13:49

Nacomi Natural Body Butter + wyniki rozdania paletki MUR

Nacomi Natural Body Butter + wyniki rozdania paletki MUR
Prawdopodobnie w momencie kiedy ja piszę tą recenzję i na światło dziennie wyjdą moje (smakowite!) zdjęcia będzie już po sezonie truskawkowym, buuu ;(. Jakoś wcześniej nie mogłam się zabrać za ten wpis - wiecie, siadam, otwieram zakładkę, wgrywam zdjęcia i gapię się w ekran. Bo wiem. Wiem, że dzisiejszy truskawkowy bohater bardziej nada się na chłodne wieczory niż na ten skwar lejący się z nieba. Bo wiem, że narobię smaka na truskawki za co moge być najbardziej znielubioną osobą na świecie w ciągu najbliższych minut przebywania tutaj :D.
Ale jak wiecie ( a przynajmniej staram się Wam o tym mówić:P) moja przygoda z naturalnymi produktami nie zawsze idzie w parze z tym co głośno jest reklamowane. Taki mój urok, że jak ma mnie złapać jakaś zaraza to z całą pewnością ominie 99 % populacji by bezpiecznie czekać na moje nadejście ;D.
Wracając do naturalnych specyfików - nie można powiedzieć, że nie daje im szansy, ba! ja nawet z chęcią rozglądam się już za innym kompanami w podróży, ale też nie można powiedzieć, że między nimi a mną jest big love!. Jest chemia, jest jakaś mięta i rumianek i są dość poprawane relacje, zresztą staram się , ok? Inicjatywę przejęłam! ;)


Od razu uprzedzam: jest dobrze, znośnie i nawet jestem w stanie kupić kolejne opakowanie! Zachwyty z mojej strony zdarzają się tak często jak uderzenie pioruna w mojej miejscowości ale cóż tutaj trochę się pozachwycam jak i sie doczepię- chyba powoli dorosłam do bycia mniejszym 'dziwadłem', albo po prostu kosmetyki zaczynają kochać moja ogromną powierzchnią użytkową, aww *.*



Tak siedzę i patrzę, czytam obietnice producenta i chcę powiedzieć 'tak! potwierdzam' ale coś mi mówi 'to za mało, daj dziewczynom więcej!'.

Nie ulega wątpliwości iż, masło robi to po co zostało stworzone. Na próżno jest szukać w nim jakiś cudów i wielkiego odkrycia... 
Po pierwsze brawo za skład! Mimo, że ja z arganem się nie lubię to tutaj mi nie zaszkodził! Po drugie brawo za dość treściwą konsystencję, która musowo gwarantuje naszej skórze chwilę wytchnienia i nawilżenia. Brawo za delikatność i łagodność - czy to po podrażnionej skórze po goleniu czy po poparzeniu słonecznym masło działa wtedy na nie jak kompres. 
Chylę czoło też za treściwe nawilżenie: po codziennym stosowaniu nie widzę potrzeby by stosować je non stop - moja powierzchnia użytkowa ma dostarczoną odpowiednią ilość i nie woła 'pić'.
Jedyne co mi w nim przeszkadza to to, że mimo tylu zalet stosowane u mnie na suche pięty jeszcze bardziej podkreśla ich szorstkość co mnie dziwi bo na nogach czy rękach masło działa wyśmienicie! Ale postanowiłam się nie poddawać i sprawdzić njapierw na moich skórkach przy dłoniach ( jak wiecie tam miałam sajgon ;D). Nałożyłam grubszą warstwę na dłonie, rękawiczki i tak zasypiałam - po kilku dniach problem suchych skórek na dłoniach znikł! Wtedy pomyślałam by spróbować tak ze stopami - suche pięty smarowałam grubą warstwą , skarpetki i szłam spać. Tak jak w przypadku dłoni problem bardzo szybko znikł! Cóż widocznie suche partie bardzo szybko 'spijają' masło stąd mogło mi się wydawać, że skóra jest bardziej szorstka - dobrze, że znalazłam i na to sposób ( pomysowa ja! ;D)

Opakowanie to zwykły, okrągły plastikowy pojemnik. Nic odkrywczego ani luksusowego. Jak na ten produkt wydaje się być jak najbardziej odpowiednie. Pod wieczkiem nie mamy żadnej folii czy sreberak tylko białą, stałą maź.



Nacomi Natural Body Butter jest gęsssssste i bardzo stałe. Nie ruszysz go niczym. Można pomyśleć ( i tak moja mama pomyślała), że to SMALEC! ;D Jak widać wygląd podobny ;D
A tak na serio , z początku mnie raziła ta zbita papka. Nic przyjemnego gdy musisz sobie nabrać tą tłustę maź paluchami a uwierzcie zanim zacznie się 'topić' pod wpływem ciepła palców mija trochę czasu!

I to jest może największy minus tego masła: długo się rozstapia chociaż z drugiej strony jakby nie patrzeć ta tłusta warstwa wtedy nie jest taka 'obślizgła'. Z racji takiej, że ja nie lubię czekać zaraz po nabraniu na paluchy nakładam je na ciało - idzie lekko opornie bo ale podczas ciągłych ruchów masło i tak się rozpuści do cna, natomiast jeśli trzymamuy je w dłoniach to i tak musimy chwilę poczekać na chociażby lekkie rozpuszczenie. 

Ono jest tłuste! Nie będę Wam tego ukrywać ale to nie jest tłustość jaką znam - tutaj po prostu gdy już je mam na ciele spokojnie mogę ubrać piżamę gdyż mam pewność, że materiał się nie przyklei do ciała a produkt nie zostawia tłustych śladów. Fakt wchłania się powoli i zajmuje mu to mnóstwo czasu ale ta tłusta powłoczka na ciele wygląda na bardziej nabłyszczająca i jest zupełnie nieszkodliwa i nie brudząca tłustoscią.


Sam zapach może trochę przypominać poziomkę czy też truskawkę (bardziej zalatuje truskawkową mambę :D) jest stosunkowy zbliżony do tych owoców ( przynajmniej kiedy przykładam nosa do opakowania) jednak w momencie gdy masło spotyka się z ciałem zapach staje się inny: jakiś cukierkowy i coś na kształt chemicznej nuty się pojawia ( szybko sie ulatnia). Wydajność - w jego przypadku ciężko ocenić ;)

To masło jest naturalne , ma wysoko masło Shea i jest dobre. Dobre w swoim działaniu. 
To jeden z tych naturalnych kosmetyków, które mogę polecić bo wiem, że działa. Do konsystencji i wydobywania idzie przywyknąć, zapach też do przełknięcia ale przecież działa i to najważniejsze ;)

Masło dotaniecie na stronie Nacomi,o tu ---> klik, w cenie 17.80 zł za 100 ml.

***
Jutro chciałabym wystartować z konkursem na Instagramie dlatego już dziś mam wyniki konkursu z paletką MUR ;). 
Wasze odpowiedzi śledziłam na bieżąco, zazwyczaj odpowiadałyście jednym słowem ale znalazły się też bodajże 4 dłuższe wypowiedzi ;)
Dowiedziałam się, że najwięcej z Was lubi kolor fioletowy i zielony co mnie zdziwiło ;)
Jednak nagroda jest jedna i postanowiłam nią obdarować za zdanie:

'Jesli chodzi o ubrania to uwielbiam czerń i wszystkie odcienie niebieskiego. A w makijażu kocham brązy, złoto i rudości.'

Z racji, że ja tylko takich odcieni używam w makijażu ta odpowiedź była mi najbliższa ;)

Dlatego paletka kremowych róży MUR  leci do Eva Pe! Gratuluję i już piszę Ci wiadomość ;)
A resztę zapraszam jutro na Ig! :)


20:55

Czerwcowe denko #20

Czerwcowe denko #20
Jakbym miała powiedzieć jedno słowo określające pustaki z tego miesiąca z pewnością byłoby to 'czystka'. Totalna czystka w kolorówce i próbkach. Powoli zużywam to co mam, robię miejsce na nowe rzeczy i muszę powiedzieć, że o dziwo nie mam żadnych zapasów ( co tam dwa żele czy dwa balsamy) i to mi się podoba ;). Staram się jak mogę w pierwszej kolejności zużyć wszystkie moje mini produkty ale to jak widać w tym miesiącu nie do końca poszło po mojej myśli ;D Cóż liczę na to, że w lipcu pójdzie lepiej, tymczasem jak Was nie nudzi oglądanie śmieci zapraszam na czerwcowe pustaczki ;).



I.TWARZ:


1. Planeta Organica, żel oczyszczający do twarzy - ależ to był mocny zawodnik! Łagodził podrażnienia, mocno oczyszczał i w swojej roli spisywał się znakomicie, jedyne co mi w nim nie pasuje to to opakowanie z twardego plastiku!Poza tym pachniał tak fajnie męsko i miał kosmicznie bogaty naturalny skład! Pełna recenzja ---> klik

2. AA Oil Infusion, krem pod oczy - zwykły zwyklaczek jakich wiele na rynku. Ciężka, tłusta konsystencja nadaje się tylko do stosowania na noc ( bo wolno się wchłania) poza tym w działaniu nie ma nic odkrywczego ot co po prostu taki sobie krem. Pełna recenzja ---> klik

3. Sephora Blemish fighting roll-on gel - żel na niedokonałości skóry to nic innego jak żel punktowy. Pachniał intensywnie kwasem salicylowym i lekko szczypał i to jedyne co zauważyłam w jego działaniu bo na żadne niedoskonałości nie podziałał.

4. Guerlain Abeille Royale night cream - mam bodajże 4 albo 5 opakowań tego cudaka liczącego 3 ml a zużyłam tylko to jedno ( reszta pójdzie w świat) dlaczego? Krem ma śliczny zapach ale na mojej cerze w ogóle się nie wchałnia, wręcz ją oblepia i tak zostaje, po jakiejś godzinie od nałożenia na mojej buzi zaczynają wyskakiwać krostki a blee!

5.Perfecta Beauty Mask - lubię ją, za dobrą dawką nawilżenia i  bycie lekką dla skóry. Nie wchłania się całkowicie ale to nie problem bo łatwo się ją zmywa. A za te 2 zł z groszem mam pięknie nawilżoną i lekko rozjaśnioną cerę ;)

6. Próbka kremu M'onduniQ ( w zapasie mam chyba jeszcze jakąś) zaskoczyła mnie szybkim wchłanianiem, zieloną barwą i subtelnym zapachem. Na szczęście rano nie nie wyglądałam jak potwór ;D

7. Sephora Shea Lip Mask - nie i nie i nie! Nie czułam się w tej masce za dobrze ( pominę fakt, że dwa razy większa niż moje usta ;D) i w ogóle nie zauważyłam by coś miała robić, no oprócz tego, że czułam na pół buzi jakąś tłustość, bleeeeeeee ;D

II. CIAŁO:



8. Balea, żel Hibiskus & Nekatarine - żele Balea to nic specjalnego, robią to co muszą czyli myją, jedyne co je różni od naszych to piękniejsze zapachy i ten taki właśnie jest. Pachniał słodko i kwiatowo - bardzo mi się podobało!

9. Ziaja kremowe mydło do rąk Moringa & Kokos- jak ono ślicznie pachniało ♥. Zapach tak subtelny i tak aromatyczny, że jestem zdziwona. W swojej roli spisywał się dobrze, poza tym dawał też radę jako myjadło do pędzli! Polecam!

Zużyłam też górę mydła ( jakiś czyścioszek ze mnie ostatnio :D):

- dwa Vitea: jedwabne i mleczne bo są bardzo delikatne do buźki a nie kosztuja więcej niż 1,50 zł, zresztą dość często widać je w moim denku a to coś znaczy :P
- dwa Linda, skusiłam się na Biedronkowe ze względu na zapachy :D. A pachną całkiem fajnie, działanie tak jak każde inne mydło z tym, że te mogę lekko przesuszać ;(
- Organique mydło glicerynowe - o mamo! Najpiękniejszy i najtrwalszy zapach jaki kiedykolwiek czułam w mydełku, poza tym to serduszko było urocze ♥

III. WŁOSY:


10. Head & Shoulders szampon - tym razem wersja z odżywką ( wiem, że to zło dla włosów) no ale co z tego ? A z tego co mi wiadomo on jest najlepszy na większe problemy ( a takie mi sprawiła poniższa Balea) poza tym przyjemnie chłodzi ♥

11. Balea Locken szampon - gdy z początku nasza znajmość miałą zadatki na miłość wszechczasów ( a uwierzcie piękny skręt z początków tak sugerował) okazało się, że szampon to jeden wielki koszmar: łupież, przetłuszczanie się włosów po więcej zapraszam tu ---> klik

12. Garnier Color Naturals Creme Miedziany Blond - chyba nie muszę mówić więcej?;) Czas był na powrót do ludzkiego wyglądu ;D

IV. KOLORÓWKA


13. Muse Cosmetics Erato - chociaż miałam tylko jedną szczoteczkę tego tuszu to byłam nim oczarowana! Pięknie rozdzielał i wydłużał rzęsika i ta fajna prosta szczotka, niewątpliwie ten tusz to odkrycie ostatnich miesięcy szkoda, że wysechł na wiór ;D. Ale mógłby kosztować ciut mniej ( no ale płacimy w końcu za 3 szczotki) . Pełna recenzja ---> klik

14. Manhattan konturówka - swoje wysłużyła, więc przyszedł czas na rozstanie ;D. Wbrew pozorom ta czerwień była bardzo mocna, ciemna i taka nie moja.

15. Pierre Rene Lip Gloss Party On - o ile ta czerwień taka moja, to ten błyszczyk strasznie kleił usta! Fuj! Gęsta maź, która wręcz oblepia usta, błyszczyk lubił migrować na pół twarzy i miał aplikator, który nijak nie pomagał go aplikować . Pełna recenzja ---> klik

16.Essence Come To Town róż w kremie - czyli świąteczna limitka sprzed kilkunastu miesięcy ;D. Lubiłam tą formę ale raczej do niej nie wróce, sam róż był fajny , dawał naturalny efekt i nie można było sobie nim zrobić krzywdy ;D

17. Kobo mono eyeshadow - nie pamiętam jego nazwy ale to taki fiolet z połyskującymi drobinkami, sliczny ♥ Jednak moje paczadełko w nim wyglądało na podbite i stwierdzam fakt, że fiolety nie dla mnie ;x.

18. The Body Shop - ten brąz z kolei miał ogromna pimentację i wyglądał po prostu obłędnie na paczadełku! Subtelne drobinki dawały niesamowity efekt!.

19. Sephora paletka - no i tu powiem, że moja mała bardzo ją lubiła ;D Ja chętnie korzystałam z dwóch cieni: brązu i beżu oraz różu w odcieniu brzoskwini ;D. A później dorwała ją mała i zrobiła sobie z niej swoje 'maluj' ;D


Wyrzucam też do kosza tyyyyyyyyyyyle lakierów: Joko, Wibo, Barry M, Nails Inc oraz matowy Golden Rose kompletnie zgęstniały, zaś te z Kobo były rozwarstwione blee (gdzieś na blogu są iche recenzje ale nie chce mi się szukać, zresztą to mało ważne :P).


V. INNE:



20. Płatki, które były okropne i z jednego szło zrobić dwaa nawet trzy ;D

21. Indigo Richness Hand Cream - brawo za zapach, za konsystentcję, za szybkie wchłanianie - dla mnie to odkrycie i sam krem ma potencjał!

22. Mexx Ice Touch - bardzo taki rześki zapach ale na mnie nie trwały ;x

I na tym kończę czystkę idę pisać o nowościach ( a to jest dużo przyjemniejsze i znacznie mniej tego mam ;D).

20:57

Balea Locken : Power Spray & szampon

Balea Locken : Power Spray & szampon
Posiadanie burzy loków wprawia w osłupienie nie tylko osoby, które na nas spoglądają ale nas same.  Zdarza się, że moje loki czy tez innych posiadaczek owej czupryny budzą zazdrość wśród 'prostowłosych' - cóż ten świat jest tak urządzony, że my kręconowłose chce mieć proste kłaczki a one wręcz na odwrót. Nasze loki wymagają specjalnej pielęgnacji - nam nie wystarczy zwykły szampon. Odpowiedni skręt, odpowiedni błysk naszych plecionek otrzymamy dopiero gdy nasze włosy nam powiedzą co potrzebują. Pielęgnacja loków jest specyficzna - do mnie moje loki mówią, one mi wskażą jaki olejek tolerują, jak bardzo uwielbiają proteiny. Żeby pięknie wyglądały coraz częściej sięgam po produkty przeznaczone wyłączenie do nich - etykiety ze słowami 'dla włosów kręconych' kuszą mnie skutecznie i to właśnie ostatnimi czasy zaczynam coraz bardziej ufać takowym spcyfikom. O moje rude loczki zadbała też Julia, która robiąc mi paczkę z marką Balea wsadziła w nią duet to tych zadań - czy się sprawdził?


Taaaak, znowu Balea ale co ja na to poradzę? :D W skład zestawu, który otrzymałam od Julii wchodził szampon i spray ( coś jak nasz lakier). Pierwsze spotkania z oboma produktami były cudowne, zapowiadały miłość jednak z biegiem czasu widziałam wiele ale to wiele brzydkich rzeczy, które robiły te produkty ;x. A może zacznijmy od samego początku czyli szamponu!

Szampon do włosów kręconych marki Balea przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji skóry głowy i dla wszystkich rodzajów kręconych włosów. Utrzymuje prawidłowe PH skóry. Nie zawiera oleju mineralnego, silikonu ani barwników. Lipidy i proteina nadają włosom elastyczność, nawilżenie oraz, promienny wygląd.



I było BIG LOVE ♥.
 Przynajmniej do jakiegoś 4 użycia tego szamponu! Ja po prostu byłam nim oczarowana - pięknie podkręślał skręt loków, włosy były odbite u nasady, czupryna wygląda na mającą większą objętość. Moje loczki błyszczały, podskakiwały a przy tym skóra głowy była porządnie oczyszczona, czego chcieć więcej skoro znalazłam ideał? ♥
Jednak po tym 4 razie, po kolejnym myciu włosy stawały się inne, rękami i nogami zapierałam się, że to nie wina szamponu i uparcie dalej go używałam szkodząc tym samym jeszcze bardziej! :(.
W momencie kiedy ja rano umyłam kłaczki ich stan na wieczór wyglądał tak: oklapnięte, matowe, pozbawione sprężystości, jednym słowem wyglądały jakbym ich te kilka godzin wcześniej nie myła! ;(
Zaczął mnie też swędzieć skalp - gdzie nigdy mi się to nie zdarzyło! Loczki a raczej strączki zaczęły szybciej się przetłuszczać ( gdzie tego problemu nigdy nie miałam!), zaczęły pojawiać się krostki we włosach ( do dziś walczę z dwoma) oraz łupież! No tego już było za wiele! Nasza miłość się rozpadła!
To było nie do pojęcia - nie przeczę ten szampon jest dobry i potrafi wydobyć to 'coś' z loczków ale nie jest stworzony do codziennego użytku jak pisze producent ( ja myję głowę co 2 - 3 dni). Doraźnie - raz na tydzień tak ale na dłuższą metę - no way!



Szata graficzna serii mi się podoba ale mam jedno ale: drogi producencie zmień te koszmarne tubki! Ich używanie to jeden wielki dramt! O ile z początku fajnie idzie wydobyć naszą maź to w momencie gdy ubywa jej połowa to  jest zgroza: tubka się wygina w każdą stronę, szampon lata po bokach, ścieka fuuuj! Nie złapiesz jej mokrymi łapkami bo po prostu się wygnie / zgniecie i ups - upadnie.
Szampon jak szampon, podczas mycia nie plącze włosów , pieni się też delikatnie. Perłowa konsystencja bardzo przypomina szampony Nivea i powiem Wam, że nawet podobnie pachnie, jednak tu zapach intensywnie  czuć tylko w tubce, no chyba raz wyczułam na włosach po pół godzinie i szybko się ulotnił.  Jeśli chodzi o wydajność, cóż ja zużyłam ciut więcej niż połowę, resztę wylałam po tych krzywdach ( a używałam jakieś 6 - 7 tygodni).

Spray dla włosów kręconych i falowanych - podkreśla skręt i przywraca loki bez życia do formy. Nowa formuła z systemem podkreślającym skręt daje widoczną doskonałość uczesania.



Dla mnie ten spray to zwyczajny lakier do włosów! Gdy czytałam info o jego stosowaniu była wzmianka 'stosować na wilgotne włosy' i zazwyczaj tak też robiłam. Rozpylanie jest bajecznie proste, więc bez problemu moje wilgotne loczki dostawały to 'cudo' a ja czekałam cierpliwie jak wyschły ( bo wiecie, nie używam suszarki :P). I co? Włosy miałam, loki miałam, skręt był ale nie zmienił się nic - na długość było tak samo. Wszystko wyglądało tak jakby w ogóle na włosy nie rozpyliłam tego spray'u! Zdziwiłam się - dotykałam swoje kłaczki a one były miękkie i delikatne bez żadnej warstewki typowej dla takich produktów , przynajmniej tak myślałam. Kiedy wieczorem szykowałam się do spania i zaczynałam przeczesywać włosy dopiero wtedy czułam, że miałam coś rozyplone na kłaczki! Gdzieniegdzie włosy były sklejone ( głównie od spodu) i ciężko szło je rozczesać - syf i mogiła !
Ok, pomyślałam skoro to spray i działa jak lakier ( bo ani trochę nie wpływa na skręt i jego formę tymi swoimi wspaniałymi właściwościami) postanowiłam go wypróbować na sucho i wiecio? Tutaj chociaż coś zauważyłam - moje loczki były sztywniejsze, nie sklejone ale takie 'sztywne', chodzi mi oto, że jak chciałam ułożyć fryzurę to się dobrze trzymały razem ;). Jednak na wieczór znowu walka z rozczesaniem tego lepkiego czegoś ...



Nie dajcie się zwieść! Chwytliwa nazwa nie kryje pod sobą nic innego jak zwyczajny lakieras do włosów. Oprócz tego różni się jeszcze wyglądem: smukła tubka z pompką gdzie atomizer się na zacina - brawo!.Jeśli tubkę weźmiecie pod światło to tadam - widać ile nam produktu zostało ;D.
W przypadku tego spray'u a raczej lakieru główną rolę odgrywa zapach: owocowy, słodki. Nie jest to zapach jaki znamy z naszych drogeryjnych lakierów. Pech chce, że woń trzyma się długo na włosach i czasem gryzie się z perfumami.
Drugi pech jest taki iż w przypadku częstszego używania spray'u nasze włosy tracą blask i stają się matowe ;(. Raz na jakiś czas - ok, użyj ale nie przesadzaj. Wydajność? Jak kto woli - ja stosują mało i teraz rzadko i szczerze to nigdy tych specyfików nie lubiłam więc będę ją miała na miesiące  jak nie lata;D

Balea Locken miała być świetna dla moich loczków. O ile szampon z początku był 'WOW" to późniejsze jego działanie sporo mnie rozczarowało i ja osobiście kręconowłosym nie polecam, zaś spray - zwykły lakier do włosów, który w zbyt dużych ilościach matowi kłaczki ;(/
Jednym złowem miało być dobrze a wyszło ... jak zwykle!

Serię dostaniecie w DM lub na mojadrogeria.eu. Szampon kosztuje około 11 zł / 250 ml a spray około 18 zł / 150 ml.

Miałyście jakieś włosowe kosmetyki z Balea? Co polecacie?

18:44

Guerlain Cils d'Enfer Maxi Lash (mini mascara)

Guerlain Cils d'Enfer  Maxi Lash (mini mascara)
'Cześć! Jestem marka Guerlain! Będę Twoim bóstwem i największą miłością♥. Co prawda jestem droga w utrzymaniu ale uwierz mi, warto inwestować we mnie! Przyozdobię Twoje lico pięknymi kolorowymi kosmetykami, a Twoje ciało i umysł owiną moje liczne sukienki! Będę pierwsza dla Ciebie i za każdym razem sprawię, że w swoim ciele będziesz czuć się jak dzika kotka. Obiecuję Ci wiele miłości i oddania z mojej strony, w zamian chcę byś po prostu darzyła mnie ogromnym uczuciem najczystszej miłości: miłości matki do swoich uroczych dzieciaków ♥. Zabiorę Cię na sam szczyt góry i pokażę najpiękniejsze zakątki a więc daj łapkę i chodź, pokażę Ci świat Guerlain - pokażę Ci nas' ♥
Ok, dobra poniosło mnie ale cóż zrobić skoro to właśnie Guerlain jest moją miłością ( tak samo Smashbox! ♥) i tak samo jak Smashbox rozczarował mnie swoją mascarą Full Exposure, którą rozliczyłam do cna, tak samo dziś mimo mojego uwielbiam do Ciebie Guerlain - będą baty!


Jest coś takiego w Guerlain, że oni kupują mnie całą. Rzadko zdarza mi się nie piszczeć z zachwytu jak stoję w Sephorze i oglądam te ich cuda ♥. Kupili mnie totalnie! Ale ale jedyną rzeczą, która u nich mnie nie kupuje to słynne Meteorytki - po prostu to mnie odpycha, drażni i mówi 'nie' ;D.

Ten tusz chodził za mną długo, czytałam wiele opinii i głównie były dawane mu niezłe baty: że skleja, że sie ospypuje, że za drogi... ale było parę zachytów, które trzymały mnie przy myśli 'u mnie taki będzie, błagam musi!'. Zresztą już po opinii dość skrajnej u Beaty mówiłam 'liczę, że u mnie będzie lepiej' - wszak on ma takie piękne złote opakowanie ( pełnowymiarowe) ♥.

Ale gdy na święta Sonia ( znowu ona! ♥) przysłał mi to mini przez moje ciało przeszedł dreszcz ekscytacji!. Zaś gdy juz wylądował na moich rzęsach: śmiech, radość, zgrzytanie zębami i płacz!

Czarujący atut i broń w sztuce uwodzenia... Maskara Cils d'Enfer dodaje spojrzeniu intensywności i głębi. 

Do jakiego rodzaju makijażu ?
Nadzwyczajna formuła pogrubia i podkręca rzęsy, a dodatkowo doskonale się trzyma. 
Na czym polega jej sekret? Połączone działanie trzech polimerów, które zwiększają objętość, zmiękczają i utrwalają rzęsy. 
Już od pierwszego pociągnięcia to idealnie współgrające trio wydłuża i podkręca rzęsy, zapewniając trwałość i jednolitość Twojej stylizacji.
Można łatwo pomalować kilka warstw, by uzyskać indywidualnie dobrane pogrubienie: efekt jest natychmiastowy, stylowy i trwały.
Czarny, głęboki pigment uwydatnia rzęsy urzekającym, połyskującym i wyrazistym kolorem. 




I tak, mój najukochańszy Guerlain mnie po części zawiódł (jest podobnie jak z mini tuszem Smashboxa).  Szok i niedowierzanie. To jest tusz z cyklu 'daj jedną warstwę' nic więcej. Tak jak Full Exposure, jak They're real od Benefit ten tusz wygląda dobrze z jedną wastwą.
Jedna warstwa = rozdzielone rzęski, lekko wydłużone i podkręcone. Daje to bardzo naturalny efekt, rzęsy są lekkie i 'suche', nie tworzy grudek.
Dwie warstwy = klejenie w jedną kupę, ciężkie rzęsy, strasznie mokre i wolno schnące, odbijanie się tuszu na powiece dolnej i górnej.
Owszem tusz przy jednej warstwie może lekko odbic się ale łatwo to idzie usunąć, jednak gdy miałam dwie warstwy i zamykałam oczy to wszystko pod spodem miałam upaćkane! Co przy jednej warstwie nic takiego nie ma!

W kwestii obrony powiem tak: on się nie kruszy i nie osypuje, potrafi wytrzymać wiele godziny w stanie nienaruszonym, zmyje go dobry płyn miceralny ( niestety moje mleczko z Balea bardziej go maże ;x) ale naprawdę trzeba ubrać 'jedną warstwę'.




Złote pełnowymiarowe opakowanie ma przepiękny kształt i wygląda po prostu luksusowo. Robi wrażenie wow! I tym mnie właśnie ta mascara kupuje ale czy moje mini wygląda gorzej? Czarne opakowanie ze złotymi napisami zawsze wygląda elegancko i gustownie. Na czubku mascary mamy charakterystyczne 'G' dla marki, więc dbałość o szczegoły nawet w tak maleńkim produkcie jest zachowana ♥.

Szczoteczka - lubię ją za swoją prostotę i nieprzekombinowanie. Idealnie dociera do każdej rzęsy jednak gdy idzie z drugą warstwą coś się zmienia - po część może być to wina konsystencji tuszu po drugiej części zbyt idealnie ułożonych rzęsek na szczotce , sama nie wiem.

Kolor NOIR jest czarny, mocny i intenstywny, tak jak mówiłam moje mleczko ma problemy z jego zmyciem, ale zaś mleczko rodzimej marki Guerlain robi to wyśmienicie ;D

A efekt? Nie wiem ile razy robiłam podejścia do tych zdjęć no ale cosik tam mam ;D


 

Już rozumiecie o co mi chodzi? Ta jedna warstwa jest ok, pasuje mi chociaż też nie ma rewelacji ale ta druga? To wygląda okropnie! Wielkie bleeeeeeeeeeeeeeee!

Cóż rzec? Mini tusze moich ulubionych marek mnie rozczarowują! Stać ich na więcej, a nie na to ;(

Guerlain Cils d'Enfer Maxi Lash to tusz z wysokiej półki. Dostępny jest w trzech odcieniach: Noir, Mokka ( brąz), Marine ( niebieski na lato). Za przyjemność obcowania z tym tuszem w Douglasie zapłacimy 159 zł / 8 ml, w Sephorze za tą samą pojemność 169 zł.

11:35

Mam bloga! a więc jestem pazerna i mam wszystko za darmo!

Mam bloga! a więc jestem pazerna i mam wszystko za darmo!
Nie mam pojęcia skąd u ludzi takie myślenie. Wszyscy z początku myślą że jak zajmujesz się urodą to na Twojej półce stoją same Diory czy Chanele. Większość uważa, że taka osoba jak ja czy Ty nie spogląda na drogeryjne półki z produkatami za 5 zł tylko od razu wrzuca w koszyk rzeczy za ponad 100 zł i więcej. Każdy jest przekonany ( bynajmniej na początku nikłej wiedzy o Twoim miejscu), że nie skupiasz się na tanich markach bo lubisz błyszczeć luksusem. Wszystko po prostu masz najdroższe i najlepsze i chętnie wydajesz na to kasiorę . A jak nie wydajesz to przecież masz takie współpracae że znane marki takie jak Dior chętnie dają Tobie w prezencie ich produkty. Za nic nie płacisz, masz same świetne darmówki więc jest powód do lekkiej zawiści.

To jest chyba ten powód kiedy powinnam zacząć się śmiać - ludzie, którzy naprawdę mało wiedzą o blogowym świecie uważają , że to co my pokazujemy, to co mamy po prostu dostajemy ot tak za nic, a marki nawet te renomowane aż się do nas pchają. Chciałabym ale nie.
Większość z nas na wszystko pracuje sama, sama kupuje produkty, gromadzi grosza do grosza - znamy wartość naszych rzeczy, znamy wartość naszej pracy. Szkoda tylko, że wiele osób głównie tych małolat , którym nie udaje się  ' zaistnieć' wbija nam taką szpilę mówiąc ' masz za darmo, nic za swoje!'. Ok, a potem się dziwimy że po cichu zawistni ludzie mówią 'pazerna, w d**ie jej się poprzewracało od tego internetu!'.


'Nie dość, że wszystko ma za darmo to jeszcze zarabia na swoim blogu!' - kiedyś takie zdanie przeczytałam na jednym z blogów, na blogu dziewczyny którą cenię za kawał dobrej roboty ale przecież piękne zdjęcia i dobra treść niknie w gąszczu zazdrości, ludzkiej podłości bo lepiej napisać taką głupotę, dać upust swojej frustracji a nie myśleć o tej drugiej stronie - o autorce bloga i jej ciężkiej pracy ( a co kogo obchodzi czy coś z tego ma?!)

Według naszego społeczeństwa większość beauty bloggerów po prostu żyje z bloga, nie ma żadnej NORMALNEJ pracy, a każdy kosmetyk to jest gift - po prostu my tylko zarabiamy i nie wydajemy na nic pieniążków - ale zaraz, zaraz. Aby móc zarabiać na blogu to najpierw trzeba włożyć w to miesiące ciężkiej pracy to nie jest takie hop siup!

Nie wiem ile razy można mówić słowa 'my nie mamy nic za darmo' - testy, zdjecia, recenzja zabierają nam mnóstwo czasu, pochlaniają nas do reszty ale co z tego skoro znajdzie się banda małolat czy ludzi z lekko przytępionym organem myślącym, którzy wręcz się uczepią stwierdzenia 'dostała, nie kupiła'!

Można powiedzieć, że skoro mam bloga od 3 lat to powinnam pływać w fontannie luksusu, z domieszką najdroższego szampana, jedząc truskawki i co chwila patrzeć jak na moje konto wpływają pieniążki za wpisy. Ale tak nie jest. Czy te 3 lata blogowania coś zmieniły skoro nadal jestem przeciętna?
Owszem od czasu do czasu można u mnie poczytać coś o droższym produkcie - po części kilka  tych rzeczy podostawałam w prezencie ( tak są jeszcze na świecie kobiety - bloggerki, które bardziej Cię cenią jako bliską osobę i nie oczekują za to Bóg wie czego), na kilka ZAPRACOWAŁAM sobie sama - tak, moje drogie, sama.
Czy wiecie, że na szminkę Guerlain odkładałam kilkanaście tygodni? Ale kiedy ją kupiłam, kiedy już do mnie dotarła ja czułam się jak w niebie!
Owszem, mam na półce perfumy Diora ( wygrałam!), mam paletę Too Faced, mam nowy zapach Tousa czy produkty marki Guerlain no ale litości! Część tych rzeczy to prezenty, większość to wygrane a to co sobie kupię to jest moje, moje z moich ciężko zarobionych pieniędzy.


Czy szastam stówkami na prawo i lewo? Cóż, z racji takiej że zarabiam 600 zł na miesiąc to pewnie w tym momencie kupując jakiegoś Diora bym próbowała zjeść błoto z podwórka ;D. No ale przecież jestem blogerką więc co tam moje fundusze jak dostanę to za darmo?! Bo przecież ja nie muszę pracować skoro inni ludzie widzą to co chcą. Zresztą jak mogę mówić, że zarabiam 600 zł / m-c skoro na zdjęciu wyżej widzicie takie perfumy?!

Znam dużo bloggerek, które piszą o luksusowych produktach ale też nie stronią o tym by napisać o produkcie za 15 zł! - ba, każda z nas, każdy z nas to po prostu zwykły człowiek. Pracujemy normalanie, niektórych stać innych nie jednak to nadal za mało dla naszego społeczeństwa - ludzie zamykają nas w jednym worze klasyfikują - Blogger = mnóstwo kasy, i nie mając pojęcia o  niczym cieszą się, że to oni nam przypieli łatkę! Wedle ich słów jesteśmy po prostu pazożytami bogacącymi się na innych - cóż z tym począć?

Zazdrościłam kiedyś, naprawdę. Perfumy Chanel, pomadki Diora, czy słynna mascara YSL wprawiały moje serce w palapitację a moj mózg aż kipiał od natłoku pospolitych myśli: 'dlaczego ona ma takie coś?, to nie fair!' - jednak wytarczyła odrobina wyjścia poza ramę swojej mieszczańskiej idealogii, odrobina zagłębienia się w mojego bloga, poznawanie nowych ludzi gruntowanie zburzyło moje zaściankowe myślenie. Teraz nie mam czego zazdrościć, jak już to jest tzw. 'zdrowa zazdrość', podziwiam, wpisuję sobie na listę marzeń, realizuję cele, zbieram na to pieniążki - bo przecież jak kupię sobie to sama to będę mieć lepszą satysfakcję. Owszem, miło dostać coś w prezencie, czy nawet do testowania jednak zawsze pełnia szczęścia jest w momencie trzymania głupiego sklepowego paragonu!

Czy jestem pazerna? Nadal idę do sklepu i kupuję zmywacz do paznokci za 1.20 zł, biorę żel do mycia buźki za 8 zł nie dlatego, że tani czy coś ale dlatego, że się sprawdza.
Czy oczekuję, że kosmetyki będą mi spadać z nieba? Miło mi jak ktoś mnie doceni, jak poznaję ludzi, którzy wyślą mi kartkę na urodziny ale jeszcze milej gdy nasza relacja trwa i sie rozwija a tło kosmetyczne wtedy ginie. Że tak powiem z nieba mógłby lunąć grad Diorowych tuszy a ja mam to w czarnej dziurze bo wolę tych ludzi co poznałam ♥

A swojemu społeczeństwu co mogę powiedzieć? Chyba nic, bo przecież nikt mi nie uwierzy, oni zawsze będą widzieć we mnie, w nas -  ludzi, którzy myślą o tym by się 'nachapać luksusu' nic nie robiąc i tylko marnując tlen .

Na koniec powinnam powiedzieć coś miłego - post i tak wyszedł chaotyczny i pod wpływem impulsu, rzeknę nie wszędzie tak myślą, w wielkich miastach nie ale uwierzcie małe wsi i miasteczka to istna pożywka dla takiego myślenia ;)

15:14

Sampar Skin Quenching Mist

Sampar Skin Quenching Mist
Jeśli miałabym Wam wskazać markę oferującą kosmiczną pielęgnację za kosmiczne pieniądze i idącą z tym w parze skutecznością produktu z całą pewnością i bez większego namysłu powiedziałabym: SAMPAR!.  To dzięki Sonii mam przyjemność obcowania z tymi różowamy cudami - miałam mini fluidu nawilżającego - bomba! Teraz przyszedł czas na dzisiejszego bohatera. Sonia skutecznie rozpaliła we mnie chęć poznania tej marki! ( w sumie to przez nią mam bzika na punkcie Guerlain! ♥) . Wydaje mi się, że Sampar to taka marka, która stanęła na wysokości zadania tworząc kosmetyki nie tylko pięknie i uroczo wyglądające ale też spełniające to do czego zostały stworzone. Dla mnie ich pielęgnacja to WIELKA MAGIA dlatego chodźcie, dziś Was pokuszę  ( mam nadzieję, że skutecznie :P).


Bezalkoholowa mgiełka do twarzy zapewnia nawilżenie, odświeżenie oraz jednocześnie chroni przed czynnikami podrażniającymi.

Mgiełka ma za zadanie tonizować, nawilżać oraz posiada właściwości łagodzące.
Niestety ten opis jednozdaniowy zawodzi mnie na całej linii - jak zwykle w przypadku genialnych produktów jestem zawiedziona tym co piszą ( może dlatego, że aktualnie mgiełka Sampar nie jest dostępna :P).



Po pierwsze: mgiełka do twarzy idealnie sprawdza się w te gorące dni zapewniając buzi uczucie przyjemnego odświeżenia. Po drugie jako dalszy krok w pięlęgnacji (jako tonik) sprawdza się wyśmienicie - sprawia, że skóra jest przyjemnie otulona, aksamitna. Po trzecie: jeśli na mojej buzi jest jakiś ogromny wysyp krostek produkt Sampar jest wówczas moim ostatnim krokiem pielęgnacji - nie ma juz kremu na buzię ( nie liczę tego pod paczadełka), ponieważ wystarczają 2 - 3 dni by działanie produktu ukoiło moją skórę, wpłynęło na zaczerwienie oraz złagodziło moje 'wysypy'.
Po czwarte: jest bardzo delikatna! Czasem z rozbiegu albo po prostu z wieczornej rutyny wacik z tonikiem lądował na paczadelku i dokonywał demakijażu -  nie było podrażnienia, szczypania, łzawienia, zero jakichś reakcji, moża poza tym, że z zmyciem makijażu z paczadełka poradził sobie całkiem dobrze ;).
Z biegiem czasu tonik pozytywnie wpływa na stan mojej cery: moja buzia jest rozjaśniona, bardziej promienna i dobrze nawilżona. Tonik daje mi tyle nawilżenia ile moja 'twarz' potrzebuje - w niektóre dni czuję, że ona po prostu spija wszystko co mi oferuje, zaś innego dnia tonik działa jako 'kompres' i daje mi po prostu odrobinę świeżości.
A poza tym? Widziałyście ten skład?:D



Kosmetyki Samapr są charakterystyczne - zamknięte w różowych opakowaniach ze srebrnymi i białymi elemenatmi są wręcz stworzone do damskiej (białej) toaletki!. Urocze opakowania są niebywale dziewczęce i prawdę mówiąc skradają mi serducho ♥.
Mój tonik wyposażony jest w pompkę, do której mam pewne ale... jeśli będziemy naciskać raz za razem pompka po prostu się zatnie, ups taki klops! Dlatego ja się nauczyłam: jedno pełno nacisnięcie ( do samgo końca), dozowanie, odczekanie i potem znowu - problemu nie mam ( chociaż ktoś może powiedzieć strata czasu ;P).Sam aplikator równomiernie rozypla naszego cudaka.

Sampar Skin Quenching Mist można stosować jako tradycyjny tonik: tutaj należy pamiętać by zdjąć z butelki to srebrne zabezpieczenie inaczej nie odkręcimy naszej góry, po czym bezpiecznie można wylewać produkt na wacik; lub po prostu bezpośrednio na twarz. Szczerze przyznam, że wolę ten drugi sposób - nie żałuje sobie produktu. W momecie gdy mgiełka 'osiada' na twarzy czuć taką wodną powłoczkę, którą po prostu wklepuję ;).

Oprócz tej 'wodnistej powłoczki', która bardzo szybka wnika w głąb skóry nie mam żadnych innych odczuć.


Jest jeszcze jedna rzecz jeśli chodzi o niezwykłość tej mgiełki: jej wydajność i to obojętnie jaki sposób stosowania jej wybierzcie, to wydajność idzie w parze z jakością i po prostu zaskakuje. Ja ją używam od początku kwietnia, dzień w dzień i mam dopiero za sobą 1/3 opakowania! Po prostu wow - bo jej wystarczalność to mega plus.
 Produkty tego typu według mnie nie muszą pachnieć, one po prostu mają działać jednak w przypadku Sampar mamy przepiękny zapach świeżo zerwanych róż z ogrodu - ten zapach jest cudowny i taki prawdziwy ♥

Szczerze przyznaję, mgiełka skradła moje serducho dosłownie i wątpię bym znalazła tak dobry produkt, który godnie ją zastąpi. Konkretne działanie, piękna i promienna cera, super własciwości i wydajność na gigantycznym poziomie wręcz sprawiają, że mam ochotę na więcej produktów tej marki! ♥ To jest pielęgnacja przez duże P!

Kosmetyki Sampar dostaniecie w Sephorze - aktualnie Skin Quenching Mist nie ma w ofercie :(. Jednak z tego co wyczytalam dostępna jest w dwóch pojemnościach: 50 ml/ 75 zł oraz 100 ml/ około 170 - 180 zł ( i tutaj powiem, że lepiej pieniędzy wydać nie można :D)

12:35

Golden Rose Ice Chic 37

Golden Rose Ice Chic 37
Kiedyś potrafiłam kupować lakiery do paznokci w ilościach hurtowych. Za każdym razem gdy Golden Rose wypuszczało na rynek jakąś nową serię z zaciekawieniem czekałam na to aż znajdzie się w mojej pobliskiej drogerii. Jednak teraz gdy moje suche skórki są ze mną mocno 'zaprzyjaźnione' ja przestałam malować pazury . Cóż to nie wygląda zbyt dobrze :-). Drugą kwestią jest fakt, iż marka mocno mnie  rozczarowała - niestety ostatnio żadna z ich poprzedniejszych nowości czy to matowe szminki czy seria szybkoschnących lakierów u mnie nie zdała egzaminu. Może po prostu trafiałam na 'lipne okazy' skoro wszystkim się sprawdzają tylko nie mnie :D. Jednak gdy na rynek weszła seria lakierów pod szyldem Ice Chic wiedziałam, że chociaż jeden trafi do mnie. Nr 37 leży u mnie już kilka ładnych tygodni, trafiał już na moje pazury jak i pazury mojej mamy więc myślę, że z czystym sumieniem mogę się rozliczyć i z tą serią.


 Od razu mówię - znowu nam nie wyszło. Kolejna nowość od Golden Rose, która u mnie nie zdała egzaminu. Naprawdę koszmarne ze mnie dziwadło :D.


Ta najnowsza linia kolorowych lakierów do paznokci to połączenie olśniewającego połysku i długotrwałej formuły.
Są dostępne w wersji z brokatem oraz bez. Zamknięto je w bardzo szykownym opakowaniu.
Z ich pomocą otrzymasz na paznokciach efekt tafli lodu!


Na tle pozostałych sztampowych lakierów marki ta seria niewątpliwie różni się wielkoscią i kształtem butelki, która wygląda niczym duża kostka. Wydaje mi się, że nawet szkło jest innej jakości :P 
Pędzlek jest wąski i długi, nie ma z nim problemu i powinno się dobrze malować pazury no ale... problem jest z samą konsystencją lakieru - jest ona zbyt lejąca, zbyt 'rozcieńczona'. W momencie gdy próbuję nim malować cały lakier spływa na boki a każda próba pociągnięcia pędzelkiem kończy się tym iż jeszcze bardziej się rozlewa (np. na skórki). 
Jeśli chodzi o krycie - wystarczy jedna warstwa co powinno być opcją zadowalająca, zaś sam czas schnięcia ma wiele do życzenia - niby to tylko jedna warstwa a lakier potrzebuje nawet kilku ( około 5 - 7 minut) na porządne wyschnięcie ( gdzie np. sztampowa seria szybciej wysycha przy dwóch warstwach). 
 Olśniewający połysk oczywiście jest ... przez pierwsze 2 - 3 godziny od nałożenia, później tak jakby to zanika a sam lakier wygląda jakbyśmy przyłożyli chusteczkę by go zmatowić. Co ogólnie mi się nie podoba. Dużą wadą też jest jego trwałość - na drugi dzień pojawiają się na nim pęknięcia, trzeciego dnia mamy już koszmarne odpryski. Natomiast u mojej mamy na paznokciach lakier bąbelkuje ;O
Ale ze zmywaniem nie mamy problemu :D



37 to kolor prawie 'czerwony', przynajmniej w butelce na taki wygląda. Jednak gdy mamy go na płytce paznokcia lakier wyglada na koralowy bądź nawet pomarańczowy.

Kolor piękny ale gdyby nie te jego wady.. uff czyżbym znowu trafiła na lipny okaz? ;>. Opinie na temat tej serii są podzielone spotkałam już słowa krytyki jak i pochwał ale najlepiej samemu to sprawdzić.

W podstawowej wersji mamy 97 odcieni + 6 odcieni brokatowych + 6 odcieni neonowych ( od nr 301 - które są dostępne u mnie :D) i zalecane to stosowania na sztuczną płytkę.
Lakiery dostaniecie na wyspekach Golden Rose lub online w cenie około 7 zł za 10.5 ml.

19:04

Tydzień filmowy # 15 czyli co udało mi się obejrzeć w ostatnim czasie

Tydzień filmowy # 15 czyli co udało mi się obejrzeć w ostatnim czasie
Teoretycznie skoro większość maja przeleżałam w łózku to powinnien pojawić sie ogrom obejrzanych filmów jednak leżąc myślałam tylko o tym by iść spać ewentualnie brałam książkę i czytałam ;). Filmowe 'nowości' nadrabiam od początku czerwca, więc nie ma tego zbyt dużo ale cosik jest. W planach miałam obejrzeć filmy, o których było ostatnio głośno i tak też zrobiłam ;) Żeby nie przedłużać ( bo i tak teraz siedzę u Karola i nie chce mi się pisać) przejdźmy do konkretów ;D a ten post naprawdę będzie krótki ;D

1. Pokój ( 2015) ---> klik


O mamo! Kiedy film zdobywał Oscary stwierdziłam, że musi być koszmarnie nudny, w ogóle historia do mnie nie mówiła. Aż do zeszłego tygodnia gdy film sobie obejrzałam i oniemiałam. Toż ten film jest tak dobry że szok! I krótki! Nawet nie wiedziałam kiedy ten czas zleciał - tak mnie histora wciągnęła. Odwaga, siła, bezradność jak i dużo emocji w nim zawartych sprawia, że oglądanie tego genialnego filmu jest nie tylko zwykłym seansem ale też kopniakiem do przemyśleń. Wbrew pozorom to nie jest tylko historia o uwięzieniu w 'pokoju' ale też o relacjach międzyludzkich, o swoich walkach i o tym ile człowiek moze znieść jeśli ma tyle determinacji w sobie jak i woli walki. Po skończonym filmie czułam się dziwnie - czegoś mi brakowało, chyba wglądu 'od czego to się zaczęło' jednak mu to nie ujmuje punktów. Coś czuję, że będę często do niego wracać. Ten film ma w sobie to coś - ma taką swoistą moc przyciągania - obsada też genialnie dobrana a ten mały Jack - kurka - to dopiero postać! Z tego malucha będzie dobry aktor jak pójdzie tą drogą jednak w tym filmie zagranie takiej postaci - szacunek! Zdecydowanie jego bohater swoją siłą, opiekuńczością i mądrością skradł mi serducho ;)

2. Love, Rosie (2014) ---> klik


I chcę tą książkę! Nie wiem kto mi kupi ale chcę!
 Bo film mnie urzekł - nie mam pojęcia jak to możliwe, że na fali jego pochwał ja tak późno go obejrzałam ... i znowu przepadłam! Jak ja uwielbiam takie historie! Przyjaźń, miłość - dwie najpiękniejsze relacje na świecie, ciężkie decyzje, złe wybory tutaj mamy wszystko ;D Poza tym Lily & Sam tak pięknie dobrani, idealni w tych rolach ( czy tylko mnie urzekają Sama dołeczki w polikach *,*?). To nie jest  jakieś zwyczajne romansidło, owszem popłyną łzy, chwile wzruszenia się pojawią, jednak to film o tym jak można coś przegapić, jak jedna zła decyzja wpływa na nasze życie i jakie musimy ponosić konsekwencje tego. Love, Rosie dla mnie jako komedia romantyczna wypada ciut słabo, trochę za mało mi tu takiego romantycznego kunsztu chociaż zdarzają się takowe sceny, ja bym to po prostu nazwała komedio-dramatem bo przecież ten film ma też poważne wątki! No ale czepiać sie nie będę - film mnie zauriczył na tyle, że będę skomleć o książkę! ;D

3. Misiek w Nowym Jorku (2016) ---> klik



Już Wam mówiła jak bardzo uwielbiam bajki ;D. I ta bajka jest lekka, przyjemna i  nie zapada w pamięć a szkoda ;(. Obejrzysz ją raz i dość. Chociaż jak w przypadku takich produkcji to nie główny bohater zapada w pamięć tylko... lemingi i orka! Ja po prostu kocham tą orkę, która na zawołanie 'bądź sobą' zdżarła fokę - no po prostu śmiałam się do upadłego, Lemingi są tak słodkie, że sama bym jednego przygarnęła ♥. A no i początkowa scena - oczy kociego Shreka w wykonaniu foki - miażdzy ♥ No po prostu ta bajka ma kilka fajnych momentów, przy których śmiałam sie jak głupia! Jednak mamy tu przesłanie, przynajmniej dla mnie bajka mówi o tym by nie interweniować w naturę tam gdzie tego nie wolno robić. Może to nie jest bajka najwyższych lotów ale uprzyjemni Ci wolne popołudnie :). Zresztą ta ORKA, oglądajcie ;D

4. Piąta fala ( 2016) ---> klik


I kolejna ekranizajca książkowa gdzie w tym przypadku książkę przeczytam bo film... tragedia! Ok, fajna obsada ale co to ma być? Obejrzycie zwiastun bo tam mamy wszystko co jest najlepsze w tym filmidle!. Pierwsze 25 minut było najciekawsze: czyli pierwsze trzy fale. Później? Masakra - mało akcji, więcej gadania, ale za to podobał mi się widok tego lasu! ♥ Coś pięknego!I na tym bym skończyła ten wywód bo czasami szkoda mi trzępić słów skoro to kino mnie po prostu rozczarowało ( i jak widzę na Filmwebie to większość osób pyta sie 'co to k** ma być?'!). Rozczarowanie ogromne! Zwiastun genialny - miało być dobre kino, z pożądną dawką akcji a mamy mdłe, nijakie filmidło w koszmarnie wykonanej adptacji.

I nic więcej nie pamiętam z obejrzanych , teraz się zaczytuje bardziej ;)
Co oglądałyście ostatnio?;)

19:36

Wygraj paletkę Makeup Revolution!

Wygraj paletkę Makeup Revolution!
Przychodzę dziś do Was z małą niespodzianką ♥. Długo myślałam co by tu Wam podarować i wymyśliłam - ostatni konkurs z paletami MUR cieszył się ogromną popularnością więc i  tym razem, któraś z Was moje panie będzie mogła się cieszyć z nowej paletki w kolekcji ;).
Tym razem wybrałam dla Was trzy warianty.

  • Makeup Revolution paleta 32 cieni Flawless Matte 2 ---> klik
  • Makeup Revolution paleta kremowych róży All About Cream ---> klik
  • Makeup Revolution Iconic Lights and Contour Pro paleta do konturowania ---> klik


Eee ciężko mi było zrobić banerek ale w końcu jakiś się pojawił ;). 
Dla ułatwienia przygotowałam dla Was formularz - obowiązkowo musicie być obserwatorami bloga i odpowiedź na najbardziej popularne pytanie 'jaki jest Twój ulubiony kolor?' no i oczywiście wybrać paletkę dla siebie ;)




Mam nadzieję, że formularz będzie działał ale jakby coś szło nie tak dajcie znać ;) a teraz czas na ...

REGULAMIN:

1. Organizatorem rozdania jestem ja, autorka bloga.
2. Rozdanie trwa od dziś do 29.06 a wyniki postaram się podać w ciągu 7dni w nowym poście.
3. Na dane do wysyłki czekam 3 dni! Po tym czasie losują kolejną osobę!
4. Nagrodą w konkursie jest jedna z widocznych paletek.
5. Do laureta nagroda zostanie wysłana prosto ze sklepu ( prawdopodobnie z cocolita.pl). Koszt przesyłki i palety pokrywam ja. W razie braku dostępności Twojej wybranej paletki będę prosiła o wskazanie innej z powyższych. 
6. O wygranej powiadomię też bezpośrednio wysyłając emaila.
7. Cocolita.pl nie ma nic wspólnego z zabawą. 
8. Biorę pod uwagę zgłoszenia, które spełnią warunki obowiązkowe: obserwują bloga i odpowiedzą na pytanie.
9. Zabawa nie podlega pod gry hazardowe.
10. Nagrodę wysyłam tylko na terenie PL.

P/s w komentarzu dajcie znać, że zgłoszenie poszło - nie chcę by się gdzieś zagubiło ;D

Powodzenia!

19:00

Szybka trójka: Chloe Love Story, Balenciaga Paris 10. Avenue George V, Cartier Baiser Vole Lys Rose

Szybka trójka: Chloe Love Story, Balenciaga Paris 10. Avenue George V, Cartier Baiser Vole Lys Rose
Stworzenie trzech perfumeryjnych historii jest niewiarygodnie trudnym zadaniem. O ile łatwo w głowie tworzą mi sie scenariusze po pierwszym niuchnięciu ( a tak mam prawie zawsze) to bardzo rzadko zdarzają się zapachy, które takiego obrazu mi nie dają ;x. Owszem zapach jest tym 'zapachem', który bym kupiła no ale coś nam nie gra. Jeśli ja nie umiem stworzyć do niego historii to już wiem ' nie jesteś dla mnie'. Na nic moje wysiłki, moje częste stosowanie go gdy w mojej głowie tkwi pustka. Zapach ma być moim dodatkiem, dodatkiem do ubioru, do mojego nastroju czy też dnia. Ten zapach ma mi się z czymś kojarzyć, dać obraz jaki chcę otrzymać , ma mnie nie tylko kupić swoją upojnością ale też wspomnieniem, mglistym obrazem, który widzę gdy zamykam paczadełka. Cóż wiedziałam, że taka chwila nastąpi - w dzisiejszej trójce mamy dwa zapach do których stworzenie historii dla mnie graniczyło z cudem. Nijak go 'nie czułam' więc musicie mi wybaczyć jeśli historia będzie kulawa ;D


1.  Chloe Love Story

Nuty głowy:  neroli
Nuty serca: jaśmin, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: cedr, piżmo


Pośpiech. Biała suknia wisi w pokrowcu, makijażystka właśnie kończy mój makijaż a w tle mama ciągle dyryguje rodziną. To przecież MÓJ wielki dzień. Zdenerwowanie sięga zenitu. Mam ochotę krzyczeć i płakać. Chcę się schować, uciec i pobyć sama. Ten rozgardiasz mnie przytłacza. Jak to było? Na naukach przedmałżeńskich ksiądz mówił ' przyjdzie chwila zwątpienia. pomyślisz że Twój świat zaczyna się rozpadać, że tracisz nad nim kontrolę. Weź wtedy dwa głębokie wdechy, znajdź rzecz, która potrafi przywołać najmilsze wspomienia i się jej trzymaj'. Tak też robię - wstaję, biały satynowy szlafrok czule muska moją skórę, mijam po drodze zdumioną mamę, która w tym momencie pewnie myśli, że jestem nienormalna. Łapię torebkę i ślubny bukiet  - wychodzę do ogrodu. Białe krzesła są równo ustawione. Ślubna arkada przyozdobiona pnącymi białymi kwiatami wygląda iście bajkowo, małe lampiony grzecznie czekają na znak by tylko dać romantyczny nastrój. Myśle sobie 'co ja robię?' idę sama do ołtarza! Zgłupiałam  jak nic albo to ta ilosć lakieru mi mózg wyżarła! Siadam w pierwszym rzędzie, kwiaty kładę na kolanach a z torebki wyciągam małą kopertę na której dnie czule leżą już pożółkłe kwiaty pomarańczy. Puls mi zwalnia, serce sie uspokaja a ja wracam do tego dnia w ogrodzie kiedy go poznałam. Uśmiecham sie na tę myśl. Pierwszy raz byłam w sadzie gdzie kwitły kwiaty pomarańczy - w momencie gdy zamierzałam sięgnać po jeden z kwiatów jego ręka dotknęła mojej. Gdy się odwróciłam zobaczyłam najbardziej błęktine oczy na świecie - mnie zatkało a on powiedział' nie zrywaj ich teraz, najpiękniej uwodzą o zmierzchu wtedy też zerwij kwiat', po tych słowach odszedł. A dziś? A dziś ten sam mężczyzna zostaje moim mężem. Ten sam, który wieczorem czekał przy pierwszej pomarańczy z urwanymi kwiatami w dłoni. Przez całe moje wakacje we Woszech go widziałam - tylko z nim kojarzy mi się słodko owocowy zapach pomarańczy. Z jednej strony czuje jego łagodność i taką miodową poświatę, która przyjemnie mnie otula zaś z drugiej strony mam lekką cierpką nutę. Nasz czas narzeczeństwa zdecydowanie pachniał cytrusami - dla niektórych może to być nuda - dla mnie taka prostota jest przyjemna, ujmująca i świeża. Za każdym razem gy trzymam ten jeden kwiat co mi pozostał z wyprawy znowu znajduję się w tym samym sadzie. Teraz po tylu miesiącach nasz związek jest nadal świeży, nadal cytrusowy jednak małżeństwo wkłada dla nas inne nuty: łagodne , lekkie i zadziorne piżmo i cedr. Chowam kwiata do koperty. Spoglądam na ogród - jest bajkowo, wstaję waracam do pokoju. Czas ubrać suknię i przywitać nowe życie!

Chloe to zapach dość prosty w odbiorze - to co ja czuje to nuty cytrusowe, które grają pierwsze skrzypce. Jest  lekko, świeżo, słodko kwiatowo , zapach jest wręcz stworzony dla romantycznych uniesień. 

O trwałości słyszałam różne opinie jednak na mojej skórze trzyma się do 6 godzin.
Czy kupię? Z całą pewnością tak!
Dostepny w Sephorze , Doouglasie.


2. Cartier Baiser Vole Lys Rose

Nuty: lilia, malina


Szykowanie się na randkę z naprzystojniejszym chłopakiem w ogólniaku jest frustrujące. Po pierwsze: nie mam w co się ubrać! Przecież nie ubiorę tej kiczowatej sukienki w kwiaty ( którą ubieram tylko do babci!), po drugie ojciec ma minę typu 'nie dotykaj mojej córki nawet najmniejszym palcem', po trzecie czuję się jak w opowieści Piękna i Bestia, z tym, że tą Bestie jestem ja! M-A-SA-K-R-A! Ja - z tymi rudymi lokami, które się nie układają, masą piegów na buzi idę na randkę - śmiechu warte i to z kim? Z Mateo! On jest taki śliczny - jakby właśnie co przestał reklamować gacie Kleina, wiecie co mam na myśli to taka słodka czekoladka, wisienka na torcie! Ale do rzeczy - gdzie my do cholery pójdziemy? Zestaw biała bokserka - tiulowa różowa spódnica zza kolano i trampki ooo tak to ten zestaw!Oby przyniósł mi szczęście - może w końcu będę mieć za sobą pierwszy pocałunek? ;D Ok, ubrałam się, podkradłam mamie nawet kilka kropel jest perfum, nawaliłam tonę lakieru na kudły by jakoś wyglądały i czekam. Czekam 5 minut, 10, 15 aż w końcu dzwonek do drzwi. Od progu słyszę 'a gdzie ta moja lala?' serio - on to powiedział?! Spokojnym krokiem schodzę ( niech nie myśli, że mi zależy czy coś) i widzę go - pomięta koszula, zadziorny uśmiech i jakieś ogromne, lekko nadwiędłe kwiaty w ręku, które mi podaje. Fuj śmierdzą! One chyba też dostały jakiś perfum by wypadły jako tako - cóż  stara się, prawda? Po kilku chwilach z ojcem i matką wychodzimy. Myślałam, że pójdziemy na spacer do parku a my co? Idziemy na kręgle ... z jego kumplami! Kilka metrów od mojego domu stała ta banda przygłupów i czekała na nas! Jezusie! A ja taka odstawiona! Co za wieś - przecież to jedna wielka  P-O-R-A-Ż-K-A! Przeboleję, dam radę. Na kręgielni podają mi jakiś ohydnie słodki napój, jest mdły, lepki i za słodki. Chłopacy świetnie się bawią a ja się nudzę. Mateo nie zwraca na mnie uwagi, chociaż nie, popisuje się - matko gdzie ja mam oczy? On jest sztuczny jak moje plastikowe lalki z dzieciństwa! Ta poza, te teksty  - on  nie ma chyba mózgu! Matko, mogłam ubrać dresy a nie odstawić się jak ta 'lala' ! Dłużej tego nie zniosę - a co ja jestem? Opiekunka plastiku? Idę ,ściągam te okropne buciory, zabieram trampki i wracam do domu. Po policzkach zaczynają mi płynąć łzy. Mama mówiła 'ładna miska jeść nie daje' teraz wiem co miała na myśli. Wiecie, Mateo to taki typ: z zewnątrz wyglada śliczne, ładne oczy, uśmiech i Cię kupuje a jak bliżej go poznajesz jest zgrzyt - za słodki, sztuczny i pełen jakiejś nieopisanej aury odpychającej chemii ( zero mięty! ;x).

I taki jest nasz Cartier - flakon jest piękny, nuty są piękne i otwarcie zapachu też - czuć kwiaty, jest słodko i koniec. Potem wszystko co czuje to chemia, sztuczność i zbytnie przekombinowanie. Nic się nie wybija. Równie dobrze można powąchać kwiatową kostkę do wc - ten sam efekt / zapach.

Trwałość u mnie to 2 godziny i może to lepiej bo więcej bym go nie zniosła ;D
Nie kupię tego ulepka! Fuuuuuuuuuuuuuuj!
Dostępny na Douglas.pl

Balenciaga Paris 10. Avenue George V

Nuty głowy: czarny pieprz, liście fiołka
Nuty serca: róża, goździk, fiołek
Buty bazy: drzewo cedrowe, paczula, piżmo


Kiedy byłam mała mama ciągle opowiadała mi pewną historię, Ciągle mi powtarzała, że miłość przyjdzie gdy nie będę jej chcieć. W takim momencie mojego życia gdzie wszystko bedzie walić się na głowę a ja po prostu zakopię się w pościeli i udam, że mnie nie ma. Tak było też z nią. Wiecie, moja mama pochodzi z dobrego domu - maniery, etykiety ma wręcz wpojone. Czasem wyobrażam sobie, że to nie jest epoka, w której ona powinna żyć. Ona ma klasę i szyk, którego mi zawsze będzie brakować. Brakuje jej tylko mega rozkloszowanej sukni, parasolki w dłoni i męźczyzny w surducie przy swoim boku ( oczywiście w tle powóz, białe konie i jakiś ogromny park). Ale do rzeczy: kiedyś myślałam, że ta historia jest zmyślona ale pewnego dnia babcia mi zdradziła sekret - ta historia, którą mama opowiada mówi o miłości jej do jej pierwszego chłopaka. Moja mama i takie rzeczy? Nie do wiary! Pierwszy chłopak mojej mamy ( zawsze myślałam, że był tylko tata) był zwykłym robotnikiem jakich wielu mamy na drogach. Babcia wspominała, że zawsze miał czarną brodę, zbyt ciemne, przenikliwe oczy a to co mówił nie trzymało się kupy. Dziadkowi on się nie podobał - nie rozumiał jak panna z tak dobrego domu ugania się za 'byle czym'. Jednym słowem dla dziadka to był 'mezalians'. Ich związek był podobno burzliwy - nieokrzesanie 'brodacza' dawało się we znaki z każdą wizytą w gościach - babuleńka twierdzi, że próbował w ten sposób pokazać, że ma gdzieś etykiety i maniery bo jest wolnym człowiekiem i może robić co mu się żewnie podoba. Czasem był zbyt szorstki, zbyt ostry. Jednak zawsze po jakiejś aferze podchodził wieczorem pod mamijne okno ( o ile wcześniej dziadek nie przyuważył i nie wylatywał ze strzelbą z myślą ' złodziej!') i przynosił jej polne kwiaty. Czasem kupił jakiś maleńki bukiecki w kwiaciarni ale tak naprawdę sądzę, że polnichy działały cuda ( ja bym wybaczyła za to wszystko :D). Z opowieści mamy wnioskuję iż pociągała ją jego dzika natura. On był zupełnym jej przeciwiestwem: ona, panna z dobrego domu, ułożona, przestrzegająca manier, sztywno trzymająca się zasad - on, pełen entuzjazumu, lubił wyzwania i przygodę, był takim ciepłym misiem przytulasem. Pewnego dnia gdy dziadek wieczorem zszedł do mnie na taras wspomniał, że nawet lubił brodacza ( tylko kazał mi nie mówić o tym ani mamie ani babci ;D). Lubił sposób w jaki jego córka ( moja mama) rozpromieniała się na jego widok - nadal trzymała fason ale w jej oczach grały iskierki. Dla niego widok jedynej córki tak szczęśliwej był jak balsam na stare już serduszko. Można było czuć to ciepło w powietrzu. Nie żeby mama nie kochała taty - to już jest inny rodzaj miłości ale historia piękna prawda? Szkoda, że nigdy nie powiedzieli jak i dlaczego to się zakończyło ;(. A może kiedyś dziadek  lub babcia mi to zdradzi?

Balenciaga Paris 10 Avenue Georrge V to zapach pełen klasy i szyku. Tak sobie właśnie go wyobrażam - jako zapach sprzeczności. Otwiera go ostry wręcz rażący pieprz, który po kilku minutach niesie za sobą lekko kwiatowy, delikatnie ujmujący zapach . Całość doprawiają ciepłe wręcz balamiczne nuty, które koją zmysły. To zapach dla eleganckiej kobiety.

Trwałość na mojej skórze do 5 - 6 godzin.
Sama bym nie kupiła ale jakbym dostała w prezencie to bym nawet z chęcią go przywitała ;D
Dostępny tu ---> klik

Uff, post powstawał 4 dni i nareszcie mogę go Wam pokazać ;D.
P/s Cartier i Balenciaga to nie moje klimaty więc historie są jakie sa ;D
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger