22:09

Listopadowe denko # 25

Listopadowe denko # 25
No i stało się, mamy ostatnie denko w tym roku! :). Co prawda jak patrzę na ilość produktów to jestem wręcz zdziwiona, że tak mało. Generalnie zużyłam w listopadzie więcej próbek   
( hahhahahahhaha ) a najwięcej to poszło na moją śliczną, piękną i urodziwą buźkę :D. Cóż skoro już wyszła ze mnie skromna zołza to pora rozliczyć się z tymi śmieciami po raz ostatni w tym roku ( chociaż zastanawiam się czy w ogóle nie zrezygnować z tych śmieci a zostawić tylko nowinki, i prawdopodobnie będę tylko pokazywać Wam nowości  :P). 


A więc żegnaj listopadzie z tym dnem i wodorostem :D. Skoro mam to być ostatnie denko w ogóle ( w końcu dwa lata pokazywałam Wam tego typu posta) to zrobimy to z hukiem! Znaczy skromnie i na bogato ;D


Jak Wam wspominałam wyżej najwięcej zużyłam kosmetyków do twarzy i od nich zaczniemy, a konkretnie od drobnoziarnistego peelingu marki Ziaja, który miał swoje 5 minut tu ---> klik. Jak dla mnie za drobny , za kaszkowaty i w ogóle bez polotu ale za to z zapachem kostki wc już na samym końcu ;D. Tonik-mgiełka nawilżający marki Vianek pokazywałam Wam ostatnio na Instagramie jednak miał drobny wypadek gdyż iż pewne dziecko wylało go do zlewu ;D. Co o nim powiem? Jako mgiełka za mokry jako tonik całkiem ok, ale zostawia lepką warstewkę no i ma krótki termin przydatności - 3 miesiące a uwierzcie jest cholernie wydajny!. Holika Holika pianka do mycia twarzy o której wspominałam tu ---> klik zaskoczyła mnie wszystkim i pokazała, że pianki w tubce, gęste przypominające te do golenia co używali nasi ojcowie mają niezłą siłę przebicia i dają fenomenalne efekty! :) . Standardowe mydło u mnie  - tym razem Luksja Care Pro, które jest łagodne i z powodzeniem można stosować do mycia buzi a poza tym świetnie domywa pędzle ;D.


Kolejne produkty do Sephora Eye Mask zielona herbata - wiecie lubię płatki ( chyba) jednak te mi przypominały rozciągnięty znaczek 'Nike' ;D. Dość wilgotne , zostawiły po ściągnięciu 'mokrość' pod paczadełkiem jeden minus bo po kilku minutach zechciały uciekać ;D. Pasta cynkowa pojawia się regularnie co kilka denek więc i tym razem dołączyła do zacnego grona śmieci ;D


Uboga kategoria ciało i tylko dwa produkty. Wróciłam do żelu z Biedronki czyli Intimea i się zawiodłam. Większa butla i to z pompką na plus ale coś się zmieniło w konsystencji jest lekko rozwodniona, zbyt lejąca, mocno pieniąca się beee i na dodatek mój okaz mocno perfumowany był. Mydło Linda kupiłam z ciekawości, wielka kostka, piękny zapach ale okropnie przesusza ;x


Przed Wami moje próbkowe wykończenia ;D. Korres  nawilżający krem z granatem pachniał przyjemnie, nawilżał dość dobrze ale sądząc po konsystencji ten krem jest okropnie niewydajny ;(. Znalazła się też tu próbka męskiego zapachu Galliano, którą zużyłam na sobie no bo pachniał naprawdę męsko ♥. La Prairie o mamo! Ale to dawało świetny efekt na skórze: miękka i aksamitna a przy tym pachniało tak subtelnie. Próbka zapachu Yves Rocher Neroli mnie rozczarowała - chyba nie tego się spodziewałam bo zaczęła mnie boleć głowa od niego ;O. Kiehl's skoncentrowane serum  nawilżające.. oprócz długiej nazwy ma świetne działanie! Mega nawilżenie, mega gładkość skóry w ogóle nie mogłam przestać dotykać swoje twarzy! Miód! ♥ A na szarym końcu ślimak czyli Mizon okropny! Strasznie mnie po nim opryszczyło beeeeeeeee i ta dziwna konsystencja przypominająca nie powiem co ;D

No to i tyle z tych ostatnich śmieci ;)

Jak tam u Was z dnem? Po czy przed?;)

20:23

Givenchy Le Rouge-a-Porter 104 Beige Floral & 202 Rose Fantaisie

Givenchy Le Rouge-a-Porter 104 Beige Floral & 202 Rose Fantaisie
W moim sercu już na stałe zagościła się jedna marka zaczynająca się literą G - G jak Guerlain. Nigdy nie sądziłam, że moje kosmetyczne serducho aż tak lubi tą literę - następna marka na G czyli Givenchy momentalnie wkradła się w moje łaski ale spokojnie - Guerlain nadal rządzi i nadal ma dużo do powiedzenia a co z tym Givenchy? Givenchy  głównie kojarzę z perfum i słynnego 'demona' , gdzieś mi o uszy obijały się wieści o kolorówce jednak nigdy osobiście nie spotkałam ( nawet w perfumerii nie rzucało mi się w paczadełka :P). Jednak wrześniowe urodziny sprawiły jedno: w moje srocze łapki wpadły ich cudowności! Od dwóch pięknych Agnieszek dostałam uroczą miniaturę 104 Beige Floral jak i pełnowymiarowe opakowanie 202 Rose Fantaisie - nie powiem, kolory cudo a jak to jest w użyciu już z kultowymi pomadki tej marki?


Od razu uprzedzę - Givenchy to marka z wyższej półki. To marka piękna, luksusowa i okropnie kusząco podana w każde srocze łapki. Nie ma chyba kobiety, która widząc takie cacko przejdzie obojętnie ( nie licząc mnie :P). Każdy ich produkt jest mistrzowsko wręcz 'uszyty' i uwierzcie mi, nie ma nic piękniejszego niż widok tych gagatków w mojej kosmetyczce ♥

Pomadka Le Rouge-à-Porter. Luksus i elegancja prêt-à-porter.

Lekka i odżywcza formuła tej kremowej eleganckiej pomadki idealnie łączy intensywny odcień z ochronnym i pielęgnacyjnym efektem. Usta są nawilżone, miękkie i elastyczne. 

Paleta odcieni, od najbardziej naturalnych aż po najintensywniejsze tony. Dostępna w 16 nasyconych światłem barwach. Świetlisty kolor i naturalne lśniące wykończenie.

Stylowa pomadka w luksusowym skórzanym opakowaniu. 

Le Rouge-à-Porter to autentyczny modowy dodatek, który robi wrażenie. 
To elegancja Domu Mody Givenchy w całej okazałości!






Śmiało mogę powiedzieć, że opis producenta się zgadza! Z pewnymi 'drobnymi' mankamentami .. ;)
Wiecie, jeśli kupujecie tą pomadkę głownie dlatego by cieszyć się długotrwale kolorem to możecie się rozczarować, jednak jeśli kupujecie tą pomadkę tylko ze względu na jej walory pielęgnacyjne to całkiem mogę to zrozumieć ;).

Nie mówię, że jest ona zła czy coś ... no jest ok, ale w kwestii pielęgnacji miodzio! ♥  W przypadku Le Rouge-a-Porter kolor schodzi na dalszy plan ponieważ to co ona robi z ustami jest niesamowite! Genialnie wygładza i nawilża i to nie tylko podczas jej noszenia ale w momencie kiedy ona schodzi z ust to przez dłuższy czas czuć miękkości i taki efekt 'świeżo nałożonego balsamu na usta'  - chociaż ja nie mam problemu z nimi to jestem pewna, że dla przesuszonych ust będzie jak przysłowiowy 'miód' ;). Ochronny i pielęgnacyjny efekt? Tak, tak tak i tutaj szczerze przyznaję, że Givenchy wysoko postawiło poprzeczkę tworząc produkt, który ewidentnie polepsza kondycję ust dając im ( szczególnie w ten zimny czas) ulgę, ukojenie a przede wszystkim sprawia, że wyglądają one zdrowo, ponętnie i są takie wiecie ' do całowania'.

I teraz mam problem bo ta kremowa formuła raz sprawia, że owe rarytaski kocham dozgonną miłością a raz mam ochotę krzyczeć, że czemu tak?! Jednak to właśnie ta kremowa, lekka formuła ( podkreślę słowa LEKKA po to będzie słowo klucz :P) sprawia, że pomadki są tak komfortowe w noszeniu, praktycznie niewyczuwalne na ustach - czysty 'kolorowy' balsam ;)



'Modowy dodatek'? Och tak, kapitalny! Zawsze myślałam, że to Guerlain ma najpiękniej podane kosmetyki ale Givenchy uff to jest kapitalne! Miniatura zapakowane w urocze, aksamitne pudełko zaś ten pełnowartościowy produkt: ultra kobiecy, ultra sexy , lekko ostry i pikanteryjny a to wszystko za sprawą ciężkiego metalowego opakowania, okraszonęgo czarną skórą, która jest po prostu fenomenalna! Nie ważne czy to miniatura czy 'normalny rozmiar' wszystko jest dopracowane, dograne i zachwyca swoim wykonaniem! ;)

Musicie wiedzieć jedno - kremowe pomadki Givenchy mają 'drobne' szkopuły, pierwszy z nich to taki, że ich trwałość jest kiepska i raczej trzeba się trzymać wersji 'to balsam a nie pomadka' bo sama nie wiem czy one w ogóle trzymają się nawet te 1,5  - 2 godziny . Chciałabym ale ich tempo zjadania jest strasznie szybkie ( zwłaszcza jak jecie czy pijecie) jednak szybkie zjadanie się mogę wybaczyć na rzecz pielęgnacyjnych właściwości a co z resztą?

Odcienie, które ja mam to 104 Beige Floral ( miniatura) oraz 202 Rose Fantaisie - oba cudne, oba do pokochania ale...



104 Beige Floral to kolor zdecydowanie mój - NUDE! ♥ Lubię nudziaki ale ten jest dość specyficzny, w zależności od światła wygląda bardziej różowo lub bardziej brązowo jednak na ustach wcale tego nie widać. Beige Floral kupił mnie od razu: ten kolor niemal stapia się z moim naturalnym odcieniem  warg więc wiecie wygląda bardzo naturalnie - rzecz mogę, jakbym w ogóle nie miziała nim ust!. Co do krycia w kwestii tego nudziaka dają jedną warstwę bo praktycznie na moich wargach ta naturalność nie wymaga większego nakładu i praktycznie nie widzę momentu kiedy ona mi się 'zjadła' ;D

202 Rose Fantaisie jak dla mnie to taki cukierkowy róż a'la Barbie. W zależności od ilości nałożenia kolor się różni: jedna warstwa to taka przyjemna ochronna warstewka gdzie kolor jest dość nikły jednak jeśli jesteście fankami różu wystarczy dać 3 warstwy ( których w ogóle nie czuć) i macie naprawdę bombowy róż jak z okładki :D. Fajny jest ten róż, nie powiem ale mam z nim problem: przy mojej bladej twarzy znacznie się wyróżnia :D. Tutaj praktycznie po godzinie z hakiem nie mam już koloru jest sama pielęgnacja ;)



Wiem wiem, w nazwie z jadłam 'i' wybaczcie ;D.

Ta lekka kremowa formuła sprawia, że nakładanie tych pomadka to czysta przyjemność, nic nie ucieka, nie migruje - po prostu jakbyście smarowały usta balsamem i właśnie w tej kategorii traktuję te pomadki :). Nie mogę im odmówić, że na ustach wyglądają pięknie: a ta lśniąca tafla aż zachwyca!

Oczywiście, nie da się ukryć, że te kolory są piękne i wyglądają tak kusząco jednak długo nim się nie nacieszymy. Kosmicznie luksusowe opakowanie, niesamowite właściwości pielęgnacyjne które nam oferują sprawiają jednak, że ten kolor jest tylko tłem ( choć poprawianie go co godzinę może być męczące).

Givenchy Le Rouge-a-Porter to ciężki orzech do zgryzienia. I mnie zadowala i z jednej strony czuję lekki niedosyt. Cóż mimo wszystko pomadki mają grono wiernych wielbicielek bo co jak co to potrafią zrobić dobrze ... naszym ustom :D.

Pomadki Givenchy dostaniecie w Sephorze 2.2 g / 159 zł.

21:28

Clinique Pep-Start eye cream

Clinique Pep-Start eye cream
Niby nie powinno pisać się o miniaturach produktów, niby bo zdarza mi się odchodzić od tego schematu. Zdarza się też, że w kontekście pełnowymiarowych produktów wspomnę też o ciekawej miniaturze jednak poświęcić jej osobny wpis? Chyba oszalałam! Jak tak mogę?! A mogę i to zrobię - i to nie jest taka zwyczajna miniatura! Wiecie już że co do kosmetyków jestem strasznie wybredna i nie wszystkie hity  kosmetyczne u mnie się sprawdzają jednak dziś odchodzącą od wszelkich blogowych reguł powiem Wam, że 7 ml może też być cudowne i zachęcające!


7 ml - co to jest? Niby nic, niby mało a co to może dać? Ta mała tubka pokazała mi, że nie liczy się pojemność ( choć też jest ważna) ale to co ma w sobie! I powiem Wam - dawno żaden tatki maluszek nie sprawił mi tyle przyjemności!

Bądź piękna zawsze i wszędzie. Twoje spojrzenie może zachwycać, a skóra pod oczami wyglądać na nawilżoną i świeżą zarówno rano jak i wieczorem.
Raz-dwa i już gotowe! Clinique przedstawia NOWY Pep-StartTM Eye Cream – krem o lekkiej formule, która rozjaśnia, ożywia i odświeża skórę pod oczami zarówno tuż po zastosowaniu jak i w miarę regularnego używania.
Innowacyjny, sferyczny aplikator masujący uwalnia skórę pod oczami od opuchlizny, sprawiając, że wygląda świeżo, gładko i jest świetnie przygotowana pod makijaż. Nałóż odrobinę kremu, a przekonasz się, że Twoje spojrzenie rozjaśni się w mgnieniu oka. 





Pomarańczowy maluszek powinien kupić każdą panią, która walczy o piękny wygląd okolicy paczadełka! Wiecie, mam coś takiego, jestem gotowa wydać dużo na kosmetyk kolorowy który będzie ze mną dłużej. Na pielęgnację wydam zawsze mniej ( i tak to zużyję w miesiąc czy dwa :P) dlatego powoli podchodzę do droższych kosmetyków z tej kategorii. Mało znajdziecie u mnie pielęgnacji droższej niż 50 zł :P. Ale my nie o tym - na samym wstępie powiem Wam, że Pep-start w miniaturze ma inny aplikator ( pełnowymiarowy ma uroczą 'kuleczkę' ) dlatego fakt opakowania i samego aplikatora ominę ;). Skupmy się na działaniu, które jest ...

FENOMENALNE! I sama jestem zdziwiona swoimi słowami. Chociaż co ja mogę wiedzieć skoro moja skóra pod paczadełkami nie jest zbyt wymagająca?
Nie mam opuchlizny pod paczadełkami więc tutaj Wam nie powiem czy faktycznie działa bo nie wiem a nie będę Wam wciskać jakiś kitów ;). Co jest pewne?
Rozjaśnia i odżywia , chociaż rozjaśnienie widać z upływem czasu to wygląda ono jako naturalny proces - wiecie nie widać tego z kilometra ale same zauważycie różnicę w wyglądzie skóry . Odżywienie natomiast może poczuć od razu: skóra momentalnie spija krem dając skórze fajną dawkę nawilżenia, aksamitności . Pod makijaż? Idealny! Nie roluje się trzyma wszystko w ryzach ;). Sama muszę przyznać, że jego stosowanie to czysta przyjemność gdyż skóra po prostu dzięki niemu może odetchnąć z ulgą i wiem , że jak rano wstanę to zobaczę cudownie wypoczętą, bez  jakiś oznak worów czy sińców ;).



O tym cudzie chciałabym Wam napisać dużo no ale trudno to przełożyć na słowa - niektóre rzeczy trzeba po prostu samemu zobaczyć czy przeżyć i tak właśnie jest w przypadku tego kremu.

Krem ma bardzo lekką konsystencją a zaraz bardzo mocno nawilża. Wchłania się praktycznie momentalnie dając uczucie wiecie takiego 'odprężenia' czy też 'świeżości'. Uwielbiam go stosować bo to jest jak nałożenie rzeczy oczywistej - nie widzisz jej ale wiesz, że działa i skóra odwdzięcza Ci się tym co najlepsze! Krem nie posiada zapachu więc wszystkie duszyczki, które nie lubią pachnących specyfików pod paczadełka mogą odetchnąć z ulgą ;). Poza tym skoro to mini ma zaledwie 7 ml i jest strasznieeeee wydaje to wróżę, że pełnowymiarowy produkt będzie bardzo bardzo długo nam towarzyszył ;)

Krem Clinique Pep-Start eye cream jest świetny ale ... dla takich osób jak ja! Bez większych problemów ze skórą paczadełek, testujących i sprawdzających a nie szukających ( jeszcze) skutecznego działania w walce z czasem . Póki co ja szukam czegoś nawilżającego a jeśli kremik spełnia inne warunki to doskonale ;). Dlatego jeśli macie jakieś poważne problemy to lepiej przynajmniej na noc kupić coś konkretnego a ten użyć rano by 'odświeżyć' swoje spojrzenie ;)

Pep-Start dostaniecie w sklepie Clinique, Sephora czy Douglasie, 15 ml / 99 zł.

Pełnowymiarową wersje możecie podejrzeć u:

♥ Subi ---> klik
♥ Marta ---> klik

P/s to chyba najkrótsza recenzja na blogu ;D

10:23

Być kobietą, być kobietą ... :D

Być kobietą, być kobietą ... :D
'Gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie, łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie... Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń? Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę! '  

Tak śpiewała kiedyś Pani Alicja Majewska, jednak w praktyce 'BYĆ KOBIETĄ' nie jest wcale takie proste. Przez lata nagromadziło się wiele utartych frazesów na nasz temat mówiących jakie to my jesteśmy :). Ile ludzi tyle opinii jednak nigdy ale to nigdy nie da się dogodzić każdemu człowiekowi - tak już jest. W momencie kiedy przyszedł mi pomysł na ten wpis wiedziałam dokładnie co powinnam w nim zawrzeć a raczej, które myśli zwłaszcza facetów powinnam przekazać ;D. Bo wiecie świat bez nas byłby nudny a faceci niestety albo stety zostali by na wymarciu :D


Chociaż raz w życiu każda z nas czy to jako nastolatka / przyszła żona/ a zwłaszcza matka musi usłyszeć ( od partnera, matki, teściowej, koleżanki itp) zdanie, które zawsze będzie modne : 'siedzisz w domu i nic nie robisz'. No przecież co Ty robisz? Pranie robi pralka, wstawisz obiad więc gary się gotują a co robisz z resztą dnia? No właśnie ile można sprzątać mieszkanie skoro nie masz dzieci ( uznajmy, że nie pracujesz) albo masz dzieci i są w szkole? No ile :D. A jak pracujesz to przecież i tak wracając do domu tyrasz jak ten dziki wół by wszystkich zadowolić i co za to masz? Chociaż masz jeden dzień wolnego i chcesz go wykorzystać na relaks to usłyszysz 'zrobiłabyś coś pożytecznego!'. Nuż kur** nóż się w kieszeni otwiera! My kobiety jako te woły pociągowe siedzące w domu, dbające o te ognisko, wychowujące dzieci tym jednym zdaniem jesteśmy zdeptane bo przecież każda maszyna robi to za Ciebie! A wyjdź na chwilę to wielki panicz nie będzie umiał włączyć pralki! :D Nie żebym uważała, że każdy nie umie, pewnie są tacy którzy to zrobią perfekcyjnie ba nawet część Twoich obowiązków przejmą ale gdzie oni są?? Mój K ostatnio tak się ekscytował, że SAM włączył pralkę! Matko, naprawdę włączenie pralki można porównać jako pokonanie Everestu :D
Ale wiecie, przecież jak siedzisz w domu, ktoś przychodzi, wraca Twój partner to i tak zawsze widzi to samo: porządek i obiad - raptem ile Ci to zajęło 2 - 3 godziny? To ja się pytam gdzie masz resztę czasu kobieto! ? :D

Ale, ale my też narzekamy. Za mały biust? Idę na operację plastyczną/ mam kompleksy - za duży , faceci wywalają jęzor jak tylko założysz coś z dekoltem. I tak źle i tak nie dobrze ale wiecie co jest najgorsze? Ja należę do tych biuściastych ( mój atut, nie licząc boczków i tej pięknej mordki :D) i aż mnie boli kiedy bluzka w cyckach się odpina, nie dopina czy co tam jeszcze, już nie mówię, że lekcje w - fu mając większy biust to istny koszmar! Skaczące piłki, melony, balony jej epitetów na ich określenie jest mnóstwo ale co zrobić? Ku naszej pociesze ktoś wymyślił stanik sportowy ( a fe! zero kobiecy) ale wszystko trzyma na miejscu więc biegnąc ulicą spiesząc się na uciekający autobus w swojej lekkiej bawełnianej bluzce człowiek nie wygląda jak dojna krowa ze skaczącymi wymionami :D. W ogóle nie rozumiem co jest w cyckach takiego 'hot'? Może dlatego, że ja mam je na 'stałe'noszę i dźwigam (:P) to patrzę na to krzywo ale serio? Dwie masy tłuszczu tak mocno kręcą facetów, że grzechem byłoby tego nie wykorzystywać ;D. Nawet ostatnio mój K powiedział, że 'moje cycki to jego ulubione zabawki' że co? Pal licho moją piękną duszę, twarz czy inne bzdety ale CYCKI są i to najważniejsze :D.

Naprawdę czasami siebie nie rozumiem - choć to dziwne bo rozmowa sama ze sobą jest wskazana ( z kimś inteligentnym trzeba :D). Jest dobrze nawet za dobrze to i tak znajdziemy powód by lekko go wkurzyć ( no przecież 3 lata temu o tej porze nawalił się kumplami) ;D. Ja nie wiem jak to robimy ale my kobiety mamy pamięć do pierdół ( zwłaszcza ja co mój K zawsze kwituje słowami: 'mogłabyś tego nie pamiętać':D). Jednak coś w tym jest kobieta z taką pamięcią jest lepsza niż FBI, CIA i inne skróty i zawsze wiemy - bo wiemy, prawda? ;D


A spróbuj kobieto znać się na samochodach czy piłce nożnej! Grono facetów otoczy Cię jak wygłodniałe sępy widzące jakąś padlinę na stepie 'a pfe' a babki zaczną rozmyślać jakby Ci tu pokiereszować tą śliczną buźkę! Toż wtedy jesteś ANIOŁ i ideał kobiety . Chociaż na samochodach mało co się znam ( jak mi K coś tłumaczy to ma taki wzrok jakby mówił do słupa :P) to na piłce nożnej się znam i co słyszę? 'Kibicujesz im bo gra tam ten pedał Ronaldo? I tak nie wiesz co to spalony'. :O . No ja Cię proszę akurat wiem co to spalony i od zawsze wiadomo, że Krystyna dla mnie the best - reasumując wniosek jeden: kobiety oglądają piłkę ze względu na piłkarzy, przystojnych piłkarzy ( wg tych marnych naszych partnerów :P) dlatego jako kobieta chcę by grali w samych bokserkach skoro i tak oglądam bo biega za piłką ładny ryj ( podobno!) :D

Ale ale co jest najgorsze? Noszenie szpilek! Rozumiem wyglądasz jak ta cała 'Bijons' so sexy, Twoje ego wzrasta ale cóż mimo, że ja mam szpilki czasem ubiorę ( zwłaszcza skoro mój K jest wyższy ode mnie o 30 cm :P) ale kurka wodna w głowie mam cichy śpiewający głosik ' a Ty masz krzywe nóżki jak u kaczuszki' i wtedy idę jak jakieś ciele po przetrąceniu i tylko czekam na moment ich zrzucenia i co z tego mam? Co z tego, że K patrzy na mnie jak na niebiańską istotę, która ma ocalić jego marne życie skoro pięta, stopy palą mnie żywym ogniem? A idź mi z takim interesem ;D



Aaaa i jeszcze jedno ;D. Zdrada to bardzo delikatny temat i wiecie co zauważyłam: jak to robi chłop, idzie to łóżka z jakąś inną cizią to my się wypłakujemy a inny biją mu brawo ,mówiąc 'no stary, takaaaa laska!' Ogólnie szał pał i pełen podziw. A jak to zrobi babka to co słyszy? "szmata, dziw**, ku**a' i takie tam bo przecież panicz może , pani nie - i nie ważne czy to był jednorazowy wybryk, czy znalazłaś miłość życia opinia idzie w świat a Ty jesteś zdeptana, bo KOBIECIE to NIE WYPADA.

No i masz babo placek: myślałam o czymś innym, co innego mówię a napisałam jeszcze inne badziewie nie to co powinnam- tak czy siak  jestem kobietą no i co zrobisz jak nic nie zrobisz? I kto powiedział, że kobiety mają łatwiej, pff!

I tym miłym akcentem tego tasiemca żegnam Was i życzę udanego weekendu , a może i taki wpis o facetach zrobię?;)


22:30

The Body Shop Passion Fruit żel pod prysznic

The Body Shop Passion Fruit żel pod prysznic
Nie mogę powiedzieć, że nie znam marki The Body Shop. Oczywiście, że znam ;D. Na blogach czy ogólnie  w sieci jest jej mnóstwo - ich masła i żele zbierają zarówno dobre jak i te negatywne opinie. To jednak nie wpływa na istniejący fakt: chcę coś od nich! Miałam już krem do rąk tej marki, który pachniał obłędnie! ♥ Było też mydełkowe waniliowe serduszko - mega wydajne, przyjemnie pachnące a teraz dzięki Ewelinie przyszedł czas na żel Passion Fruit! A uwierzcie ich żele to chyba jedne z tych produktów ( oprócz maseł), które każda z nas powinna choć raz wypróbować. 


Nie lubię przepłacać za niektóre produkty. Niejednokrotnie powtarzałam, że żele należą do kategorii ' ma ładnie pachnieć, nie musi kosztować kokosów' . Jednak żele The Body Shop swoje kosztują i dla mnie zawsze to  kończyło się słowami 'kosztują za dużo' . Teraz gdy poznałam ten żel jestem pewna : ta cena ma swoje uzasadnienie.

Żel pod prysznic, który ma za zadanie pozostawić naszą skórę gładką, nawilżoną i miękką.
Oczyszcza, jak i odświeża.
Nie zawiera mydła, a dobroczynny olej z pestek marakui.
 
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Cocamide DEA, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Coco-Glucoside, Benzyl Alcohol, Phenoxyethano, Parfume, Limonene, Methylparaben , Passiflora edulis (Passion Fruit Seed Oil) (Skin-conditioning Agent), Passiflora incarnata (Passion Fruit Seed Oil) (Skin-conditioning Agent), PEG-55 Propylene Glycol Oleate, Propylene Glycol, Hexyl Cinnamal, Butyl Methoxydibenzoylmethane (Avobenzone) (Sunscreen), Linalool, Disodium EDTA, Butylparaben , Ethylparaben, Geraniol, Isobutylparaben, Propylparaben, Citral , Citronellol, Alpha-Isomethyl Ionone, CI 60730, CI 19140, CI 17200



Dziś nie będzie długiej recenzji - żele pod prysznic to nie są jednak produkty, które mają jakieś hiper wow właściwości ;). Co do naszego gagatka:
  • oczyszcza - a który żel tego nie robi? Ten robi to przyzwoicie, nie zostawia tłustego filmu czy też nie oblepia skóry, nie wysusza i nie podrażnia,
  • delikatnie nawilża - mówiąc delikatnie mam na myśli naprawdę troszkę tego nawilżenia, można balsam/ masło pominąć ja jednak wolę zawsze takowy produkt po nim użyć,
  • miękka skóra - patrz punkty powyżej, zresztą wszystkie produkty do mycia, które ostatnio stosuję ( i pewnie Wasze też) zawsze (a przynajmniej powinny) zostawiają skórę miękką, odświeżoną ,
  • gęsty! Ten żel jest naprawdę mega gęsty co mnie zdziwiło i się zastanawiam kiedy go zużyję bo...
  • jest okropnie wydajny! A to sprawka tej jego gęstości gdzie wystarczy niewielka jego ilość by cieszyć się z jego użycia,
  • gęsty + wydajny = obfita piana! Tak moi mili , żel daję masę piany, mocno się pieni i odnoszę wrażenie, że w kwestii pienienia się wypada lepiej niż niektóre płyny do kąpieli.
Jak widzicie mój żel ma jeszcze stare opakowanie ( nie wiem czy wszystkie mają zmienione? :)) więc powiem Wam tylko, że 'klik' trzyma mocno a plastik jest sztywny co mi osobiście się nie podoba bo teraz jak jestem w połowie butelki to ciężko mi wydostać nasz eliksir ;D.

Marakuję znam tylko z soków czy jogurtów ( więc nie mam pojęcia jak ten owoc pachnie na żywo). Szukając jakiegoś opisu zapachu znalazłam kilka: słodki, owocowy, ciepły - jednak dla mnie ten zapach jest zupełnie inny - przynajmniej w tym żelu.


Passion Fruit w samej butelce pachnie owocowe, lekko egzotycznie - przypadnie do gustu każdemu kto lubi takie owocowe - słodkie zapachy. Cuda się dzieją kiedy żel spotyka wodę: mój nos czuje wtedy sałatkę: wiecie owoce egzotyczne wymieszane z ziołami z ogródka. Czuję coś zielonego, coś ogrodowego jakby odrobinę mięty czy coś - tak czy siak żel pachnie w kąpieli i jeszcze chwilę później ( do godziny) wyczuwam jego zapach na ciele. Jak widać ta niebieskawa / zielonawa gęsta ciesz ma zadatki by dawać radochę w kąpieli.

Ok, żel używam od października, zużyłam dopiero połowę opakowanie i zastanawiam się czy do świąt go wykończę :D. Wydajność, jego gęstość i nietuzinkowy zapach zdecydowanie przemawia na jego korzyści i teraz po jego testach patrząc na cenę wcale nie wydaje się ona taka straszna ;D.

Żele The Body Shop dostaniecie na ich stoiskach w cenie 25 zł / 250 ml. 

10:54

Blogi, które czytam # 9

Blogi, które czytam # 9
Nie wiem czy zauważyliście ale w ubiegłym miesiącu ten wpis się nie pojawił. Musiałam chwilę odpocząć od tej serii by móc wybrać dla Was kolejne wartościowe blogi: stare jak i te nowo poznane. Wiecie ciężko jest tak wszystkich komplementować i naprawdę brakowało mi już pomysłu a raczej słów pochwał dla dziewczyn, które robią totalną magię u siebie. Ale dziś jestem i wracam z piątką kolejnych fantastycznych autorów i ich cudownych miejsc, nie przedłużając zapraszam Was na moje kolejne pozycje z listy czytelniczej a nóż może znajdziesz tu siebie lub coś nowego?  ;)


1. 1001 Pasji


To jest ten blog. To jest takie miejsce do którego podchodziłam kilka razy wiecie zaglądałam, czytałam i wychodziłam. Nie byłam stałą bywalczynią ale lubiłam zaglądać do Joanny i patrzeć co ciekawego mówi. Moje pierwsze kroki były nieśmiałe i rzadko się udzielałam bo wiecie jej mądrość, wiedza o kosmetykach mnie onieśmielała! Nadal tak jest ale jakoś im dłużej jestem na blogu to wiem, że Joanna jest po prostu taką osobą ;) Dojrzała, znającą się na rzeczy, umiejącą docenić jak i wytknąć wadę. Otwarcie mówi o swoich skórnych dolegliwościach, śmiało się pokazuje bez makijażu, z makijażem i zawsze towarzyszy jej uśmiech! To jedna z najbardziej rzetelnych osób, przy których mówiąc szczerze lista zakupowa maleje w zastraszającym tempie ( dzięki Ci Boże za krytykę a raczej pokazanie wad)!. Uwielbiam jej podejście do kosmetyków: nie ważne czy kosztował 50 czy 100 czy nawet więcej jeśli jest w  nim coś złego to ona to powie za co naprawdę ją cenię. jej blog to czysta skarbnica produktów, które ja rzadko spotykam jak i takich ogólnie dostępnych.Niesamowite jest też sposób w jaki prowadzi konwersację z czytelnikami: to nie jest jedno zdanie tylko konkretna wypowiedź - szacun! A już skoro chwalę to powiem Wam , że czytelniczo i nawet filmowo bym się z nią dogadała ;)

2. Ala ma kota


Kobieta, która nie boi się niczego! Błyszczące usta - no problem, złota maska - no problem i chyba w jej przypadku już mnie nic nie zdziwi. Jedna z najbardziej sympatycznych osób, która zaskakuje mnie na każdym kroku ;).Pełen optymizm, profesjonalizm w każdym calu :). Ala lubi stopniować ciekawość - raz na jakiś czas wrzucić posta ze swoimi cudakami szminkowymi a my jako sroki co na to? "poka to i to i tamto' normalnie wie jak przyciągnąć czytelniczkę, rozbudzić emocje by później przy prezentacji danego produktu oczarować swoją osobą, formą  a nasze ciche westchnione słowo 'wow' jest jedyną rzeczą, którą możemy powiedzieć na temat tego co nam pokazała ;). Lubie ją szczególnie za jej styl, to w jaki sposób: prosty a zarazem na tyle efektowny przedstawi swoje argumenty dlaczego warto coś zakupić. Elegancja w przystępnym dla paczadłka czytelnika stylu: nie jest przekombinowanie, jest po prostu z czułością . Tak, zdecydowanie Ala swój blog prowadzi z czułością co widać w momencie zapoznawania się z nim ;).


3. Pracownia Porannych Przyjemności



Ewela to taka osoba, że jak coś zrobi to na 100 %. Wydaje mi się, że nie lubi też się rozdrabniać czy tracić czas na jakieś pierdoły ;). W blogowym świecie jest ona dla mnie wyjątkiem - potrafiła w jednym ze swoich postów pokazać 18 tuszów do rzęs i każdy w najdrobniejszym punkcie opisała - szacun! W ogóle Ewela to taka osoba, która idzie jak burza - jej posty są przemyślane, dokładne i nie ważne czy przedstawia ona jeden produkt czy kilka - wszystko jest w punkt opisane, nic nie jest pominięte a taka rzetelność to wręcz skarb! ;) To jest też jedna z niewielu osób, której uśmiech nie schodzi z twarzy i momentalnie czytając jej posty czuć bijącą od nich radość i ciepło. Patrząc na jej zdjęcia, jak prezentuje podkład czy szminkę widząc ten szeroki uśmiech to od razu i nasza buzia się śmiej - tacy pozytywnie nastawieni ludzie sprawiają, że nawet post o duecie do włosów staje się przygodą ;). A wspomniałam Wam, że jej osoba będzie zawsze kojarzyć mi się z deserami a zwłaszcza z bezą? :D ♥

4. Ekstrawagancka



To jeden z tych blogów na który zaglądam zdecydowanie za rzadko a uwierzcie mi warto go poznać. Klaudyna ma w sobie coś takiego, że nawet największą marudę przekona do siebie! Jej styl pisania jest niepowtarzalny i zdecydowanie za rzadko spotykany! Umiejętnie łączy elementy humorystyczne z informacjami wartościowymi odnośnie produktu. Jej pióro jest lekkie - i lekko i z czystą przyjemnością czyta się jej 'wypociny'. Klaudyna to też osoba zdyscyplinowana (moim zdaniem), która ma coś w sobie takiego magnetycznego - może to jej paczadełka albo styl jakim operuje? Będąc u niej to wiesz, że jesteś w miejscu gdzie czeka Cię konkretna dawka informacji przy tym lekko zaczniesz się uśmiechać ;). Nie wiem ile razy jej blog przechodził zmiany szablonowe ale za każdym razem jak tam jestem łapie mnie zdziwienie: profesjonalnie, z klasą i stylem a jednak prosto, nieprzekombinowanie i z poczuciem, że jej czytelniczki to przecież 'zwykłe śmiertelniczki. Klaudia ujmie Was też zdjęciami, które nie dziwota marki lubią pokazywać - wszak ona na nich tak pięknie wychodzi! ;)


5. Joy of Jelly



Jako świeżaka dziś chcę Wam przed przedstawić bloga Magdy ;) . Magda to osoba która ma dwa przepiękne, futrzaste koty i jest mega pozytywnie zakręcona ( choć ostatnio powiedziała mi, że DOSTANĘ Noblem :D). Krótkie wymiany zdań utwierdzają mnie w przekonaniu, że należy ona do osób, które to co robią to robią z czystej przyjemności a nie dla jakiejś korzyści ;). Jej blog jest miejscem, w którym odnajdziesz najlepszą koleżanką do rozmowy: o kosmetykach jak i o niczym ;). Umiejętnie łączy u siebie marki luksusowe jak i te popularne przy tym nie zapominając o sobie: wiecie jest sobą  najlepszą wersją samej siebie i to w niej lubię ;) No i koty ma fajne ;D


Także ten, piątka na dziś zrobiona, znacie którąś perełkę?;)

22:43

Kringle Candle Hot Chocolate

Kringle Candle Hot Chocolate
Jesień to taki czas gdzie najlepszą opcją na spędzanie chłodnych, deszczowych wieczorów jest opcja: ja + ciepły koc + miękki, ciepły kot + kubek gorącej czekolady ( albo i całe wiadro) + pięknie pachnąca świeczka w kominku. Opatulona wełnianym kocykiem czytająca jakieś stare tomidło z pożółkłymi stronami komplementuję jesienną aurą w domowym zaciszu. Nie żebym nie lubiła jesieni, toż to moja pora roku jednak brakuje mi w tej porze słodyczy, brakuje mi odrobiny subtelnej rozkoszy, która spowije wnętrze pokoju powodując kompletne odurzenie.


Moim cudownym małym odurzeniem miał być wosk Kringle Candle Hot Chocolate, który dostałam w jednym z urodzinowych prezentów. Jesień + gorąca czekolada? Brzmi pysznie! ;D W momencie gdy tylko otworzyłam małe wieczko wiedziałam: poczekam na deszcz, spadające liście, na poranną mgłę i aurę tajemniczości. Poczekam na moment ubrania grubego szarego swetra, na wyciągnięty kożuszek , na grube bamboszki.
Świece Kringle powstały z inspiracji założyciela marki Yankee Candle. Kluczem do sukcesu popularności aromatów Kringle okazał się pomysł odtworzenia naturalnych zapachów w zaskakująco realistyczny sposób.
Głęboki, bogaty aromat gorących ziaren kakaowca z nutą słodyczy.
Woski Kringle Candle zamknięte są w małych, praktycznych opakowaniach, dzięki czemu są wygodne w użyciu i przechowywaniu.


Kiedy tylko szara plucha zawitała na dobre przeganiające nieśmiało wyglądające słoneczko świeczka poszła w ruch.
 Na sucho? CUUUUUDO! Piękny, bogaty aromat czekolady ( dla mnie gorzkiej) okraszonej kilkoma łyżeczkami cukru - zapach tak realistyczny, że zamykając paczadełka widziałam palący się kominek i unoszącą się parę znad kubka gorącej czekolady, Zapach rozpływający się w kubkach smakowych, delikatnie łaskoczący zmysły ♥. Po prostu do pokochania - a czytając opinie o tym, jaki on jest świetny czekałam na moment wieczoru by w końcu ją zapalić ...

I tu się rozczarowałam :(.  Znacie to uczucie wychodząc na jesienny spacer, kiedy spadają na Ciebie krople deszczu z liści a pod stopami jest masa kałuży, samochód Cię ochlapie, zajdzie słońce i jednym słowem jest jedna szaruga? Oooo właśnie takie rozczarowanie przeżyłam przy Hot Chocolate. Pali się pięknie, pięknie knot rozprowadza płomień ale pięknego zapachu czekolady & cukru nie ma. Nie ma nic - kompletnie nie pachnie świeczką ani tym co wyczuwałam na sucho. Mija pół godziny, godzina w domu nie czuć niczego. Więc co robię? Gaszę świeczkę i tadam! Nikło bo przez 10 minut od zdmuchnięcia i chuchnięcia czuć aromat czekolady. Tyle w temacie. 
Więc daję jej szansę w kolejny zimny dzień, daję jej szansę otulona zimowym sweterkiem i znowu to samo - nic. I znowu ją gaszę i znowu kilka minut czuję aromat i tyle z tej przygody było. 

Mi znowu zostaje ciepły koc + gruby sweter i wielkie pożółkłe tomidlo bo czekolada w wydaniu Kringle to wyrób jedynie czekoaldopodobny. A szkoda bo słyszę dużo pozytywnych opinii o nim ja to jestem jednak feralna ;D

Kringle Candle dostaniecie na mintishop.pl ---> klik, 12 zł / 40 g

09:36

Claire's Sequin Mermaid

Claire's Sequin Mermaid
Są takie lakiery, które od pierwszego wejrzenia przyprawiają mnie o szybsze bicie serca, ślinotok i inne odbiegające od normy zachowanie. No po prostu znacie to: patrzycie na daną rzecz i już widzicie ją na sobie / u siebie, już zacieracie rączki, już Wasza wyobraźnia pracuje na szybszych obrotach, momentalnie czujecie się jak dziecko w wigilijny wieczór gdy pod choinką stoi stos prezenciaków :D. I ja tak miałam gdy zobaczyłam dzisiejszego bohatera - po prostu do mnie gwiazdka przyszła wcześniej ;D


Marka Claire’s jest znana z niezwykłej biżuterii i młodzieżowych dodatków, ale oprócz tego oferuje też kolorowe kosmetyki. Doskonale dobrany i perfekcyjnie wykonany makijaż to ‘kropka nad i’ naszej stylizacji a szczególnie ważne są dłonie i oczywiście manicure. Jeśli chcemy zaszaleć z kolorami to koniecznie należy wypróbować lakiery do paznokci marki Claire's. Na uwagę zasługują lakiery z kolekcji Splatter Effect, które pozwalają stworzyć modny brokatowy manicure dosłownie w ekspresowym tempie. Zwolenniczki tradycyjnego manicure też znajdą coś dla siebie, jak lakiery w wyrazistych, bazowych kolorach. W ofercie znajdują się też lakiery złote, srebrne i lakiery, które wyglądają jak lśniąca satyna. A jeśli chcemy wyjątkowo ozdobić nasze paznokcie to marka Claire's proponuje perełki - Nail pearls w kilku kolorach.

Do tej pory nigdzie nie słyszałam o tej marce. Sporo się naszukałam na ich temat i prawdę mówiąc na temat lakierów jest raptem kilka słów bo jak czytacie powyższy fragment sklepy Claire's są głównie znane jak 'odzieżówka' a lakiery to taki miły akcent kosmetyczny. I wiecie co? Ten miły akcent mi się strasznie podoba! ;)



Jeśli jeszcze nie wiecie czym mnie kupił Sequin Mermaid to spójrzcie na jego drobinki! Migoczące fiolety z mieszanką niebieskości ♥. Czułam w kościach, że nasza miłość będzie piękna ale okraszona cierpieniem ;(, bo przecież zmywanie takich cudaków jest okropne!

Niebieskie iskierki są drobnego, okrągłego kształtu i gdzieś nikną w tle tych wielgachnych fioletowych drobin. Jednak gdy lakier ląduje na pazurkach wygląda to całkiem całkiem.
Lakier można używać solo lub jako top - preferują obie wersje jednak najczęściej ląduje solo :D. W związku z tym, że jest to typowy brokatowy 'top' krycie możecie sobie stopniować: od drobnego wizualnego efektu z małą ilością dodatków lub dać go 2 czy 3 razy by wzmocnić efekt. Solo daję zawsze 3 warstwy co powoduje wolne wysychanie, jednak już przy drugiej warstwie lakier gdzieniegdzie robi się strasznie gęsty i zbiera się w jednym miejscu - sporo muszę się napracować by jakoś to wyglądało ;D. Cokolwiek wybierzecie: solo / top należy go utwardzić. Drobinki są odczuwalne i mogą haczyć ;). Na pochwałę zasługuje trwałość: bez odprysków lakier trzymał się 6 dni ( bez topu), żadna drobinka nie odpadła, wszystko wygląda cacy! Jednak jego zmywanie to okropność! Ten brokat ciężko schodzi ;D.



Pędzelek jest typowy - wygodny po prostu. Ogromny minus za niesamowity zapach - dawno nie miałam tak okropnego lakieru, którego zapach aż drażni!
Już w samej szklanej buteleczce widać, że konsystencja lakieru jest dość lejąca.

Na zdjęciach możecie zobaczyć dwa efekty: solo i jako top. Na wzorniku wielkiej różnicy nie ma, jednak na paznokciu już widać ;).



Wiecie co mnie w nim najbardziej drażni? Zawsze ale to zawsze gdy nakładam go na biały lakier to tych drobinek jest mało, tak jakby się bały i zamykały w sobie ;D.

Wiem skórki itp, itd i solo ( widzicie warstwę bez utwardzacza byście mogły zauważyć odstającą drobinę ;D) to nie wygląda ale pamiętajcie ja zawsze odbiegam od normy z innością ;D
Mimo, że muszę przy nim się napracować, dać mu więcej czasu to efekt lubię i z pewnością lakier będzie często lądował na pazurkach ( a niech czasem też się podenerwuję ;P)

Lakiery Claire's dostaniecie w ich sklepach, które można spotkać w większych centrach handlowych. Cena 13. 90 zł / 10 ml.

10:52

Październik w zdjęciach ;)

Październik w zdjęciach ;)
Aż trudno w to uwierzyć, że już mamy listopad a zaraz będą święta i choinka ;O. Jak ten czas przerażająco szybko leci, nieprawdaż? I to tyle mamy z poważnych rozmyśleń o świecie :D. Dziś zapraszam Was na kolejny przegląd miesiąca w zdjęciach, który niestety albo stety był strasznieeee przewidywalny :) Ale nie będziemy gadać - popatrzmy ;)




Październik to po prostu czas na orzechy i uwierzcie dzień w dzień z małą sprawdzałyśmy czy leżą jakieś nowe a potem ja jako ta najfajniejsza matka chrzestna na świecie musiałam je skubać - matko! Jak ja nie lubię obierać ich z tej cieniutkiej skórki ale poświęciłam swoje pazurki dla wyższego dobra! ♥ :D



A co tam! Moja mała ślicznotka chciała zdjęcia z kwiatkami więc jej robiłam tylko a każdym razem jak mówiłam 'Pojtuch uśmiech' to jak na złość zamykała paczadełka ;D Ale i tak coś tam się udało :)



Rozpieszczenie level hard :D czyli co się dzieje jak mamy małą sprzeczkę i przyjeżdża Karol! :D No i weź mu tłumacz, że przestajesz jeść słodycze a tu duża Milka, ogromna Nutella i przepiękny bukiet z róż, eustomy i frezji pachniał pięknie i długo stał ♥


Końcówka października to czas Halloween więc nie mogło zabraknąć dyni ;). O dziwo w tym roku ( nie wiem czy u Was też) wszędzie brakowało tego przysmaku. Nawet nie wiecie ile musiałam się nachodzić by w ogóle dostać jakąś dynię - ale się udało i za całe 4. 20 zł miałam radochę zwłaszcza jak mała mówiła ' ja się boję dyni' a później non stop przy niej siedziała ;D. Tak czy siak koś mi Szczerbatka spod domu ukradł i nie wiem co się z nim stało ;(


A na koniec pierwszy raz zrobiłam domową pizzę z własnym sosem - trochę się spiekła ale to nic ;D Najważniejsze, że smakowała a skoro w domu same chłopy to i musiała być papryka, mnóstwo kiełbaski sobie zażyczyli, mnóstwo sera i w sumie nic więcej nie chcieli - było pysznie i już wiem, że gotowego ciasta nie kupię ;D.

No to chyba tyle w tym 'piździerniku' :D, a jak tam u Was?:)
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger