21:02

Sierpniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)

Sierpniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)
Nie ukrywajmy - nowości kosmetyczne to najchętniej czytane posty, któż ich nie lubi? Fajnie tak popatrzeć co komu fajnego wpadło do koszyka i od razu zapełnić swoją listę zakupową ;D. Niestety albo stety sierpień już się kończy ( dzięki Bogu) zaraz wrzesień mój ulubiony miesiąc ( nie tylko dlatego, że mam urodziny i imieniny ale teraz mam jeden ślub, ortopedę i dentystę czyli będzie pełno wrażeń ;D eee odbiegam od tematu) i prawdę mówiąc tak jak ubogie było moje denko tak też moich nowości jest malutko, całkiem skromnie ;D


Załapałam się do testowania z Berryshop ---> klik. Sklep zrobił akcję na FB i ogromnie się zdziwiłam kiedy mnie wybrano ;D. Do testów wybrałam sobie maskę do włosów Organic Shop o której poczytacie już niedługo ;)



2 zapachy od ATW BeautyLab ---> klik, przywędrowały do mnie dzięki akcji testowania  na Instagramie ;) Dla siebie wybrałam wersje Pink i Green Apple, i to właśnie o zielonym jabłuszku tworzy sęe pierwsza historia - póki co powiem, że zapachy za taką cenę naprawdę mnie zaskoczyły ;)


Przesyłka od L'biotica, płatki i plastry już zostały opisane natomiast recenzja serum podzielona będzie na dwie części - pierwsza część po miesiącu stosowania już w ten piątek, będzie też konkurs więc czekajcie ! ;)


Kolejne nowości tym razem od My Asia ---> klik. W ramach współpracy wpadła mi pianka do mycia, która mnie zaskoczyła wszystkim, maska w płachcie i już prawie osławiony krem BB ;). Próbki niestety u mnie się nie sprawdzają buu ale o reszcie myślę, że w połowie września będziecie mogły poczytać ;(.





Największa paczka przyszła do mnie od E-glamour ---> klik, czyli wygrana w wielkim wakacyjnym konkursie. I tutaj muszę przyznać, że po rozpakowaniu miałam mieszane uczucia bo fajnie, dużo rzeczy, ale na palcach ręki można policzyć ile produktów jest pełnowymiarowych - dla mnie to po prostu był konkurs na pozbycie się próbek ,z  tego co czytałam laureatki są oburzone ... W sumie patrząc na zdjęcie nie powinny bo mnie kosmetyczka Kenzo cieszy, szkoda tylko, że nie ma jednej porządnej pełnowymiarowej rzeczy ;(


Perfumy - perfumeria.pl ---> klik, ponownie mi zaufała i tym razem w ramach współpracy wybrałam  sobie zapach Salvatore Feragamo Signorina ( a uwierzcie, wybór miałam trudny ;D). Kolejny w ciemno i kolejny strzał w dziesiątkę ;D

Uff mówiłam, że skromnie?;) Aaa a na swoje zakupy wydałam 6.60 zł czyli znowu szampon dla dzieci z kaczuszką i pęseta ;D

07:34

Kilka rzeczy, które denerwują mnie na blogach ... part two

Kilka rzeczy, które denerwują mnie na blogach ... part two
Nie mam weny - bo nie mam taka prawda. Patrząc na robotników za oknem naszła mnie chwilowa wena, a raczej chwilowe wyżalenie się na jakże złą blogosferę ;D. Absurdalne w tym momencie wydaje mi się, że siedzę i wklepuję każdą literkę z taką prędkością, że światło może się chować! Ale czy tylko mi najlepsze pomysły, najlepsze teksty przychodzą w najdziwniejszych momentach - tym razem między lataniem z miotłą a szmatą, między wołaniem robotników 'wstawi Pani wodę'? nawiedziła mnie prosta myśl, którą zna każda z Was ( z blogowego punktu widzenia). Pierwszy post z tej serii cieszył się ogromną popularnością - linczu nie było więc mam nadzieję, że kolejne żale znowu będą akceptowalne :D

Wiecie czego nie rozumiem na blogach? Zaśmiecania paska bocznego masą banerów konkursowych ale zaraz... Przecież ja też to mam! Mam banery ups, jestem zła i niedobra bo aktualnie widnieją u mnie dwa obrazki i powinnam puknąć się w czoło a nie wytykać tego aspektu innym! Wait, nie wytykać? A co mam powiedzieć jak takich obrazków jest 15 ? Serio, nawet kiedyś u dwóch osób je liczyłam - bo do wygrania świeczka, jeden długopis, jeden żel ! Serio? Nie jestem święta, wybieram konkursy gdzie wygraną zużyję a nie będzie leżeć! Ale naprawdę czy warto bić się o wszystko? Nie mówię mój prywatny FB jest zaśmiecony konkursami bo teraz tylko mi w tym celu służy ( wolę brać udział w tych konkursach gdzie raz na xxx czasu uda mi się coś wygrać niż udostępniać głupie obrazki gier!) ale mój blog ma być przejrzysty bo to miejsce PRACY a nie burdel! Serio? czy na  blogu urodowym można wstawić baner gdzie do wygrania są garnki? Owszem nowe gary zawsze kuszące ale no wiecie ... ;D



A skoro o burdelu mowa i zaśmiecaniu bloga to po jaki czort komuś tysiącpińcsetstodziwięcset obrazków z logo i marką a nad tym wszystkim , oczywiście w pasku bocznym 'zaufali mi'... Litości, mam mnie to interesować? Jak jakiś kołek przewijam tą stronę ale to się nie kończy! Z jednej strony to imponujące bo komuś tyyyyyyyyyyyyyyle firm zaufało ale z drugiej jak się przypatrzysz to widzisz firmę od długopisu, pasztetu czy znowu uwaga gaci! A to niby blog kosmetyczny ? Faktycznie kosmetyczny pasztet! Jestem prawie pewna że połowa firm już nie pamięta o istnieniu takiej bloggerki a co tu dopiero mówić o 'świetnym zaangażowaniu firmy w ową współpracę'.

A skoro o kosmetycznym pasztecie mowa to do jasnej cholery jeszcze jeden post z cyklu ' co nowego w Lidlu / Biedronce' to palnę sobie w łeb! Rozumiem, że dziewczyny coś tam mają z tego ale litości! Będę chciała sobie gazetkę przejrzeć włączę neta i sruu nikt mnie nie musi wyręczać w tym - zwłaszcza jak widzę xx postów za kupą z tą samą treścią to zaczynam myśleć, że taka reklama to musi być jakaś dochodowa :D

Wiecie co ostatnio widziałam? U kogoś w nowościach widziałam 3  czy też 4 próbki jakiś tam kosmetyków, bodajże to 15 ml  i napis ' recenzja za jakiś czas' no i kopara razem z mózgiem i majtkami mi opadła. Owszem , przy tuszu Clarins opisałam miniaturę 30 ml płynu, czy tez żelu ( w końcu były w zestawie z pełnowymiarowym kosmetykiem)  ale żeby po 15 ml na dwa razy  pisać recenzje? Zero pełnowymiarowego produktu tylko próbka? Proszę, litości strzelcie mi w łeb bo ja tego nie pojmuję.


Coś co mnie ostatnio najbardziej zraziło na blogach urodowych to tzw. 'szybkie recenzje' czyli dziś dostałam krem, poczekam 4 dni i za tydzień napiszę recenzję - ok, napisz swoje pierwsze wrażenia ale litości proszę Cie zrób później aktualizację bo śmiem wątpić, że jesteś szczera ze swoimi czytelniczkami zwłaszcza jeśli wszystkie Twoje produkty są wychwalane pod niebiosa ! A potem się człowiek dziwi, że jak taki ktoś jak mówi co mi się w produkcie nie podoba ( no popatrz, miałam go) to dziewczynki wychodzą do mnie z wielką japą ' bo przecież ten produkt nie ma wad!!'....

Reasumując: kosmetycznemu pasztetowi mówię radykalne nie! I szerokim łukiem omijam te blogi ale jak kto woli ;)

P/s psychiatra mnie w końcu przyjmie, czekajcie na część trzecią ( jeszcze nie wiem o czym będzie ale będzie!)

22:56

Sierpniowe denko #22

Sierpniowe denko #22
Dopadł mnie totalny brak weny, jakoś nie umiem się skupić i napisać jednego posta do końca bo ciągle mi sie wydaje że pisze od rzeczy ;O. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe i na konkretne posty będziecie musiały poczekać ( oby krótko) ;).
Sierpień zbliża się ku końcowi, za pasem mój ukochany urodzinowy wrzesień więc pora już na ostateczne rozrachunki ze śmieciami! Przyznaję nie poszalałam ( w nowościach też) no ale coś tam uciułałam ;) I coś tam Wam pokażę i nawet coś napiszę ;P


I.TWARZ:


1. Ziaja liście manuka żel myjący - moje drugie opakowanie, nadal uważam go za przeciętniaka, za szczypiące w paczadełka myjadło ale z braku laku wracam do niego bo jakoś tam działa, i fajnie doczyszcza pędzle, zresztą na tej mojej wsi nic innego nie znajdę ;D

2. Balea fluid nawilżający na dzień z witaminami - i z alkoholem, do stosowania na dzień w małych ilościach nie zrobi krzywdy zaś w większej ilości nie będzie się wchłaniał, miałam raz i wystarczy. Fajna formuła, wydajne to no ale jakoś nie czuję potrzeby by wracać do niego ---> recenzja

3. Korres  Pomegrante Mattifying Treatment - kurację dostałam od Madzi i leci w prawie pełnym opakowaniu do kosza! Dziwny zapach, konsystencja ściągąjąca skórę a po tygodniu ropne krosty - brawo! Ja to mam szczęście, pełna recenzja u Magdy ---> klik

4. Sampar Skin Quenching Mist - moja wielka miłość♥ Łagodzi podrażnienia, rozjaśnia, pachnie różami, mega wydajna, dawała świetne uczucie nawilżenia, koiła skórę i tak mogłabym wymieniać bez końca! Ale czemu nie jest dostępna? buu.  Ideał ♥ ---> recenzja


5. L'biotica plastry głęboko oczyszczające oraz rozświetlające płatki pod oczy - czyli dwa najświeższe odkrycia ( jeszcze w nowościach je zobaczycie :P). Plastry żadna rewelacja, mało co robią zaś płatki cóż je polubiłam za uczucie chłodu, delikatnie rozjaśnienie, ujędrnienie, lekkie spłycenie linii ( nawet na kilka chwil) one są warte uwagi ---> recenzja

6. Pasta Lassari - czyli maść cynkowa z kwasem salicylowym, stały bywalec w moim domu!

7. Guerlain Super Aqua Cream - wiecie jak kocham tą markę? Ta seria jest fenomenalna! Pięknie pachnie, nawilża, daje skórze poczucie komfortu, jedna mała tubka wystarczyła mi na pięć aplikacji także wiecie cudo ♥ Jak się dorobię to kupię całą serię a co! ;)

II. WŁOSY:


8. Tangle Teezer - no nie umiem, nie chcę i się z nią nie dogadam! Nie rozumiem fenomenu tej szczotki, tego kawałka plastiku bo ja przez rok czasu ( z hakiem) nie dogadałam się z nią także teraz jej mówię : paszoł won ;D!

9. Bambi, szampon dla dzieci - no bo ja w głębi duży dziecko jestem hahah :D. A tak naprawdę ostatnio po włosowych produktach miałam dość. Potrzebowałam czegoś łagodnego i skutecznego a przecież produkty dla dzieci takie są? Zresztą żółta kaczka jest taka so cute♥ ( kaczka zdechła, dziecko ukradło naklejkę :P).

III. CIAŁO:


10. Nacomi Natural Body Butter - treściwa konsystencja, treściwe nawilżenie, nie zostawia tłustych śladów, produkt naturalny tylko ten zapach niby mamba ale zalatuje chemią ;( ---> recenzja

11. BeBeauty Cherry Blossom - kupiłam za sprawą Justyny i co powiem? Mam kolejną w łazience ;D. Kwiat wiśni pięknie pachniał, ładniej niż ta co mam obecnie ;). A poza tym ma fajne duże kryształy ;D

12. Oriflame Nature Secrets antyperspirant - no halo? Co to ma być? Praktycznie mam tu fajne kolorowane opakowanie jak i cudny zapach nic poza tym , bleee przecież on w ogóle nie działał ---> klik po kilka słów o nim

IV. INNE:


13. Essence blush up! 10 heat wave - bardzo mocno napigmentowany róż w trzech odcieniach, wraz z pigmentacją idzie w parze jakość, wytrzymały, nie ścierał się i trwał na buzi przez wiele godzin, ja najczęściej używałam odcienia po lewej, wywalam bo nie używam i raczej nie będę już nim malować ( a'la brzoskwinia)  ---> recenzja

14. Estee Lauder Sumptuous Infinite - jedna warstwa i był efekt wow ♥. Jeśli nie rozpracujesz szczoteczki to niemiłosiernie sklejał rzęsy buu ;(. Nie kruszył się, nie osypywał i nie tworzył efektu pandy ale po 1,5 roku czasu wysechł na wiór ;D

15. Skin79 BB Orange - mniej lubiana wersja przeze mnie. Nie pasuje mi w nim to mocniejsze glow, ja się po prostu w nim nie czuje. Fajnie stapia się z cerą, ma wysokie SPF i to mu muszę przyznać daje fajny efekt wypoczętej, rozświetlonej cery ---> recenzja

Próbki zapachów:

- Indigo Firestarter - dla mnie okropny, powodujący łzawienie paczadełek i ból głowy, pospolity a zarazem okropnie duszący ;(

- Thierry Mugler Womanity Liqueurs De Parfum - nie jest tajemnicą, że nie lubię zapachów sygnowanych tym nazwiskiem i z tym jest tak samo. Dla mnie jest odpychający, za ostry i kompletnie nie pasujący do mnie ---> recenzja

No i to by było na tyle, znacie coś ?;)

15:03

Moja perfumeryjna historia czyli jak obecnie wygląda moja zapachowa półka i jakie mam plany zakupowe

Moja perfumeryjna historia czyli jak obecnie wygląda moja zapachowa półka i jakie mam plany zakupowe
Podobno najwięksi perfumoholicy mają setki zapachów  a i tak im ciągle mało. Kiedyś tego nie rozumiałam. Kiedyś. Jednak gdy rok temu odkryłam, że moją pasją są perfumy i stawiając nieśmiałe kroki w tej dziedzinie ucząc się wszystkiego co powinnam wiedzieć o świecie zapachu zrozumiałam w czym tkwi potęga perfum. Bo tak naprawdę tu nie chodzi by zapełnić półkę przypadkowymi zapachami, prawda? I perfumoholicy wiedza to najlepiej - żaden zapach nie jest przypadkowy. każdy zapach coś znaczy a w przeciągu roku odkrywając swoje zamiłowanie i 'dorabiając' się kolejnych flakonów zrozumiałam jedno: prędzej czy później świat perfum mnie pochłonie.


Pierwszym zapachem, który pamiętam, który nadal jest obecny w moim życiu i mam do niego ogromny sentyment to właśnie mały flakon za 7 zł 'Być może, Paris'. Nic szczególnego, dostępny w każdym kiosku ( tak mi się wydaje) ale od dziecka pamiętam, że moja mama właśnie nim pachniała. To był ten zapach, który zużywało się a buteleczki potrafiły się piętrzyć. Nawet kiedy poznałam Karola, Paris mi towarzyszył i wiecie co? Ten zapach on pamięta najbardziej! Teraz mijają nam 4 lata razem a on nadal go lubi na mnie więc mam powód do dumy, że zapach mojej mamy przyniósł mi szczęście ;) ♥ Zresztą mama mówi, że ten zapach używała także moja babcia ;O

Moja perfumeryjna półka to obecnie 11 falkonów perfum, 3 mgiełki, 5 miniatur jak i masa próbek. Taki rozkład sił mam na półce po roku czasu czy do dużo czy mało nie mnie oceniać ;).

Pierwszym zapachem od którego zaczęła się poważana perfumeryjna pasja to Lambre Amaltea Summer - tutaj powstała pierwsza historia ( i byle jakie zdjęcia). Kiedy historia została ciepło przyjęta ja coś poczułam - poczułam, że tym powinnam się zająć no i wtedy się zaczęło ;D



Wyżej macie wszystkie zapachy, które doczekały się już swoich pięciu minut na blogu - co dzięki nim odkryłam?
Uwielbiam różowy pieprz w perfumach - po prostu jak gdzieś go widzę w nutach to świruję i zaraz chętnie bym brała ;D, nie lubię natomiast szyprowych nut - ble, zło i kiła ;D, ja nie toleruję, nie czuje tego i mnie to odpycha ( przeważnie, do Diora jakoś się przekonałam).  Lubię też neroli! O tak - jest też jeszcze sporo nut, których nie rozpoznaję, które ciężko mi zdefiniować ale po jakimś czasie, wnikliwej analizie i setce artykułów powoli moja wiedza się pogłębia;)

Nie mam obsesji na punkcie perfum nie mam też wygórowanych wymagań - nie chodzę non stop do perfumerii, nie mam ogromnej listy tego co chcę / chciałabym, zazwyczaj połowę zapachów, które chciałabym poznać znika gdzieś w momencie gdy przekraczam próg perfumerii - na szczęście tam jestem raz na kilka miesięcy :P


Odkryłam w sobie, że lubię miniatury ;) Wcześniej nie miałam pojęcia o ich istnieniu a teraz nie umiem się bez nich obejść - to taki fajny maleńki cudak, który póki co wystarczy mi by poznać zapach - np, tak mam w przypadku Olympea, która jest tak szczędzona, że nie wiem czy będę kupować większy flakon,  tak też poznałam Dot Marca Jacobsa , który mimo swojego uroku mnie się nie trzyma na szczęście już się kończy  ;(. A reszta? Póki co grzecznie stoją na półce ;)

Nie dokonałam żadnego impulsywnego zakupu, z racji takiej że moja kasa na miesiąc to jakieś 600 zł to każdy flakon jest dla mnie inwestycją, nie raz zakup zapachu poprzedzany jest kilku tygodniowymi oszczędnościami co wiecie skutkuje tym, że jak dostaje tą butlę to moja radość jest ogromna!
Jak tak patrzę na wszystkie zdjęcia zapachów to muszę powiedzieć, że mam szczęście np zapach Diora czy Guerlain wygrałam, Cavalli jak i zielona sukienka Guerlain to prezenty od Karola , Estee Lauder mam dzięki Agacie - naprawdę w tej kwestii mogę powiedzieć głupi ma szczęście ;)

A co dalej? Dalej będę tworzyć, mam do napisania 6 zapachowych historii, które zawsze pochłaniają mi masę czasu, ale nie tylko czas bo i zdjęcia perfum potrafią być kłopotliwe bo często oddanie uroku flakonu idzie opornie ;).

To co jeszcze się pojawi na łamach bloga widzicie poniżej - gdzieś w głowie powoli tworzą się zarysy historii jednak to jeszcze nie jest to ;). Staram się by przynajmniej chociaż raz w miesiącu jeden zapach ujrzał światło dzienne, a jak nie zapach to seria #szybka trójka, która znowu powróci we wrześniu - wszak napisanie trzech różnych historii i zainteresowanie Was nimi jest trudniejsze niż pełna recenzja ;)



Zaczęłam też doceniać mgiełki - wcześniej miałam styczności z tymi z Avonu - o ile ładny zapach to cała reszta miała wiele do życzenia i zazwyczaj kończyło się tym iż oddawałam ją siostrze lub po prostu wyrzucałam - uwierzcie po jakimś czasie Avonowe mgiełki doprowadzały mnie do szału i szewskiej pasji ( stąd u mnie jeszcze nie ma ani jednego flakonu ich perfum a bym chciała ;D).

Jeśli chodzi o to co bym chciała z mgiełek to na pewno coś z Victoria's Secret - ot tak, dla kaprysu i babskiej próżności ;D. O nich się wiele mówi ale wiecie co? Jakoś ciężko mi tyle wydać na mgiełkę lepiej odłożę na perfumy i będę czekać aż i one (mgiełki) będą z nieba spadać :P

Mgiełka CD była już na blogu, powoli dobija dna ( brawo ja!!! ;D), mgiełka BBW idealna na jesień i też już jest zapisana w blogowej historii zaś jeśli chodzi o Balea - mimo uwielbienia do arbuza tutaj go nie ma, więc po dwóch użyciach stała w kącie aż w końcu oddałam ją siostrze ;)


Zawsze miałam masę próbek - tutaj tez nie jest inaczej! Mało próbek mnie zachwyca na tyle by kupić konkretny perfum. Przez rok tylko 3 próbki wzbudziły we mnie chęć posiadania danego zapachu a mianowicie: Cavalli Paradiso, które sprawił mi Karol, Olympea mam mini od Agaty oraz Chloe Love Story który chcę mieć. Większość próbkowych zapachów dla mnie jest poprawna, nie umiem z nim współżyć po prostu są i już. To nie po ich odkryciu kupuję perfumy ...

Bo perfumy kupuję po spojrzeniu na nuty i to się sprawdza! Czy to dla siebie czy dla kogoś nuty muszą do mnie mówić, muszę to czuć i sobie wyobrazić a póki co taki system mnie nie zawiódł ;) ( choć może Wam się wydawać dziwne kupowanie w ciemno zapachów).



Mój perfumeryjny nos często odrzuca zapachy, które mają masę wielbicieli - Boss? Piękny ale krótkotrwały ( będzie w #szybkiej trójce), większość Chloe pachnie mi tak samo, Jimmy zależy od pogody. Zdecydowanie jeśli raz mnie marka odrzuci zapachem to rzadko sięgam w ich stronę - tak mam z Muglerem, który dla mnie śmierdzi, cuchnie ( nie znam jeszcze tylko wersji Angel ;P) czy tez z Diorem i jego Poisonem - a fuuuuj, śmierdziele! ;D

Jeśli nie mam dnia to sięgam po męskie zapachy, cóż mogę prawda? W nich czuję się dobrze i zawsze mam jakiś w zanadrzu - chociaż zdarza się tak, że jeśli zapach jest parszywy jak żaba to oddaje Karolowi bo dla niego nie ma różnicy ( wszystko pachnie tak samo -,-)


Miała być perfumeryjna historia a w sumie nie powiedziałam nic na ten temat ;D Ok ale może konkretniej jakie mam plany zakupowe na najbliższe miesiące?

- jak wiecie pałam miłością do marki Guerlain także wszelkie flakony z tej półki widzę już u siebie ( zwłaszcza sukienki i Aqua Allegorię ( obojętnie którą ) ;)) - planuję chociaż jedną sztukę tej marki kupić w ciągu najbliższego pół roku ( Boże pomóż ;D)

- Burberry Body - bo  krążę obok niego od roku ale zawsze mam ważniejsze domowe wydatki

- Chloe Love story

I póki co to tyle - czyli zapachy, które się pojawią na pewno macie wyżej wymienione a nad czym myślę ale nie wiem czy kupię?

 - Lalique Amethyst czytałam o nim wiele, niekoniecznie jest mi potrzebny jednak nadal gdzieś myślę nad zakupem,

- Repetto eau florale - cudny, kwiatowy, który mnie czaruje ale wydaje mi się dość pospolity, znając życie kupię gdy nie znajdę tego co akurat konkretnie chcę

- Cavalli Azurro - czyli brat bliźniak Paradiso, niemal identycznie pachnący ale uwielbiam te flakony ♥ ;D

- Jimmy Choo Illicit - bo kupiła mnie reklama , pierwsza reklama tv którą mam do dziś w głowie, mam próbkę zapachu ale jeszcze nie zdecydowałam się ;)

Bliżej chciałabym zapoznać się z kultowymi zapachami ( mam na myśli próbki póki co) i tak z Diora słynne Miss jak i Je t'adore i w końcu chciałabym dojść do półki z Coco bo wstyd przyznać że nie znam nic. Tak samo mam z Hermes, Givenchy czy Armani ( wstyd i hańba!) muszę nadrobić! ;D

No i w końcu muszę poznać perfumy Yves Rocher!

Uff, więcej nie pamiętam, jak sobie coś przypomnę to będzie aktualizacja ... za kilka miesięcy jak powiem Wam co wyszło z moich planów :P


12:22

L'biotica: głęboko oczyszczające plastry na nos & rozświetlające płatki pod oczy

L'biotica: głęboko oczyszczające plastry na nos & rozświetlające płatki pod oczy
Aż chcę podnieść rękę w górę jak za czasów szkolnych i wykrzyczeć ' jeszcze ja! Jeszcze ja!'. A może dopiero ja? Zanim blogosferę zasypie masa recenzji z marką L'biotica w roli głównej śpieszę Wam donieść czy warto inwestować w dzisiejszych bohaterów. Wszak już doszły do mnie krótkie przecieki iż owi bohaterowi  są genialni w swoim działaniu (hmm?).  A kto inny jak nie ja Wam powie najszczerszą prawdę? :D
A tak na serio: lawina ruszy, będziecie non stop widziały produkty tej marki ale zanim to nastąpi występuję na sam początek ( zanim będziecie miały dość czytania o tych produktach :P) i jako jedna z pierwszy mam okazję Wam pokazać jedne z nowości, które marka L'biotica ma w swojej ofercie.


Bo dla mnie to są totalne nowości i z takowymi produktami nie miałam styczności. Ups przepraszam, miałam kiedyś takie plastry na nos za jakieś 1,50 zł z drogerii w zielonym opakowaniu, które kompletnie nic nie robiły a tym bardziej nie trzymały się nosa :D. Zaś płatki yyyy wstyd się przyznać, że płatki miałam pierwszy raz w łapkach ;D

Cechą wspólną obu produktów nie są tylko i wyłącznie wyżej pokazane kartoniki. Zarówno płatki jak i plastry zamknięte są w te same srebrne saszetki, nie uczulają, nie podrażniają i są bezzapachowe. Oba produkty mamy w sztukach 3 czyli tylko na 3 razy :)

Głęboko oczyszczające plastry na nos



O plastrach już przeczytałam, że są 'genialne'. Dla mnie to aż takie genialne nie jest no chyba że znajdziecie wcześniej na nie jakieś porządne rozwiązanie ;).
Ciężko mi się też ustosunkować do ich działania a raczej obietnic producenta. Może osoby, których nosek nie jest usiany czarnymi kropkami są zadowolone zaś ja? No cóż ja jestem dość sceptycznie do nich nastawiona.

Moje pierwsze spotkanie z nimi nie było udane - postąpiłam według instrukcji (jak wyżej) jednak plaster nie chciał w ogóle się trzymać. Czynność powtórzyłam jeszcze dwa razy ( z tym samym plastrem) aż w końcu 'załapał' jednak to i tak nie do końca ponieważ przy skrzydełkach nosa widziałam, że się odkleja ;x.

Po jakiś 7 minutach poczułam, że plaster od czubka nosa robi się sztywny - lekko się zdziwiłam ale trzymałam ten przypisany im czas ;). I tu muszę powiedzieć, że przy żadnym użyciu nie miałam problemu z jego usunięciem - schodzi błyskawicznie i bezboleśnie ;D. Wracając do mojego pierwszego spotkania z nim ... to z nosa znikły 3 czarne kropki, dosłownie trzy kropki znalazłam na plastrze i to na części, która przylegała do czubka nosa , dalej nul, zero.




Pomyślałam wtedy, że one muszą w jakiś sposób działać , po prostu muszą.
Za drugim razem zanim nałożyłam plaster zrobiłam sobie 'parówkę' lekko osuszyłam buzię i plaster poszedł w ruch. I znowu to samo - przy skrzydełkach nosa plaster się nie trzymał a gdy po upływie wyznaczonego czasu oderwałam go to znalazłam kilka kropek ( dokładnie 6) . Za trzecim razem znowu wykonałam parówkę --> plaster--> kolejne kilka kropeczek na nim.

Nie zauważyłam by działanie tego plastra było spektakularne czy na miarę powiedzenie 'o kurka ale to świetne! Kupię ponownie' . Niestety mnie to działanie lekko rozczarowało - owszem nie spodziewałam się cudów na kiju ale chociaż żeby działa wg instrukcji czy coś bo te kilka zmian to tak w ogóle jakby nie było nic ( przynajmniej dla mnie bo nie zauważyłam by na nosku jakby 'czyściej' się zrobiło'.

Z kwestii technicznych jeśli chodzi o sam plaster, dla mnie jest większy ( niż ten jedyny co miałam) i zajmuje u mnie większość nosa ( więc dziwne, że tak mało 'wyrwał'). Jedyne co mi się podoba w nim to to, że większość czarnych kropek jest bardziej 'na wierzchu' więc łatwiej jest mi je usunąć ( niekoniecznie za pomocą plastra:P).

Rozświetlające płatki pod oczy




W sumie tutaj nie miałam żadnego porównania i tak naprawdę nie wiedziałam czego mam się po nich spodziewać. I o ile w kwestii oczyszczających noskowych plastrów poczułam rozczarowanie to owe płatki mile mnie zaskoczyły! I sama jestem zdziwiona, że to Wam mówię ;D

Pierwsze spotkanie? Zaraz tego samego dnia gdy je dostałam - nałożyłam pod paczadełka i położyłam się z książką ;D. Co czułam? Przyjemny chłód w tej okolicy, naprawdę uwielbiam wszystko co daje uczucie chłodu a te płatki to robią więc o mnie mega zaskoczyło.
Płatki trzymałam pół godziny i wtedy sru do kosza ;D.
A co zauważyłam pod paczadełkiem? Lekkie rozjaśnienie czy też rozświetlenie tej okolicy, lekkie ujędrnienie i spłycenie drobnych linii -  nie jest to efekt jakiś wow ale naprawdę zdziwiło mnie, że w ciągu pół godziny owa strefa doprowadzona została do porządku. Szkoda tylko iż taki stan trzymał się jakieś 3 - 4 godziny ;(



Kiedy zastosowałam je po raz drugi i trzeci? A no przed większym wyjściem bo dzięki nim nie wyglądałam jak koszmarny upiór ( chociaż ja z tą okolicą problemów nie mam) ale mogłam się cieszyć komfortem i względnym poczuciem, że moja sfera paczadełkowa wygląda na wypoczętą ;).

Te drobinki złota o których mówi producent są widoczne z drugiej strony plastra czyli od strony 'kleju' co mi bardziej przypomina posypanie złotym brokatem ;D
Co mi nie pasuje? Ich wielkość - nie wiem czy one powinny takie być czy nie ale jak dla mnie ( chociaż na zdjęciu tego nie widać) w momencie przyklejenia do skóry są ogromne co mnie irytuje bo przy upływie czasu kiedy mrugałam czy coś to czułam lekkie ściągnięcie ( zwłaszcza przy końcach płatków).

Jeśli chodzi o ich przylepność to jest znakomicie! Nic się nie rusza, nic nie spada ciągle tam jak je przykleiłam. I powiem Wam, że 'klej'  jest supermocny ;D No dobra wiem, że to nie klej ale ta warstwa klejąca :P. Zdarzyło się raz, ze ja siup płaty na pod paczedłko i tak se leże a tu dzwonek do drzwi ;O no to sruu płatki ściągam i do drzwi ;D. Jak wróciłam znowu je położyłam i warstwa nadal trzymała ;D

Musicie mi wybaczyć brak zdjęć podglądowych ale jak robiłam porządki w folderze to przypadkiem je wrzuciłam do kosza po czym zadowolona kosz opróżniłam ;D

Jeśli miałabym polecić Wam coś to byłyby płatki pod oczy - tutaj jestem zadowolona i naprawdę mile zaskoczona tym produktem ;), Zaś jeśli chodzi o plastry cóż nie dla mnie i nie polecam ale jak kto woli?;)

Plastry głęboko oczyszczające dostaniecie tu --> klik w cenie 9.10 zł a płatki rozświetlające tu ---> klik w cenie 8.49 zł.


11:23

Milani Cosmetics Amore Matte Lip Creme Babe ( 23) & Baked Blush Corallina (08)

Milani Cosmetics Amore Matte Lip Creme Babe ( 23) & Baked Blush Corallina (08)
Czasami na widok nowych rzeczy potrafię się ślinić godzinami. Bardzo często zdarza się tak, że leżą one zamknięte w pudełku jak najcenniejsze skarby. Ich otwarcie grozi palapitacją, niemym zachwytem i obłędnym wzrokiem sroki. Tak już jest, że gdy w moje malutkie łapki trafiają kosmetyki dotąd nieznanych mi marek, które szturmem są zachwalane przez zagraniczne bloggerki to naprawdę ciężko mi uwierzyć, że ja mam coś tak  pięknego , wszak głupi ma szczęście ;D Tak też było z kosmetykami Milani, które kilka tygodni temu do mnie dotarły. Już na samym wstępie, gdy tylko rozpakowałam paczkę wiedziałam. Wiedziałam, że z tego połączenia, z tej pomadki i  z tego różu będzie miłość ♥


Zarówno na Facebook jak i na Instagramie powiedziałam, że oba produkty jakby stworzone z myślą o mnie. O mnie jako o konkretnym typie urody bo jako rudzielec czuję się dopieszczona: pomadka pięknie komponuje się z usianą twarzą piegami zaś róż? O mamo, on jest konkretnym cudotwórcą!

Baked Blush Corallina (08)

Ten jedwabisty róż może być wykorzystywany w różnoraki sposób. Konturuje, rozświetla i dodaje blasku. Wypiekany, dzięki temu można budować krycie od delikatnego po bardzo mocne. Dodaje policzkom blasku i ciepła. Opakowany w piękne puzderko w lusterkiem i pędzelkiem do aplikacji. Pojemność: 3,5 g.



Corallina to zaraz po moim ukochanym Fusion Soft Light Smashbox'a róż najczęściej używany. Połączenie koralu, pomarańczy i takiej lekkiej czerwieni może sprawiać wrażenie groźnej faktury w użytkowaniu. Owszem uprzedzam pigmentacja różu jest fenomenalna i tutaj wystarczy jedno pociągnięcie pędzlem by nadać buzi ciepła, w innym przypadku można stworzyć ogromną lekko brzoskwiniowo - koralową plamę ;).

Sam róż ma jedwabistą strukturę, nie sypie się i bardzo dobrze trzyma się pędzla. Plastikowe pudełko skrywa w sobie małą 'galaktykę' ( u góry), jednak gdy otworzycie drugą część opakowania mamy ukryte lusterko oraz specyficzny pędzelek. Ok fajnie, że marka pomyślała, pędzelek fajny jednak ma dość sztywne włosie i używałam go może ze dwa razy, zdecydowanie w tej kwestii wolę moje Hakuro ;)


Ku mojemu zdziwieniu złoty plastik jest bardzo wytrzymały i wcale nie wygląda tandetnie - ja lubię po prostu to opakowanie a zwłaszcza zawartość ;). Róż zawiera w sobie drobinki, które delikatnie rozświetlają cerę i tak jak pisze producent zapewniają jej blask. Jako fanka delikatności mi wystarczy jedno pociągnięcie pędzlem by uzyskać zadowalający efekt, jednak sądzę że jakbym nabrała wprawy to i więcej machnięć by nie zaszkodziło ( nie polecam tym, które nie mają pewnej ręki w różu) z tego względu, iż Corallina pięknie komponuje się z moimi rudymi włosami. Trwałość różu jest imponująca - trzyma się cały dzień, nie wymaga żadnych poprawek ;).

Amore Matte Lip Creme Babe (23)

Wyjątkowy matowa pomadka do ust marki Milani Cosmetics z nowej kolekcji, charakteryzująca się intensywnymi, trwałymi kolorami a delikatna kremowa konsystencja nie obciąża ust. Idealne wykończenie makijażu wieczorowego jak i dziennego. Precyzyjny aplikator pozwoli perfekcyjnie podkreślić kształt twoich ust, przyciągając spojrzenia. Poj. 6 ml

Nie lubię matów. Nie wiem ile razy to powtarzałam jednak gdy poznałam ten produkt zmieniłam zdanie! Maty w jego wydaniu wręcz kocham! 
Formuła jak najbardziej kremowa, jedno góra dwa pociągnięcia dają przepiękny efekt na ustach. Mat od Milani nie wysusza, nie zbiera się w kącikach, nie jest ciężki. Aksamitne wykończenie, które nam oferuje jest pełne barwy i właśnie tu tkwi cały sekret makijażu - pomadka zawsze gra główną rolę.
Mój odcień Babe to przepiękny róż - nie jest ani cukierkowy, niektórzy mówią, że sprawia wrażenie neonowego jednak moja cera i 'uroda' ( hahahahah) idealnie sprawia, że kolor staje się 'poważny'.


Opakowanie pomadki nie różni się niczym szczególnym od tych , które mamy dostępne na naszym rynku. Babe ma śliczny lekko słodki zapach, konsystencję która dzięki kremowości lekko wygładza strukturę ust. Pędzelek typowy dla takich produktów - bardzo mi pasuje bo najpierw idealnie mogę obrysować usta zaś później szerszą stroną wypełnić nim całe wargi. 
Trwałość - jeśli nie jecie i nie pijecie mat trzyma się do 5 godzin ( wiem że niby GR więcej ale ich pomadki przesuszają moje usta). Jednak jeśli jecie / pijecie pomadka schodzi w wolnym tempie - u siebie zauważyłam, że wytrzymam jedzenie, picie jednak po 2, 3 godzinach zaczyna się zjadać od środka ust ( maty tak prawidłowo schodzą) co może lekko przerażać. Mat schodzi całkowicie, nie wgryza się i nie zostawia śladów po sobie. Owszem możecie nanieść poprawki na schodzącą pomadkę jednak to wytrzyma jakieś 1,5 godziny po czym zacznie się rolować wiec jak już to polecam nakładać ją od nowa ;)


No i przyszła pora na prezentację - mam nadzieję, że coś zauważycie ;)
P/s pierwsze zdjęcie ust zostało zrobione 4 godziny od nałożenia ( widać, że pomadka zaczyna się od środka zjadać) ;)







Ok, mam nadzieję, że pomadkę jak i róż widać ;)
Oba produkty wpisały się idealnie w moje gusta, zresztą jako rudzielec czuję się w nich świetnie ;D I śmiało mogę polecić Wam oba ;)
Produkty Milani dostaniecie m,in na glowstore.pl . Róż kosztuje około 54 zł / 3.5 g zaś pomadka około 50 zł / 6 ml. 
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger