15:12

Majowe nowości w mojej kosmetyczce ;)

Majowe nowości w mojej kosmetyczce ;)
I wtedy przyszedł maj ... a maj był dość 'obfity' i naprawdę od samego jego początku każda paczuszka ( żeby to raz!) skrywała w sobie masę skarbów ♥. Czasem nie wierzyłam własnym paczadełkom, pukałam się w moje śliczne czoło ba! nawet mówiłam 'nie zasłużyłam na to' ale cóż los zdecydował inaczej - albo Wasze rączki ;D. W tym miesiącu poczyniłam nawet małe zakupy! Skromne ale w końcu są ;). Miały być ciut większe ale moje perypetie z nogą i lekarstwa  pochłonęły większość kasiory także puff perspektywa ogromnych zakupów poszła w siną w dal ;D. A skoro już jestem w śpiewającym klimacie to zapraszam Was na jakże krótki aczkolwiek konkretny przegląd moich super, hiper nowości ;D ( wiem , skromnisia się odezwała ;D).


Zaczynamy moją pierwszą majową przsyłką! I zaczynamy właśnie z przytupem! Agata Ma Nosa obchodziła blogowe urodziny i z tej okazji odbył się u niej konkurs ;D. Jakie zdziwienie moje było gdyż ona wyłoniła mnie jako jedną z laureatek ( 1 z 10 ;D). Spodziewałam się czegoś skromnego, ale znając Agatę jednakowo wystrzałowego a dostałam to co widzicie wyżej! Ten zestaw to był zestaw główny - nie sądziłam że te cuda trafią do mnie, a jednak, szaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaleństwo! Ty wiesz Puciu! ;D ♥♥ ( nie bij :P)


A oto i moje skromne zakupy - wzornik za cały 1 zł kupiony w Chińczyku, bloker z Ziaji - skoro jeden był w denku to czas na nowy, swoją drogą małpiszon podrożał buu , 9.28 zł w aptece, mimo, że mam 6 innych antyperspirantów na półce to wróciłam do swojej ulubionej Rexony ♥ 8.99 zł no i wazelina od Vaseline dla mamy - ona uważa ją za najlepszą także kolejne opakowanie już jest - 5.99 zł.


Dokładnie 30 marca Skin 79 na FB ogłosiło listę testerek mini BB Orange. Czekałam dwa tygodnie, i nic ( mimo wysłania adresu) widziałam, że dziewczyny już swoje dostały a ja nie ;c. Połowa kwietnia upłynęła mi pod znakiem dopytywania sieęę 'gdzie moje BB'  ( bo podobno mój adres w ogóle nie doszedł ;O) !.  Niestety Skin mnie tylko zapewniało 'wyślemy jak najszybciej' i tak to się kończyło. Na początku maja bodajże napisałam wprost co myślę i dostałam odpowiedź typu 'jesteśmy tylko 3 osobową rodziną zajmujacą się firmą ...' pff ani przepraszam czy coś! Trochę postawa marki mnie rozczarowała jak i traktowanie osoby - w końcu jestem tylko 'zwykłą blogerką' ;)  Aż 12 maja- tak po prawie 1,5 miesiąca dostałam paczkę z całą trójką mini ( to chyba w ramach przeprosin?). BB Gold pójdzie dalej w świat a pozostała dwójka zostaje u mnie. Ale wiecie niesmak pozostał ;)


Kilka tygodni temu napisała też do mnie Madzia ( Land of vanity ---> klik ) czy nie przygarnę kremu z Korres bo u niej się nie sprawdzał a ma opakowanie i tylko się marnuje, jak widać  zgodziłam się bo markę lubię ;).  Oczywiście jak to ona dołożyła mi coś z osławionej marki S&G ♥♥. Jak to pachnie *.*. Przy okazji się dowiedziałam, że Madzia mieszkała w PL blisko miejscowości mojego Karola więć może kiedyś się spotkamy , prawda? ;D



Anita ( Coco Collection ---> klik) i u siebie na FB organizowała urodzinowe rozdanie. Rok temu wygrałam u niej zestaw kosemtyków LPM więc pomyślałam, że i tym razem spóbuje no i jak widzicie poszczęściło mi się - dzięki Gosiu za czujność , pierwsza to odkryłaś ;D!. Naprawdę ta zawartość mnie poraziła - zresztą była masa saszetek, które już mi mała zakosiła ;D


Ten cudowny miesiąc zakończymy wygranym bonem u Marty ( kosmetycznie i modnie ---> klik) dziękuję ♥. Ja już dokładnie wiem co kupię :D. Póbka masła, które lubię i dwa nowe zapaszki do kolekcji, cóż maj był piękny ♥


A no dobra, wczoraj jeszcze przyszła przesyłka od marki Lambre a w niej krem pod paczadełko - powiem Wam, że ładnie pachnie oo ;D

Wpadło Wam coś w szczególności? ;D I tak, głupi ma szczęście ;D

11:56

Kwiecień & maj w zdjęciach ;)

Kwiecień & maj w zdjęciach ;)
Tak jakoś się złożyło, że w kwieniu nie miałam Wam co pokazać buu. Zaledwie 3 zdjęcia z miesiąca to nie jest widok jaki byście chciały zobaczyć ;). Dlatego dziś mam dla Was obrazki z ostatnich dwóch miesięcy i muszę stwierdzić, że naprawdę tak leniwe miesiące miałam? Masakra ;D. Ale to nic mam nadzieję, że czerwiec będzie bardziej 'fotograficzny' ;). Szczerze przyznaje się, że o ile maj w większość przez to głupie wodniste kolano spędziłam w łóżku to nie mam pojęcia co ja do kurki wodnej (z)robiłam w kwietniu?! Tak jakby miesiąc mi umknął a ja się zatrzymałam jak jakieś skamieliny ;D. Może już się starzeje ? I powinnam zacząć myśleć o emeryturze? :D Ale cii bo znowu będzie, że marudzę :P. Lepiej zobaczta co u mnie się działo :D albo co się nie działo, zresztą obejrzcie kolorowe obrazki a nie! ;D


Z kwietnia pamiętam trzy rzeczy: pierwsza to jak widzicie wypad do KFC ;D. Dla mnie standard, norma czyli to co zwykle frytki i stripsy ( to mi się nigdy nie znudzi ;D), a dla Karola frytki i longer , zresztą on jeszcze żdzarł kebaba - bleeeeeeeee ;D


Druga rzecz i to znowu jedzenie czyli najlepsze domowej roboty lody u nas w mieście ;D Robione na miejscu - kwiecień to miesiąc gdzie budka się otwiera i tak już zostanie do września ;D. Oczywiście ja zawsze biorę waniliowe ;D Pycha! ♥



Moje! ♥ 
Moja królewna i powiedziałabym, że mój królewicz no ale nie przesadzajmy - mój roszpun ;D. Ktoś musi ganiać za tą małą blondyną na placu zabaw, prawda? Przecież to nie będę ja ;D


A no i tak, pierwszy raz dostałam od Karola doniczkowego kwiatka o.O, no szok ! Ale skubany ładny był, znaczy nadal jest ;D Oby tylko mi się utrzymał ;) A skoro wytrzymał miesiąc to mam nadzieję, że lubi moje towarzystwo ;D



Rzepak, kwitnące jabłonie, czereśnie, taki widok podczas jazdy rowerem ♥ Czyż to wszystko nie jest piękne? ♥ Wsi spokojna - chyba za to wolę moją wieś niż wielkie miasto, za te cudowne widoki, za spokój i ten specyficzny wiejski zapach  ( nie mówię o gnoju :P).


Sezon na sandałki został otwarty! Niestety butki miałam ubrane tylko 10 minut - obtarłam sobie paluszka więc ubiorę je kiedy indziej - tak czy siak cudownie jest dodać sobie kilka centymetrów ( a nie tylko ciągle wszerz :D).


Bąk ♥ Mówiłam już Wam, że jako dziecko łapałam je w słoiki, i to się nie zmieniło! Ale ten futrzak zanim go złapałam najpierw mi ładnie zapozował - a co! Zobaczcie jaki z niego piękny model ♥ Aww *.*


Bez ♥ czyli zdjęcie obowiązkowe z maja. Przecież maj to jego czas i nie wyobrażam sobie nie mieć go w wazonie ♥ Uwielbiam ten zapach ♥ I to niebo - po prostu cudowna kraina !


Moje ulubione zdjęcie, zdjęcie z którgo jestem naprawdę dumna ♥ Stare miejsce pracy ojca, kompletnie popadło w ruinę ale nadzwyczajnie pięknie je się fotografuje wieczorem ;). Żaden ze mnie fotograf ale jak patrzę na ten widok to widzę po prostu perfekcję ♥


Kici kici! W połowie maja moja kotka doczekała się młodych ;D. Niestety miała okropny 'poród' gdyż maluchy rodziły się tyłkami buu ;( Ale na szczęście kocięta są zdrowe i mają dwa tygdonie :D Ten w kropki mała nazwała Milky Way ;D Ale i tak najlepszy jest ten cały czarny!


Dawno nie było jedzenia czyli najlepsze odpustowe cukierki! ;D Jednak stwierdzam, że z roku na rok każdy rodzaj ma nijaki smak ;(. Ja już nie czuję w nich samku swojego dzieciństwa ale cóż raz do roku obowiązkowo trzeba je kupić - skoro ja sama chodzić nie mogłam to wysłałam ojca ;D


A na koniec pierwsze truskawki! ♥ Mniam, mniam - nasze polskie ♥ Już od dwóch  dni mogę cieszyć się naszymi ogródkowymi ale obok tych w sklepie przejść obojętnie nie mogłam! Mam tylko jedno ale: mogłyby być słodsze ;D

A więc to tyle: nudne dwa miesiące, a jak tam u Was?;)

11:16

BALEA, masło do ciała White Passion

BALEA, masło do ciała White Passion
Wiem, wiosna i te sprawy. Motylki, żuczki i bączki zaczynają fruwać i rozsiewać tą specyficzną wiosenną aurę. W kąt idą okropne, grube swetry, wełniane czapy jak i ciężkie i treściwsze smarowidła do ciała. Skoro wiosna zaczyna rozkwitać a Twoja szafa wypełnia się lżejszą stertą ubrań, pragniesz i by Twoje ciało doznało lekkich formuł. Na nic ciężkie masła czy balsamy, w ruch idą mleczka i wszystko co choć odrobinę jest lekkie jak fruwający w koło Twojej głowy motyl. To nie czas gdzie Twoja skóra potrzebuje ogromnej dawki nawilżenia bo na dworzu panuje ziąb a w domu mamy przecież kaloryfel na full! Przecież ani ja ani Ty, nie zamierzasz 'ubrać' ciepło swojej skóry, skoro my same zaczynamy rozbierać się coraz więcej ( słońce i te sprawy).
 Ale zaraz, zaraz , ja? Ja właśnie wieczorami rozpieszczam swoje ciało i moją ogromniastą powierzchnię użytkową najbardziej treściwym masłem jakie znam! Bo to, że ja powoli zaczynam zrzucać zimowe ubrania nie znaczy, że moje ciało pozbawię czegoś maksymalnie dobrego!
Co to, to nie ;D


Chciałabym powiedzieć, że to już ostatni produkt Balea jaki Wam pokażę, ale niestety nie ;D. Do znudzenia, a przynajmniej dopóki moja Julia mnie tym rozpieszcza będę starała się aby większość kosmetyków ujrzało światło dzienne. Zwłaszcza ten. Skoro jesteście ze mną już dłuższy czas to wiecie, że jestem marudna i wybredna ( tak uważa xxx osób ;D) i ciężko jest abym coś naprawdę nazwała 'cudem' ale cóż.... ta chwila nadejszła! Przed Wami mój odkryty cud! ♥

Delikatne relaksujące masło do ciała, o zapachu świeżych białych kwiatów i owoców Acai znakomicie nawilża skórę. Przeznaczony do codziennej pielęgnacji, wszystkich rodzajów skóry w szczególności dla suchej skóry. Rewelacyjna kremowa konsystencja, wspaniale się  rozprowadza. Inspirujący zapach rozpieszcza Twoje zmysły. Produkt wegański, przebadany dermatologicznie. 



Baleowe masła od dawna były na mojej liście do wypróbowania - nie wiedząc czemu mój instynkt mówił ' będziesz z tego romansu zadowolona!'. I się nie mylił! Robiąc research na blogach masła są wychwalane, są ochy i achy jak i troszkę przykrych słów np. z powodu dostępności no ale przecież nie można mieć wszystkiego ;D

Jedyne co mnie w tym maśle wadzi to ten opis producenta - masło jest cudowne a ktoś wciska tylko dwa koślawe zdania by zachęcić mnie do zakupu? No way! Nie kupiłabym! Dla mnie ten opis to mało, a ja zuważyłam znacznie więcej i więcej Wam powiem.

White Passion oczywiście nawilża tak jak nam obiecują ale proszę Was co to za nawilżenie? Dawno, ale to dawno moja skóra nie czuła takiego komfortu - komfort, który zapewnia wielogodzinne nawilżenie ( pokusiłabym się o kilkudniowe nawet stwierdzenie no ale się przecież myje i to zmywam :P). Rzecz jasna mamy wszystko co się z tym wiąże: miękka, aksamitna skóra itp. itd.
Czy dla wszystkich rodzajów ?
 Owszem ale niewątpliwie producent ma rację dedykując produkt suchej skórze bo wiecie ono działa jak opatrunek, jak magiczne dmuchnięcie na 'ała' przez naszą mamę. Smaruję nim wszystko, dłonie, stopy, ciało i za każdym razem czuję 'moc'. Czuję, że skóra zaczyna żyć, pić i tętnić. Mogłabym je używać non stop. Za każdym razem wprawia mnie w nieme zdumienie fakt, iż jeden produkt pozbawił mnie szorstkości, dogłębnie nawilżył, poprawił lekko wygląd, zapewnił wszystko co potrzebuje a co raczej pragnie moja skóra!



Plastikowe pudełko nie różni się niczym od naszych smarowideł. Mamy sreberko?. Mamy.
Ktoś teraz powie 'i to ma być Twój cud? Dobry efekt zamknięty w plastikowym pudle?' A no tak.
Tutaj kieruję się tezą 'wygląd to nie wszystko' - ten niepozorny okrągły pojemnik z zewnątrz skrywa w sobie wielką siłę.
Wizualnie mnie kupiło a co ze środkiem i tym co kryło pod sobą sreberko?

Wyżej widzicie skład - zaraz na czole mamy wodę i masło shea i to właśnie ten gagatek sprawił, że każde jego użycie to czysta frajda! ( a ten alkohol pomińmy nie ważny - też musi być!)

To co ujrzałam było nie do opisania. Miałam kiedyś masło z Joanny w konsystencji było jak budyń, idelane do rozprowadzania - lekko gęste i lekko lejące się . Tutaj tak nie ma.
Po oderwaniu srebereka doznałam szoku - doczynienia mamy z stałą konsystencją, nic się nie rusza, nic nie leci: to tak jakbyśmy miały styczność z jakąś stałą masą, której nawet woda nie straszna i wtedy też zwątpiłam czy taka gęsta masa, którą można nabrać łyżką , która się będzie trzymać i nigdy nie spadnie będzie odpowiadać mojej skórze. I czy ja sobie z nia poradzę? W końcu pierwszy raz miałam aż tak TREŚCIWE smarowidło!



Myliłam się. Pierwsza aplikacja była dziwna. Wtedy myslałam, że masło jest zbyt gęste i nie do wymiziania. Jednak w momencie gdy konsystencja dotyka Twojej skóry zaczyna się frajda. Masło zaczyna się tak jakby lekko topić sprawiając, iż skóra chętnie je przyjmuje w swoje 'szeregi'.
Nie bieli, rozprowadza się idealnia, szybko się wchłania, nie zostawia tłustych plam więc możemy zaraz się ubierać. To masło jest naprawdę bogate i treściwe!

Kwestią gustu jest zapach: producent mówi o świeżych kwiatach jednak ja tego nie wyczuwam. Owszem woń jest lekka, przyjemna, może odrobinę kwiatowa, ale czasami też pudrowa. Trochę podobna do perfum. Aromat jest na tyle subtelny wręcz prawie  'relaksujący'. Nawet na drugi dzień jest lekko wyczuwalny - na szczęście nie drażni nosa!.


Jest gęste jest i także mega wydajność! Używałam od początku marca i dopiero widziałyście je w denku! W okresie zimniejszym będzie jak kompres na skórne bolączki ale teraz gdy robi się cieplej skóra reaguje na nie też ochoczo. Nadal jest kompresem, nadal łagodzi wszelkie podrażnienia i nadal jest moim ulubieńcem♥

Coś co na początku zbiło mnie z tropu okazało się w użyciu rewelacją. Rewelacją na tyle iż poprosiłam Julię by mi przywiozła kolejne opakowanie ( które czeka na swoją kolej ;D).

Nad czym ubolewać? Nad dostepnością bo nadal pozostaje nam Dm lub internetowe drogerie z niemieckim produktami ( jednak tu najdroższa wychodzi przesyłka). W kilku miejscach widziałam już napis 'wycofano z oferty' co mnie smuci bo mam nadzieję, że dotyczy to sklepu bo naprawdę zacznę płakać jeśli ze stałego asortymentu!
Dla mnie masło White Passion jest cuuuuuudowne!

Za 200 ml zapłacimy 17.50 zł. Póki co można je dostać tu --->klik

14:03

Majowe denko # 19

Majowe denko # 19
Dziś będzie skromnie ;) - chociaż nie, zawsze Wam tak mówię a przychodzi co do czego to okazuje się iż ilość zużytych produktów jest powalająca! Ale nie dziś ;D. Dzisiejsze denko jest naprawdę skromniutkie, jak bum cyk cyk ;D. Maj był bardziej bogaty dla mnie w nowości niż w ubywające produkty ;D Ale cóż począć? Winę za słabe zużycia ponoszą czynniki takie jak: uziemienie w łóżku przez wodę w kolanie, kolejno znowu nic się nie chce kończyć a po ostatnie chyba jestem jakaś oszczędna ostatnio ;D.  Ale nie będę Wam zbyt dużo gadać - same spójrzcie ;)


Ten karton jest mylący - faktycznie miałam tylko kilka produktów na dnie ;D

I.TWARZ:


I w tej strefie zużyłam najwięcej produktów ;D

1. Sylveco, rumiankowy żel do mycia twarzy - w działaniu dla mnie ot taki zwykły przeciętniak, robi to co musi ale nic poza tym, no ale w składzie ma kwas salicylowy, który uwielbiam! ♥ jedyne co mi się w nim nie podoba to fakt, że śmierdzi starymi skarpetami! Blee recenzja ---> klik

2. Luksja Care Pro Aloe & Jojoba, mydło w kostce - gdy u mnie na wsi zobaczyłam te mydełka od razu wiedziałam, że będzie moje! Ślicznie i delikatnie pachnie, nie podrażnia skóry a przede wszystkim bardzo dobrze nawilża co mnie zdziwiło ( moja wersja dla skóry suchej).

3. Maść cynkowa - chyba w kwietniowym denku też się pojawiła - tym razem mam inną wersję, która mi się nie podobała ;(. Ta wersja nie zawiera w sobie kwasu salicylowego co skutkuje tym, że 'natłuszcza' dany punkt na buzi ale i też nie zauważyłam jakiegoś spektakularnego działania ;(.

4. Maseczki:

- Perfecta maska pell - off - wiecie miała fajny lekko błękitny kolor, ale strasznie śmierdziała alkoholem, poza tym nie widziałam by cokolwiek robiła ;|
- The Face Shop, Red Ginseng - ale ta płachata była mokra i wielka! Po wyjęciu miała brązowy kolor, mocno nasączona ( jakby ktoś ściery nie wysuszył) i tak dziwnie pachniała! Po niej zauważyłam to dość mocne nawilżenie twarzy.

II. CIAŁO




5. Naomi Campbell Winter Kiss, żel pod prysznic - dostałam od Kasi i powiem Wam, że zgodnie z nazwą żel będzie idealny na chłody ;). Co do działania to się niczym nie wyróżniał ale miał lekko cytrusowy a zarazem otulający zapach ;). Na szczęście mnie nie podrażnił czy nie wysuszył ;)

6. Traclemoon Sweet Apple Pie Hugs - z kolei ta miniatura mnie uczuliła, ciągle mnie skóra swędziała, maskra! A sam zapach dla mnie przesadzony: zbyt dużo słodyczy pomieszane z chemią ale za to jak się pienił!

7. Luksja Active, paczula & czarna orchidea, mydło w kostce - kupiłam tylko dlatego, że ciekawiła mnie ta wersja ale to po prostu zwykłe mydło o dość dziwnym, ciężkim zapachu .

8. Balea, White Passion, masło do ciała - moje ulubione ♥, w nowościach kwietniowych widziałyście kolejne jego opakowanie i już wtedy mówiłam, że je uwielbiam - nie wiem czemu jeszcze nie opublikowałam recenzji ale zrobię to na dniach ;D

III.WŁOSY: 



9. Head & Shoulders, szampon do włosów ( wersja z aloesem) - i moje kłaczki potrzebują czasem porządnego oczyszczenia a te szampony niezależnie od serii takie dają ;) Ta bardziej mi przypomina wersję z mentolem bo czułam delikatne chłodzenie główki :P


IV. INNE:


10. Ziaja bloker - jedyne co u mnie daje radę, kupuję już regularnie także wiecie ;)

11. Moschino Light Clouds - śliczny, świeży i lekki zapach taki idealny na wiosnę ♥ . Długo trzymał mi się na skórze i naprawdę mam chęć go kupić ale ma tak okropną butelkę! One strasznie mi się nie podobają!

12. Burberry Brit Rhythm - matko jak ja nie znoszę tego zapachu! Śmierdzi jak nic! Przypomina mi starą babcię zakmniętą w piwnicy oo! Blee ;D

I co? skromnie!  Też jestem w szoku ;D Więcej grzechów nie pamiętam ;D

10:09

Clarins Eclat du Jour Daily Energizer [ tonik- żel - krem]

Clarins Eclat du Jour Daily Energizer [ tonik- żel - krem]
Tej marki chyba nie trzeba nikomu przedstawiać.  Nie ma chyba też osoby, która choć raz nie słyszała o ich kultowym mazidle do ust ( o którym była mowa ---> tu).
W freworze świątecznej  bożonarodzeniowej gorączki moja bratnia dusza, siostra Aguś ♥♥ podarowała mi zestaw kosmetyków właśnie tej marki. Bardzo ale to bardzo długo tkwiły one nietknięte w kartoniku i czekały aż w końcu zlituje się nad nimi i pokaże odrobinę świata ;D.  Jedynie co to strzepywałam kurz z nich  ;D. A tak na serio, gdy jakoś w marcu wszystko pokończyłam do buźki przyszedł ich czas ;D. Jakimś dziwnym trafem moja siostra zna mnie tak dobrze, że prawie wszystko od niej mi pasuje. W marce pokładałam duże nadzieje, teraz kiedy moja kosmetyczka znowu jest bogatsza o ich produkty to wiem, że dogadujemy się idealnie - przynajmniej z kolorówką ;) A tak samo moje pierwsze spotkanie z pielęgnacją marki Clarins okazało się bardzo na plus!


Świąteczny zestaw zawierał mini tonik, mini żel i pełnowymiarowy krem. Całość zapakowana była w przepiękną ( ogromną) kosmetyczkę. Jako, że każdy z produktów możecie kupić osobno postanowiłam napisać kilka słów na temat tych mini ( skoro i tak mało nie kosztują to warto wiedzieć czy się opłaca kupić).

Daily Energizer Cleansing Żel

Pod działaniem wody delikatny żel zmienia się w jedwabistą piankę. Usuwa wszelkie ślady makijażu i zanieczyszczenia. Nawet najdelikatniejsza skóra jest perfekcyjnie czysta, świeża i rozświetlona.

‎‎‎‎Łagodne składniki myjące zapobiegają wysuszaniu skóry na skutek stosowania twardej wody i przynoszą komfort skórze.‎ 


Daily Energizer Wake - Up Booster

Bogata w esencje roślinne, pobudzająca esencja nadaje skórze zdrowy wygląd oraz oferuje wyjątkowe uczucie komfortu podczas aplikacji. Cera jest nawilżona, wygładzona i promienieje blaskiem przez cały dzień. 




Pierwsze co mnie zdziwiło w żelu to jego konsystencja - niebywale gęsta, nie uciekająca między palcami. Pod wpływem wody faktycznie stwarza ona przyjemną delikatną piankę. W kwestii jego działania nie mam mu nic do zarzucenia. Producent obiecał, producent spełnił.  Rzeczywiście żel przynosi komfort skórze - zostawia ją dobrze oczyszczoną, lekko jakby rozświetloną. Do usuwania makijażu mam mleczka i płyny ale produkt jako ten 'kolejny' etap w pielęgnacji idealnie zmywa jego resztki, pozostawiając skórę aż wręcz 'skrzypiącą'. Zdarzyło się, że żel dostał mi się do oka - jednak nie podrażnił czy nie spowodował łzawienia/szczypania. Jego zapach jest najbardziej delikatny w tym przypadku - lekko owocowy i szybko znika ;(. Ta mini tubka wystarczyła mi na 2,5 tygodnia użytkowania rano i wieczorem.

Tonik ma ciut mocniejszy zapach. I to wcale nie w złym sensie. Tutaj bardziej czuć to owocową nutę - dla mnie pachnie on brzoskwiniami ;D!, cudownie ♥. Konsystencja jest lekko pomarańczowa i wodnista jak w każdym toniku ;D. To co zauważyłam po użyciu to fakt iż moja buzia dostała jakąś tam dawkę nawilżenia - nie był to ogromny jej pokład a jednak! Sam lotion na skórze zostawia lepką warstwę, która po kilku sekundach całkowicie zanika. Pokusiłabym się o stwierdzenia, że produkt matowi skórę - a przynajmniej zostawia cerę w takim fajnym 'gładkim' uczuciu. Trudno mi stwierdzić czy faktycznie promienieje blaskiem przez cały dzień, przez jakiś czas na pewno ;). Moje mini starczyło dłużej niż żel - wytrzymało 3 tygodnie.

Obie miniatury pozytywnie mnie zaskoczyły i są warte każdej wydanej kwoty  - i tu nie chodzi  tylko o dobre działanie ( no dobra, też bo i żaden mnie nie uczulił czy coś), ale skoro mini mi służyło tak długo to wydajność pełnowymiarowych produktów byłaby zadowalająca.



Idealna pielęgnacja nawilżająca na dzień dla kobiet po 20-stym roku życia. Krem o wyjątkowo łagodnej konsystencji pozostawia skórę miękką i sprężystą, nadając jej promienny, zdrowy wygląd. Nie powodująca nadmiernego błyszczenia się formuła doskonale nadaje się jako baza pod makijaż. Testowany dermatologicznie. Nie powoduje powstawania zaskórników. 

I moja wisienka na torcie ♥, zamknięta w ciężkim, pomarańczowym szklanym słoju dopracowanym w każdym detalu! Ale od początku: konsystencja kremu jak dla mnie jest taka masełkowata - lekka i przyjemna, a zarazem ogromnie treściwa bardzo szybko wnika w głąb skóry. Tak jak pisze producent idealny krem jako baza pod makijaż - zero jakiegoś rolowania się czy zwijania. Pierwsze co mnie oczarowało to ten brzoskwiniowy zapach, który tu jest najbardziej wyczuwlany z całej trójki i który po prostu czuć na buzi ( a weźcie się nim posmarujcie, wyjdzcie na dwór i niech zawieje wiatr - padłam jak ten zapach poczułam! ♥♥). Rozświetlenie - to pierwsza rzecz którą zauważyłam podczas stosowania kremu. Z dnia na dzień moja cera wyglądała na bardziej wypoczetą, promienną i bez skazy. Odnoszę wrażenie, że co rano skóra tylko na niego czekała - dawka nawilżenia jaką mi zagwarantowała była wystarczająca. Moja strefa T w ogóle się nie błyszczy ( jak już to bardziej mogę mieć suche policzki) ale w tym przypadku nie ma świecenia się jak kula dyskotekowa :D

Przyczepię się do jednego - w okresie tym zimniejszym ( marzec / przełom kwietnia) krem był idealny! Moja skóra wręcz go spijała i odwdzięczała się pięknym wyglądem. Zero niespodzianek, zero nieprzyjaciół. Jednak gdy na dworzu temperatura zaczynała rosnąć krem inaczej mi się zachowywał. Zauważyłam, że w cieplejsze dni jak i ten obecny okres podczas codziennego stosowania pokazują się niespodzianki. Z początku myślałam, że może to coś innego mi tak powoduje jednak zgadałam się jedną dziewyczną na Instagramie, która właśnie podczas używania tego kremu miała taki sam problem. Wtedy go na trochę odstawiłam - cera się uspokoiła a  krem stosuje teraz tylko 2 - 3 razy w tygodniu i odbywa sie bez komplikacji, jednak na tą cieplejszą porą krem jest zbyt bogaty dla codziennego użytku.



Tak jak pozostała dwójka krem zaskoczył mnie wydajnością. Murawane dwa miesiące jak nic ;). Ja powoli dobijam dna, mimo ograniczenia w używaniu a już mi szkoda, że się kończy.

Krem z chęcią sobię sprawię ale na ten okres jesienno - zimowy, wtedy będzie idealny a teraz na wiosnę / lato poszukam czegoś jeszcze lżejszego ( o ile to możliwe).

Wszystkie trzy produkty kupicie na stronie clarins.pl w cenach: żel 59 zł / 75 ml; tonik 125 ml / 89 zł oraz krem 30 ml / 95 zł.


19:05

Smashbox Full Exposure (mini) Mascara Jet Black

Smashbox Full Exposure (mini) Mascara Jet Black
Są takie marki, których asortyment bym wykupiła prawie do cna. Rzecz jasna zostawiłabym kilka produktów , które nie są dla mnie ( eyelinery czy bronzery) a sama bym rozkoszowała się widokiem pustych szufladek po pomadkach czy różach, które już grzecznie leżą u mnie w koszyku i czekają na niesamowitę wyprawę do nowego domu - mojego domu.  Niewątpliwie jedną z tych marek jest Smashbox, którą pokochałam po swojej pierwszej szmince ( swoją drogą jakoś dawno nic od nich nie kupowałam :P). Jednak zanim się dorobię milionów by wykupić cały sklepowych asortyment ba, co tam cały asortyment, kupiłabym cały koncern kosmetyczny to powoli (bo w ślimaczym tempie) zapoznaję się z ich ofertą, Bo o ile kocham ich Be Legendary czy róż Fusion Soft Lights to ciężko jest mi pokochać ich już wręcz owiany legendą tusz! Może to dlatego, że to wersja mini? Może po prostu moja ukochana marka na linii moje rzęsy a ich tusz jest skazana na porażkę? Mam nadzieję, że nie bo dwie nowe wersje w kapitalnych opakowaniach nadal czule się uśmiechają do mnie a ja mam chęć je kupić! :)


Moją mini dostałam oczywiście od mojej siostry Aguś :* w prezencie gwiazdkowym - tak wiem, ja to mam zapłon bo w końcu mamy już maj ;D.
Bardzo długo zwlekałam z tą recenzją - miałam mieszane odczucia a raczej niedopuszczałam do siebie myśli, że moja ukochana marka zawiodła mnie na tej linii ;x. Nie chciałam wydawać pochopnie osądów stąd przez intensywne tygodnie testowałam , dawałam szansy i z każdym razem kończyło się tak samo ;x.

Ta profesjonalna mascara powstała z inspiracji technikami makijażu stosowanymi przez wizażystów ze studiów fotograficznych Smashbox z Los Angeles, którzy w pierwszej kolejności podkreślali rzęsy swoich modelek wydłużającym tuszem, a następnie nakładali na nie mascarę pogrubiającą. 

Mascara Full Exposure łączy właściwości wydłużające z pogrubiającymi. 
Rezultat? Jedna wyjątkowa mascara o dwóch zastosowaniach. 
Formuła nadająca rzęsom objętości w połączeniu z wydłużającymi włóknami tworzą zapierający dech w piersiach efekt. Objętość: +104%, Długość : +32%, Podkręcenie : +34%.





Z całą pewnością są na świecie osoby, które wręcz ubóstwiają ten tusz! Na bank! Ale ja do tego grona nie należę ;(. Chociaż nasze pierwsze spotkanie w grudniu było owocne a ja czułam chemię między nami to nasze dalsze losy bezwzględnie przecieły naszą nikłą chemiczną więź ;(.

Za co pokochałam ten tusz na samym początku? Za piękne wydłużenie, uniesienie, rozdzielenie, długie godziny na rzęsach - po prostu nasz początek był jak pierwsza jazda nowiuśkim Ferrari ;D

Niestety im dłużej stosowałam ten tusz, im większe nadzieje w nim pokładałam tym bardziej mój upadek był bolesny. Rozczarowanie, żal i lekki smuteczek który temu towarzyszły był na tyle silny, że przez chwilę miałam ochotę wyrzucić mascarę do śmietnika!

Więc jak to z nią jest? Bubel czy jednak ideał?

Jedna warstwa jest ok - mam wydłużenie, lekkie podkręcenie i tak jakby mam więcej rzęs z tym, że cóż tusz lubi się delikatnie odbijać na powiece jednak nadal rzęsy są lekkie jak piórko ;(. Dwie warstwy  to już czysta epicka historia - sklejenie rzęs, odbicie jak u pandy i maskaryczne grudki!
Istotnym plusem jest długie utrzymywanie się na moich 'firankach', nie osypywanie się. Ale wiecie co? Nie wiem skąd producent ma te swoje obietnice skoro połowa z nich się nie sprawdza !



Nie wiem czy to wina tej gigant szczoteczki, która po prostu jak dla tego mini jest zbyt duża czy po prostu ten tusz tak ma.  Wiele osób zarzuca mu, że jest 'suchy' i podczas nabierania wychodzą jakieś 'kawałki czarnej mazi' - wiecie, u mnie tego nie ma, mascara jest mokra jak każda, schnie szybko i nie obciąża rzęs (przynajmniej moich) .

Lubię takie szczoteczki, naprawdę jednak z tą nie umiem się dogadać. Idzie nam jak po grudzie! Czerń jak czerń nie jest tu taka jakaś odkrywcza ale jest ;D,
Nie będę opisywać Wam opakowania w końcu bo to 'mini mascara' jednak od pełnowymiarowego tuszu nie różni się niczym ( oprócz rozmiaru :P). Na szczęście nie uczula czy nie podrażnia paczadełek.

Wybaczcie mi jakość zdjęć no ale i tak czasami bywa :P



Jedna warstwa - tak tak tak! Mimo tego delikatnego odbicia ten efeket mi się podoba - jestem nim naprawdę zachwycona . Ten tusz jest jak tusz z Benefitu - jedna warstwa jest wystarczająca, dwie to istna katorga / koszmar co możecie zobaczyć na drugim zdjęciu - prawda, że nie wygląda to najlepiej wręcz komicznie?

Moje mini ma 4 ml - pełnowymiarowy produkt 11 ml ( przynajmniej taką informację znalazłam).
Czytając opinie na stronie Sephory czy wizażu widzę więcej negatywnych zdań niż pozytywnych, więc może po prostu ten tusz im się nie udał?

Na sam koniec moja brzydka buźka z jedną warstwą tuszu:


Uwielbiam Smashboxa, to pierwsza 'większa' marka, która mnie oczarowała jednak ten tuszu, on po prostu nie jest dla mnie. Czuję niedosyt, rozczarowanie mimo mojego uwielbienia do ich kosmetyków!
Z pewnością nie kupię pełnowymiarowego opakowania, zużyję to mini dając tylko jedną warstwę i tyle ;)

Tusz dostaniecie w Sephorze w cenie 99 zł.

09:45

Jak przeciętna osoba postrzega 'Beauty Bloggera" czyli dwa główne zaściankowe schematy myślenia

Jak przeciętna osoba postrzega 'Beauty Bloggera" czyli dwa główne zaściankowe schematy myślenia
Kilka dni temu leżąc sobie w łóżku, czekając aż ustąpi mi ta okropna migrena naszła mnie wena na lifestylowy post o konkretnym temacie ( a takie 'dobre' pomysły mam zawsze w nocy). Już kiedyś miałam taką 'zajawkę' - pomysł podsunęła mi niezastąpiona Agnieszka :* jednak wtedy nie umiałam ubrać tego wszystkiego w słowa.
Temat wydaje się dość prosty jednak gdy siadam, klepię te słowa mam jakąś blokadę - no bo jak przekazać coś tak banalnego / oczywistego w najprostszy sposób?
A może zaczniemy od początku: mojego początku. Z początku nie mówiłam nikomu, że prowadzę bloga - pierwszą osobą, która wiedziała o tym miejscu był Karol - wiecie, właził na bloga, czytał i na tym się kończyło ( bo co może facet powiedzieć na ten temat? ). Później mój 'świat' pokazałam mojej Julii i mojej Agnieszce - obie bardzo mnie wspierały na początku, nie wyśmiały i nadal mam w nich oparcie ( swoja drogą dziękuje ♥). Kiedyś na mieście spotkałam znajomą Basię -  w tamtym czasie ona także prowadziła bloga, zgadałyśmy się, wieczorem wysłałam jej link do siebie i od niej usłyszałam wiele ciepłych słów.
Pierwszy szok przeżyłam gdy zobaczyłam komentarz Magdy z mojej 'wsi' - wiecie ja i Magda chodziłyśmy razem przez 11 lat do jednej klasy i wtedy naszła mnie obawa. Oczywiście Magda mnie 'pochwaliła' ( yeahhhhh :D) a ja nadal mimo tylu ciepłych słów byłam pełna strachu. No bo jak ja z taką twarzą, z takiej rodziny, bez kasy, bez znajomości, bez jakiegoś dobrego 'pióra' mogę prowadzić bloga urodowego? Przecież to wszystko się wyklucza! 3 lata w świecie blogowania, rozmowy z znajomymi czy rodziną pokazały mi a raczej dały wyobrażenie jak Ci wszyscy, jak te osoby wyobrażają sobie osobę pokroju 'beauty bloggera'. Przy tych wyobrażeniach można albo zapłakać albo się pośmiać a dziś w naprawdę wielkim skrócie dwa główne powody a reszta kiedy indziej ;)!


 Beauty blogger - tylko i wyłącznie kobieta o nieskazitelnej cerze, długich rzęsach, lśniących włosach, wyjąta wręcz z okładki luksuswego magazynu.

Ok, mogę zrozumieć to iż społeczeństwo myśli że bloga urodowego wręcz musi prowadzić kobieta - bo kto jak nie ona najlepiej nam powie o kosmetykach. Kiedy wspominam znajomym, że znam świetne blogi prowadzone przez facetów widzę szok i jakieś otępienie. Facet i blog urodowy? No way! Zdarzyło się że raz usłyszałam od kogoś ' ale to takie pedalskie' :O ( wybaczcie słownictwo ale tak dosłownie usłyszałam). Niektórzy ludzie chyba nadal żyją w zaścianku, i nie wiedzą, że facet potrafi zrobić świetny makijaż ( no bo jak ktoś chodzi xxx lat do jednej babki to przecież ma ograniczony osąd)! Chcemy czy nie ale nawet wielkie marki w swojej ekipie mają wizażsytów płci męskiej i to genialnych! Wystarczy spojrzeć na nasze blogowe podwórko - o blogu Łukasza więcej Wam powiem w czerwcu ale naprawdę czasem jak do niego zaglądam, oglądam makijaże jestem zdziwona, zdumiona, lekko zazdrosna bo ON odwala kawał dobrej roboty! I kto mówi, że tylko kobieta ma prawo zmalowac komuś buźkę?

Kobieta jak z okładki? Litości! Dziwię się, że jeszcze nie dostałam wiadomości  typu 'hej lala, zamknij tego bloga bo z Twoją twarzą to ja bym nie wychodziała i tylko szpecisz blogosferę!', naprawdę! Masa piegów, czasem drobne krostki, nie ten profil, i ja śmiem się nazywać 'Beauty bloggerem' jak PIĘKNA nie jestem?! Śmiech na sali :-D. Naprawdę - w liceum wyglądałam jak pół tyłka zza krzak i tak  ja wpadłam na pomysł prowadzenia takiego miejsca? Gdzie nigdy nie robiłam makijażu, nie używałam eyelinera a moja twarz wyglądała jakbym wyszła z Czarnobyla ! Teraz ja pokazuję 'krzywą' mordkę, robię selfiki i inne zdjęcia  by Wam pokazać produkty gdzie xx lat temu byłam obiektem kpin i szyderstw!
A no tak bo 'Beauty blogger' to nie przydomek jaki się dostaje za wygląd. Możesz mieć tysiące pryszczy, blizny czy nawet trzecie paczadełko i prowadzić takie miejsce. Wylansowane, idealne paniusie w większości to efekt dobrego retuszu czy masy specjalistów. Dobry PR też robi swoje, więc wracając do punktu pierwszego nie znam blogera urodowego, który / która jest wręcz bez skazy ba, nawet śmiało pokazują swoje wady - bo piękno to cała ja, cała Ty a nie jakieś wydmuchane wyobrażenie zaściankowego ludu.

Spójrzcie na powyższe zdjęcie czy tak wyobrażacie sobie osobę, która prowadzi urodowego bloga? 
Po lewej mam podkład, tusz, kredkę do brwi, róż i szminkę - zero większej szpachli czy czegoś, piegi widoczne i wszystko gra; z prawej strony tylko tusz i błyszczyk piegi i blizny na wierzchu a na dole wtedy gdy mi się nie chce malować. Serio?
Czy ja wyglądam jak pani z okładki z retuszem i kilogramem tynku na buzi? No chyba nie, nie jestem gładko ulizana, jestem po prostu prawdziwą kobietą z wadami, niedoskonałościami i może dlatego robię to co robię i nie wpisuję się w jakiś kanon wymyślonego piękna czy blond pani z szerokim uśmiechem, prostymi równymi ząbkami bez zmarszczki czy nawet jednego pieprzyku!


Beauty blogger osoba pazerna, nie róbi nic, marnuje tlen i czas, pisze głupoty, zarabia na rzeczach, które dostanie do opisania, nie mówi prawdy o produkcie tylko go idealizuje. Ale po co komu w ogóle takie hobby?

Takich epitetów czy określeń można podać wiele. Sama ze swojego przykładu wiem, że to co robię nie ma zrozumienia w moim świecie, w świecie moich znajomych. O ile przyjaciele chętnie patrzą na blog to rodzina nigdy nie jest  przychylna bynajmniej na samym początku. Ile razy to słyszałam, że przecież się na tym nie znam, szkoda prądu w ładowarce czy po prostu zrobiłabym coś pożytecznego a nie siedzę tylko przed monitorem. Do dziś zostało tylko niezrozumienie ze strony mamy jak mogę tyle robić zdjęć bo co chwile słychać pstrykanie aparatem. A mogę. Ale to nie tylko o rodzinę chodzi - wiele osób powie że prowadzenie bloga to żadna praca, to hobby i nie wymaga zbytniego ilorazu inteligencji więc oni sami wpatrują się w Ciebie jak na jakiś egzotyczny okaz wystawiony w zoo. Nie zrozumiecie mnie źle - może są osoby, które miały pełne wsparcie ale tu są też osoby, które tego nie miały. Choćbym nie wiem jak się starasz od samego początku tuzin osób będzie krytykować to co robisz i widzieć w Tobie tylko 'chciwą osobę, która myśli że się dorobi bo do niczego innego się nie nadaj'.

Większość osób wyobraża sobie, że napisanie posta to kilka minut, wgrywamy gotowe zdjęcia i to tyle. Nikt nie wie ile czasu poświęcamy by odszukać idealne światło, obrobić zdjecie, ile nerwów czasem i łez kosztuje nas testowanie produktów ( zwłaszacza jak się nie sprawdzają). Zaściankowe myślenie wyglada w ten sposób, że piszemy, odbębniamy swoje, wszystko mamy gotowe i dostajemy za to ogrom kasy.
A wiecie co jest w tym śmiesznego? Jak juz odważyłam się i mówiłam, że mam bloga to pierwsze pytanie było 'ile zarabiasz na nim?'.

Beauty Blogger to zwykła osoba, która od początku musi walczyć o swoje i pokazać na co ją stać. Tylko w taki sposób może zaistnieć, trafić do kręgu czy po prostu być doceniona. Jeśli nie w kwestii makijażu czy urody to w innej - ja na przykład bardzo odnajduję się w recenzjach perfum a czytanie komentarzy, że kupiłybyście moją książkę jeszcze bardziej utwierdza mnie w fakcie ' dobra jesteś Ruda, trzymaj tak dalej' .

My walczymy , wykonujemy szablony, dostosowujemy się do czytelnika, organizujemy konkursy oczywiście 'szastamy pieniędzami' głównie na nagrody dla czytelników ale czy jesteśmy pazerni? Wątpie. Starzy wyjadacze więdzą jak ciężko jest w blogosferze, nie powiem bo ja jestem tu 3 lata, wiele młodych blogów upada bo liczą na gifty czy na to, że firmy będą się o nie bić a tu wcale nie o to chodzi.Właśnie przez te osoby, które chcą zabłyszczeć najtańszym kosztem nasza opinia jest szargana i zbrukana.

Tak naprawdę przeciętna osoba nie wie nic o naszej 'pracy' dopóki nie stanie na jej horyzoncie. To nie jest tak jak myślą wszyscy - nie jesteśmy idealni, mam drobne wady, nie jesteśmy milionerami a takie marki jak Dior czy Chanel nie pukają co godzinę do naszych drzwi. Pytanie brzmi czy kiedyś ludzie zrozumieją że świat nie kręci się wokół ich idealziacji i mglistego poznania?

Wiem, na nasz temat można powiedzieć wiele rzeczy, i ja też tutaj miałam o wiele więcej napisane jednak za dobrą radą z innych podpunktów będą oddzielene posty :)

Także do następnego razu! ;)
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger