pójdzie to w pewnym momencie kobiety zostaną pozbawione nawet tego, pozbawione sztuki makijażu, bo puste idiotki, matki od siedmiu boleści będą na siłę wpajać swoim synkom, że makijaż w takim wydaniu i oni mogę nosić! No jak bym taką dorwała to bym nogi z dupy wyrwała! :D

I nie, nie biorę tych tysięcy i nie idę na operację plastyczną. 15 lat temu ten świat wyglądał inaczej: gdy szłam do komunii, to mama robiła mi koka i tyle było z mojego wspaniałego wyglądu, wszystko robiła mama, nie jak teraz te 'matki' zabierają dziewczynki do solarium, na hybrydy czy jeszcze inne dziwy. To jest chore i przykre.

Gdzieś to poszło za daleko, ten świat zapędził się a niektórzy ślepo za nim podążają. Dzieci tracą swoje dzieciństwo i niewinność, 10 latek może stać się guru makijażowym a już 8 latki idą do solarium 'na wielkie wyjście'. Co się z ludźmi stało? Nie mam pojęcia. ale nie wyobrażam sobie by mój syn jako dziecko zamiast grać w piłkę, robił sobie makijaż. 



Nie potrzebuję operacji bo nie chce być kimś innym, lubię siebie i nie chce nic poprawiać . Chcę się zestarzeć z godnością, z siwymi włosami, które pokocham, ze zmarszczkami, które będą coś znaczyć, chce by moje dzieci miały normalne dzieciństwo, by wiedziały, że bycie sobą nie jest złe a one mają już to co najlepsze.

Bo możesz zrobić sobie setki operacji ale to nie zmieni Twojego charakteru, możesz za nimi się skryć ale nadal będziesz tą samą osobą, może z lepszym cyckiem, olbrzymimi ustami, może to podniesie twój poziom samooceny ale proszę Cię, nie oszukujmy się - nigdy nie będziesz wystarczająca dobra dla siebie / nigdy siebie nie zaakceptujesz bo Twój obraz 'piękna' będzie już inny a gonienie na ślepo za tym nigdy nie przynosi nic dobrego.

Więc jak? Bierzesz te 20 ty i idziesz zrobić sobie operację?


*Post powstał z inicjatywy Rabble (a co ja Wam będę tu ukrywać) ;) i tu też odsyłam Was po kody rabatowe do Douglasa ---> klik

22:48

Kosmetyczne fenomeny, które mnie nie kupują cz. 4

Kosmetyczne fenomeny, które mnie nie kupują cz. 4
Tadam! Na samą myśl o tej serii cieszę się jak małe dziecko - wierzcie mi lub nie ale nie ma nic wspanialszego niż wybór produktów tych nie mówiących do mnie ;D. Ja po prostu z rozkoszy, że znowu coś tu obsmaruje zacieram rączki, mam chytry uśmiech  jak Gargamel i jest jeden wielki zaciesz ;D. Czekałam na to <3 Chociaż w ubiegłym miesiącu nie udało mi się sensownie skleić jednego zdania w tej serii to dziś, ze zdwojoną siłą 'dumnie' prezentują się cztery produkty! :D No, ale sumiennie proszę nie bijcie mnie bo mi się dzieci będą jąkać czy coś innego jeszcze :D I jak to mówi moje blond gluto ' osiem, dziewięć, osiem , dziewięć START!' ;D

1. Golden Rose Longstay Liquid Matte Lipstick 10


Po pierwsze ja ogólnie nie lubię matów od Golden Rose ponieważ moje usta ich nie tolerują momentalnie suche na wiór, szczypanie i takie tam więc w tą kategorię produktów tejże marki nie spoglądam ale do jasnej cholery po co / na co komu trupia pomadka? W ogóle jak dla mnie trupie pomadki to jakiś poroniony pomysł - no dobra może jakiemuś procentowi populacji on pasuje (powiedzmy, że tych ludzi jest 30 %) ale no po jaki czort takie coś tworzyć? Ani to twarzowe, ani piękne, ani do czego to połączyć? Do czerwonej sukienki i kremowych szpilek? Eeee nie! Do moich rudych włosów, piegów i jasnej karnacji żebym wyszła na idiotkę, która właśnie co chyba wyszła z burdelu - dosłownie, dla mnie ten kolor jest trupi, trupi jak dupa i u mnie by wygląda jakbym co najmniej 3 dni leżała w wodzie, z kamieniem u szyi. Nie rozumiem idei tego produktu: ani niebieskich pomadek ani czarnych ani innych takich dziwacznych odcieni ale no że trupi kolor? Ktoś miał zamiłowanie do kostnicy, trupów czy czegoś innego? Bo ja na widok trupich ust mam odruch wymiotny i sorry ale co z tego, że jest tak popularny skoro tylko wybrana część populacji można go nosić a zazwyczaj noszą go laski, które myślą że są top a tak naprawdę wyglądają jak pół dupy zza krzaka ;/

Stoiska GR, 20 zł

2. Tangle Teezer


Kultowa szczotka była w moich łapkach kilka miesięcy temu ... i wylądowała w któryś śmieciach. Już wtedy powiedziałam, że jest przereklamowana i do teraz podtrzymuję to zdanie. Owszem: jest masa kolorów/ wzorów do wyboru, jest poręczna i można ją ze sobą wszędzie zabrać ale u mnie się nie sprawdziła. Przez wiele miesięcy (ponad rok) dawałam jej szansę i efekt zawsze był marny: ona mi wręcz wyrywała włosy, uwierzcie mi ja płakałam, naprawdę płakałam jak widziałam ten tabun kudłów na niej! A tak nie powinno być - z początku myślałam, że może mam jakieś osłabione czy coś ale nie, nie, zmieniałam szczotki, włosy nie leciały i było ok, wracałam do niej i znowu ryk! No way! Później jak już ją wyrzuciłam gadałam z fryzjerką i mi powiedziała, że TT jest fajne ale niekoniecznie do naturalnych loków, w tym przypadku może zrobić więcej szkody niż pożytku! Dlatego jako posiadaczka rudego  łba z lokami odradzam TT - ja myślałam, że na dniach wyłysieję!
Co prawda na 1 czerwca moje blond gluto dostanie Tt w wersji Frozen ale ona ma włosy proste jak drut i mam nadzieję, że jej kudełki będą bezpieczne;)

Mintishop, Cocolita itp. od 20 zł - 60 zł

3.  Urban Decay Electric


Rozumiem, sylwester szaleństwo z kolorami, rozumiem kolorowe pigmenty i naprawdę podziwiam makijaże z użyciem takich kolorów no ale jak  można stworzyć jedną paletą, która razi po paczdełkach? Nie powiem, ma swój urok no ale po co przeciętnej Kowalskiej, która pracuje w warzywniaku na kasie paleta z żółty cieniem? Dla integracji z cytrynami czy co? Rozumie, że dla makijażystek i artystek ale dla normalnej kobiety, która nie eksperymentuje z takimi kolorami na paczadełku to już chyba nie . I mówcie co chcecie ale ja jakoś nie jestem zwolenniczką palet UD, są piękne no ale .. nie dla mnie. Miałam kiedyś silne parcie na nie, ale szybko mi przeszło teraz tylko oglądam i oo dochodzę do wniosku, że marka tworzy ale chyba sama nie wie po co? By zabłysnąć? Zszokować? No bo ile zwyczajnych kobiet, kupi taką energetyczną paletę? Ile? Jak dla mnie takie palety powinny być w edycji limitowanej, na lato, bo artystki na bank zrobią z nią cuda ale taka ja .. a weź ta idźta ;D

Sklep Urban Decay, 250 zł

4. Dior Pure Poison


Powiem Wam ... śmierdziel! Ja nie rozumiem jego fenomenu (choć buteleczki ma śliczne!) ale ja tak mam, im coś jest popularne, im ma większe wzięcie i jest zachwalane to u mnie kij o dupę roztrzaskaj nie sprawdzi się!! Na mnie Poison jest duszący, ble, blee ja mam ochotę wtedy zmyć z siebie skórę, na szczęście (ale nie na szczęście perfumoholika) mnie się trzyma do 3 godzin a to jest mało, maleńko ... Ja naprawdę chciałam go polubić ale się nie da ;( Zresztą ostatnio jak byłam w Sephorza , pewna matka z córką stojąc przed półeczkami z zapachami powiedziała (wskazując na Poison) 'one nie, popsuły się' także ten tyle w temacie ;D

Sephora; 30 m; / 325 zł; 50 ml / 455 zł; 100 ml/ 635 zł

21:53

Wybierz i wygraj jeden z dwóch dermokosmetyków od Liqpharm!

Wybierz i wygraj jeden z dwóch dermokosmetyków od Liqpharm!
Uwielbiam się z Wami dzielić wspaniałymi produktami! ♥
Dlatego gdy w końcu w moje łapki wpadł jeden z najbardziej zachwalanych produktów minionego roku to od razu pomyślałam o Was! Skoro ja mam szansę na poznanie czegoś tak świetnego to chcę i staram się robić wszystko by i Was spotykały same takie dobre smaczki do przetestowania ;) Dlatego dzięki uprzejmości pana Wojciecha dziś mogę obdarować dwie z Was tym świetnym produktem! Jakim? Same zobaczcie co ja tam mam dla Was ;D



Liqpharm to młoda, polska firma kosmetyczna założona w 2014 roku. Dzięki przyjęciu farmaceutycznych standardów, na rynek apteczny trafiają produkty, których głównymi założeniami są wysokie stężenia substancji aktywnych, przemyślane składy i naukowe podejście do receptury. Wykorzystanie dostępnej wiedzy dermatologicznej i farmaceutycznej pozwoliło na uzyskanie, efektywnej w działaniu przeciwstarzeniowym, gamy dermokosmetyków LIQC.

Tak - dobrze myślicie mam dla Was dziś dwa sera, które wybrałam osobiście ;). O tym jakie wybrałam możecie poczytać poniżej więc zachęcam do wypełnienia formularz i przeczytania regulaminu ;)

1. LIQ CC Serum Rich 15 % Vitamin C Boost (bogate serum rozświetlające z witaminą C): dedykowanej cerze suchej, dla skóry dojrzałej i młodej. Co robi?  Pobudza syntezę kolagenu, zapewnia ochronę antyoksydacyjną, działa w programie przeciwzmarszczkowym, redukującym przebarwienia oraz w programie 'komfort i blask' (więcej tu)



2. LIQ CG Serum Night Glycolic Peel (serum wygładzające na noc - peeling): dedykowane dla każdego rodzaju cery zarówno dla skóry młodej jak i dojrzałej. Co robi? Przyśpiesza odnowę komórkową, pobudza syntezę kolagenu, działa w programie głębokiego złuszczania, redukującego przebarwienia oraz w programie redukującym blizny i niedoskonałości (więcej tu)


Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu ;) Co trzeba zrobić?

Takim obowiązkowym warunkiem jest obserwacja mojego profilu tu jak i profili marki na Facebooku ---> Liqpharm oraz LIQ C Dermocosmetics no i oczywiście wybranie sobie nagrody ;)




Regulamin:
1. Konkurs odbywa się na blogu jak i Instagramowym koncie rupieciarnia_drobiazgow.
2. Wśród wszystkich zgłoszeń na każdym z kont wybiorę jedną osobę, która otrzyma wybrany przez siebie produkt.
3. Konkurs trwa od 22.05 - 01.06 . Wyniki pojawiają się do 5 dni od jego zakończenia w jednym z najnowszych wpisów.
4. Można zgłaszać się tu jak i na Instagramie.
5. Żeby zgłoszenie było ważne należy polubić oba profile sponsora nagrody.
6. Nagrody wysyłam na swój koszt, na terenie PL.
7. Zabawa nie podlega pod gry hazardowe.

Jeśli ktoś chce podwoić swoją szansę to hop siup na Instagrama :)

Powodzenia! ;)

22:35

Blogi, które czytam #13

Blogi, które czytam #13
Uwierzycie mi jak powiem Wam jaką mam wenę do napisania tego posta? A no taką jak stąd do Chin przez Izrael i lekko zahaczając o Afganistan ;D. Nie no, żartuję w ogóle nie chce mi się pisać ale przyrzekłam sobie, że choćby waliło się i paliło, na łeb spadał mi tynk a nogi podgryzały szczury to będę uparcie trzymacie się zaplanowanych postów i tego posta napiszę! A więc tak siedzę i piszę, sklejam literki i próbuję trafnie przedstawić Wam dzisiejszych bohaterów. Skoro jestem dziś zgryźliwa, moja ekscytacja w czymkolwiek dobiła dziś stopnia na minusie to mam cichą nadzieję, że chociaż autorzy dzisiejszych blogów, które polecam sprawią Wam ogrom radości podczas odkrywania ich twórczości bo uwaga jest tam wspaniale! ;)

1. Lili Natura




Kiedy ponad 2 lata temu trafiłam na tego bloga nie sądziłam, że pochłonie mnie bez reszty! To miejsce jest wyjątkowe, niepowtarzalne i takiego drugiego nie znajdziecie. Co je wyróżnia?A no to, że autorka wydała swoją książkę, prowadzi warsztaty ... i na blogu dzieli się każdym swoim przepisem na naturalny kosmetyk. Zawsze jestem pod wrażeniem tego jak to wszystko wygląda, czasem to robi lepsze wrażenie niż jakiś kosmetyk luksusowy. To co pokazuje Ada to czysta finezja albo poezja. Niewątpliwie ma talent i dar do tworzenie takich cudowności i to samo pokazuje na Lili Natura. Ona po prostu wręcz czaruje: czaruje umiejętnością pisania, pokazywaną treścią, czaruje każdym elementem tego co stworzy i wabi, wabi aby spróbować swoich sił i stworzyć coś samemu, inspiruje i każe iść dalej a przede wszystkim (mi osobiście) pokazuje, że kosmetyka to wcale nie jest trudna rzecz bo dzięki jej poradom czy przekazywanej formie wiem, że sama mogę stworzyć kosmetyczne cudo. Poza tym widać u niej miłość do sztuki naturalnej i to jest piękne, czysta pasja <3

2. Agowe Petitki


Czy jest tu ktoś kto jej nie zna? Dla mnie to pani perfekcyjna w każdym calu albo stylu (jak kto woli). Bo ona nie tylko pisze o kosmetykach tych z wysokiej półki jak i tych z drogerii ale u siebie daje poryw pięknym stylizacją. Ok, nie zawsze jest coś mi się podoba ale muszę przyznać, że Aga ma wyczucie stylu i klasę i wdzięk i swoisty urok i nawet mała czarna na niej wygląda fenomenalnie, tak samo jak jeans czy pewnie zwykła biała koszulka. Umiejętnie łączy na blogu styl z tematyką kosmetyczną. Pod wrażeniem można być też jej urody i makijażu które tworzy - czy to też są makijaże tematyczne (np. lata 20 ste) czy też test nowości zawsze wychodzi jej to idealnie (Matko! chciałabym sama tak umieć ;D). Jest przejrzyście, czysto i spójnie, nie ma zbędnego gadania a każda jej czytelniczka miło może sobie z nią pogawędzić - bo to po prostu równa babka, nie dość, że piękna i z klasą, to ma dwie urocze kluski, które w mig podbiją Wasze serducha, nic tylko schrupać a właścicielkę podziwiać za kawał tak dobrej roboty.

3. Joanna bloguje



Już nie pamiętam jak to się stało, że trafiłam na bloga Asi, pamiętam tylko, że zawsze ona sama wydawała mi się osobą 'powściągliwą'. Gdy zaczęłam zgłębiać zakamarki jej bloga zostałam mile zaskoczona. Asia to po prostu babka silnie stąpająca po ziemi , z ogromnym talentem i jeszcze większą pasją. Jeśli dobrze się orientuje jest ona makijażystą marki Estee Lauder albo w Douglasie (mam nadzieję, że dobrze kojarzę ) i to jak dla mnie pokazuje jak bardzo musi być utalentowaną, upartą i bardzo cierpliwą osobą. Cenię ją za to, że chociaż nie pojawia się ostatnio na blogu zbyt często to prezentowana treść jest konkretna, zwięzła i po prostu taka 'czysta' bez większych zawijasów/ upiększeń. Bo wiecie wydaje mi się, że ona lubi mieć kontrolę nad tym co robi i to pokazuje na blogu: pisze przemyślanie i z pewną sobie dozą powściągliwości, która tylko nadaje jej tajemniczości. Nie ma co się rozdrabiać: jest fachowo, z wszystkimi informacjami, konkretnie a przede wszystkim Asia może być uznana za równą 'kumpelę' taką wiecie z własnego podwórka, po prostu 'równiacha'.

4. Zapachnidło



Jako, iż nie mam weny to na samym końcu ( nie mam siły dziś na całą piątkę) mam dla Was świeżaka! I to jakiego - z górnej półki! Zapachnidło to miejsce cudowne, z klimatycznym zdjęciami, genialną autorką tekstów jak i czymś co kocham - zapachami ♥ Cieszy mnie fakt, że powstają takie miejsca: doskonale, perfekcyjne i dopracowane. stworzone z miłości do świata zapachów co ewidentnie widać! Kocham jej styl, nietuzinkowe podejście do fotografii i to 'coś', coś co powoduje że z utęsknieniem czekam na kolejną perfumeryjną przygodę! To miejsce jest przepełnione pasją do zapachu, widać w nim rękę kobiety wiedzącej co pisze jak i kobiety, która potrafi stworzyć coś tak kosmicznie dobrego!

No to tyle, miłego czytania a ja lecę spaćku, buziaki! :*

23:06

Organique balsam z masłem shea czarna orchidea

Organique balsam z masłem shea czarna orchidea
Zapowiedzi o tej serii rozgrzały fanki tego mazidła. Nie da się ukryć, że nim nowa linia zapachowa trafiła na półki marki Organique  już było wiadomo jedno: to będzie cudowny aromat. Czarna orchidea czyli nowy rytuał pielęgnacyjny, który dostępny jest jakoś od początku roku błyskawicznie zaskarbił sobie przychylność kobiet. Głównym jego atutem (podobno) jest niesamowicie seksowny i uwodzicielski zapach . Uwierzcie mi, kiedy ja dostałam ten balsam byłam wniebowzięta: do dziś czytam (w większej mierze) same ochy i achy o nim i naprawdę bardzo, ale to bardzo liczyłam na to, że ja w końcu nie będę marudzić i poprę każdą opinię wydaną na jego temat. Niestety między nami nie zaiskrzyło tak mocno, grom nie walił się z jasnego nieba, nie, nie jest źle ale razem z nową nutą zapachową zmieniło się też kilka elementów tego balsamu i z czystym sumieniem mogą teraz powiedzieć... znaczy się mogę trochę marudzić ;D


Porównanie mam i nie będę ukrywać, że znajdziecie tu odniesienie do poprzedniej wersji, którą miałam (balsam z masłem shea mango), zresztą tego chyba nie uniknę ;). Black orchid zdecydowanie przypadnie większości kobiet do gustu jednak ja jak zwykle jestem inna i mi w nim coś po prostu nie gra :D. Nowy zapach, nowa formuła, która była dla mnie ogromny zaskoczeniem! ;)

W kwestii działania nie mam mu nic do zarzucenia - jest identycznie jak w przypadku wersji mango:

  • odżywia - w końcu mamy tu shea na pierwszym miejscu w składzie, to odżywienie czuć i naprawdę skóra (na swój sposób) Ci za to dziękuję,
  • regeneruje - oj tak, jak w przypadku wersji mango, idealny po depilacji, na suchą / szorstką skórą istny kompres,
  • nawilża - nie będę pisać poematów bo nawilża bajecznie i długotrwale, czuć to na skórze następnego dnia,
  • natłuszcza - a to zasługa wszystkich olejków, które wręcz czuć podczas nakładania balsamu,
  • delikatny, nie podrażnia i nie uczula.
Jeśli któraś z Was zajrzała do poprzedniego wpisu to zauważyła, że działanie ma jednakowe, wydajność ma też niesamowitą więc do czego do jasnej cholery ja się czepiam?

BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), CERA ALBA (BEESWAX), CETEARYL ALCOHOL, GLYCINE SOJA (SOYBEAN) OIL, PERSEA GRATISSIMA (AVOCADO) OIL, VITIS VINIFERA (GRAPE) SEED OIL, PARFUM, TOCOPHEROL (MIXED), BETA-SITOSTEROL, SQUALENE, APLHA-ISOMETHYL IONONE, BENZYL SALICYLATE, CINNAMYL ALCOHOL, CITRONELLOL, COUMARIN, GERANIOL, HYDROXYCITRONELLAL, LIMONENE, LINALOOL.



Czego się czepiam? Nowej formuły... I choć to zabrzmi dziwnie  to jednak tęsknie za tymi grudkami z wersji mango ;(. Nie mówię, bo w owocowym rytuale musiałam wypracować sobie plan działania z nim - kiedy jednak to nastąpiło było wielkie wow i same zachwyty! Tu jednak nie ma grudek w konsystencji i ja po prostu nie umiem się przekonać do niej ...
Konsystencja jest twarda, zbita i musicie uwierzyć mi na słowo, że ja na samym początku balsam wybieram łyżeczką! Nie dało rady paluchami, prędzej połamiesz sobie paznokcie niż się do niego dobierzesz ;/. Wydaje mi się też, że wersja mango mimo grudek w konsystencji była bardziej 'elastyczna', bardziej przyjazna i 'gotowa do pracy'. Nie powiem, ta formuła nie jest szczytem marzeń, osobiście brakuje mi grudek (dziwne nie? :D) ale jakoś od połowy opakowania z balsamem pracuje się lepiej, jest jakby 'luźniejsza' i łatwa w operowaniu,

Choć jedno mnie martwi, ten balsam, ta wersja nie nadaje się do nakładania po kąpieli (przynajmniej u mnie) bo ... się zbiera w jedną grudkę na skórze i nijak nie da się jej rozsmarować, tak jakby wszystko zlewało się w jedno miejsce :O, poza tym nic nie mam mu więcej do zarzucenia :P

Opakowania nie muszę komentować, w końcu to Organique ;D, Napomknę tylko, że podczas upadku wieczko mi się wygięło w drugą stronę a co! Mam tę moc przecież ;D



Kulminacyjny punkt tej recenzji to kwestia zapachu :D. Tu pragnę wspomnieć, że zapach to zawsze kwestia indywidualna ale ja od momentu odkrycia w sobie zamiłowania do świata perfumiarstwa stałam się kompletnym odmieńcem w tej kwestii i po części nie podzielę zachwytów nad nim, dlaczego? A no, bo się naczytałam jaki to on jest, wszystko mi opadło z wrażenia i zaczęłam się zastanawiać czy ja naprawdę mam ten sam balsam co inni? Czy mój nos mnie po prosty zwiódł na manowce?

Po pierwsze fakt oczywisty zapach jest ultra lekki , kobiecy i delikatnie zmysłowy: podkreślę Wam te wyrazy bo to akurat jest ważne, nie jest on nachalny, ani nurtujący, po prostu 'jest'. Lekko perfumeryjny, słodko - kwiatowy i z tym się zgodzę.
Po drugie nie wierzcie w słowa 'intensywny i zastąpi perfumy' bo:
a) albo ten ktoś ma coś ze swoim nosem nie tak,
b) wysmarował całe opakowanie na jedną partię ciała,
c) nie miał styczności z dobrymi perfumami.

Zapach znika po 1,5 h i nie ma, nie czuć i choćbym chciała, skupiła się na nim nie czuję już go nic a nic. I to jest dla mnie ogromny minus bo wersja mango ta miała moc: pachniała nią piżamka, koc, pościel i to przez kilkanaście dni od jego aplikacji na ciele - w tym przypadku zapach jest ładny, stworzony dla kobiety z myślą o kobiecie, ale tak naprawdę nie jest intensywny i obezwładniający (jak powiadają - i tu poległ kompletnie bo mango to mango).



Nie jest zły, ale czegoś mu brakuje, Jeśli wrócę do tych balsamów to do wersji z mango, która jest najlepsza, a sam jej zapach jest trwały jak diabli. Tu jest dobrze, rozumiem zachwyty nad nim jednak tak do końca ich nie popieram ;). Najlepiej samemu wypróbować , a wiem, że są osoby które nie przepadają za takimi konsystencjami ;).

Dostaniecie go w sklepie Organique ---> klik, w cenie 37.90 zł / 100 ml; 66.90 zł / 200 ml

P.s dziewczyny też o nim wspominały:

Ania ---> klik
Aga ---> klik

23:31

Podziel się z innymi czyli o wartości podlinkowywania w sieci!

Podziel się z innymi czyli o wartości podlinkowywania w sieci!
Blogosfera to nie jest złe miejsce, owszem jak każda strefa w życiu ma swoje plusy i minusy - skoro bardzo często pisze o jej minusach (na Wasze życzenie) to przyszedł czas na napisanie kilku słów o tym pozytywnym jej aspekcie. A nie ma nic pozytywniejszego w blogosferze niż dzielnie się z innymi poprzez ... podlinkowywanie! I uwierzcie mi - warto wstawiać linki do miejsc / ludzi / artykułów bo to nie tylko radocha dla Ciebie ale też dla innych, dlaczego?

Każdej z nas jest miło gdy ktoś / coś o nas wspomni czy to na blogu czy FB/ IG - siedzimy i uśmiechamy się od ucha do ucha bo ktoś nas docenił / wyróżnił. Nie będę ukrywać, kiedy któraś z koleżanek 'po fachu' wspomina o moim miejscu to jest mi naprawdę miło i wręcz czuję, że urosłam o co najmniej 10 cm! To daje Ci skrzydeł, motywuje i jest najlepszą nagrodą za to co robisz! Więc dlaczego nie podlinkowywać na stałe?


Chociaż na blogu pokazuje Wam częściowo blogi, które czytam to jednak czuję, że to mało. Blogosfera jest tak szeroka, że wiele rzeczy nam umyka a wielka szkoda bo przez tą mnogość tracimy kilka ciekawych rzeczy. Sama czuję, że polecanie blogów to mało bo co z tego skoro raz poleciłam Wam kogoś? Co z innymi o których jeszcze nie mówiłam? A no to własnie, że linkuję często / gęsto przy okazji wpisów . Od kilku miesięcy przy niektórych recenzjach zostawiam Wam na samym końcu odnośniki do innych recenzji, dlaczego? 

- bo warto wiedzieć więcej nie tylko z jednego źródła.
- to, że u mnie się nie sprawdziło nie znaczy, że u innych też więc miło wrzucić recenzję porównawczą,
- nie dość, że polecam konkretny wpis to przy okazji można zwiedzić bloga ;D.


Ktoś może mi powiedzieć, że 'sama robisz sobie robotę szukając konkretnej recenzji' otóż nic mylnego! Mam dobrą pamięć więc szybko znajduję to czego szukam a zostawiając Wam na końcu 2 - 4 linki pozwalam Wam oszczędzić czas na szukanie podobnego wpisu. Chociaż nie zawsze znajdziecie linki to staram się je zamieszczać coraz częściej ;).

Ale nie tylko warto linkować do koleżanek 'po fachu'. Pewnie część z Was kojarzy tego gostka, który wypisuje wiadomość o umieszczenie linka bo on tam coś ma wspólnego z medycyną? Nie wiem czy ja umieściłam czy go spławiłam za pierwszym razem ale wiem jedno: stawka wzrosła ;D. Nie da się ukryć, że takie podlinkowywanie 'do kogoś' zwłaszcza firmy czy konkretnej wiadomość (na życzenie) jest po prostu w cenie. I to nie jest nic złego! Wiem, że jeszcze gdzieś są osoby potępiające zarabianie na blogu ale żyjemy w XXI wieku - żeby się wybić to trzeba się cenić (tylko proszę wtedy pamiętać też o swoich wartościach!). I naprawdę to nie jest nic złego, że podlinkujesz do firmy bo dostaniesz coś w zamian/ bo Ci zapłacą! Po pierwsze jeśli firma sama się zgłosiła do Ciebie to wiedz, że Twój blog ma jakąś tam renomę (bo byle czego nie wezmą przecież), po drugie jest Ci po prostu i zwyczajnie miło - jednak pamiętaj nie bierz wszystkiego jak leci. Nie pisz o ketchupie między pudrem a szminką, że tak powiem.
Od razu się przyznaję, że kiedy ponad tydzień temu napisała do mnie pewna marka/ firma nie zgodziłam się, były rozmowy, konsultacje aż w końcu stwierdziłam ' a czemu nie? Skoro i tak pisze takiego posta to mogę napisać też to jedno zdanie dla nich, prawda?'. A więc piszę a raczej polecam Wam profesjonalny salon kosmetyczny Healthy Beauty ---> klik.

 Profesjonalny salon kosmetyczny Healthy Beauty

Czy mnie to bolało? A skądże znowu! Cieszy mnie to, że ktoś w ogóle brał mojego bloga pod uwagę  ;). Wbrew pozorom ciężko jest 'promować' innych ale jak już raz kogoś polecisz to idzie Ci to z górki ;)
Ale nie musisz zasypywać bloga linkami, może dzielić się nimi na Facebooku czy Instagramie! To naprawdę fajna rzecz bo:

a) dzielisz się z innymi tym co oni mogą przeoczyć,
b) sprawiasz komuś radość,
c) świadczy to o Tobie, o tym, że nie żal Ci kogoś polecić/ polecić dany artykuł i uważasz, że akurat warto to przeczytać czy też poznać opinię tej drugiej osoby,
c) karma wraca - polecaj a nóż widelec ktoś poleci Ciebie!

Co prawda mi nie chodzi oto by ktoś mnie polecał, ja po prostu lubię Wam pokazywać inne linki - czy to tu czy na blogowym FB. Kiedy Malwina prosiła o wsparcie nie wahałam się. A może niby miałam odmówić bo to nie wpisuje się, że moje blogowe klimaty? No way! Malwinę znam bardzo dobrze (to siostra mojego K :)) więc dla mnie to była czysta przyjemność (bo byle czego Wam nie pokażę :P). Wspieranie innych i tych starych wyjadaczy czy też młodych podlotków jest świetną sprawą więc róbmy to! Nie tylko podczas blogowych akcji gdzie przewijają się te same dziewczyny (mam nadzieję, że młode blogaski też będą brane pod uwagę) chociaż nie, chwała za to, że takie akcje pełne wsparcia są robione!

Wspierajmy się wzajemnie, linkujmy do innych i dzielmy się światem bo to akurat nie boli a daje Ci i tej drugiej osobie masę radości i masę jeszcze większej wiary w to co robi / robisz! Bo schemat jest prosty:
Ty polecasz ---> ktoś poleci Ciebie ---> idziesz w świat ---> ktoś Cię zauważy 

Na koniec nie będzie linku ale będą słowa Kasi spod post gdzie polecałam jej blog:

'Bardzo ale to bardzo wielką przyjemność mi sprawiłaś swoim rankingiem. I tym, że jestem. Że zostałam doceniona. Tak bardzo mi tego potrzeba, motywacji i świadomości, że jeszcze ludzie te moje wypociny czytają.' 

Myślę, że to największa nagroda dla mnie, ale jeszcze większa dla każdego kto został kiedyś przez kogoś polecony bo cóż może być bardziej budującego dla bloggera i autora? ;)

00:16

Guerlain La Petite Robe Noire

Guerlain La Petite Robe Noire
Jest taka jedna sukienka w Twojej kolekcji: piękna, zwiewna, kusząca a z drugiej strony czujesz się w niej nieśmiało. Kochasz ją za to, że pasuje na każde wyjście: wielkie i małe. Kochasz ją bo jest jedyna w swoim rodzaju: pamiątka po mamie, kupiona za pierwsze pieniądze, otrzymana od Twojej pierwszej miłości. Jest dla Ciebie pewną formą sentymentu: czasem wiesz, że czas na to by ją zapakować i schować na dno szafy, a czasem po prostu ubierasz ją na nagie ciało i tańcujesz przed lustrem czując się wolna, spełniona. Czujesz jak 'coś' Cię uskrzydla, dotykając materiału przypominasz sobie ile chwil pamięta, ile razy płakałaś, rozbierałaś się w pośpiechu i ile razy wybierałaś ją a on Cię nie zawiodła. Ta jedna sukienka: mała czarna, niby zwyczajna, niby prosta jest dla Ciebie cenniejsza niż złoto, jest Twoim świadkiem, powiernikiem, przyjaciółka i jest .. Tobą.


Mała czarna pamięta kiedy nieśmiało szłaś przez park na swoją pierwszą 'poważną' randkę. Pamięta jak nerwowo skubałaś jej skrawki i jak bardzo denerwowałaś się przed swoim pierwszym pocałunkiem. Ubrałaś ją nie po to by zrobić wrażenie ale po to by czuć się pewnie i swobodnie. Wiedziałaś, że ona to najlepszy wybór do znoszonych już tenisówek. Była / jest najlepszą opcją kiedy po prostu 'nie masz się w co ubrać a musisz zrobić wrażenie'. Wyzwala w Tobie ogromne pokłady czułości a zarazem pozwala Ci oddychać pełną piersią. Na dalszy plan schodzi wybór butów: tenisówki czy szpilki? A może espadryle i delikatny kapelusik do tego? Złota biżuteria czy srebrna? Brać ten szal do niej czy nie? Nie ważne, ona i tak gra główną rolę, ona i tak będzie przyciągać wzrok nawet jak masz ją w swoje szafie xx lat! ;)

Pierwszy fantazyjny zabieg to połączenie czarnej wiśni z migdałami, czerwonymi owocami i bergamotką.
Następne wielkie wejście: róża. Jako ostatnia ukazuje się fasola tonka, uwodzicielsko migdałowa, podkreślona palonym aromatem czarnej herbaty.




To było szybkie i jak widać na całe życie. Ten moment kiedy zobaczyłaś ją po raz pierwszy, ta chwila która zmieniła wszystko. Wystarczyło jedno spojrzenie i wiedziałaś 'to ona, ta moja wymarzona, jedyna i niepowtarzalna, ta na całe życie' i tak właśnie jest z zapachem La Petite Robe Noire - go się kocha na całe życie albo zwyczajnie się omija i szuka tej 'wymarzonej' sukienki.

Guerlain La Petite Robe Noire często jest określany mianem 'wiśniowego kompotu' i powiem Wam, że ja tego nie czuję, nie czuję nic 'kompotowego'.
LPRN otwiera się pięknie: z jednej strony świdruje, hiponotyzuje z drugiej zaś ma pewną nutę delikatności, która przeplata się z tym ostrym akordem. Gdzieś tam jest namacalna nuta 'czerni' - jest intrygująco, inaczej i tak jakby aksamitnie. Bardzo mocno wybija się wiśnia, nie jest przesłodzona wręcz przeciwnie zawiera w sobie nutę pewnej kwaskowatości. Jest taka jak moje owoce z obrazka: ciemna, wręcz czarna, ogromna ale w środku skrywa miąższ z delikatnym sokiem i lekko słodką zawartością. Ta wiśnia jest obecna, wręcz wszechobecna i zniewala i to jest główna przyczyna tego, że albo tą sukienkę pokochasz albo znienawidzisz.
Cały zapach ma w sobie nutę skrytości. Niby czujesz tą wiśnię obecną przez cały czas, jednak tam gdzieś nieśmiało wychodzą na powierzchnię pokłady wrażliwości.

Mała czarna to sukienka, która pasuje na każdą okazję. Na chwile smutku i radości. Możesz wymienić całą garderobę, kupić całe setki 'małych czarnych' ale żadna z nich nie będzie taka jak ta - wyjątkowa. Każda inna dla Ciebie to marna kopia, zwykła inspiracja, zawsze wolisz sięgać po oryginał, który jest wręcz uszyty na Twoją 'modłę'. Bo to właśnie dla niej masz specjalne miejsce w szafie, specjalny wieszak i bo to z nią dzieją się cuda.



Do małej czarnej najlepiej pasuje róża, nie taka ugłaskana jaką dostajesz od kawalera na pierwszym spotkaniu, Do tej wyjątkowej pasuje zadziorna róża, zerwana z rabaty, wyproszona z działki od sąsiadki, jeszcze nie jest w pełni rozwinięta ale już czuć jej aromat, kolce powoli dźgają Cię w Twoje opuszki palców ale to nic, bo wiesz że ta róża jest wyjątkowa, niepowtarzalna a nie jedna z wielu wyciągnięta z wiadra w kwiaciarni.

Taką róże serwuje nam Guerlain: ostrą z masą kolców, bardzo mocną wręcz aromatem zbijającą z nóg. Ma w sobie ten pazury, ten rys dzikości. Róża nie dominuje ona po prostu współgra z wiśnią wykonując jakiś mroczno - upojny spektakl na naszej skórze. Przeplata się ostrość z delikatnością, słodkość z dzikością i aksamitność z 'chropowatością'. Całość pięknie zamyka wanilia - ona po prostu pływa między składnikami, nadaje tej brakującej słodyczy i jest jak ostatnie ogniwo, nie najsłabsze ale najtrwalsze.

Czym jest czarna sukienka? Przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, nie wyjdzie nigdy z mody, nigdy się nie znudzi i zawsze, ale to zawsze będzie Twoją wierną towarzyszką.
LPRN jest moją towarzyszką, wymarzoną sukienką, którą kocham niemiłosiernie<3 To moje ukochane dziecko, które zachwyca zapachem tak niesztampowym, tak innym, że nawet teraz pisząc tą recenzję czuję jego obecność. Jest mocna, obezwładniająca a zarazem daje mi poczucie niezwykłej intymności i bliskości. Każdy wie, że Guerlain kocham największą miłością ale czego mam mu odmówić? Przecież te flakony są tak piękne! ♥



Mówiłam Wam przy okazji poprzedniego opisu zielonej sukienki, że flakony Guerlain to najpiękniejsze flakony ever! Zdanie podtrzymuję! Tylko spójrzcie ;)

Trwałość na mojej skórze to 8 - 9 godzin.

Przychodzi czas gdzie swoją sukienkę odkładasz na zasłużony odpoczynek. Dajesz jej odpocząć od natłoku wrażeń. Dziękujesz jej za to, że po prostu 'jest', że nigdy Cię nie zawiodła wręcz przeciwnie. Szanujesz ją. Wiesz, że przyjdzie moment - moment, gdy znowu ją założysz choćby dla paru minut bycia tą PANIĄ, nie dziewczynką ale PANIĄ wiedzącą czego chce! ;)

Zapachy Guerlain dostaniecie w Sephorze: 30 ml / 309 zł; 50 ml /439 zł; 100 ml/ 625 zł.

Opis zielonej sukienki tu --->

21:54

Vianek łagodzący tonik - mgiełka do twarzy

Vianek łagodzący tonik - mgiełka do twarzy
Kosmetyki naturalne to nie do końca produkty, które lubi moja twarz. Tak się składa, że nie należę i nie będę należeć do  osób, które przerzucą się na naturalną pielęgnację z prostej przyczyny ... nie sprawdza się u mnie. Już Wam powtarzałam, ubolewam nad tym faktem ale co zrobić skoro moja buzia nie toleruje większości naturalnych specyfików? Po przygodzie z kremem Sylveco, która skończyła się jednym wielkim koszmarem, to do tego typu specyfików podchodzę z dużą rozerwą, z taką dużą rezerwą, że marka Sylveco gościła u mnie raz (klik), Biolaven w ogóle mnie nie kusi i nie podchodzi zapachowo ale Vianek, właśnie to dziecko bardzo sprzyja mojej twarzy i podbija serducho. Miałam niebieską wersję tego toniku (nawilżającą) pora teraz na ostatnią nowość marki - wersję łagodzącą z ekstraktem z owoców róży, którą można było spotkać w lutowej edycji BeGlossy.


Ten tonik - mgiełka powoli podbija blogosferę i wcale się mu nie dziwię aczkolwiek jest jeden mały szkopuł w nim .. o tym poniżej! ;)
Niby wiedziałam czego oczekiwać jednak w odróżnieniu od jego siostrzanej, niebieskiej wersji jest zupełnie inaczej! I powiem Wam, że ta wersja o wiele bardziej mi odpowiada! ;)



Jest w nim coś takiego, coś co od pierwszego użycia mi powiedziało 'wow, on jest świetny'! I naprawdę im dłużej go używam tym bardziej się nim zachwycam! Ten produkt nie tylko spełnia to co obiecuje producent ale też spełnia moje wymagania w 100% bez zbędnego marudzenia (no może mam jedno zastrzeżenie no ale ...). A co takiego dostajemy kupując ten produkt?:

a) pięknie regeneruje i łagodzi podrażnienia, co za tym idzie wpływa kojąco na nie i niweluje jakiekolwiek oznaki szczypania czy zaczerwienienia (sprawdzone, po masce która wręcz mi paliła buźkę :P),
b) mam wrażenie, że lekko matuje, chociaż wiecie moja cera (mieszana ku normalnej) nie ma zbytnio przetłuszczających się sfer to zauważam, że po użyciu tonika - mgiełki cera jest 'zmatowiona',
c) odświeża i niweluje uczucie ściągnięcia co mi się bardzo podoba,
d) daje chwile wytchnienia skórze w upalne dni (choć było ich stanowczo za mało jak na razie) i tu nie ważne ile mam makijażu, spryskując z daleka na twarz (jedno psiknięcie wystarczy) idealnie wpisze się w jej aktualne potrzeby,
e) mam też wrażenie, że oprócz łagodzenia, efektu matowienia daje też delikatne nawilżenie, oczywiście nie jest zbyt spektakularne ale jest,
f) łagodny! Nie szczypie w paczadełka .


Vianek sprawdza się w ciągu dnia jak i na wieczór a przede wszystkim jest idealnym towarzyszem w ostatnim kroku demakijażu. I tu się szczerze przyznam, że nasz Vianek podbił moje serducho co nie lada wyczyn bo póki co największą miłością darzę mgiełkę Sampar (klik) to jednak mu się udało jakoś utorować sobie drogę na podium ;).

Tonik - mgiełka to nic innego jak zabarwiona na lekko żółto woda. Po odkręceniu widać, że dość mocno się pieni jednak to nie powinno nikomu przeszkadzać. Najśmieszniejsze jest to, że w moim odczuciu wersja nawilżająca (niebieska) była .. bardziej mokra! Dosłownie, przy niebieskiej wersji spryskując twarz ten produkt mi wręcz z niej spływał a w przypadku wersji łagodzącej tak nie jest.
Przyznam się szczerze, że nie mam pojęcia czym to jest spowodowane. Kolejną rzeczą, która mnie urzekła w tym produkcie to zapach: mi pachnie to jak delikatna marmolada różana! Apetycznie ale nienachalnie i nie przytłaczająco! ;)

Atomizer działa bez zarzutu, zazwyczaj na twarz wystarczą mi dwa psiknięcia po czym 'osiadły' tonik wklepują paluszkami, jednak gdy do aplikacji używam wacika kosmetycznego to nie żałuję go sobie! Mój wacik wręcz można wycisnąć z nadmiaru :D


Jedyny minus? A no taki, że tonik - mgiełka jest mega wydajny, tak wydajny, że ja dopiero po miesiącu stosowania (rano/ wieczór/ czasem w dzień) mam zużyte 1/4 opakowania i tu się pojawia problem .. ponieważ produkt trzeba zużyć w ciągu 3 miesięcy od jego otwarcia co jak co ale dla mnie jest niemożliwością (mimo, że go nie żałuję!).

O czymś zapomniałam? Chyba nie, musicie wiedzieć, że odpowiedni tonik to połowa sukcesu w pielęgnacji a zwłaszcza w oczyszczaniu i chociaż moje serce najmocniej bije dla mgiełki Sampar to dziecko marki Vianek godnie może je zastąpić. Moje wymagania sprostał, szkoda tylko, że część mi się zmarnuje (wątpię bym go zużyła w całości w te 3 miesiące).

Tonik - mgiełkę w wersji łagodzącej dostaniecie w drogeriach online lub sklepie Vianek ---> klik, 150 ml/ 18.99 zł.

P.s mało? U dziewczyn też o nim poczytacie ;):
Aga ---> klik
Malinka ---> klik

23:51

Czarna elita blogosfery: Panie! A z czym do ludzi?? :D

Czarna elita blogosfery: Panie! A z czym do ludzi?? :D
Ach, ach , nioch, nioch chciałabym rzec ale to mogłoby być zbyt dziecinne - przecież jestem poważną, dorosłą kobietą, która nie lubi pierdół od samego początku :D. Ale dobra, niech mi będzie czasem mogę wyjść poza schemat i być kimś innym bo przecież w blogosferze wszystko można! No może prawie wszystko bo przecież Panie z czym do ludzmi? Z takim ryjkiem? Ohyda! Z takimi paznokciami? Fuuj :D Mogłabym się pod tym podpisać, pod jestem naczelną marudą w blogosferze ale dziś nie o tym, dziś o tych osobach, które uważają się za hiper wow w naszym środowisku a innych najchętniej by zdeptali jak psie gówienko bo przecież Panie z czym do ludzi?!
P.s wybaczcie słownictwo ale czasem trzeba coś powiedzieć z podwórkową łaciną by to miało sens :D


No właśnie z czym? Już Wam mówiłam o tym jak nasza społeczność widzi beauty bloggerów - wiecie babki wyjęte jak z katalogu, twarz niczym obrobiona przez grafików ...jednak prawda jest zupełnie inna i czasami naprawdę mam ochotę krzyczeć na nasz świat i porządnie się wkurwić! No normalnie gdzie  ktoś / coś / oni mają paczadełka? Jak temu ufać? Jak to wytępić? No bo jeśli ja uważam się za  DOBRĄ bloggerką urodową, która pisze rzetelnie to jak mam rozpatrywać blogi tych naśladujących, starających się a za przeproszeniem wychodzi im z tego gówno i nijak do mnie nie mówią bo przecież Panie z czym do ludzi? :D

I to jedna z moich ulubionych kategorii w ocenie beauty bloggerów: Panie z czym do ludzi! A w niej mieścimy:

  1.  pseudo bloggerki czyli niby coś ale jedno wielkie gówno - wchodzisz na taki blog widzisz pstrokate tło w kwiatki, setki obserwatorów natrzepanych za przeproszeniem z dupy i kilka postów napisanych jakby kalkulatorem z dwoma zdjęciami, serio? To ma być rzetelny blogger, który w jednym zdaniu zmieści wszystko czyli 'produkt spełnia obietnice producenta' nosz a jakżeby inaczej! Albo ja jestem głupia, albo jakaś nienormalna ale kto normalny po takiej recenzji kupi produkt no kto? Chętni są? :D
  2. to ja mam racje a Ty gówno widzisz! :D I tu mamy sytuację wyjętą z blogowego życia ... Jakiś czas temu (już nie pamiętam kto) opisywał tusz do rzęs, czytam recenzję jest super, hiper, wow same zalety, widzę zdjęcie jednej warstwy no i jestem pod wrażeniem, czytam dalej i znowu lukier, lukier i cukierki - zdjęcie drugiej warstwy i opadła mi szczęka! Dosłownie! Pamiętam opis do dziś ' przy drugiej warstwie tusz pokazuje klasę, wydłuża maksymalnie, rozdziela, pogrubia a co najważniejsze daje naturalny efekt' no niby nic ale patrzę na zdjęcie , na te te dwie warstwy i momentalnie ciśnie mi się na usta 'no kurwa, chyba nie'! Wiecie co widziałam? Pajęcze nóżki, oblepione rzęsy i masę grudek! Efekt naprawdę 'zacny' że tak powiem ! Więc piszę komcia ' yy ale ja przy tych warstwach widzę grudki i sklejenie, no chyba że ślepa jestem' , mija chwila komentarz pojawia się na blogu - nie minęło pół godziny a moja wolność słowa została skasowana, nie ma pif paf puf ;D. Jak miło ♥ Ja rozumiem, naprawdę mogę być ślepa ale po jaki czort pisać farmazony kiedy gołym okiem widać to 'cudo'? No ale przecież mogę się nie znać więc z czym do ludzi? :D
  3. Ty jesteś bloggerką? Ale ryja to byś mogła sobie zrobić! No właśnie bo wstyd z takim ryjem jak mój reklamować produkty, wstyd i normalnie człowiek powinien okryć się hańbą, jakiś społeczny ostracyzm też by się przydał no bo jak? Mało, która z nas pokaże się bez makijażu bo wiadomo czym to grozi - kiedyś jakiś anonimowy czytelnik (a to było hmm jakieś 2 lata temu kiedy pokazywałam jakiś kosmetyk kolorowy) napisał mi ' wyglądasz jak down' uuuu ała, nie powiem bo poczułam się jak rozjechane gówno przez rowerzystę, który chciał ominąć żabę ale serio? Taka obraza bo nie mam zrobionego nosa, na mojej mordce można łączyć kropki i nie umiem zrobić dziubka? Zresztą gdzie ja się pcham? Z czym do ludzi ja się pytam?? Bo jeśli mentalności młodych bloggerów czy czytelników pozostanie w sferze ubogości i zamknie się na tym, że trzeba gonić pokemony (czy już wszystkie maaaaasz ?;D:D) to nie daj Bóg wymrzemy jak dinozaury! 
  4. pokaż szminkę . tusz / puder .. i cycki na pierwszym planie! Czyli trend sezonu w zdobywaniu sławy zwłaszcza na IG ale zdarza się, że widzę początkujące bloggerki, które pokazując kosmetyk kolorowy starają się na pierwszy plan 'udostępnić' swoje cycki! No litości (jakby się ktoś zastanawiał czemu nie polecam młodych twórców!) po jaką cholerę mi oglądać Twoje cycki skoro mam swoje (i to lepsze!)? To w końcu co reklamujesz? Tusz / pomadkę / puder czy szukasz sponsora?  Kurdę, chyba jestem staromodna -,- no ale co ja się tam znam??

Pewnie bym jeszcze znalazła kilka przykładów na owe zjawisko ale mam kilka wniosków: a więc Z CZYM DO LUDZI?
  • pokaż cycki! Najlepiej na IG ale jak się nie da to na każdym zdjęciu na blogu, tylko nie zapomnij o produkcie który recenzujesz,
  • pisz krótko, najlepiej jedno zdanie, potwierdź obietnice producenta i interes dalej się kręci,
  • usuwaj negatywne komentarze bo WIESZ lepiej, no bo jeśli ja piszę, że tak jest to nikt nie ma prawa tego negować.
  • nie zapomnij o photoshopie! Używaj w dużej ilości, wygładź sobie twarz jakby dobry tynkarz packą Ci po niej przejechał, ba nawet dodaj sobie trochę opalenizny bo wiesz musisz i nie ma uj we wsi ale musisz!,
  • ale, że blogosfera tak całkiem fe? No coś Ty! Zaprzeczaj, neguj a innym obrabiaj tyłki i tak tu się nikt nie dowie ...,
  • udawaj, nie bądź sobą a będzie Ci dane,
  • nie idź w 'jakość' a w 'ilość' a najlepiej podkradaj cudze pomysły 


Eeee ale co ja chciałam powiedzieć? Smuteczek, żal bo ja to chyba prawdziwym bloggerem nie jestem ;( No cóż , wszystko przede mną jeszcze i być może nawet ten ryj sobie zrobię? Kto wie? :D 

A tak na serio: niektórzy powinni się wstydzić za nazywanie siebie 'bloggerem' bo to tylko do jasnej ciasnej nam ujmuje! Zresztą , przecież ja naczelna maruda, kobieta wybredna w pełni (albo niepełni) władz umysłowych co tam mogę wiedzieć? Może ja nie z tej epoki (pewnie z tego, epoki kamienia łupanego jestem :D)? 

Wasza zołza ♥
P/s o pozytywach blogosfery będzie obiecuje a ten post jest na rozluźnienie i taki tam do chichotek pod noskiem! :D

* zdjęcia pochodzą z Pixabay.com

09:32

Bielenda Carbo Detox: Oczyszczający żel węglowy & pasta węglowa do mycia twarzy

Bielenda Carbo Detox: Oczyszczający żel węglowy & pasta węglowa do mycia twarzy
Co prawda ten wpis miał ukazać się w ubiegłym miesiącu jednak potrzebowałam jeszcze chwili by dokładnie pozbierać swoje myśli w słowa i zdecydować czy tak naprawdę warto inwestować w nową serię Bielendy. Nie da się ukryć, że kosmetyki, które w swojej nazwie czy też w wymienionych właściwościach mają napisane słówko 'węgiel' coraz bardziej zbierają laury wśród kobiet i są najchętniej kupowane. Mi jednak węgiel zawsze będzie się kojarzył z czymś brudzącym i z czymś co osobiście bym nie wybrała do swojej pielęgnacji. Tak się stało, że w lutym trafiły do mnie dwie nowości z serii Carbo Detox: żel oczyszczający i pasta węglowa i w sumie powinnam się cieszyć z tego powodu bo po pierwsze: fajnie jest testować nowości,  po drugie kosmetyki z węglem dedykowane są skórze trądzikowej, zanieczyszczonej czy też tłustej więc ja jako posiadaczka cery mieszanej (w kierunku normalnej) mogę się przekonać czy tak wychwalany węgiel ostatnio działa tak jak o nim mówią no i po trzecie ja po prostu lubię się czasem ubrudzić co węgiel mi umożliwia ! ;D


Po części wiedziałam czego mam się spodziewać po obu produktach: już wcześniej miałam styczności z ich maską węglową, którą dostaniecie w saszetkach . Jednak moje wyobrażenia odnośnie tych produktów i ich działania zdecydowanie odbiegają od tego co czuję gdy je używam i tego co obserwuję na swojej buzi. Jaki wniosek? W końcu warto czy nie skusić się na tą serię? ;>

Oczyszczający żel węglowy

Linia detoksykujących kosmetyków węglowych o silnym działaniu detokosykującym opartych na naturalnym aktywnym węglu.

Oczyszczający żel węglowy do mycia twarzy o działaniu detoksykującym szybko i skutecznie myje i odświeża cerę mieszaną i tłustą, usuwa zanieczyszczenia, makijaż i nadmiar sebum.

Aqua (Water), Glycerin, Sodium Cocoyl Alaninate, Acrylates Copolymer, Carbon Black, Niacinamide, Polysorbate 20, Triethanolamine, Disodium EDTA, Parfum (Fragnance), Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone



Z tej dwójki produktów właśnie ten żel darzę większą sympatią ;) Chociaż główną rolę odgrywa tu zapach to nie mogę mu odmówić jego działania. Oba produkty dedykowane są dla cery mieszanej i tłustej i muszę stwierdzić po ich działaniu, że cera sucha, wrażliwa czy też normalna niestety nie będą zadowolone. I tu fenomen bo na mojej mieszanej cerze spisuje się dobrze jednak moja cera idzie w kierunku normalnej i coraz bardziej taka się staje, to nie ukrywam, że są dni, gdzie po prostu zamiast tego żelu czy tej pasty wybieram inny produkt myjący (niestety w przypadku innych cer niż tłusta & mieszana produkty mogą przesuszać).

Żel oczyszczający oczarował mnie już przy pierwszym użyciu, pięknie rozjaśnił cerę i lekko ją zmatowił. Przy regularnym używaniu zauważyłam zwężenie porów, mniejszą widoczność zaskórników ale żeby nie było tak pięknie nie mogę go używać rano i wieczorem ;(. Jeśli użyję go rano to wieczorem na buzi ląduje inny produkt i tak w kółko, sęk w tym, że moja cera idąc w stronę normalnej przy częstszym używaniu tego żelu staje się sucha . Co prawda po jednorazowym użyciu czuć lepką warstwę na buzi, która znika po czasie to jednak regularne stosowanie daje inny efekt.
Matowi i to pięknie, czasem mam wrażenie, że za mocno ale tu nie jestem obiektywna, moja strefa T nie jest przetłuszczająca się i ciężko mi stwierdzić czy ja po prostu tak mam czy to zasługa żelu, osoby z tłustą cerą będą zadowolone mimo wszystko ;).



Nie będę ukrywać, że przyjemnie stosuje się go z rana, bo a) przepięknie pachnie owocowo tak jakby arbuzem b) rozjaśnia i matuje tak pięknie, że makijaż znacznie lepiej wygląda a sama cera zdaje się być wypoczęta i 'zrelaksowana'. Jedyny chyba taki większy minus to fakt, że węgiel brudzi i w tych kosmetykach to widać. W samym żelu nie jest to aż tak uciążliwe jednak gdy umyję nim buzię to później gdy przejadę nasączonym wacikiem z tonikiem po niej to widać, że biel wacika staje się szarawa ( na szczęście tu wystarczy jeden wacik), no i nie zapomnę o aspekcie, że niestety ale szczypie w paczadełka ;(.
Czy zapobiega wypryskom? Czy wyrównuje koloryt? Tutaj ciężko mi to stwierdzić bo wielkiego problemu z wypryskami nie mam a mój koloryt jest ujednolicony (nie licząc piegusków ;P)

Z początku myślałam, że całe opakowanie jest czarne, dopiero kiedy zaczęło mi ubywać, żelu odkryłam iż spokojnie mogę podejrzeć ile mi go zostało. Pompka się nie zacina i na plus posiada wygodne zabezpieczenie bo wystarczy przekręcić i voila ;) Czarny, lejący żel pieni się lekko aczkolwiek jest dość wydajny choć ja używam go teraz raz dziennie (stosowanie zaczęłam w lutym).
Ogólnie z tej dwójki to właśnie ten żel jest łagodniejszy dla skóry.

Pasta węglowa do mycia twarzy 3 w 1 (pasta, peeling, maseczka)

Aqua (Water), Kaolin, Carbon Black, Glycerin, Pumice, Polyethylne, Sodium Laureth Sulfate, Illite, Salicylic Acid, Panthenol, Montmorillonite, Calcite, Polysorbate 20, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, DMDM Hydantoin, Parfum (Fraganance)



Pasta 3 w 1 to jest dopiero killer! Tutaj powiem, że polecałabym ten produkt osobom u których naprawdę potrzeba solidnego oczyszczania i u których świecenie się wygląda jak zapalona lampka nocna! Pasta, peeling czy maseczka? U mnie to jest zmiennie, jednak najczęściej wybieram pastę ponieważ cokolwiek wybierzesz z tej trójki to efekty są te same czyli:

  • zmatowiona cera,
  • odblokowane pory,
  • wygładzenie,
  • mocne oczyszczenie - wręcz skrzypiąca skóra,
  • delikatne złuszczenia naskórka,
  • łagodny masaż dla cery.
Z tym produktem mam problemy od samego początku ... Ale najpierw konkretnie o działaniu: jest solidna porcja oczyszczenia i wręcz skrzypiąca skóra, czasem moja cera wręcz woła 'pić' więc stosuję ten produkt 1 - 2 razy w tygodniu bo większej potrzeby nie czuję. Producent tutaj mówi, że produkt ma też właściwości rozjaśniające - owszem jeśli zastosujecie opcję 'maska' w innym przypadku tego nie zauważycie a dlaczego? Mam wrażenie, że szara maź 'wgryza' się w skórę , osiada i cera momentalnie staje się dosłownie szarawa! Najśmieszniejsze jest to, że gdy umyję nim buzię, przetrę wacikiem z tonikiem, jednym, drugim to nadal widzę szarość, taką szarość że zwyczajnie sięgam po szare mydło by zmyć resztki produktu. I tu zaznaczę sama produkt cholernie szczypie w paczadełka!


Moja cera lubi glinkę ale białą, z zieloną miałam styczność pierwszy raz - i tu powiem jedno: zero podrażnień na skórze czy jakiegoś szczypania podczas mycia  (jakby ktoś pytał). Cuda się dzieją z konsystencją bo stosująca normalnie do mycia wyczuwam w niej małe drobinki, które robią za delikatny peeling, nakładając jako maskę ta szara maź zasycha powoli i tworzy skorupę jednak gdy przytrzymasz ją za długo poczujesz pieczenie - podczas zmywania maseczki czuć jednak małe drobinki.
Chyba największy taki minus zawarty jest w jednym słowie: brud. Ta pasta węglowa brudzi aż miło! Umywalka, ściany dosłownie brud jest wszędzie i niemiłosiernie mnie to irytuje! W przypadku żelu wystarczyło go po prostu zmyć wodą i nigdzie śladu nie było po jego użytku, a tutaj? Tutaj jest jeden wielki sajgon :D

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zraziła do tej pasty: wydajność i opakowanie. Kiedy pierwszy raz ją otworzyłam wyleciało z opakowania tyle co kot napłakał, zassało powietrze i tyle a może aż tyle bo pierwsze opakowanie starczyło mi na 3 razy! Szok! W tej sprawie pisałam też do Bielendy i zaproponowali mi drugi produkt, jednak zdążyłam wcześniej kupić nowy ;). Nie jestem zwolenniczką otwierania produktów w drogeriach jednak po swoich przeżyciach z tą pastą węglową (a raczej niepełną zawartością i / lub jej brakiem) tutaj zrobiłabym odstępstwo zwłaszcza, że ktoś pisał iż w przypadku tej pasty słychać, że opakowania są niepełne i więcej tam powietrza niż produktu ;(. Patrząc na moje opakowanie i ilość zużycia (tak na paczadełko) to będzie mi służyć jeszcze może na 5 razy, co w sumie daje wyniki 10 - 14 użyć.
Jeśli chodzi o opakowanie: ok, miękka tubka, zatrzask i tu są schody ponieważ jak już raz otworzysz opakowanie to zatrzask ponownie nie łapie i się nie zamyka -,-.


Pasta ma przedziwną konsystencję bo jak już ją wydobędę wydaje się gęsta , jednak sama z opakowania leci jak szalona ;D. Specjalnie jakoś nie pachnie albo ja po prostu nie skupiam się na zapachu w tym przypadku ;). Nie zauważyłam też by się pieniła podczas zmywania.

Czy jestem zadowolona? I tak i nie, po pierwsze nie ukrywajmy, że węgiel w tych kosmetykach w moim przypadku może przesuszyć cerę, po drugie w mniejszym/ większym stopniu osadzają się na skórze przez co albo wystarczy użyć nasączonego płatka z tonikiem albo po prostu zwyczajnie umyć buzię ponownie. Żel rozjaśnia, pachnie pięknie i w miarę łagodnie obchodzi się z naszą twarzą i to jego jeszcze raz u siebie zobaczę, natomiast pasta działa 'agresywniej', bardziej brudzi, daje więcej efektów przez mnogość zastosowań ale jest mało wydajna i niestety albo stety jeśli moja cera dalej będzie się 'normalizować' to ten produkt nie będzie dla niej.

Serię Carbo Detox dostaniecie w sklepie online Bielendy ---> klik, żel 195 g/ 15.65 zł; pasta 150 g / 14.23 zł lub w drogeriach lokalnych (przynajmniej w mojej są ;))

Psss mało? U dziewczyn też pojawiła się opinia na temat tej serii:

Martyna ---> klik
Aga ---> klik
Karolina ---> klik

21:56

Kwiecień w zdjęciach ;)

Kwiecień w zdjęciach ;)
Kwiecień - plecień bo przeplata trochę zimy trochę lata ;D Co prawda u mnie było i zimno i deszczowo i świeciło słoneczko ale ku mojej radości odbyło się bez śniegu ;)
Praktycznie ten post miał pojawić się wczoraj ale nagły wypad przesunął go w czasie i ... No właśnie zobaczycie poniżej co działo się wczoraj, tymczasem radzę pędzić po kubek czegoś ciepłego i wygodnie poprzeglądać fotografię z ubiegłego miesiąca ;D. Jakie to szczęście, że dziś wolne ;D


Muszę powiedzieć, że moja okolica jest całkiem znośna o ile nie pada ;D Takie widoki i pustki tylko z rana :D Cicho, spokój taka tam wieś ;) Taaaaak! A w tym czerwonym budynku po jednej stronie mieszkam ja ;D


Ortopeda powiedział, że noga będzie boleć i tak, póki co ta 'narośl' nie jest operacyjna więc powoli wdrażam się w ponowne w noszenie wysokich butów ;). Po roku czasu ciężko wyrobić sobie ten nawyk ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło więc na początek zainwestowałam w nowe buciory :D



Zajączki z drewna jak i koszyczek dostałam od córki dziadka, którym się opiekuję ;) Mama się śmieje, że możemy dopracować ich malowanie i razem z dziadkową córką ruszyć z produkcją na święta ;D Ach te jej pomysły :D



Skoro są zajączki to są i święta a raczej już po ;). Babka, sernik, 3 bit, sałatki i inne rarytaski o dziwo poszły w tym roku szybciej ale co się na tyrałam w kuchni to ło matko ;D.W sumie pichcić skończyłam jakoś w sobotę po 13 stej , chwilę czasu miałam by doprowadzić się do porządku i na 14 stą razem z małą szłyśmy z koszykami (nie wspomnę, że w jej koszyku więcej czekolady było :P).

Jakby ktoś się zastanawiał ... to każda paczka do mnie musi trafić najpierw w ręce testera :D. Zdążyłam uchwycić jak małe blond gluto testuje zajączka o Aguś i oto efekty ;D Ja nie wiem po kim ona to ma ;D! Teraz ma gdzieś kosmetyki - upodobała sobie tą torebkę prezentową Chanel i tak sobie z nią łazi po domu :D



Wiosna ♥ Taki widok z rana zawsze poprawia mi humor! Białe, różowe kwiatki to znak, że w końcu coś się dzieje ;D! No dobra to znak, że za kilka tygodni będę się opychać jak dzika świnka mnóstwem czereśni z dziadkowego drzewa (w końcu będę pod nim pierwsza) :D



W obiektywie Karola :D Nie sądziłam nigdy, że ilość piegów mnie tak przytoczy ale cóż, fajne są :D 'Ruda' musi być wszędzie :D Oba zdjęcia powiązane są z wczorajszą niespodzianką ... bowiem mój K zabrał mnie nad morze - ponownie do Ustki :D :D Nie powiem, było świetnie a my już planujemy kolejny wypad: najpierw Poznań, później może Toruń ale zanim to nastąpi to macie więcej zdjęć z wczoraj :)







A na samym końcu #szczesliwaja i #brzydcy my aczkolwiek lubię kiedy ja wychodzę pięknie na zdjęciach zwłaszcza jak ucinam na nich K :D :D



Koniec kwietnia był bombowy - maju proszę bądź dobry! :)


Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger