16:02

Kwietniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)

Kwietniowe nowości w mojej kosmetyczce ;)
Chciałam powiedzieć, że jest mało nowości. No i jest ;D. No dobra jest mało ale za to jakich! Ho, ho ho ;D! Sama się nie spodziewałam, że ten miesiąc przyniesie mi tyle wspaniałości! Pojawił się kolejny zapach u mnie - cudo, cudo, cudo ♥ także mój nosek jest zadowolony ( a o mamie już nie mówię, bo to ona ciągle siedzie z nosem w tym zapachu! :D). I nie kupiłam nic oczywiście z kosmetyków! Znowu łoooooooooooo mam tę moooooooooooc - a tak na poważnie zostało mi tylko sześć rat za lapka a potem rezalizuję wszystko co mam na swojej książkowej liscie 'kosmetyków, które chętnie przytulę'  :-D ♥. Czyli jeszcze jakieś 3 miechy i będę szaleć jee je jee ;D
A tak na poważnie czy tylko mnie ten miesiąc tak ucieszył? ;D No ale dobra tych głupot, patrzecie co mi sie trafiło ;D ( zazdrość odrobinę wskazana ;D) ale i tak połowę już widzieliście np na Instagramie ;)


Co poniedziałek na Instagramie BeGlossy rozdaje kosmetyki :). W jeden dzień i ja się skusiłam na ich rozdanko, bo jak widać wyżej można było zgarnąć kosmetyki Organique ;). Kopara mi opadła gdy na drugi dzień, to właśnie moja odpowiedź im się najbardziej spodobała ;D . Zarówno olejek jak i mydełko obłędnie pachną ale czekają cierpliwie na swoją kolej w użyciu ;D


W tym samym czasie okazało się, że wygrałam wiosenne rozdanie u Agnieszki ---> klik. Z tego wszystkiego znam tylko Biodermę i chętnie do niej wrócę jak tylko mleczko z Balea się skończy ;D. Póki co używam tylko mini kremu do rąk i powiem Wam, że jest fajny ale nie na tyle bym kupiła ;). Cała reszta to dla mnie kompletna nowosć ;) P/s no i co z tego, że Nacomi ma argan w składzie? Bez ryzyka nie ma zabawy ;D hahha, dziękuję Ci raz jeszcze ;*


W kwietniu odezwała się też do mnie pani Agnieszka z internetowego sklepuu Prawo-natury. W ramach współpracy wybrałam sobie maseczkę i żel do cery mieszanej :). Maska trochę mi przypomina jakiegoś Lusha ( nie miałam tamtej marki ale wygląd prawie identyczny!) a żel mnie zaskoczył dosłownie wszystkim ;). Obie recenzje pojawią się na początku maja ;) W ogóle już na Instagramie pisałam,  iż pierwszy raz podczas współpracy dostałam tak ładnie zapakowane kosmetyki ;D Czaaaaaaaaaad ;D



Na tydzień z Niemiec przyjechała też moja Julia - oczywiście przywiozła mi kilka cudeniek ;D Uwielbiane przeze mnie masło, którego recenzja już niedługo ( dobrze mieć opakowanie w zapasie ;D). mój pierwszy suchy szampon, który cudnie pachnie i arbuzową mgiełkę bo uwielbiam wszystko co arbuzowe ;D. A o żelach nie wspomnę ;D Jeden zabrała siostra, a 3 możecie wygrać na Instagramie ooo tu ---> klik ( jeszcze poprzednich nie zużyłam!)


Wisienka na torcie czyli mój pierwszy zapach Diora ♥. Wygrałam go na Instagramie u Gabrielli ( btw, teraz można wygrać pędzle Guerlain!!) ---> klik. Powiem tak - mocny, intensywny, wręcz klasyczny a jakże trwały skradł mi serducho i będzie noszony tylko w wyjątkowych chwilach bo to skarb ♥♥

No mówiłam, że mało? ;D

20:31

Kwietniowe denko # 18

Kwietniowe denko # 18
Nie zapowiadało się bym miała Wam dziś pokazywać pustaki.  Pierwsza połowa miesiąca upływała pod znakiem produktów przychodzących niż ubywających. Ciężko było mi nawet wykończyć żel! Tak jakby wszystko nagle postanowiło być mega wydajne! Jakaś jedna wielka zmowa plastikowych opakowań ;D. Jednak w momecie gdy jeden produkt znikł w tempie błyskawicznym jak za sprawą magicznej różdzki inne opakowania poszły w ślad za nim ;D. Chyba pozazdrościły mu mieszkania w nowym białym kartoniku ;D. Jak tak patrzę to całkiem dużo mi tego wyszło - zwłaszcza , że prawie połowa wylądowała w koszu z powodu braku działania czy zrobienia mi 'kuku' ;D.


A no i będzie królowała Balea także uprzedzam :D

I. TWARZ:


1. Ziaja, tonik ogórek - kupiłam kilka miesięcy temu gdy tylko seria weszła na rynek i powiem Wam, że ten tonik nie zrobił nic, używałam , używałam i nie zauważyłam by cokolwiek chociaż w minimalnym stopniu robił czy na coś wpływał - taka po prostu sobie 'zwykła' woda .

2. Balea Beauty Effects Hyaluron Booster - produkt, który wygląda gadzeciarsko ale jak ten powyższy nie robi nic! Miał służyć  do wypełnienia zmarszczek mimicznych jednak puf nic z tego ;D Jedyne co robi to lekko chłodzi skórę i nie wchłania sie całkowicie co skutkuje tym, iż produkt zostaje na skórze a podczas przetarcia ręką strasznie się roluje ;x

3. Lirene, maseczka samowchłaniająca - dostałam od Angeliki i zachwyciłam się jej morskim zapachem, po prostu pachniała cudownie ♥ A sama skóra po jej użyciu była fajnie nawilżona - niestety u mnie te maseczki nie są dostępne ale mam nadzieję, że to się zmieni ;D

4. Kiehl's Midgnight Recovery Eye - marzy mi się! Centralnie używałam póbkę przez kilka dni (pazerna jestem, wiem wiem nie powinnam!) ale dla mnie to ideał w tej dziedzinie pielęgnacji! Cudownie nawilża, jest dość treściwy a zarazem delikatny - kiedyś na pewno kupię ♥!


5. Miniatury Clarins tonik i żel z serii Eclat du Jour - w osobnym poście będzie recenzja całego zestawu łącznie z kremem więc nie powiem Wam zbyt wiele ;). Uszczknę rąbka tajemnicy, że niby mini a niesamowicie wydajne poza tym jak to pachnie!

6. Miniatury Biotherm Biosurce - tonik cuchnie alkoholem, ale nie ma co się dziwic skoro on znajduje się na przedzie składu, poza tym niemiłosiernie mnie przesuszył, pozostała dwójka starczyła na dwa razy więc nie było zachwytu i raczej bym się nie skusiła  na pełnowymiarowe produkty ;)

II. CIAŁO:


7. Balea Red Love, płyn do kąpieli - fajnie barwił wodę, dawał całkiem dużo piany jedynie mam zastrzeżenia do zapachu, mianowicie w butelce pachniało mi dość mocno i długo, natomiast wlany do wody nie czułam nic ;O tak jakby płyn był bezzapachowy ;O

8. Balea Frost Flower, żel pod prysznic - żel z edycji limitowanej, który ma jak dla mnie szyprowy, męski zapach, raczej z obrazkiem na butelce nie ma nic wspólnego ;). Żel jak żel - bez rewelacji dla mnie ;) Myje, pieni się obficie i jest baaaaaaaaaaaaaardzo wydajny ;)

9. Balea, Himbeere & Zitronengras, balsam do ciała - piękny orzeźwiający zapach trawy cytrynowej i malin i na tym kończą sie jego zalety. Zbyt lejąca konsystencja, słabe wchłanianie się i bielenie spowodowało, że połowa produktu wylądowała w koszu ( aczkolwiek moja siostra polubiła się z takową wesją, którą jej dałam ;O)

III. WŁOSY:


10. Nivea Repair & Targeted care - moje loki bardzo polubiły tą serię. Ich skręt był bardzo ale to bardzo wyrazisty ♥. Niestety ja do niej nie wrócę gdyż seria nie dogaduje się w połączeniu z olejami co mni irytuje, bo ja dość olejowa jestem. Jednak na poznanie i przelotną znajomość można brać. Recenzja ---> klik

11. Syoss Repair, szampon do włosów - och jak go moje kłaczki kochały ♥. Miękkie, jedwabiste, błyszczące i prawie jak z reklamy ♥. To moje wielkie odkrycie minionych miesięcy i z całą pewnością będę często do niego wracać, nie tylko ze względu na to jak włosy wyglądały ale zauważyłam, że poprawił ich kondycję ;)

IV. INNE:


12. Balea, krem i maska do rąk w jednym - i to właśnie dlatego migdał denerwuje mnie w kosmetykach ;D. Ten krem jedynie pachnie ładnie a tak mi załatwił dłonie, że szok! Szorstkość, otarcia i nawet miejscami popękania - wielkie dzięki ale i tu wyrzuciałam połowę opakowania!

13. Sephora, mydło czekoladowe -  dostałam od Subi i wiecie co? Naprawdę pachnie czkoladą! Taką prawdziwą i realną! Ale zapach zostaje na skórze bardzo długo i zaczyna męczyć ;( Chociaż na zimę jest doskonałe i bardzo wydajne, to jednak ja będę dla siebie teraz wybierać owocowe warianty.

14. Pędzel Golden Rose - chyba Wam o nim pisałam ale pewna nie jestem ;D. Od początku włosie było sztywne i uciekające i po kilkunastu miesiącach użytkowania ( od zeszłego roku, jakoś po gwiazdce go kupiłam) postanowiłam go wyrzucić! To mój pierwszy 'poważny' pędzel i jak na razie najgorszy z możliwych! Włosie leci na potęge, drapie brr ;x

15. Oriflame Amber Elixir - w końcu zużyłam tą próbkę ;D Ten zapach z całą pewnością można wpisać jako 'klasyka' a więcej pisałam tu ---> klik. Dla mnie jednak jest zbyt ciężki/

16. Catrice Nude Purism Delicate Rosewood - to raczej balsam koloryzujący niż pomadka i bardzo lubiłam :) Miała śliczny, ciemny kolor, utrzymywała się do 3 godzin ale przy tym jak nawilżała usta! Szacun ;D Ach i była z edycji limitowanej ;D

No i w temacie śmieci to już wszystko ;) Nie mówcie mi tylko, że to dużo! ;D
Ale poczekajcie na nowości - mało ale za to jakie będą ! ;D

11:59

Tydzień filmowy # 14 - tydzień z Jennifer Lopez

Tydzień filmowy # 14 - tydzień z Jennifer Lopez
Fanów J.Lo można podzielić na dwie główne kategorie: na tych co wolą jak śpiewa i na tych drugich, co wolę jak gra w filmach. Definitywnie ja zaliczam się do tego drugiego grona - owszem czasem jak poleci coś w radiu jej autorstawa to sobie ponucę pod tym moim noskiem ale żeby od razu wychwalać jej głos? No way!
Jennifer Lopez uwielbiam za każdą jej aktorską rolę - no dobra, świetnie wypada w komediach i biograficznych filmach ale dajcie se spokój z thrillerami gdzie gra główną bohaterkę bo to aż woła o pomostę do nieba - a uwierzcie to, że jest piękna nie znaczy że ta kategoria filmów jest jej pisana ( nie liczę Anakondy ale o tym niżej). 
Dlaczego komedie jej pisane?  Bo od razu widać jak się patrzy na jej buzię ' o fajna dziewucha, taka miła, spokojna i do rany przyłóż' a może tak tylko ja myślę?. Zresztą co ja będę mówić? Niżej wszystko wyjasniam! ;)

1. Anakonda (1997) ---> klik


To film legenda, a raczej pierwszy film z mega gigantycznym wężem, który jest wart uwagi. Gdy on powstal ja miałam 6 lat, gdy go obejrzałam po raz pierwszy na kasecie ( a mój starszy brat o 8 lat często wypożyczał w tamtym czasie kasety) miałam może z lat 10 czy 11. Wtedy był on dla mnie przerażający!. Na dzień dziesiejszy z sentymentem oglądam to filmidło - dobra obsada, nie nudząca fabuła a przede wszystkim minimum efektów specjalnych! Szacun! Teraz jak chcesz obejrzeć film z mega wielkim wężem to podają Ci głupi tytuł (np. Giga pyton) a on sam jako bohater wygląda jakby spec grafik robił go na haju! Zerio? Radziłabym każdemu twórcy zasiąć wręcz do tego klasyka i poznać, poczuć ten klimat bo mimo upływu lat i wszechobecnej tezy 'im więcej efektów specjalnych tym lepiej' to ten film od przeszło 20 lat dobitnie się broni! Jak już oglądać to tylko tą pierwszą część, bo producentom chyba po kasowym sukcesie tej części palma odbiła że za każdym razem i nowym rozdziałem tej historii widać iż kurczowo chcą powtórzyć sukces - z mizernym skutkiem. No ale J.Lo! To jedyny film tej kategorii gdzie naprawdę dała radę , może dlatego, że nie miała jeszcze w dorobku tyle komedii? ;)

2. Powiedz tak ( 2001) ---> klik


Ja przepraszam bardzo ale całe show w tym filmie nie grała J.Lo tylko młody ( wtedy jeszcze niezbyt przystojny :D) McConaughey! Tak moi mili! Może i fabuła jest dobra, i pomysł na film też ale to własnie zakręcony doktorek sprawia, że film jest lekki i przyjemny. Chociaż nie powiem J.Lo pokazuje, że umie grać no ale mi coś tu nie gra. Wedle mojego gustu ona i Matthew to nie jest idealny duet aktorski - mam wrażenie, że patrzę na parę ślimaczków, którzy idą w nieskonczność!:D Ale nie będę narzekać - wszak za każdym razem siadam przed tv gdy leci i oglądam, cóż chyba lubię patrzeć jak blond rycerz ratuje J.Lo przed starciem z pędzonym śmietnikiem ;D. Wiecie to takie kino przyjmne, zero wysokich lotów, nie zapada w pamięć ale idealne do kieliszka wina! ;D 
P.s tutaj nawet posągi gubią przyrodzenie! ;D

3. Sposób na teściową (2005) ---> klik


I to jest to! Zdecydowanie to moja ulubiona komedia z jej udziałem! Do tego Fonda - kapitalna! 
Ten film nie ma minusów bo on jest taki ...prawdziwy! O tak, dokładnie - kazda z nas ma/ będzie mieć teściową więc najlepiej z nią to oglądać ;D. Ja to filmidło wielbię i mi się nigdy nie znudzi - tutaj nie ma złej rzeczy, oklepanego schematu czy drętwego dialogu - wszak Sykes jak powierniczka Fondy rzuca kapitalne teksty! I uwierzcie wystarczy wejść na filmweb i czytać o nim opinie - same pozytywy! I naprawdę nie mam się do czego przyczepić! Chciałabym ale nie. To jedna z komedii, które śmiało polecam, które nie zawodzą i które zawsze wywołają śmiech na sali! No bo jak tu nie kochać tak komicznych scen czy dialogów? Jeśli nadal nie lubicie Jennifer to zróbcie wyjątek - ten film pokazuje, że ona umie grać i to jak ! Cały kunszt i jej zaciekłość tutaj się ujawnia! I nie wyobrażam sobie kogoś innego w tej roli!

4. Plan B (2010) ---> klik
Lubię ten film aczkolwiek ... nie jest to coś wybietnie dobre. Po pierwszym razie z nim poczułam rozczarowanie. Seans mi sie dłużył a ja nie widziałam nic ciekawego. Owszem fabuła inna niż wszystkie ( in vitro zbiegające się z czasem i poznaniem miłości swojego życia) no ale to wszystko było / jest takie drętwe, jakby zbyt wyreżyserowane. Jedyną rozrywką dla mnie jest rola Alexa ( dzięki Ci Boże) i to głównie z jego powodu nie zasnęłam i wytrzymałam ten film. Bo tak na serio ja ten film oglądam bo on tam gra a wierzcie, uwielbiam go i jego aktorską grę. Nawet rezolutna J.Lo straciła na swojej mocy i tutaj jest tak jakby 'wypruta z życia'. 
Czy polecam? Można usnąć ze znużenia, przegadania ale jeśli macie chwilę wolną i chcecie np. obejrzeć psa, który zjada test ciążowy to proszę ( a takich świetnych momentów jest mało). Szkoda,  bo mogło być świetne kino a wyszło lekko komicznie jednak wbrew wszystkim znośni, no tak na krótką metę.


Filmó z J.Lo jest masa: od dobrych produkcji aż po takie, które zostawiają po sobie gorzki posmak. Wszystko rzecz gustu! I do obejrzenia :)

A Wy lubicie J. Lo? Widzieliście coś z nią?;)

09:52

Mary Kay mineral cheek color duo Juicy Guava

Mary Kay mineral cheek color duo Juicy Guava
To chyba najdłużej pisany post w dziejach bloga. Zdjęcia zalegały mi już od zeszłego roku a ja sama jakoś nie kwapiłam się by zasiąść na swoim fotelu i napisać kilka słów na temat tego produktu. Prawda jest taka, że z początku nie wychodziły mi zdjęcia na buzi - a jak się już orientujecie ja do swojego blogowania podchodzę rzetelnie więc chcę Wam na mordce też pokazać efekt. Jednak w pewnym momencie takie zdjęcie jakoś wyszły ( chociaż mordka nie ten teges i tylko straszyłam po nocach) to nadal ciężko było mi napisac o różu kilka słów o.O. Wiecie jak to jest, macie produkt, wyrobiłyście już sobie o nim parę słów a gdy przychodzi co do czego to w głowie totalna pustka ( ale mózg jest! ;D) i tak właśnie było w tym przypadku aż do dziś. Stwierdziałam, że mało u mnie ostatnio kolorówki więc czas ogarnąć się i ubrać w słowa co myślę o tym gagatku - wszak każdy róż to sprzymierzeniec kobiety, prawda? ;)


Mary Kay głównie i zawsze będzie mi się kojarzyć z pielęgnacją i takie właśnie miałam pierwsze produkty tej marki. Gdzieś na blogach czytałam o 'świetnej kolorówce' jednak ja jak to ja nawet nie spoglądałam w tamtą stronę. Dopiero gdy Subi ♥ przysłała mi owy róż skonfrontowałam informację z neta z rzeczywistoscią. W końcu słynna kolorówka MK zagościła u mnie i mogłam się przekonać czy jest tak świetna jak powiadają.

Idealne połącznie matowego różu i rozświetlacza w jednej palecie! Ta para idealnie ze sobą współgra, wspanilae podkreślajać Twoją urodę. Od naturalnego blasku do widocznego rumieńca na policzku. Intensywność koloru możesz dowolnie zmieniać, w zależności od połączenia tych dwóch odcieni.



Przyznaje się, na początku naszej znajomości paletka nie wywarła na mnie dobrego wrażnia. Ot co produkt zamknięty w małym, plastikowym pudełeczku bardziej na pierwszy rzut oka wygląda tandetnie i tanio niż jako produkt z wyższej, cenowej półki. Dopiero gdy go otworzyłam, moim paczadełkom ukazała się niewielka kasteka skrywająca dwa kolory: róż w odcieniu brzoskwini ( choć mógłby byż zdrową pomarańczką) i rozświetlacz w dość 'beżowym'odcieniu. O ile róż bardzo ale to bardzo wpisuje się w moje gusta, to od razu wiedziałam, że iskrzące 'beżowe' cudo spisane jest na straty.

Część brzoskwiniowa pozbawiona jest wszelkich drobinek, zaś nasz rozświetlacz ma skryte lekkie złote iskierki - bardzo ciężko było mi je uchwycić na zdjęciach.
Juicy Guava ma dość mocną pigmentację - nawet po otrzepaniu pędzla z jego nadmiaru można zrobić sobie nim krzywdę. Róż ma soczysty, idelanie podkreślający kości policzkowe kolor i to właśnie on w tej całej dwójce skradł całe show. Sam trzyma się calutki dzień na buzi - nie znika w mgnieniu oka - z upływem czasu traci się jedynie jego intensywność co i tak powoduje, że policzki wyglądają na zdrowo zarumienione.

Rozświetlacz jak dla mnie to jakieś nieporozumienie, ja nie umiem z nim się dogadać. W moim odczuciu jest za bardzo beżowy co często na mojej buzi skutkuje beżowymi plamami niż ładnym rozświetleniem ;(. Krócej też trzyma się skóry i po jakieś 4 - 5 godzinach trzeba go poprawiać. Gorzej też z jego pigmentacją - niby zawarte złote drobinki powinny być widoczne po muśnięciu pędzlem... Powinny a nie są! W tym przypadku trzeba sporo się namachać by dostać pożądany efekt. Odnoszę wrażenie, iż rozświetlacz na mojej buzi nie wygląda na beż tylko na bardziej żółty co jest widoczne w realu.



Praktyczne rozwiązenie w formie kasetki powinno spodobać się każdej kobiecie. Tym bardziej, że marka oferuje drugi kolor różu w odcieniu Ripe Watermelon. Praktyczne na tyle, że plastik ( bądź co bądź przy takiej cenie wygląda tandetnie) jest wykonany solidnie co skutkuje tym, iż nasz produkt podczas podróży jest bezpieczny. Wiadomo, uszkodzony plastik zawsze można wymienić, a całą kasetkę przełożyć w inne miejsce.
Całość nie ma zbyt wielkich rozmiarów - wszystko mieści się w dłoni, dopiero po rozłożeniu tego 'na części' widać, że Juicy Guava nie należe do olbrzymów. Na tyłach plastiku mamy wypisany skład jakby co ( ogromniasty jakby co ;D) ;)

Duo ma przyjemną, aksamitną konsystencję. Już podczas pierwszego zetknięcia się moich palców z jego fakturą czuć miękkość , lekkość. Ani róż ani rozświetlacz nie pyli ani nie osypuje się , no chyba że strzepujecie nadmiar z pędzla na którym i tak się dobrze trzyma ;)





Jak pisałam na samym początku ciężko mi uchwycić efekt jaki uzyskamy za pomocą tego duo. Zdjęcia tego nie oddają, w rzeczywistości ta brzoskwinia wygląda na mocniejszą ale już przywykłam, że apart zjada kolory ( pff staruszku służ mi jak najdłużej). Niestety nie widać za bardzo rozświetlacza ale uwierzcie on tam był! ;D

Za przyjemność obcowania z tym gagatkiem trzeba zapłacić 75 zł / 2.5 g. Dostępny oczywiście u Mary Kay  ;). Rzecz jasna  możecie kupić bardziej elegancką jego wersję ale po co przepłacać?;)

 ♥ Kilka tygodni temu Żaneta pokazała oba kolory tej serii ---> klik


10:48

Życie - to tylko jeden moment

Życie - to tylko jeden moment
Kiedy ktoś mówi 'od dzisiaj żyję na pełnym gaśnie' to wprawia mój mózg w fazę intensywnego myślenia. Sama po sobie wiem jak ciężko realizować taki plan - i tu nie chodzi tylko o jego kształt czy ukierunkowanie swoich zamiarów. Nie każdy bierze pod uwagę, że w połowie przypadków zawsze wypadnie coś po drodze - coś co zniweczy Twoje wielkie plany. Jednak najważniejsze jest zawsze to co poprzedza Twoją decyzję: przecież nie podejemujesz jej pochopnie czy dla swojego kaprysu! Większość ludzi pod wpływem silnych emocji czy zewnętrznych bodźców decyduję się na życie jak na największych obrotach, na takie życie by niczego nie żałować, by po prostu później powiedzieć 'żyłam jak chciałam, miałam wymarzone życie.' Sytuacje te zarówne dobre jak i złe ciągle kształtują nasz charakter, każda zła sytuacja odbija się na nas - my sami jesteśmy jak szkło i nawet najdrobniejsza  zła rzecz powoduje na nas rysę, rysa jest widocznatylko dla nas , zewnętrzenie wydaje sie iż nic nas nie zmoże. Każdy wie jak bardzo kruche jest nasze istnienie ale tak na poważnie czy dzisiaj pomyślałaś / pomyślałeś o tym jakim jesteś szczęściarzem że ten dzień był dobry, może była zła pogoda, może wnerwiono Cię w pracy, pokłóciłaś się z mężem / matką/ przyjacielem ale nadal żyjesz. Wracasz do domu, śpisz, oddychasz - niby zwyczajna rzecz, która dzieje się dzień w dzień, rzecz której w tym momencie nie doceniasz a powinnaś!


Ciągle mi się wydaje, że najbardziej ceniłam swoje życie gdy byłam dzieckiem. Wtedy naprawdę żyłam : bawiłam się w piasku, łapałam bąki w słoiki ( i nadal robię to w każde lato :D), lepiłam babki z piasku i mało co mogło popsuć moje życie.  Nawet jak mama była w szpitalu na jednej z operacji a ojciec mówił ' mama wróci' to ślepo wierzyłam w jego słowa.Wystarczyło zwykłe zapewnienie 'będzie dobrze' usłyszane od dorosłego by we mnie zagościł spokój. Nie zdając sobie sprawy, że kij ma dwa końca wracałam do zabawy - wracałam do swojego świata i do beztroskiego życia, bo przecież to świat dorosłych był zagrożony a nie mój, prawda?
Pierwszy raz o tym jakie to życie jest kruche pomyślałam będąc u mamy w szpitalu. Byłam już ciut starsza, ciut rozumna ale nadal gdzieś w środku skrywało się dziecko. Może to głupie ale takim symbolem przemijania były obcięte rzęsy. Do dziś pamiętam ten moment: mama traciła wzrok, lekarze zdiagnozowali jaskrę, później zaćmę. Bardzo szybko dostała się do szpitala na przeszczep soczewek w obu oczach - pamiętam jak leżała na łóżku szpitalnym, pamiętam panią z małymi nożyczkami, która obcinała mojej mamie rzęsy - mama ciągle mi mówiła 'one odrosną, zobaczysz'. Nie wiem czemu najpierw zebrało mi się na płacz. To tylko rzęsy. Głupie rzęsy, które każdy traci ale widok mamy bez nich był szokujący - chyba 'wtedy dorosłam'.

Zawsze starałam się być najlepsza. Mimo, że nie zawsze byłam idealną koleżanką, idealną córką wszystko starałam się robić na 100 %. Nie sprawiałam kłopotów, nie łaziłam po klubach - moją otoczką były książki i nauka. Przez wiele lat miałam zamiar studiować prawo - niestety nigdy nie było mnie i mojej rodziny na to stać. Alternatywą miała być psychologia - uwielbiam słuchać ludzi! Niestety nie otworzyli w moim mieście tego kierunku. Z braku laku wybrałam Szkołę Medyczną. Zanim jednak wybrałam pójść w kierunku medycznym nastąpił przełom w moim życiu.


Nadal nie balowałam, miałam dwie przyjaciółki z którymi wychodziałam od czasu do czasu. Najwięcej czasu spędzałam i nadal spędzam w domu. I to nie dlatego, że nie chcę czy nie mogę a dlatego, że czuję się tutaj pewniej. Czasem było źle, czasem zazdrościłam znajomym - oni wyjeżdzali, bawili się, imprezowali a ja żyłam w domu. Ktoś mi powie 'Ty nie żyjesz, Ty wegetujesz'.

Może tak jest. Punktem zwrotnym w moim życiu był czas ostatniej klasy liceum. Kiedy cała moja klasa szykowała się na studniówkę ja codziennie się modliłam do Boga - prosiłam by nie zabierał mi mamy. Nie raz mówię, że mam szczęście i na swojej drodze spotykam dobrych ludzi i taki był mój wychowaca, który wiedział o wszystkim i naprawdę miałam wsparcie z każdej strony. W tamtym czasie moja mama przebywała na OIOMie, 6 dzień w śpiączce, wieczorem był telefon z treścią 'muszą Państwo zdecydować o odłączeniu'. Cios, ból. Miałam 18 naście lat i nie byłam gotowa na to. Ojciec się nie zgodził. Gdy na drugi dzień pojechaliśmy do szpitala z korytarza wyszedł ksiądz - straciłam grunt. Po kolei każdy wchodził na salę, ojciec, ciocia - oboje płakali, w końcu weszłam ja i wiecie co? Mama żyła! Otworzyła oczy , płakała a pierwsze co usłyszałam było' co ja narobiłam?'.

Mimo, że od tego momentu minęło 6 lat u mnie jest stagnacja. Lubię swoje życie i w każdy wieczór proszę Boga by następny dzień był po prostu dobry. Ja więcej nie potrzebuję.

Mama nadal choruje, nie widzi, zresztą pamiętacie jak źle było w listopadzie z nią o czym Wam mówiłam. Od kilku lat zajmuję się opieką starszych osób - widzę jak odchodzą, widzę śmierć - mimo, że jest ciężko, że szybko się do nich przywiązuję to nauczyłam się jednego: nie ważne jak żyjesz, ważne by być wdzięcznym za to życie.


Wiem, że moja mama najchętniej by chciała bym poszła na swoje ale nie. Uparcie tutaj jestem dla niej. Kiedyś będę podróżować, będę się bawić , może napiszę jakiś romans ale teraz  w wieku 24 lat uwielbiam swój spokój i ciszę. Uwielbiam pomagać i być potrzebna. Żyję może nie na pełnym gazie ale uczciwie ze sobą. Bezcenną rzeczą dla mnie zawsze są słowa moich podpiecznych, którzy w dużej mierze zmienli mój światopogląd. Bo wiecie gdy ktoś mówi do mojej mamy: 'pani córka to zrobi, bo wiem, że to potrafi i jest w tym najlepsza' to rozpiera mnie duma. Duma nie tylko z siebie ale też dlatego, że chociaż wśród tylu kłopotów mam coś co daje mi satysfakcję i siłę.

Może ten post jest zbyt intymny, może nie na ten blog ale przecież tym się przejmować nie będę. Mogę powiedzieć śmiało TO BYŁ DOBRY DZIEŃ, nikt nie umarł, ja żyję i jutro znowu będę komuś potrzebna więc po co sobie komplikować i zakładać, że od jutra  'dokonam niemożliwego'. Jutro przyjdzie, przyjmę to co mi oferuje i to docenię, czegoś się nauczę ale wieczorem znowu za to Bogu podziękuję.

A Ty?Nadal chcesz powiedzieć, że Twoje życie jest nudne i bezsensu? Każde i to spokojne i to chaotyczne jest pełne wartości, pamiętaj o tym!
A kiedy Ty tak naprawdę doceniłaś / doceniłeś swoje życie?

08:59

BALEA delikatne mleczko do demakijażu z olejem morelowym

BALEA delikatne mleczko do demakijażu z olejem morelowym
Moje uwielbienie do demakijażowych mleczek jest chyba już znane każdemu. Owszem, użyję płynu micelarnego, nawet w szafce stoi kultowa Bioderma ale jednak to białe, lejące się mleczka powodują u mnie przysłowiowe migotanie przedsionków. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym dlaczego to właśnie taka formuła najbardziej mi odpowiada, chyba zdanie 'bo tak' idealnie będzie pasować do sytuacji :-D. Póki co największą miłością pałam do mleczka Dermedic i naprawdę ciężko o godnego następcę skoro i tak poprzeczka wisi dość wysoko. Niestety na mojej wsi wchodząc do drogerii z półek zerkają na mnie płyny micelarne , puszczają do mnie oczko i zachęcają do zakupu. Na ich niekorzyść jestem obojętna bo ciaglę wierzę, że to właśnie jakieś mleczko na półce zwróci moją uwagę i to właśnie ono dostanie nowy, super dom u mnie w łazienkowej szafce. Jak na złość moja wieś ma jakąś niepisaną zasadę 'zero mleczek w drogeriach'! Szok, prawda? Moje serce płacze, twarz ma dość miceli, portfel się cieszy a ja chodzę i szukam gdzie się da zwykłego mleczka do demakijażu.


Z moją Julią nigdy nie rozmawiałyśmy o tym co używamy do demakijazu. Po tylu latach przyjaźni znamy się na tyle dobrze by czytać sobie w myślach ;). Gdy poprosiłam ją by przywiozła coś mi marki Balea nawet nie wiedziałam, że znajdę w paczce mleczko do demakijażu. Ba! Ja nawet nie wiedziałam, że marka ma takie produkty w swojej ofercie. Owszem gdzieś widziałam zajawki toników czy ich płynów micelarnych ale mleczka?

Mleczko do demakijażu z dodatkiem olejku morelowego delikatnie usuwa makijaż i zanieczyszczenia ze skóry, jednocześnie ją nawilżając i odżywiając. Prowitamina B utrzymuje właściwą wilgotność i utrzymuje prawidłowe PH skóry. Po oczyszczeniu skóra jest jedwabiście gładka, elastyczna i promienna. Do stosowania do każdego typu cery, na każdy dzień. Produkt przebadany dermatologicznie.



Czym może różnić się niemieckie mleczko od naszego?
Jeśli o działanie to nasze jak i ich produkty mają to samo ;). To o czym mówi producent pokrywa się w jakiś 80 %. Ameryki nie odkryli ponieważ mleczko spełnia swoje podstawowe zadanie. Przez większość czasu mleczka używałam 'klasycznie' czyli na wacik a potem delikatnie oczyszczałam nim twarz. Z makijażem rodzi sobie całkiem całkiem, jednak ze zmycie makijażu paczadełek robi już sie problem: tusz bardziej się rozmazuje, ciężko schodzi a samo mleczko powoduje zamglony wzrok i / lub pieczenie paczadełka.  Niestety widać, że nie zmywa tuszu do rzęs do końca!
Trochę mnie to zabolało bo naprawdę liczyłam iż produkt będzie fantastyczny a tu takie coś!

Jednak gdy na którymś kosmetycznym blogu przeczytałam inny sposób aplikowania mleczka postanowiłam wypróbować i ten sposób. Mianowicie dziewczyny mówiły, że najpierw mleczko wylewają na dłonie i później masują nim twarz, po czym albo zmywają to wodą albo zbierają całą masę wacikiem.
Z początku było dla mnie to trochę dziwne no ale czego to się nie robi ;D. Dzięki swojej konsystencji masaż twarzy mleczkiem jest delikatny aczkolwiek skuteczny. Nawet zmywanie makijażu z paczadełek jest łatwiejsze - po prostu zamykam oczy i opuszkami palców delikatnie masuję tą okolicę - nie dość, że tusz rozpuszcza się szybciej to nie ma łzawienie czy zamglonego wzroku! Gdy po kilku minutach czuję że w końcu cera została porządnie oczyszczona całość zmywam wodą. Buzia jest miękka, lekko nawilżona i przygotowana na kolejne etapy pielęgnacji.

Co do składu oczywiście mamy tu nasz olej morelowy gdzieś w środku a zaraz po nim olej sezamowy i raczej na tym kończą się nasze dobrodziejstwa ( tak na moje paczadełko ;P) ;). Na szczęście więcej niespodzianek przy tym produkcie nie odnotowałam ;).


Niewątpliwie urzekło mnie skromne opakowanie. Niech każdy gada co chce ale biel zawsze dobrze wygląda ;D. Butelka zamykana na klik jest z dość twardego plastiku, jednak z wydobyciem mleczka nie ma problemu.

Rzeczą która różni to mleczko od tych naszych rodzimych jest konsystencja. Tutaj mamy doczynienia z gęstą, stałą, białą, lekko tłustą - bardziej przypomina jakiś bardzo odżywczy krem. Z początku byłam lekko zdziwiona taką formą jednak pod wpływem ciepła skóry zmienia się w bardzo przyjemną śmietankę ;)

Jak dla mnie takie produkty nie powinny posiadać zapachu a jak już to aby on był delikatny. Tutaj mamy zapach, jest on delikatny, subtelny i szybko znika. Trochę mi przypomina jakieś kwiaty pomieszane z czymś, taki przyjemniaczek dla noska.

Taka formuła podania sprzyja jego wydajności - mleczko używam od dwóch miesięcy a dopiero połowa butelki za mną!



Czy to mleczko jest lepsze niż mój ulubieniec z Dermedic?
Cóż nie do końca, początkowe przeżycia i przygoda z paczadełkami tak naprawdę eliminują go jako polecany produkt. Jednak po odkryciu sposobu na niego - to już inna bajka ;). Poza tym podoba mi się ta jego formuła !Jest inna niż wszystkie a dla mnie to wielki plus.

Mleczko dostaniecie w Dm lub tu ---> klik, cena za 200 ml to 8.50 zł

20:14

Pierre Rene Lip Gloss Party On ( 15)

Pierre Rene Lip Gloss Party On ( 15)
Każda kobieta w swojej kosmetyczce jako punkt obowiązkowy powinna odnotować czerwoną szminkę lub błyszczyk. Chociaż zwolenniczek cukierkowo wyglądających, klejących się jak wyżuta guma błyszczyków grono coraz bardziej się uszczupla ( wiadomo czemu) to producenci na potęgę zasypują nasz rynek takimi produktami. Jednak gdy już zdecydujemy się na błyszczyk zazwyczaj stawiamy na sprawdzone tony: nude, perłowe lub lekko różowe. Ot tak, bo one nie zrobią nam krzywdy. Z czerwienią jest inaczej: choćbym nie wiem czy w posiadaniu masz szminkę, kredkę czy klejącą się formułę błyszczyku owa czerwień w każdym z tych wykonań będzie odznaczać się z przysłowiowego kilometra. Cóż taki los takiego koloru. Nie dość, że czerwień jest dość specyficzna to nie jest kolor dla każdego. To nie jest tak jak w bajkach Disneya czy Pixara większość księżniczek albo ma usta w kolorze czerwieni albo różu - litości, nie każda z nas będzie w nim się czuć dobrze. Po pierwsze czerwień odznacza klasę i odwagę, jest też kolorem najbardziej eleganckim - to nie jest kolor na wiejską potańcówkę w strażackiej remizie! Po drugie: ubranie czerwieni dla niektórych jest prawie jak święto - bo czerwień nie zasługuje na byle jakie towarzystwo!


W moim przypadku jest inaczej: jako rasowy rudzielec czerwień mogę nosić wręcz bezkarnie.  W moim typie urody to jest wręcz nakaz / przymus. między mną a czerwienią istnieje pewna chemia / więź i grzechem z mojej strony byłoby gdybym tego nie wykorzystała. Cóż jednymi są pisane czarne, mocne kreski natomiast mi jest to czerwień.
I wiecie co? Tak jak do picia alkoholi przy rodzicach ( a nie w krzakach za domem) trzeba dorosnąć tak jest właśnie z tego typu akcentem w makijażu. I o ile czerwone pomadki noszę rzadko ( może za rzadko) to szybciej jestem skłonna ustroić swoje usta w taki odcień błyszczyka - co jak co ale rude + czerwone usta czasem może wyglądać lekko 'zdzirowato'  (ach słownictwo! ;D)

Szykowne błyszczyki do ust nowej generacji. Formuła o konsystencji żelu gwarantuje głęboki kolor, bardzo intensywny blask, długotrwały efekt makijażu z doskonałym kryciem. Utrzymuje optymalny poziom nawilżenia.





Party On, który jest moim dzisiejszym gościem wpisu to nic innego jak błyszczyk w kolorze soczystej czerwieni. Zanim dojdę do tej właściwej części wpisu to musicie wiedzieć, że najpiękniejsza czerwień to taka czysta, bez dodatków: z jednej strony prosta z drugiej wykwintna.

W przypadku Party On ta czerwień aż skrzy od ilości migoczących drobinek. Rozumiem, że to ma być w typie 'impreza gra' więc jest brokat ( brak tylko kuli dyskotekowej) ale litości!  Wrzucenie setek drobinek do czerwieni jest jak profanacja - to tak jakby zrobić makijaż najdroższymi kosmetykami tylko po to by iść do spożywczaka kupić kg boczku i 2 kg cebuli!
Rozumiem, że są zwolenniczki takiego ruchu - a se bądźcie ale jako rudzielec , tym bardziej, że nadal jestem 'antydrobinkowa' ( wyjątek: błyszczyk Guerlain!) to mówię temu dość!


Skoro chwilowy bulwers mam już za sobą to część na konkretną opinię o owym produkcie. Na moje szczęście i ku radości rudzielcowego zmysłu podczas nałożenia błyszczyku na usta drobinek prawie nie widać. Ilość wrzuconego skrzącego pyłu aż szczypie w oczy i powoduje ból zębów jednak nie mam pojęcia gdzie to wszystko jest skoro na ustach jest wręcz gładka tafla kolor z ledwo widocznymi drobinkami, no dobra z kilkoma drobinkami?

Mój kolor to nr 15 Party On i jestem zdziwiona odcieniem. Na stronie producenta owa 15 - stka wpada w bardzo śliczny róż ( a dostępnych jest 27 kolorów). Natomiast kolor no.14 bardziej wygląda na mój więc się po prostu zastanawiam czy producenta a raczej jego ekipa wlepili na ten lip gloss odpowiednią etykietkę :-D

To co mi się w tym błyszczyku nie podoba to lepka, gęsta konsystencja. Tutaj zawiodę wszystkie miłośniczki lekkich mazideł - Party On wręcz skleja usta, jest po prostu ciężki w noszeniu przez kilkanaście pierwszych minut.



Nie odpowiada mi taka formuła - osobiście czuję się jakbym robiła balon z gumy a on w trakcie swojego powiększania pękł i obkleił mi połowę twarzy i ust, ugh ;(

W obronie mam jeden konkretny argument: minimalistyczne, maleńkie opakowanie - idealne do torebki czy też kieszeni bo to nie jest wielkość, która można przypadkiem z kieszeni gdzieś wywędrować ( wierzcie, tak mi kiedyś wywędrował błyszczyk z Clinque :x).
Aplikator w kształcie pacynki jest inny niż te które obecnie znacie. Pacynka w formie kuleczki ma lekko ścięty kształt, który jest wyciągnięty ku górze. Jest dość miękka ale w moim odczuciu za duża przez co czerwień po prostu trafia i na usta i na twarz ( wizualizacja: wyobraźcie sobie, że do Waszych ust przyssał się bezzębny pan Bodzio, który całuje Cię na umór! I tak właśnie błyszczyk migruje po buzi ;P)



A skoro już o migracji koloru mowa ... jedno pociągnięcie nie wystarczy na pokrycie ust. Im więcej dokładam by wypełnić prześwity tym więcej usta się kleją a buźka staje się upaćkana - zdarza się, że błyszczyk nakładam pędzelkiem a nie aplikatorem ( dla wygodny i lepszego efektu ).

Nie zauważyłam by ten gagatek miał jakieś właściwości odżywcze. Sam kolor u mnie trzyma się jakieś 1.5 - 2 godziny (bez jedzenia i picia). I tu zaczynają się ogromne schody bo owy lip gloss strasznie się maże ( nie wiem jak on to robi ale ciągle jest poza ustami). Drobinki nigdzie się nie wgryzają za co duży plus.

Z robieniem zdjęcia miałam problem: na każdym zdjęciu kolor wychodził wręcz nenowy i był tak jakby 'rozwarstwiony'.

Poniżej zaraz po nałożeniu / drugie zdjęcie 15 minut od nałożenia:



Bądź co bądź w całości prezentuje się dobrze jednak migracje, ciężka formuła i nieodpowiedni aplikator utrudniają nam nasze relacje.
Ten kolor ma potencjał ale trzeba go dopracować.

Dostaniecie go na stronie pierrerene.pl w cenie 7 ml/ 12.99 zł.

A u Klaudii było o innym odcieniu , które ( ku mojej zazdrości) jej się sprawdził fenomenalnie ---> klik

A Tobie Iwonko dziękuje ♥


11:17

Blogi, które czytam #3

Blogi, które czytam #3
Nie do wiary - to już trzecia odsłona tego cyklu o.O . Ledwo do mnie dociera, że trzeba się zebrać i pokazać Wam kolejne blogi a uwierzcie mi kompletnie nie mam do tego głowy ;D . Na potwierdzenie tego faktu wspomnę iż posta pisałam na raty przez 3 dni! 3 dni zajęło mi sklecenie jakiegoś sensownego zdania. O ile łatwo mi przychodzi wyrobienie opinii o danym blogu to naprawdę ciężko ubrać to w jakieś ładne czy sensowne słowa, szczególnie żeby moje pochwały sie nie powtarzały ;). Dlatego nie będę Was od samego wstępu nudzić tylko zapraszam do konkretnej treści ;)

1. Po tej stronie lustra



Gdy wchodzisz na bloga Ani to od razu widać, że mamy doczynienia z kobietą  świadomą swojej klasy, znajacą swój potencjał a przy tym zachowującą dla siebie naturalną skromność. Czasem wydaje mi się, że Ania to po prostu 'moja najlepsza koleżanka/ znajoma', która w znanym sobie stylu potrafi powiedzieć wszystko tak dobrze, że sama czuję się jakbym już stała w sklepie i płaciła za dany produkt. Poza tym jest escetką - co widać na jej zdjęciach, i odkąd pamietąm jej blog zawsze był taki 'schludny, elegancki i z klasą' ale wdrożając się w jego treść widać pasję, serce i ciepły stosunek autorki do swoich czytelniczek. Jest tu coś magnetycznego, a zarazem prostego w swoim odbiorze - jeśli miałabym wskazać osobę w blogosferze, która jest świetna w tym co robi, nie zadziera nosa i nie liczy na wielki poklask z pewnością postawiłabym na Annę ;). A jeśli skromność Wam nie wsytarczy to uwierzcie, Po tej stronie lustra to oaza spokoju, czystego umysłu i samych dobrych rzeczy! ♥

2. Edpholiczka



To nie jest chyba dziwne, że jako perfumowy freak uwielbiam wszelkie blogi o tej tematyce, prawda?! Kasia - autorka bloga jest tak sympatyczną osobą obok której trzeba się zatrzymać i poznać to co ona nam 'oferuję'. A mówię Wam jej świat jest bajeczny! Uwielbiam jej recenzję, jej styl - to jeden z 3 perfumowych blogów, które czytam i śmiało mogę powiedzieć: 'uwielbiam jej nos! jej gust!'. To właśnie od niej czerpię swoją wiedzę, a moje zapachowe horyzonty rozciągają się w nieskończoność! Sam blog w odbiorze jest łatwy. Kasia zawsze służy radą, odpowiada na każdy komentarz i przy tym ma niezłą pamięć co do tego co czytelniczka mówi ;D.  Ale jej nos! Co to jest za nos! On to dopiero ma fajne życie ;D. Wspomniałam już, że autorka pisze też świetne artykuły dla perfumerii? Oj tak, jeśli mało Wam jej inspiracji na blogu to zawsze możecie poczytać coś innego! Od niej czytam wszystko a moja perfumowa lista rośnie i rośnie - to już prawie książka ;D

3. White Praline


Do dziś pamiętam jak na blogu 'siostry' dziewczyny prosiły by Aga wróciła do blogosfery. Po jakimś czasie wróciła a ja od razu stałam się jej czytelniczką. Nie ukrywam - na początku czułam się obco, dziwnie a ona sama wprawiała mnie w osłupienie ;D. Już nie pamiętam ile razy zmieniał się wygląd bloga, czy jego koncepcja ale dla mnie obecny stan jest najlepszy! Jeśli szukacie piękny zdjęć, szczegółowych, dokładnych recenzji czy po prostu chcecie trochę powzdychać do nuty luksusu to zapraszam serdecznie do Agi! ;* Ona sama jest moim fotograficznym guru - musicie wiedzieć, że to ona daje mi wskazówki co do zdjęć, czasami jest moim pierwszy krytykiem, czasem po prostu spędzam z nią godziny na rozmowach o życiu i o wszystkim innym. Moje początkowe wrażenie, że Agnieszka należy do osób utrzymujących dystans, że podchodzi do wszystkiego z chłodną rezerwą obrócił się w pył - im więcej 'czasu' że sobą rozmawiamy tym bardziej widzę jaką jest ciepłą, sympatyczną osobą, do pokochania! ♥ I nie nie bójcie, blog tylko może Wam lekko opróżnić portfel , a autorka to jedna z nielicznych osób, które nawet kosmetykowi za kilka stówek potrafi wytknąć wadę ;). Ja jestem nią oczarowana i ona o tym wie, wiec mam nadzieję, że i Wy dacie się jej uwieść ;)

4. Elfnaczi



Na tego bloga trafiłam kilka tygodni temu, całkiem przypadkiem, Wracałam czasami by sprawdzić co i jak aż w końcu zostałam na dłużej. Natalia, bo to właśnie jej blog jest tak samo głupia jak ja hahhahahah ;D. I nawet mamy wiele wspólnego ze sobą ;D. A tak na serio czuję, że w realu bym się z nią dogadała tak samo jak na internetach :P. Ale do rzeczy, więc jaki jest blog? Ciepły, taki domowy i z poczuciem humoru.  Natalia raczy nas ogromem informacji czy też wyjaśnieniem składu. I to wcale nie jest takie drętwe - wszystko macie wypunktowane, czarno na białym więc łatwo w tym dostrzec potrzebne informacje. A jak macie pytania śmiało Wam odpowie. Ona sama jest lekko pokręcona co dodaje jej tylko jeszcze większego uroku. Blog jest rzetelny, nie ma tam miejca na fałszywą obłudę co do produktów ( a coraz więcej blogerek tylko wszystko chwali) co mnie osobiście cieszy i wiem, że blog taki zostanie, że zostanie 'prawdziwy i szczery'.  Z tego co sie orientuję Natalia to osoba, które nie pozwala sobie na narzucanie warunków, i nie skusi się na 'gratisy' bo jest 'blogerką' więc chwała jej za to! I chwała jej za bycie sobą! ;*


5. Infinity blog



O to moja perełka blogowa. Dlaczego perełka? Dagmara to jedna z tych osób, która naprawdę wyszukuje kosmetyczne perełki. Ile razy ja się zdziwiłam u niej! Nie wiem jak ona to robi ale zaskakuje, inspiruje a przede wszystkim stawia na NASZE marki! Nawet nie wiedziałam, że nasza rodzima Polska obfituje w wysyp marek kosmetycznych wartych bliższego poznania! I to takich marek, o których jeszcze głośno się nie mówi i właśnie za to kocham bloga Dagmary. Za bycie 'inną', za bycie osobą , która pokazuje coś nowego, coś innego i nie skupia sie na wszystkich markach wiodących prym w kosmetologii. Brawa jej za to! Na jej wpisy wyczekuję jak mops na swojego pana i gdy tylko na IG widzę jakąś zapowiedź to czekam jak na szpilkach! Nie znam a raczej nie spotkałam na razie bloga, który częściej pokazuje nasze, nieodkryte skarby - wychodzi na to, że Dagmara jest pionerką w tej kategorii ;). A bloga polecam z czystym serduchem, bo nigdzie indziej nie znajdziecie tych marek co ona tam pokazuje ;)

6. Beautyfieldss


Jak zwykle pora na początkującą naszą koleżankę. Dziś postawiałam na bloga Aleksandry. Ktoś mi zarzuci, że to wcale nie jest 'świeży blog' bo jego początki są w 2015 roku no ale dla mnie to odkrycie ostatniego miesiąca. Czy mnie kupiono? Makijażami! Oj tak na jej urodę i to co pokazuje na buzi mogłabym patrzeć godzinami! Póki co wdrażam się w bloga więc dużo nie powiem. Co teraz / na razie widzę? Staranność i schludność prowadzenia, przykładanie się do swojej roboty i duży potencjał zobaczymy jak to z czasem wyjdzie, najwyżej zaaktualizuję ten wpis ;). W tym momencie jestem na 'tak' i na blogu pozostanę bo podoba mi sie wygląd, treść ;)

Mam nadzieję, że dziś Was zaskoczyłam czymś nowym ;D
Zdjęcia powinny Was przenieść na bloga a jak nie to, dajcie znać ;)

21:23

Szybka trójka - Especially Escada Elixir, Oriflame Amber Elixir, Thierry Mugler Womanity Liqueurs de Parfum

Szybka trójka - Especially Escada Elixir, Oriflame Amber Elixir, Thierry Mugler Womanity Liqueurs de Parfum
Z lekką obawą dziś na blogu prezentuję Wam nową serię postów - szybką trójkę ;). W tej serii skupię się na moich próbkowaych zapachach. Postaram się o krótki zarys hitorii ( jak widać to słowo nie jest tu adekwatne ;D) tak jak to jest przy 'normalnych 'recenzjach ;). Nie wiem jak to wyjdzie i czy z czasem nie będę miałam o czym pisać ale o tym się będę później martwić ;). Dowiecie się tu też jakie perfumy jeszcze z chęcią zobaczę na swojej półce a co definitywnie skreślam.
Wiem, że sporo z Was bardzo wyczekuje zapachowych postów więc ufam, że seria przypadnia do gustu a tymczasem zapraszam Was moje kochana, na którki zarys trzech historii ;)



1. Escada Elixir

Nuty głowy: grejpfrut, gruszka

Nuty serca: ylang-ylang, śliwka, róża
Nuty bazy: wanilia, piżmo, kaszmir, bursztyn, paczuli


Poranki późnego lata takie są: cierpkie, chłodne a zarazem ciepłe noszące nadzieję, uwielbiam je! Chociaż bardziej uwielbiam patrzeć na swój ogród. W takich momentach zakładam swoją białą, letnią sukienkę, zarzucam wełniany gruby szal, który wydziergała babcia i wybiegam na bosaka na trawę okraszoną nutą rosy. Jej krople łagodnie łaskoczą mi stopy, dawają lekkie uczucie cierpkości i miłego wytchnienia. Gdzieniegdzie z trawy widać puchate, miłe dmuchawce - mam ochotę podbiec, zerwać wszystkie i dmuchać ile sił mam w płucach! Chcę patrzeć na powoli opadające igiełki, dla mnie jest to jak obraz zaklęty w czasie. Ale to nie pora na to, odrzucam tą myśl by zrobić to po co wbiegłam do ogrodu. Ktoś obcy spoglądajac na mnie w tym momencie mógłby pomyśleć, że się skradam, albo co gorzej jestem niepoczytalna! ;D Nie dziwię mu się! Sama czuję się jak małe dziecko, które chce zrobić komuś na złość i po prostu bawić się do utraty tchu. Widzę je. Krzak pięknych, czerwonych róż, dumnie rosnący na środku ogrodu - tam gdzie trawa nie ma prawa wstępu, gdzie nic nie zmąci ich uroku. W głębi serca czuję nutę ekscytacji jak i sprzeciwu: moja dłoń powoli sięga po sekator by uciąć choć jeden kwiat, choć jeden by celebrować jego subtelność ale wiem, że to niemożliwe. Moja obecność jest tu niepożądana. Trawa już mnie nie łaskocze, powoli zaczyna mnie kłuć jakby obwieszczała 'idź stąd!', delikatna rosa już mnie nie okrasza - wręcz zaczyna mi zalewać stopy!. Rezygnuje - wycofuję się w stronę drewaninego płotu, uspokajam serducho, robię głęboki wdech i bach! Zalewa mnie kakofonia aromatów! Na pierwszy wdech wysuwają sie róże - to one bija tu najmocniej i powodują, że Especially Escada Elixir może nosić miano zapachu idealnego na letni czy wiosenny poranek!Chociaż to wydaje się być złudne bo początek jest dość ... krzykliwy! Ale zaraz, zaraz do słowa dochodzi cierpki grejpfrut i gruszka- pomiędzy nimi jest pewien zgrzyt: każdy chce mieć dłuższe pięć minut - na skórze czuję przyjemne mrowienie, coś się zmienia, mam wrażenie, że sama róża w ogrodzie zaczyna się śmiać z mojego głupiego wtargnięcia do ogrodu!. Spokojnie! Drugi wdech - siadam pod płotem, zamykam oczy, ciaśniej owijam się szalem ponieważ lekko kwaskowa śliwka zaczyna mnie sobą częstować! To jest niezwykłe! ♥ Piękne, subtelne. Czuję ciepło, i to nie tylko miękkiej wełny - w zapachu rozbrzmiewa  delikatna nuta wanilii, kaszmiru i odrobina bursztynu. Jednak to nie trwa długo ;( zapach zaczyna pokazywać pazurki, oplatać każdy centymetr ciała, być niezwykle kuszący i wszędzie - tak właśnie zaczyna dominować piżmo!
Especially Escada Elixir jest piękny na letni poranek, dominuje róża,z cierpkimi nutami, które ukrywają się w cieniu ciepła! Chociaż spotkałam opinie,że to oklepany zapach, jeden z tych 'nieudanych';(
Jedyne co mi w zapachu nie gra to trwałość: do 4 godzin na mojej skórze. 
Czy kupiłabym? Możliwe, dałabym szansę na odkrycie reszty historii ;) ♥ .
Dostępne na iperfumy.pl
2. Oriflame Amber Elixir

Nuty głowy: mandarynka, czarna porzeczka, winogrona
Nuty serca: heliotrop, migdał, piwonia
Nuty bazy:piżmo, drzewo sandałowe, ambra



Jesień, późny wieczór. Patrzysz na zegarek i wiesz, że jesteś już spóżniona. Bieganie na pociąg odpada - nie po to zakładałaś kozaczki na obcasie by zaraz przypadkiem w głupim pośpiechu przez swoje gadulstwo wpaść w jakąś wielką dziurę skrywające morze brudnej wody - co to to nie!. Wpadasz na stację - jesteś spóżniona o kwadrans, z daleka slyszysz gwizdek. O nie! To właśnie odjeżdza Twój pociąg - pociąg do nowego życia! Nie zdążyłaś. Walizka ciąży Ci w ręce, dookoła nie ma żadnej żywej duszy, Dostrzegasz jakąś starą, odrapaną ławkę - wleczesz się do niej, rzucasz swój skórzany bagaż na ziemię i siadasz. Poprawiasz beżowy kapelusz, ciaśniej oplatasz się welurowym płaszczem i cicho zaczynasz łkać. Hola hola! Nie tak miało być! Nie tak to sobie wyobraziłaś!. Nagle koś podaje Ci chusteczkę - białą, przyjemną w dotyku - nie spoglądasz w górę, drżącą ręką bierzesz ją i jak najciszej umiesz wydmuchujesz nos. Nagle na Twojej wysokosci pojawiają się ciepłe, bursztynowe oczy, w których gra iskierka rozbawienia, zmartwienia i czegoś innego. W tym momencie zaczynasz się śmiać - jest to irracjonale, niestosowne. Próbujesz wstać ale wychodzi Ci to tak niezgrabnie, że z całym impetem wpadasz na Pana o bursztynowych oczach. Ma refleks! Łapie Cię i delikatnie przytula - czujesz się tutaj bezpiecznie i tak 'swojsko'? Zaczynasz fantazjować jakby to było właśnie dotknąć jego policzka, poczuć smak jego warg na swoich ustach. stop! Skup się! Nie znasz go! Daj mu czas, daj sobie czas - prostujesz się i bach! Wpadłaś jak śliwka w kompot! A mówią, że nie ma 'miłości od pierwszego wejrzenia'! :)
Taki właśnie jest Amber Elixir  ciepły, otulający i bardzo bezpieczny. Jego rytm wyznacza drzewo sandałowca i ambra dając wręcz pokaz umiejętności tanecznych , zapachowi to nadaje odrobinę klasy i szyku, gdzieś w tle lekko stuka starty migdał: niezbyt go dużo, to tylko kapka. Mamy tu też ciężkie piżmo - ono wkładał w ten zapach nuty dystansu, sprawiając, że układa się ideanie na skórze jak ciepła puchowa kołderka!

Oriflame Amber Elixir, to jeden z cieplejszych zapachów jakie znam, idealny na jesień lub zimę. Nie czuć w nim owoców a szkoda, bo w takiej oprawie dla mnie jest za ciężki - czuję się w nim staro.

Trwałość na skórze: do 5 godzin. 
I zdecydowanie to zapach, którego nie będę mieć w swojej kolekcji. Dostępny w Oriflame.

3. Thierry Mugler Womanity Liqueurs de Parfum

Nuty zapachowe: kawior, figa, liść figi, figowiec, wódka, orzech laskowy, przyprawy, nuty drzewne i suszone owoce



Lubię spacerować sama. Może to dziwne ale lubię taki stan rzeczy. Dziwnie czuję się w tłumie - mam wrażnie, że jestem wśród ludzi wyobcowana. Oni sami zawsze spoglądają na mnie jak na idiotkę - nie wiem czy to przez mój styl ubierania: ciężkie naszyjniki, czarne szpilki i skórzana kurtka przezcież nie należą do rzeczy zakazanych! Może to przez ciągle towarzyszące mi kolczyki w kształcie krzyża? Taka biżuteria nadal staje się temtem obiekcji na tej zapyziałej wsi! Nie jestem żadnym metalowcem czy jakimś świrem mordującym niewinne białe koty! Do cholery! Lubię swój styl bycia, ale także mam też wrażliwą naturę; mało osób wie, że często wędruje po plaży z książką przy boku. Wówczas siadam na piasku, wpatruję się w jezioro i czekam na jakiś znak. Być może na jakiś znak Boży. W większosci przypadku kończy się to tym, że wypijam cały zapas alkoholu, który ze sobą przyniosłam i lekkim, zataczjacym się pijackim krokiem wracam do swojego mieszkania, które o dziwo utrzymuje w pastelowych tonacjach. Mam ochotę krzyczeć - mój związek rozpadł się właśnie przez mój styl bycia. Alex tego nie rozumiał, nie rozumiał mojej niechęci do masowych imprez czy wypadu na pizzę z masą przyjaciół. A niech to! Znowu to robię. Po pijaku, nieświadomie, wystukuję numer i dzwonię - pik, pik, pik poczta głosowa; zostawiam wiadomość ' Cześć tu ja. znaczy wiesz, że to ja, musisz to wiedzieć, I nie nie jestem pijana - no może wypiłam jeden czy dwa kieliszki, zresztą nie jesteś moim ojcem bym musiała się tłumaczyć! Nie, nie nie wyrzuciłam jeszcze kota za drzwi chciaż czasem chcę Ci go zapakować w karton i wysłać do Ciebie z napisem ' bo przecież lubisz futrzane rarytaski' ale cos mnie powstrzymuje i ten sierściuch nadal chodzi ... żywy. I widzisz co zrobiłeś? Zapomniałam co chciałam!'. Z furią ciskam telefon na kanapę. Trzymając się blisko ściany, oddychając jakbym właśnie przebiegła maraton z nogami związanymi w kolanach, wkradam się do kuchni, wyjmuję lód w kostkach, lody w opakowaniu i wódkę. A co mi tam! Wleję sobie kielicha, zjem lody i odrobinę się prześpię ale już tego nie doświadczam. Próbując nie zamykać oczu widzę Alexa, wchodzącego do kuchni, jest lekko poirytowany, bierze mnie na ręcę - czuję jak w głowie kręci się karuzlea i opadam w nicość z myślą ' ten głupek tu jest'!.

Thierry Mugler Womanity Liqueurs de Parfum to dziwny zapach. To nie mój zapach. Kawior sprawia, że aromat jest wręcz luksusowy, niedostepny. Gdzieś w tle widzę orzechy, które lekko stukają w swoje skorupki by wydobyć z siebie najlepszy, najcieplejszych zapach, zamknięty pod powłoczką. Jest tu jeszcze coś cierpkiego, zupełnie nie do przełknięcia, to coś wręcz jest palące, żrące i dla mnie, dla mojego nosa odpychające - to wódka. Po kilku długich minutach wybija się ponad całość wzbudzając okrzyk zdziwienia - mam wrażenie, iż moja skóra skroplona jest hektolitrem wódki, to dziwne, intrygujące i nie dla mnie.

Trwałość zapachu ponad 5 godzin.
Czy widzę go u siebie? Nie, zdecydowanie nie, zapach ma coś w sobie ostrego i dla mnie odpychajacego.

Niestety Thierry Mugler Womanity Liqueurs de Parfum nie jest dostępny w Polsce ale można szukać online.

I jak? Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam :)




Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger