10:36

Listopadowo - grudniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)

Listopadowo - grudniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)
Postanowione! Więcej denek nie będzie aczkolwiek co jakiś czas będę pustakami raczyć na IG jednak z serii z nowościami nie będę rezygnować :D. W listopadzie przyszły do mnie tylko dwie paczki: zapach jak i mój pierwszy Mikołaj, nie widziałam sensu by pisać posta o dwóch przesyłkach także w tym momencie mamy wszystko znaczy wszystkich moich Mikołajów i nie tylko w jednym :). Same spójrzcie ;)


Mówiłam, że trafił mi się jeden zapach? Tak i to na początku listopada Elnino Parfum uraczyło mnie tym cudownym jabłuszkiem, o którym pisałam Wam na początku tego tygodnia ;)



A to właśnie wyżej wspomniany pierwszy mój Mikołaj ... z listopada ;D. Ewelina  
( secretaddiction86) jak zwykle bezapelacyjnie wyprzedziła renifery i Mikołaja ;D. W moje cudowne rączki trafił zestaw żurawinowy Stenders  ( mydełko zużyte, a reszta czeka na swoją kolej :P) oraz kilka drobiazgów m.in odrobinki kremów Miya tak zachwalanych w internetach: kokos pachnie jak kokos aczkolwiek może drażnić jak i wersja mango, która dla mnie jest perfumeryjna buu ;D. Próbkę z Kiehls'a zużyłam ale fanką lawendy nie będę, Norel w akcji, maski Bielenda warte poświęcania uwagi a na resztę mam jeszcze czas ;D.  Ty wiesz przecie co i jak ♥♥


Pod jedną z 'wishlist' u Joanny napisałam, że mi też marzy się coś z Mac'a bo ja jedynie kupiłam podróbkę ( taka zdolna jestem :P). Ku mojemu zdziwieniu odezwała się do mnie Jagoda, która takowego Mac'zka mi sprawiła ♥ Stwierdziła, że jej nie pasuje a SnapDragon dla mnie będzie idealny i tak oo - dziękuję kochana! ♥


Wygrałam też dwa konkursy na Instagramie: pierwszy u Marty (@kieszeniepelneczeresni) . Powiem Wam, że to wszystko jest cudne, sole pachną pięknie ale ta kula musująca ( ciastek) to czyste zapachowe szaleństwo - szkoda, że w kąpieli tego nie ma ;(. Krem z TBS pachnie również cudownie a czekoladki hmm zjadła je mała blond rączka ;P. Za wszystko dziękuję ;*



Drugi konkurs wygrałam u Aleksandry (@fancy_ola). Tutaj zawartość nagrody również mnie powaliła. Wypróbuję słynne Glov, zapach z Avonu zabrała siostra, czerwone lakiery chętnie zostały przyjęte, uroczy pingwinek , kubek i termofor to zdecydowanie faworyci tej zimy :D. Nie zmarznę a przy tym będę pięknie pachnieć i wyglądać - dziękuję ;*


Marta ( sauria80) po moich zachwytach marką Biolove podesłała mi ich kolejne cudo! Oczywiście nie byłaby sobą gdyby czegoś tam więcej nie wrzuciła :D. Chociaż mówiłam, że Ronaldo wystarczy ale wiecie ... :D Kochana, Ty też wiesz ;D ♥


Iwona (Inspiruje mnie życie) również o mnie zadbała!. Jej paczucha przyszła w piątek przed wigilią i czułam się jak dziecko;D. Czekoladki, grubaśne skarpetki jak i mus od Wytwórni Mydła kompletnie mnie zamurowały ♥. A no i mały Cartier mrauuu kolejna dobra duszyczka - moja duszyczka ;D ♥


Paczka od mojej siostry Aguś ( Inesbeauty) ponad 2 tygodnie leżała w szafie - obiecałam sobie że wszystkie paczuchy otworzę w wigilię i tak też zrobiłam ;D. Moim paczadełkom ukazały się takie cuda - kremy Tony Moly zaraz pójdą w ruch, kolejna miniatura perfum, Kiko jak i Too Faced to spełnienie kosmetycznych marzeń :D . Uff, cóż radość niezmierna, Ty wiesz jak mocno ♥♥


Ogromna Milka to nic, ale ten zapach Armani Si dostałam od mojego K ♥. Cudownie , cudownie ♥ W końcu w moje łapki wpadło coś z tej marki a ja się nadal zachwycam tym cacuszkiem - jeszcze jakby ktoś mi Chanel, Gucci sprezentował to już w ogóle ;D Hahhaha a tak na serio jest wow! :D

I na tym skończę - więcej paczek nie pamiętam :D
P/s wybaczcie jakość zdjęć ale pogoda była jaka była ;)

18:13

Nina Ricci Nina L´Eau

Nina Ricci Nina L´Eau
Mam wszystko. Dosłownie: przystojny facet u boku, za którym oglądają się wszystkie panny w okolicy, zrobiłam karierę, jestem dobrze wykształcona, mam własną firmę. Spełniłam się zawodowo, spełniałam prawie wszystkie marzenia. Zwiedziłam pół świata, budziłam się na Bali, zajadłam pomarańcze prosto z drzewa, noszę najdroższą biżuterię jednak nadal mi czegoś brakuje. Ciągle mi coś umyka, coś przelatuje i nie mam pojęcia co to jest. Próbuję to złapać, zatrzymać - spojrzeć na to z innej perspektywy ale nie mogę. Mam wrażenie, że jak to zrobię to już odwrotu nie będzie. Koniec gry. Znajdę się wtedy w takim momencie, że będę musiała wybrać. Tylko co? Czego ten wybór będzie dotyczył? A może po prostu szaleństwa nie dla mnie i to co chwilowo mi umyka to nic innego jak dzika przygoda, której nie chcę?


Jestem opanowana, można powiedzieć że do znudzenia monotonna. Ale co ja na to poradzę, że lubię taki stan rzeczy? Lubię ład i przemyślaną organizację, nie lubię za to pochopnych decyzji,  chwilowego impulsu, który później może mieć okropne skutki a ja będę sobie  pluć w brodę ' co ja takiego zrobiłam'.  Lubię rzeczy, które sama zaplanuję, które przygotuję na tip top - taka tam ze mnie perfekcjonistka. Ale do jasnej Anielki nie mam pojęcia co mi dziś się w główce poprzewracało - zmiana o 360 stopni. Jakbym po prostu widziała swoje czyny gdzieś za mgłą, nie miała wpływu na to co robię, ba nawet na to co myślę. To się po prostu stało - wiem , wiem marne wytłumaczenia na moje zachowanie ale ja mówię prawdę!

Nina Ricci Nina L´Eau – kwiatowo-owocowa wersja zapachu Nina, wykreowana w 2013 roku. Nina L´Eau to romantyczna kompozycja, która jest wstępem do bajkowego świata. Tworzy ją subtelna esencja białych kwiatów połączona z aromatem owoców mandarynki, jabłka oraz czereśni

Nuty serca: neroli, mandarynka, jabłko, grejpfrut
Nuty serca: gardenia, czereśnia, wodne tony
Nuty podstawy: piżmo


To był impuls. Siedziałam  w biurze, gdy nagle przyszedł mój facet. Normalnie wszystko mi opadło - on nigdy nie waży się przekroczyć progu mojej kancelarii a co dopiero zjawia się tu z chytrym uśmieszkiem i proponuje spacer na deptak. Spacer! Gdzie mam umówione dwa ważne spotkania , kilka spraw na mieście a on chce spacer? Oszalał!



A co ja na to? Z miną niewinnego szczeniaczka się poddałam. Wzięłam swój karmelowy płaszcz, czarny kapelusz i jakby nic mnie z tym miejscem nie wiązało, wyszłam. Tak po prostu. Zszokowałam nawet swoją asystentkę ( a nie wspomnę o moim alter ego, które zaczęło pukać się w głowę).  Bo jak to możliwe? Ja tak nie robię. Nie robię - można mówić o mnie wszystko ale na pewno nie to, że rzucę wszystko i jakby nigdy nic porzucę obowiązki dla przyjemności. A jednak i mimo wszystko to zrobiłam. Nieoczywiste. Kontrowersyjne.

I uwierzcie ten śliczny bajkowy flakon, który z pozoru Was oczaruje delikatnością wcale taki nie jest! Można się spodziewać po nim wszystkiego ale nie takiego ogromnego zaskoczenia! Ale cóż to jest za otwarcie... pieprzne, ostre, mocne wręcz świdrujące i prawdę mówiąc dałabym sobie rękę uciąć, że czuję tutaj różowy pieprz ( podobne otwarcie ma CK Eternity Night) . I jest po prostu ( dla mnie ) bajecznie ♥ Ostrość sprawia, że zapach jest jak uderzenie , jak impuls do działania. Jest czymś nieoczywistym i totalnie sprzecznym z wizerunkiem flakonu czy też bajkowej księżniczki! Gdzieś powoli po tej ostrości i tej oszałamiającej dzikości do głosu dochodzi neroli i grejpfrut. Robi się lekko kwaskowo, lekko tajemniczo i delikatnie muskając nasze zmysły zapach daje ukojenie. Po prostu jak za sprawą magicznej różdżki wszystko się wycisza. Ale nadal nie jest monotonnie!

Będąc na deptaku zaczynam się śmiać jak szalona. Wiatr próbuję zerwać mi kapelusz a ja sama nie wiem czy mama go łapać czy odebrać ten dzwoniący telefon na dnie mojej torebki. Impas. Czas na refleksję, Spoglądam na mojego mężczyznę i w tym momencie wiem dlaczego. Zrozumiałam dlaczego 'porwał' mnie na ten spacer. Łapię oddech, sięgam po telefon i wciskam klawisz 'wyłącz'. Ten czas jest dla nas, a raczej dla mnie bym przez chwilę żyła jak normalna kobieta: nie pracą, nie karierą ale zwykłym życiem, prostą miłością - po prostu normalnością.


Normalność to najbardziej trafne określenie. Po co mi kariera, po co mi chwała skoro nie daję się ponieść? Od tak dawna się nie śmiałam, zaczyna mnie od tego boleć brzuch a już gdzieś widzę, że ten mój gamoń niesie ze sobą ... lody! W taki ziąb! Gdy podchodzi bliżej widzę, że to moje ukochane waniliowo, bakaliowe lody z masą pokruszonych ciasteczek. Pychotkaaaaaaaaaaaa! Za to go kocham, za tą nieprzewidywalność, za to że wie czego potrzebuję w danym momencie , za rozumienie mnie mimo, iż czasem jestem zbyt chłodna dla niego. Jego pokłady cierpliwości w stosunku do mnie są ogromne i teraz wiem, że ten spacer na deptak nie tylko mam mnie wybudzić z 'letargu' ale ma też pokazać mu jak bardzo ( mimo wszystko) mi na nim zależy.

Kiedy się kłócimy to na zabój, gdy milczymy potrafimy to robić przez kilkanaście dni jednak za każdym razem gdy znowu siebie dotykamy nasze ciała przechodzi rozkoszny prąd delikatny niczym powiew świeżo zerwanych kwiatów z ogrodu po deszczowej nocy.

I to jest właśnie ten moment odpowiadający słodkiemu różowemu jabłuszku. Czar kwiatów następujący po chwili wyciszenia jest kontrastem do mocnego, ostrego początku. Mamy tu otulającą słodką woalkę uplecioną z gardenii delikatnie bujającą się na wodnym akordzie. Jest rześko, ujmująco, lekko a przede wszystkim bezpiecznie. Ten wodny ton w połączeniu z kwiatem daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa jak i przynależności.

Bo ja w końcu należę do niego ♥


Nina Ricci Nina L'Eau to zapach pełen kontrastów zamknięty w jednym z najbardziej uroczych i niepozornych opakowań. To cudowne jabłko w piękny różowym kolorze skrywa w sobie mnóstwo emocji: mamy ostry początek wręcz zbijający z nóg, później nadchodzi chwila wyciszenia a na samym końcu raczy nas pięknie utkaną woalką słodyczy i bezpieczeństwa.

Jabłko jest dopracowane w każdy sposób, dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach. Z kwestii technicznych nic się nie zacina :D.
Sam zapach na skórze utrzymuje się około 6.5 godziny.

A ja? A my? Zjemy te lody, pospacerujemy jak normalni ludzie, będziemy trzymać się za ręce, całować się wśród tłumów. Dziś w tym momencie przestaję być poważaną panią prawnik - dziś jestem sobą, dziś daje upust swoim emocjom!

Zapach dostaniecie u Elnino Parfum ---> klik w cenie 72 zł / 30 ml ( niestety obecnie jest wyprzedany) a to chyba coś znaczy!

11:23

Guerlain KissKiss Rouge Kiss ( mini)

Guerlain KissKiss Rouge Kiss ( mini)
O tym jak wielką miłością darzę markę Guerlain nie muszę mówić ♥. Gdy tylko poznałam ich pierwszy produkt wiedziałam, wiedziałam, że to jest to. Majstersztyk w pełnej krasie, cudowne opakowania wszystko to sprawiło, że byłam kupiona. Owszem przez kilka miesięcy spotkałam się z totalnym rozczarowaniem i jednym wielkim nieporozumieniem z produktami tej marki ( np. ich tusz Cilis  d'Enfer Maxi Lash) ale zawsze, ale to zawsze moje serce należy do nich. Jedni wzdychają do Chanel lub Diora a ja wybrałam Guerlain - markę luksusową ale może nie tak zachwalaną. Moja pierwsza pomadka z Serii KissKiss w odcieniu Excessive Rose była fenomenalna i to nadal big love ♥.  Jednak gdy na urodziny dostałam wersję mini tej serii w odcieniu Rouge Kiss zapał do posiadania następnych odcieni u mnie ostygł. Wiecie niby jedna seria a zachowanie nie to samo ...


Rouge Kiss w wersji mini jest naprawdę urocze i słodkie .. i lekko rozczarowujące. Dobrze wiem, że w serii zwłaszcza pomadek ( na Douglas dostępnych jest 13 odcieni) musi się trafić jeden produkt totalnie różny. Rouge Kiss to dopiero drugi odcień z serii, który poznałam i który potwierdza tą regułę ale zanim powiem o niej ciut więcej przypomnij sobie co mówi producent ;)

Od swoich narodzin w 1994, KissKiss zachwyca swoim rzeźbiarskim designem. W 2014 zmienia dress code. Ten przedmiot pełen charakteru zaskakuje nowym strojem: elegancką i rasową małą czarną. Czysty paryski szyk! Niczym współczesny talizman, KissKiss odkrywa na nowo swój niezwykły sztyft nasycony pigmentem, ostemplowany swoją emblematyczną i odważną nazwą. Jak symboliczna chwila między gestem i obietnicą, wyśnionym pocałunkiem i pocałunkiem, który dopiero ma nadejść… Subtelne połączenie wyjątkowych korzyści sprawia, że to KissKiss Guerlain najpiękniej ubiera usta. Jej sekret? Formuła wzbogacona o wosk mango aby zapewnić nawilżenie, komfort i aksamitny efekt. Delikatna, o kremowej konsystencji, jednolita i bogata, przywołuje naturalne piękno kobiecej skóry. Perfekcyjny alians koloru i światła – doskonałe krycie daje satynowe wykończenie i niesamowity efekt kształtnych ust. 25 nasyconych i łatwych w użyciu odcieni do noszenia dla ponadczasowego szyku - wytworna kolacja? Relaksujące popołudnie? Lunch z przyjaciółmi? Spotkanie służbowe? KissKiss oferuje idealny i elegancki kolor na każdą okazję i każdy nastrój.




Excessive Rose nie przebiła jak dotąd żadna moja szmina i nie przebije jej także Rouge Kiss. W zachowaniu? Dwa kompletne oblicze - o ile w przypadku mojego piękne różu jako wadę mogłam wytknąć cenę to w przypadku tej czerwieni na cenie się nie skończy. Jest coś w tej czerwieni co mnie po prostu drażni - wiecie, jak ja zobaczyłam w paczuszce byłam oczarowana, kolejne cudo w kolekcji i to jeszcze moja ulubiona marka a gdy tylko znalazła się na ustach - kopara mi opadała.

Róż był doskonały, piękne, nawilżone usta, krycie jedna warstwa, głęboki kolor,który utrzymywał się przez 5 godzin, świetna odżywczo kremowa formuła, zmysłowe, kształtne usta i niesamowity zapach. W przypadku tej czerwieni i jest zwrot o 180 stopni, jak nie o 360!

Nie wiem czy to dlatego, że to wersja mini ( choć przecież właściwości pomadki przez to się nie zmienią, co nie?) czy ja po  prostu jestem zbyt krytyczna ( w co wątpię) :D.

Rouge Kiss jest ... wielką pomyłką! Tak, tak mogłabym nazwać całkowitą formułę tego odcienia. Opakowanie , design nadal tak samo piękny ale to co w środku ..



Rouge Kiss jest czerwienią aczkolwiek mi się wydaje, że ma w sobie jakieś migoczące drobinki, które ujawniają się w słońcu w innym przypadku ich kompletnie nie widzę ( chociaż sam sztyft sugeruje ich obecność). W przypadku tej czerwieni mamy do czynienia z lekko malinową kombinacją, nie jest drapieżnie ani wulgarnie więc w kwestii koloru - wręcz dla każdego.
Krycie? Nie jedna warstwa a dwie! Nadal jest odżywcza formuła, kremowa konsystencja ale inaczej niż w przypadku Excessive Rose tu mamy słabszą pigmentację. Czasem zdarza się, że te dwie warstwy trzeba poprawić ponieważ usta nadal nie są w pełni umalowane.
Zapach? Jakiś jest jest ale nie jest tak mocno wyczuwalny jak przy pełnowymiarowym produkcie.
A co najlepsze? Trwałość do godziny, może półtora ...
Dla mnie jedna wielka masakra! Odcień Rouge Kiss bardziej można brać za nawilżający błyszczyk niż za mocno nasyconą pomadkę. Jak jecie to w ogóle na momencie nie zostaje nic z koloru - było i nie ma. Co prawda usta wydają się pełniejsze, podkreślone ale tak słabej pigmentacji jak i trwałości nie spotkałam dawno .



Cóż więcej mogę dodać? Kolor na ustach mi się podoba, pasuje do mnie jednak cała reszta do mnie nie mówi, tak po prostu. Wersja mini jest o tyle poręczna i słodka, że z pewnością ją wykorzystam jednak osobiście jeśli któraś z Was planuje zakup pomadki z tej serii to polecam Excessive Rose lub cokolwiek innego ale nie tą malinową czerwień ;D.

Pomadki Guerlain dostaniecie w Douglasie w cenie 175 zł / 3,5 g ( a widzę, że o 10 zł podrożały! zdzierstwo :P)

P/s widzicie małą łapkę ?;D



09:35

Tydzień filmowy #18 - eee tych filmów to ja nie trawię ;D

Tydzień filmowy #18 - eee tych filmów to ja nie trawię ;D
Ponad 2 miesiące temu pojawił się ostatni wpis z tej serii. Mimo iż udało mi się obejrzeć kilka filmideł przez ostatni czas to tym razem postanowiłam zrobić coś innego. Dziś nie będę polecać a wręcz odwrotnie. Dziś będę odradzać ;D. Bo wiecie ( ostatnio moje ulubione stwierdzenie ;D) są filmy, które tak mnie irytują i nie rozumiem ich fenomenu, że to bania mała ;D. Stąd postanowiłam napisać i wymienić Wam kilka pozycji filmowych, które kompletnie nie mówią do mnie i są wręcz dla mnie męką :D. Jestem pewna, że każda z Was też ma takie filmy, które omija szerokim łukiem bo Bóg wie po co to powstało ;D. A więc do dzieła ;D

1.Gwiezdne wojny


No to jest coś. Mega tasiemiec, który nigdy się nie skończy - jak można to jeszcze produkować? :D. Nie rozumiem fenomenu tego filmu pff tasiemca i w ogóle nie mam pojęcia o co już w tym chodzi ( oprócz podstawowej rzeczy ;D). Moi bracia, siostra czy ktokolwiek z mojego otoczenia omija to filmidło szerokim łukiem i wypowiada jedno magiczne słowo: 'gówno' :D. No bo jak można oglądać coś  gdzie film z któregoś roku, powinien być pierwszą częścią a tamten przed nim drugą? Ogólnie ja bym się w tym nie połapała i za każdym razem jak widzę tłumy na premierze to chce mi się śmiać bo jak to coś może być ciekawe i wciągające ? Przecież łatwo w tym zgubić watek i jak dla mnie to taka moda na sukces w wersji dla mało rozumnych :D ( nikogo nie obrażając na sali :P). Może i efekty specjalne są fajne, ale Star Wars było fajne ... powiedzmy do trzech pierwszych części a teraz to już tylko odgrzewany kotlet.

2. Bridget Jones


I tu fenomen bo książkę lubię ale film jest nie do przejścia. Nie jest dla mnie śmieszny, jest żenujący. I tu w głównej mierze to sprawka aktorów, którzy mi po prostu tu nie pasują. Dla mnie każda opowieść o Bridget jest drętwa jak kula u nogi, cholernie ciężka do strawienia i czasami wręcz niesmaczna. Ja się pytam gdzie jest ten cały humor z książki?? Wydaje mi się, że przedstawiona tu Bridget nie jest tą bohaterką książkową jaką ja poznałam. Jak dla mnie seria tych filmów jest po prostu na bardzo niskim poziomie mimo gwiazd filmowych. Bo dla nich nie będę oglądać tak drętwego kina.

3. Lśnienie


Lśnienie to już kultowa ekranizacja powieści Kinga. Kto czytał ten wie, że część jego książek czyta się bardzo ciężko i ja mam tak z filmem!. Horror został ogłoszony jednym z lepszych a ja nie czaję go w ogóle. Nicholson kompletnie do mnie nie przemawia, dla mnie to stary, napruty dziad, któremu się zwyczajnie nudzi. W tym filmie jest  coś odpychającego. Mimo, iż jestem horroromaniaczką to Lśnienie jest jedną z gorszych produkcji ( i nie mówcie, że jest świetny) bo całkowicie go nie pojmuje. Jak dla mnie to nie klasyka gatunku to szambo, dno i coś chorego, co tak naprawdę nie jest straszne tylko obrzydliwe! A idź mi Panie z taką klasyką :D

4. Jaś Fasola


To jest tak głupie, że aż śmieszne ... i nie do zniesienia! Ta rola to etykietka Atkinsona i mimo innych filmów w których zagrał i tak każdy w nim widzi lekko ułomnego, pana w zielonkawej marynarce, który czasem chodził z misiem a czasem z indykiem na głowie. Ja nie wiem jak ktoś miał  w głowie porąbane by stworzyć taką postać ;D. Kompletnie ten humor do mnie nie mówi - może jestem inna ale jedno wiem: żal, żal i bagno. Chociaż znam zwolenników tejże postaci, którzy i serial i film oglądają z nieukrywanym zachwytem to jedyną rzeczą którą chce im zrobić to mocno przywalić w głowę ... krzesłem! No bo jak coś tak głupiego może wywoływać salwy śmiechu? o.O

Póki co to tyle mi przychodzi do głowy, a Was jakie filmy denerwują? ;)


14:45

Biolove peeling do stóp zielona herbata

Biolove peeling do stóp zielona herbata
Mam coś takiego i chyba każda z nas tak ma: im bardziej niedostępny kosmetyk tym bardziej nas kusi i pociąga. Zdarza się, że z racji dostępności owe produkty rzadko brylują na blogach jednak gdy już to się dzieje to uff - uwierzcie o produktach tej marki jeszcze nie spotkałam złego słowa, same zachwyty i pochwały! Czy słusznie?
 Biolove to marka, która kusi ze 100 % skutecznością, nienachalny marketing, świetne produkty ( sądząc po licznym wzdychaniu) oraz jedno, no dobra dwa magiczne słowa ( w większości przypadków) 100 % NATURAL, które nawet takie dziwadło jak ja uwiodło skutecznie ;). Do tej pory kosmetyki tej marki spotkałam na kilku blogach i szczerze - czuję niedosyt. Praktycznie i teoretycznie nadal dziwię się dlaczego ta marka jeszcze nie podbiła znacznej część blogerskich urodowych serc?


Niespodziewanie bo w niespodziankowej paczce od Agnieszki znalazłam jeden produkt właśnie tej marki. O ile jako peeling do stóp zawsze mi służy ten sam peeling co do ciała ( no nie mówcie, że tez tak nie robicie / nie robiłyście? ;D) to takiego specjalnego na stópki nigdy nie miałam i zawsze uważałam, że po co komplikować sobie życie kolejnym produktem ( nadal nie rozumiem po co komu peelingi do rąk :P). Jednak moje dziwaczne skłonności w tym momencie zostały pokonane i chociaż całkowicie nie uległam i nie biegnę do drogerii po peeling do stóp to jednak ten od Biolove pokazał mi ile tracę nie dając im szansy!

Naturalny peeling cukrowy złuszcza martwy naskórek zapewniając miękką i gładką skórę. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów, alergenów. 

Skład: Sucrose, Butyrospermum Parkii Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil , Tocopheryl Acetate, Parfum, Chlorophyll




Ok, może przejdźmy do rzeczy: wiecie już, że owy produkt to mój pierwszy tak konkretnie przeznaczony i prawdę mówiąc nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Pamiętałam jednak, że jakiś czas temu pisała o nim Ania ( link na końcu) wróciłam przeczytałam jeszcze raz jej spostrzeżenia i muszę stety albo niestety podzielić jej zdanie :D.
Ktoś by pewnie powiedział 'czego się spodziewać po peelingu do stóp?' No właśnie czego?
Na palcach mogę wyliczyć jego zalety:

  • wygładza - i to jest odczuwane zaraz po pierwszym użyciu, skóra jest pięknie wygładzona. Zaskoczyło mnie to w nim - na efekt nie musiałam długo czekać, stopy były gładkie, miękkie i bez jakiś oznak, że wcześniej była tam jakaś 'szorstkość'
  • nawilża -  a to wszystko dzięki zawartym w składzie olejom ( z orzeszków makadamia, z pestek winogron czy Jojoba). Nawilżenie jest dość odczuwalne co skutkuje tym, że później już nie trzeba sięgać po żaden krem czy inny specyfik ;)
  • odświeża - gdy dostałam go we wrześniu było jeszcze w miarę ciepło i uwierzcie dzięki jego zapachowi i ogólnemu działaniu czuć taką lekkości i ulgę jaką odczuwają stopy będąc z nim w kontakcie 
  • oleje nie tylko nawilżają ale dają też tłustą powłoczkę na stopach więc w moim przypadku wychodząc z wanny muszę uważać by się nie zabić ;D
To działanie może wydawać się Wam błahe ale peeling ma jeszcze więcej właściwości! Punktem , który od razu mnie kupił to charakterystyczne opakowanie tej serii produktów Biolove. Podoba mi się utrzymanie go w takim 'prostym' klimacie ;). Aluminiowa zakrętka sprawiła mi sporo trudności przy otwarciu ( trzymała lepiej niż babciny słoik z ogórkami) ale miałam pewność, że w peelingu nikt nie grzebał! No i te etykiety: niby proste a jakie efektowne ;)

Peeling używam na dwa sposoby: po pumeksie, gdzie naprawdę fajnie wygładza i odpręża, lub kładę go po prostu na pumeks gdzie w ogóle zdziera jak ta lala ;D. Jednak pamiętać musicie o regularności - takie piękne efekty są i utrzymują się długo jak używam go minimum 2 razy w tygodniu. Jeśli zrobicie go raz i wrócicie po tygodniu to nie czarujcie się, że efekt będzie trwał wiecznie , najważniejsza systematyczność ;)



Sama jego konsystencja na pierwszy rzut oka może przerazić - mocno zbita, wręcz nie do ruszenia. Z początku się trochę jej obawiałam jednak gdy raz ją ruszysz to idzie jak po maśle, że tak powiem :). Ten pierwszy raz z jego wydobyciem może stanowić problem przez jego twardość jednak ja go naruszyłam łyżeczką ;D.
 Co się rzuca? Czuć tłustość zaraz po jego wydobyciu, zapach roznosi się momentalnie . Same drobinki są ostre, duże i takie naprawdę mocne! Co mnie zdziwiło bo spodziewałam się delikatnego miziania po stopach a tu moc - naprawdę mocny zdzierak więc niektórym ta jego ostrość może przeszkadzać jednak dla mnie: im mocniej tym lepiej ( i proszę bez insynuacji ;D).

Zapach! Cudowny orzeźwiający, cytrusowy dający ukojenie i relaks. Bardzo prawdziwy, bez sztuczności podbijający serducho ♥ Idealny gdy był upał i żar lał się z nieba, ale też w te chłodne wieczory przywołuje ciepłe chwile - kocham go za ten zapach ;)


Ostre drobinki nie tylko pięknie wygładzają ale zapewniają też porządny masaż stóp ;). Nie rozpuszczają się momentalnie więc przyjemność z używania jest ogromna i relaksująca - dawno nie miałam takiej chwili spokoju jak właśnie w momencie miziania sobie stópek ;D
Pojemność 100 ml - mało, dużo? Z początku pomyślałam ' na co mi to starczy?' ale im dłużej go używam tym on staje się wydajniejszy a to już zasługa tej zbitej konsystencji.

Czy jestem zadowolona? Oczywiście, pierwszy produkt ukierunkowany w ten sposób sprawdził się u mnie w 100 % i ewidentnie oczarował mnie wszystkim co posiada i oferuje ;). I chociaż fanką peelingów do stóp nie będę to ten produkt z chęcią bym widziała ponownie u siebie ;)

Póki co jedyny ogromny minus jest z dostępnością. Markę dostaniecie wyłącznie w drogeriach Kontigo a takowa jest w Warszawie, 100 ml/ około 20 zł.

Więcej o innych kosmetykach Biolove  znajdziesz :

♥ Ania pisała o tym peelingu ---> klik
♥  Agnieszka ---> klik
Żaneta ---> klik
♥ Marta ---> klik
♥ Magdalena ---> klik


06:35

Bo wiesz , internet nie zapomina!

Bo wiesz , internet nie zapomina!
Zdaję sobie sprawę, że ten wpis może być dla mnie jak strzał w kolano. Może spowodować wobec mnie falę hejtu, dotknąć kogoś osobiście a nawet czując w kościach mogę stracić kilkanaście czytelniczek z tego powodu , jednak lojalnie uprzedzam mówię ogółem nie jednostkowo- ale cóż nic na to nie poradzę ,a  skoro ma twardy charakter to zbytnio nie będę się nad tym rozdrabniać. Kiedyś pewna bliska mi osoba powiedziała ' to nie jest ta sama blogosfera co kiedyś'. Wtedy tego nie zrozumiałam , jednak po ostatnich przemyśleniach i sytuacjach, które zauważyłam muszę przyznać jej rację. Krótko mówiąc jestem tu ponad 3 lata, przez te wszystkie miesiące widziałam wiele i notorycznie spotykam rzeczy - cuda i dziwy, które potrafią odebrać radość z blogowania.


Jestem chyba staroświecka albo zbyt słowna: wiecie jak mówię coś konkretnie to staram się tego trzymać, nie wymagam aby inni to robili ale jak ktoś mówi jedno to niech stara się tego trzymać bo bycie słownym również jest ważne prawda? 

Kilka tygodni temu odezwała się do mnie ( jak i kilkunastu innych osób) pewna firma na S.
Powód współpraca: najpierw kilka słodzeń na temat bloga i potem zdanie typu 'zrób coś dla siebie'. Ok - staram się odpowiadać na wszystkie mejle więc weszłam na stronę marki by zobaczyć o co tyle szumu i co chcą bym pokazała. Pierwsze wrażenie? Strona startowa i wibratory! Mile Pani odpisałam, że życzę im powodzenia ale to co oni oferują nie wpisuje się w tematykę bloga. Nie zaglądałam czy mają żele czy cokolwiek innego - sorry ale nie. Higiena intymna jak dla mnie to osobista rzecz i jak chcę coś kupić pójdę do sklepu a nie będę brać jako 'współpraca' ( czy tylko ja słysząc słowo lubrykant szufladkuję to w kwestii łóżko ?) . Rzecz w tym, że na forum była gadka szmatka, śmiechy chichy i jedna kpina z oferty. Zarzekania się, że żadna z dziewczyn nie będzie brać w tym udziału. Minęło kilka dni, tygodni powoli Instagram zalewała fala zdjęć żelu / czy innego specyfiku tejże firmy. Szok doznawałam właśnie wtedy gdy widziałam u kogo te specyfiki są. Praktycznie no prawie przy tym obrazku było zdanie 'zadbaj o siebie' tsaa brakowało mi linku do strony marki i do wyskakujących wibratorów na powitanie. Ja nie wiem na ile i czy w ogóle jest ważne słowo blogerki ' nie biorę tego' skoro po kilkunastu dniach widzę u niej taki produkt! Widocznie trzymanie się własnego słowa kontra dobra współpraca nie jest ważne bo Ty możesz jedno mówić swoim znajomym koleżankom, skusić się na kolejny darmowy produkt bo co innym do tego? Powiesz 'zmieniłam zdanie' i już po sprawie choć zawsze można użyć argumentu' nie podoba się to nie zaglądają'. Sęk w tym, że ja jestem naprawdę staroświecka bo dla mnie słowo jest droższe , dla mnie jest droższe to co ktoś powie przy pierwszym zetknięciu się z czymś bo jak to dzieci twierdzą ' pierwsze słowo do dziennika drugie do śmietnika' .

No bo jak ktoś kto nie trzyma się jednego prostego zdania, ogólnie nie mile komentował ową markę robiąc to z lekkim śmiech ma być później dla mnie wiarygodny w blogowaniu? Pal licho co widziałam kiedyś u niej / nich na blogu jak bardzo polegałam na opinii takich osób... To jest coś co nie daje mi spokoju. I tu nie chodzi o jakąś zawiść czy frustrację rudej marudy ale jednak jakaś norma czy też granica musi być. Owszem istniej wolność słowa czy wyboru jednak jak dla mnie gdy zabierasz głos w szerszej dyskusji musisz się liczyć, że to co powiesz będzie wysłuchane i czasami zapamiętane, a każdy wie i choć raz słyszał frazę ' internet nie zapomina'.


Być może jestem zbyt naiwna twierdząc 'słowo najpierw'?. W obecnych czasach więcej osób liczy na korzyść materialną czy na przysłowiowy darmowy 'gift' bo jak nie weźmiesz tego teraz do druga taka okazja się nie zdarzy.

Może zbytnio dramatyzuje i marudzę z tego powodu? Może z ucałowaniem ręki powinnam brać co mi dają , a na innych portalach śmiać się perfidnie z oferty tej marki jednak to według mnie jest nie fair. Jeśli mi marka nie odpowiada powiem to na głos, może się zaśmieję czy coś ale choćbym nie wiem jak mnie przekonywali to nie będę dla nich 'pisać'. Koniec - kropka.
Nie jestem zwolenniczką robienia takiego cyrku : a co mi , tam pośmieję się z dziewczynami, powiem kilka słów bo przecież i tak one o tym zapomną. Mój komentarz zniknie wśród setek rozmów i kto mi potem udowodni, że tak mówiłam? Kto będzie szukał moich słów?
Ja będę! Bo taka jestem - i za przeproszeniem gówno mnie obchodzi czy zmieniałaś zdanie bo Ci zapłacili czy też naprawdę przemówiła do Ciebie idea marki. 
Chociaż ktoś mi może powiedzieć ' szydzenie z marki nie oznacza odmowy... sama to robiłaś' . A i owszem ale skoro szydzisz z marki, robisz im antyreklamę to chyba oznacza jedno czy nie? Jasne, zaśmiałam się z oferty, ale jej nie przyjęłam - moje słowo dla mnie wiele znaczy. 

Aczkolwiek muszę Wam powiedzieć, że z ciekawości zajrzałam na jeden blog, korzystający z produktu tejże marki na S. Zaskoczyłam się. Mile się zaskoczyłam bo przeczytałam prawdziwą opinię na temat zbyt drogiego produktu, który wypada przeciętnie. Bo wiecie jak widzę z dala te słodko pierdzące pierdoły, płynący lukier i migoczącą różdżkę w całym poście to nie wiem czy mi bardziej żal tejże autorki / autora czy bardziej mi żal ekipy od PR-u firmy, która wybrała sobie takową personę do promowania swojego asortymentu: bo z jednej strony gdzie indziej zrobi / zrobiła im antyreklamę a z drugiej po prostu cud, miód marka! Jednak jak widać są wyjątki!

Więc co bym powiedziała tym lukrowanym panienkom, które jedno mówią a drugie robią?  Nie wiem jak Ty, Ty czy też Ty się z tym czujesz ale całe to słodkie gadanie, wsadź sobie głęboko w tyłek! Twoje słowo dla mnie straciło wartość, Twoja opinia koło mojej pupci lata a Ty jak chcesz dalej baw się w wzajemne kółko adoracji - wszak pisz dobrze, lej miód o produkcie gówno wartym i tak dostaniesz ogrom giftów czy propozycji ;)

Cóż a może i moje słowo jest nic nie warte? Może jestem za stara na zabawę w podchody i za bardzo uwielbiam swoich czytelników by wciskać im kity na szynach? Może po prostu powinnam przełączyć się na ten tryb 'piszę sweet, super, hiper zachwalam - byleby statystyka rosła, a kosmy leciały z nieba'?

Takich przykładów mogę podać wiele ale ten jest najświeższy i na czasie.

Bo chyba żadna z nas nie chcesz polegać na opinii takiej osoby? A może jednak każdy chce czytać słodkie pierdoły?

20:24

Organique balsam z masłem Shea Mango

Organique balsam z masłem Shea Mango
Te z Was które są ze mną najdłużej wiedzą, że jeśli kosmetyk zawiera gdzieś w swojej nazwie słowo klucz "MANGO" to yyyy  wiecie mamy pozamiatane. Klamka zapadła. Chcę to mieć. Mango tak samo jak w perfumach nuta 'różowy pieprz' są dla mnie tym wyznacznikiem, impulsem dzięki któremu wiem: ten produkt musi być u mnie! Koniec - kropka! I choćby świat się walił, przejechał mnie czołg, połknął wieloryb to nie spojrzę na inny kosmetyk dopóki to MANGO nie znajdzie się w moich ślicznych  łapkach! Cóż moje preferencje są szeroko znane ( dobry wywiad wie wszystko :D) i w momencie kiedy na urodziny Ewelina podarowała mi balsam Mango od Organique ja po prostu się rozpłynęłam, nie ważne co ona tam więcej dała, MANGO było Ruda zadowolona ;D


Organique już raczyło w mojej łazience: była pianka, były olejki - wszystko pachniało cudownie i mimo drobnych was ogólne wrażenie było pozytywne. Jeśli szukałabym jakiegoś kosmetyku marki , który wprawi mnie w osłupienie poszłabym do Eweliny wielkiej miłośniczki tej marki (dla Ciebie powinna być stała zniżka - 75 % :D i zaszczyt bycia ich ambasadorką ;D), która konkretnie by mi powiedziała co brać i wiecie kiedy przysłała mi ten balsam znając moje preferencje to wiedziałam jedno - z jej strony to był strzał w dziesiątkę a dla mnie balsam okazał się ...no właśnie czym? ;)

Odżywczy balsam przeznaczony do pielęgnacji skóry suchej, szorstkiej i podrażnionej. Poprawia jędrność i elastyczność, wzmacnia barierę lipidową, chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Skóra po nałożeniu balsamu jest miękka, gładka i aksamitna w dotyku. Upajający zapach słodkiego mango długo utrzymuje się na skórze.




Niby wiedziałam czego się spodziewać. Od momentu kiedy widziałam tą serię na rynku byłam nią naprawdę mocno podjarana jednak gdy balsam był już w moim zasięgu, był w moich łapkach i poszedł w ruch to naprawdę w kilku kwestiach totalnie mnie zaskoczył i kompletnie kilkoma rzeczami mnie oczarował ♥ . Tym bardziej nie wiem od czego powinnam zacząć tą historię bo wiecie , nasz początek mimo wszystko nie był kolorowy. Sporo się natrudziłam nim odkryłam potencjał tego balsamu ;). 
Jak jest w działaniu i jak z tymi obietnicami producenta?
  • odżywczy - kapitalnie! Jako osoba nie mająca problemów ze skórą, która każdy balsam czy masło (no prawie) toleruje to tu jestem pod wielkim wrażeniem! To po prostu czuć, czuć jak skóra dostaje to co potrzebne i odwdzięcza się pięknym wyglądem, zdrowym wyglądem, który nie potrzebował wiele,
  • nawilża - powtórzę się ale : kapitalnie! Nawilżenie jest odczuwalne następnego dnia, a co za tym idzie ja nie muszę się martwić czy dziś użyć tego balsamu bo on nadal jest , przynajmniej ja czuję, że skóra ciągle jest nawilżona, mimo mycia czy szorowania ,
  • regeneruje - chociaż producent o tym nie wspomina to zauważyłam, że w tej kwestii też świetnie działa ;) . Jest fajny zwłaszcza jak używasz go po depilacji dając świetny 'opatrunek'
  • co z tym idzie w parze? Skóra sucha, szorstka, podrażniona go pokocha - da jej wszystko czego potrzeba, 'opatrzy', złagodzi, zminimalizuje szorstkość, nawilży czego chcieć więcej?
  • mimo wszystko balsam jest delikatny, nie podrażnia, nie uczula :),
  • ma w sobie coś co poprawia krążenie i relaksuje ( o ile masz stalowe nerwy a co to takiego poczytasz niżej :D).

Skład? Cóż ja jestem nim zachwycona ( tak ja maruda!) i myślę, że większość powinna się zadowolić ;D



Kosmetyki Organique są typowo zapakowane, od razu idzie poznać te charakterystyczne opakowania czy też wzory na wieczkach więc na ten temat nie ma co się rozwodzić ;D. Każdy produkt zabezpieczony jest sreberkiem i tu nie ma odbiegania od reguły. Po zerwaniu sreberka ukazuje nam się stała masa, nie do ruszenia i uderza nas piękny owocowy zapach!

I właśnie ta konsystencja zbiła mnie na samym początku z tropu. Coś co wygląda twardo, nie cieknie, trzyma się mocno niewątpliwie sprawia wrażenie czegoś topornego, czegoś zbyt ciężkiego dla skóry. Ok, wiem że dodatek masła Shea sprawia iż w przypadku masła konsystencja jest treściwsza, zbita ale jednak tutaj ten pierwszy rzut paczadełka, ten pierwszy raz z nim sam na sam może być lekko przerażający :D

I tu nie ukrywam ten pierwszy raz, potem drugi no i trzeci to była dla mnie walka między chęcią stosowania a rzuceniem go w siną dal ;D. Pierwszy styk z moim palcami był koszmarem: ciężko, twardo do przebicia ale dałam radę ;D . Jednak konsystencja jest dość dziwna i do dziś nie wiem jak udaje mi się z nią normalnie dogadać ;D. To tak jakby zanurzona w smalcu kaszka hahahha a na serio czuć grudki, masę grudek. Z początku nie umiałam sobie z nimi radzić i naprawdę tak gdzieś przez 5 - 6 razy w użyciu bardzo długo masowałam swoją powierzchnię użytkową balsamem byleby nie została żadna grudka. Najdziwniejsze jest to, że nabierając balsam ich nie czujesz dopiero podczas miziania ciałka czuć ich obecność. 

Wiecie ale im dłużej go używam tym bardziej konsystencja ulega zmianie. Z twardej, przerażającej zmienia się w lekko oleistą, taką która bardzo łatwo rozpuszcza się w palcach ( jakoś tak od połowy opakowania :D) i nawet te drobinki , ta kaszka szybciej ulega degradacji ;D. Balsam może wydawać się Wam tłusty - owszem lekko, ale plus bo zostawia na skórze film, który nie jest tłusty, jest po prostu ochronny przy czym nie brudzi ubrań, nie plami - można ubrać się kilka chwil po aplikacji.


Najlepsze mam dla Was na końcu! Zapach! Genialny! Mango w czystej postaci: jest owocowo, słodko upojnie i długotrwale! ♥ Ten zapach zostaje na piżamce, na pościeli i czuć go naprawdę długo - może Ci się wydawać , że go nie ma ale kiedyś nawet moja mama zastanawiał się czemu moja pościel pachnie owocami! Po prostu ten zapach położył mnie na łopatki i jest w tej kwestii jedno wielki L♥ve ♥ ;D

Muszę jednak wspomnieć, że nie nadaje się on do aplikacji po kąpieli : wiecie, myślałam, że skoro ciało jest rozgrzane to te drobiny będą szybciej się rozpuszczać i owszem tak było na chwilę ... Niby ładnie, pięknie ciało wymiziane ale mija kilka chwil, ubieram się, mija dosłownie 5 minut a ja czuję na ciele każdą drobinkę, jakby ktoś obtoczył mnie w soli, ponieważ balsam się ( na moje gusta) nie wchłonął tylko został na powierzchni ( nie wiem jak to wytłumaczyć). Tak czy siak po kąpieli go nie stosuję ;D.

Wydajność? Sądziłam, że przez konsystencję będę musiała używać strasznie dużo balsamu jednak i tu się pomyliłam! Dwa machnięcia paluchami i mam oklepaną znaczy wymizianą jedną nóżkę :D. Myślę, że na 5 góra 6 tygodni będzie wystarczający ale w sumie niektórym może pójść to szybciej.

Balsam dostaniecie w salonach Organique w cenie 34.90 zł / 100 ml , lub  64.90 zł/ 200 ml

23:25

Listopad w zdjęciach :)

Listopad w zdjęciach :)
Już jest! Skończył się dla mnie najgorszy miesiąc w roku! Bo wiecie jak u nas ma stać się coś złego to to  się stanie ... w listopadzie! Na szczęście w tym roku listopad był dla nas łagodny i żadnych złych rzeczy nie było ( w porównaniu do zeszłego roku to naprawdę jestem pełna podziwu!). Łaskawy miesiąc był dość leniwy - no oprócz rezonansu magnetycznego, wizyty u ortopedy to nic szczególnego się nie działo , same spójrzcie ;)


Zaczniemy przezornie bo zdjęciem z ostatnich dni listopada gdzie był śnieg ♥ A teraz co? Raz pada deszcz, raz świeci słońce a śniegu ni ma! Ja chcę śnieg i już!


 Posiadanie 5 kotów w domu może być fajne chociaż nasze 3 maluchne kocięta, które na dniach pójdą w dobre łapki mogą uważać odwrotnie :D. Ten mały gang tylko czeka na okazję by je szkolić i naprawdę czasem kociętom współczuje - zresztą miny tego gangu mówią same za siebie ;D.


Jakiś czas temu drastycznie skróciłam długość włosów - były za cycki są do ramion :D. Z początku było mi z tym ciężko i chciało mi się wręcz wyć do księżyca a teraz już jest ok. Widzę, że moje loczki tego potrzebowały bo ich skręt mnie zadziwia, zyskały na gęstości i w ogóle dostały powera :D.


Były też zakupy!! :D Mój Karol tak długo mi truł bym na zimę kupiła nowe NORMALNE buty aż tak zrobiłam ;D. Znaczy się wiecie, zaprowadził mnie pod sklep CCC , dał kasiorę i kazał iść kupić jakieś 'ładne' ( tylko nie te 'bambosze' :D). A czy to moja wina, iż EMU darzę największą miłością a te wręcz krzyczały' Ruda, kup nas, kup nas ;D". No i kupiłam, Karolowi powiedziałam, że to bambosze i dopiero po dwóch dniach pokazałam ;D. Uff uszłam z życiem gdyż stwierdził, że takie złe nie są ;O ;D.


Jak człowiek buty kupił to taki głupol jak ja wygrał inne :D. Tym razem u Renee na FB był konkurs, zgłosiłam się i bach! Buciki moje, chociaż z powodu nogi nie mogę nosić obcasów i w ogóle takich wysokich nie noszę to te są okropnie wygodne! Kolor mnie kupił i ogólnie jestem w nich zakochana ♥. Chociaż mój Karol to się nimi zachwyca i jakby szło po jego myśli to stwierdził, że mogłabym w nich nawet spać tak dobrze mi na nodze leżą ( akurat! :D).


Nie wiem czemu ale zawsze jak jesteśmy w galerii ( oprócz obowiązkowej wizyty w KFC :D), zawsze mam chęć kupić takowego balona. Niby wiem, że pewne dziecko, z blond grzywą mi go zakosi ale cóż ja to chyba gdzieś mam więcej dziecięcych pierwiastków w sobie ;D. Tak czy siak jak podchodzę i widzę ceny tych balonów ( serio? one ze złota są?:P) to już mi kaprys mija choć nie przeczę Papa Smerf wymiata ;D.





Ostatni weekend listopada zaowocował też spacerem nad jeziorem. Było pięknie! I zimno jak cholera, prawie rąk nie czułam, sikać mi się okropnie chciało ale było warto ;D. Chyba dawno nie widziałam tyle kaczek, stworzonek i innych zwierzątek na wodzie, no dobra tam nad jeziorem w ogóle ich nigdy nie widziałam ;D.  Z drugiej strony trochę się dziwnie czułam a może to kaczki mordercy? Wiecie byliśmy my, one/oni i ani jednej żywej duszy - strach wyjść ;D.


A na koniec Masha znaczy Martyna ♥  Zdjęcie sprzed kilku miesięcy ale dopiero w listopadzie moja Julia zrobiła mi tą uprzejmość i w końcu mi je wysłała ;D . Uwielbiam ją i nigdy nie sądziłam, że moja chrześnica/ siostrzenica może być dla mnie całym światem ( bratanek również ale wiecie z nią spędzam każdy dzień ;D) ♥ ale , ale czasem też mam ochotę ...wyskoczyć przez okno jak już za dużo jej jest :D. Już się boję co to będzie jak moja Ruda Antosia kiedyś przyjdzie na świat ;D

I tym uśmiechem zakończymy podsumowanie listopada - jak u Was?;)
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger