18:35

3 'zjawiska' w mediach społecznościowych, przy których już mi brak słów!

3 'zjawiska' w mediach społecznościowych, przy których już mi brak słów!
Gdy naszła mnie myśl na tego posta miałam chwilę zawahania - ewidentnie dziś narażę się na hejty i kilka przykrych słów pod moim czy też bloga adresem. Przez kilka dni intensywnie myślałam czy warto poruszać taki temat. W każdym z 'poniższych' zjawisk  można zobaczyć przykłady ze swojego bliskiego otoczenia, ba nawet kilka z Was może to odebrać osobiście! Więc na samym wstępie powiem, że mówię ogólnie, nie jednostkowo.
Ten post to po prostu wylanie z siebie kilku słów pod adresem tego co ja obecnie widzę na Fb, Instagramie czy jeszcze innych portalach społecznościowych. W tym poście pierwszy raz nie mam zamiaru hamować się ze słownictwem i mam nadzieję, że mi to wybaczycie :*



1. Moda na bycie 'fit' czyli wręcz obsesyjna tendencja do promowania bycia 'szczupłym dla własnego zdrowia'.

Pewnie większość z Was się zdziwi, że to mi przeszkadza, bo przecież troska o swoje zdrowie jest najważniejsza, no ale...
 Gdzie nie spojrzę tam Chodakowska, Lewandowska i inne trenerki. Kiedyś mi to nie przeszkadzało - u mnie miarka się przebrała gdy na Fb zobaczyłam jak pewna matka wrzuciła filmik 'ja i moja córka robimy skalpel'. Niby nic nie zwykłego ale ta córka miała 9 lat! 9 lat do jasnej cholery! Przecież to dziecko, a nie lalka która powinna ćwiczyć z matką bo ta ma jakieś jazdy na punkcie lepszej (swojej) sylwetki!
I niech mi nikt nie wmawia, że ćwiczę dla swojego zdrowia! Dla swojego zdrowia jem warzywa, żywię się racjonalnie a nie katuję się przez kilkanaście godzin na siłowni i wyrabiam mięśnie.
Jeśli biegam to dlatego, że chcę a nie dlatego, że jakaś celebrytka mi to każe! Dla 'swojego zdrowia' mam kupić płytkę z ćwiczeniami czy tam jakiś poradnik? Serio to dla zdrowia??!
Psychologowie mówią' akceptuj siebie taką jaka jesteś, zaakceptuj swoje ciało'. Nosz kur***a jak mamy to zrobić skoro wszędzie jest 'bądź fit!' Bycie za grubym jest złe, bycie za chudym też jest złe no ale przecież uporczywie chcemy być jak te 'znane'.
Co druga moja znajoma ćwiczy z Chodakowską, powoli widzę jak zmieniają się im rysy twarzy, widzę też że w pewnym momencie usilnie starają się innym wytykać 'wady' w budowie ciała.
Czasem odbieram to osobiście - nie mam zamiaru mieć diety, męczyć się na siłowni bo widzę wielki napis na Fb czy IG '' bądź fit/ podejmij wyzwanie BIKINI". Temu kto pierwszy wpadł na ten genialny pomysł promowania 'szczupłej sylwetki na siłę' najchętniej bym strzeliła w pysk! Dlaczego nikt nie promuje ' zaakceptuj siebie, pokochaj swoje ciało'? Jedni są chudzi, jedni grubi, Ci z otyłością walczą o każdy zgubiony centymetr, Ci szczupli walczą o jeszcze mniej! A co ja na to? Szczerze, to ta moda może pocałować mnie w dup*.. bo może tu mam za dużo, może nie mam sylwetki osy ale mam jeszcze dość oleju w głowie by wiedzieć, że moja wartość nie zależy od szczupłej sylwetki! I kocham swoje ciało, i kocham być w swojej skórze a to jest najważniejsze! I nikt mi do cholery nie wmówi, że ze mną jest coś nie tak i  że mam się słuchać jakiejś Chodakowskiej, która błyśnie  sylwetką w bikini ze zrobionymi cyckami!

Akceptowanie siebie jest ważne ! Tutaj Was zapraszam na posta Agaty--> klik



2. Instablogerki - ale że co? że kto to?

To określenie kompletnie mnie zszokowało! Szanuję każdą blogerkę, ale serio to słowo jest nadużywane!
Rozumiem, ktoś prowadzi bloga, ma swoją stronę na Fb , a Instagram jest po prostu formą komunikacji z czytelnikami , ogólnie ma takie swoje miejsce w sieci.  Na IG jest też kilka osób, które naprawdę można nazwać 'blogerem' bo rzetelnie potrafią opisać jakąś rzecz, kosmetyk i widzę wkład w to co robią - takie rzeczy po prostu rozumiem. ale takie osoby same siebie tak nie nazywają a mogłyby.
Więc do jakiej ciasnej dziewczyna, która 10 razy dziennie wrzuci zdjęcie w lustrze, nie ma żadnego bloga, strony na FB, nie opisze nic, śmie się nazywać blogerką? ! Więc ja w takim razie kim jestem?
Sorry, też mogę stanąć wypiąć tyłek, pokazać cycki i pokazać, że mam bluzkę od xxx i wstawić 100 hasztagów! Litości, pokazujesz modę? Ok pokazuj ale nie mówi do cholery, że jesteś blogerką! A skoro już tak mówisz to pokaż mi to swoje miejsca gdzie ta Twoja 'stylizacja' jest opisana kompletnie! Jest wiele dziewczyn na IG pokazujących modę, kosmetyki, lifestyle w piękny sposób, wiele z nich nie ma 'swojego bloga/ strony na FB'  - i uwierzcie mi, większość z nich się nie mianuje jako 'blogger' tylko jako pasjonatka - szacun!
Widocznie na nic starania się, szkolenia, robienie lepszych zdjęć skoro wystarczy, stanąć przed lustrem, zasłonić twarz walnąć zdjęć, dodać w bio hasło 'blogger' ,  - w końcu każdy blogger to prawie to samo... Ok, serio? Niektórym to naprawdę trzeba zafundować kilka dni 'pracy prawdziwego bloggera'! Albo nowy mózg! Bo być pasjonatem czegoś a blogować to są dwie różne rzeczy.


3. Jestem w ciąży, wrzucę zdjęcie z USG!

Jeszcze dwa lata temu tego nie było, a teraz? Teraz każda moja znajoma,  co druga kuzynka, ciotka itp. która jest w ciąży wrzuca zdjęcie z USG! Ok, polubię, pogratuluję ale w środku mnie krew zalewa! Ja pier...Serio? Czy tylko mi się wydaje, że taki obraz jest zbyt intymny by go w necie pokazywać? Po uj wstawiać takie zdjęcie gdzie dla wszystkich to wygląda jak jedna wielka plama? Ty wiesz, że tam jest dziecko bo Ci ginekolog powiedział a cała reszta patrzy jak sroka w gnat bo nie widzi nic! Może zrób kółeczko i zaznacz płód dla ułatwienia?! O tym, że jest się w ciąży można ładniej obwieścić - wstawić zdjęcie bucików czy tak jak moja sąsiadka przewiązać brzuszek niebieską / różową kokardką co jest urocze! Rozumiem zdjęcia z brzuszkiem, które są piękne ale to z USG....
A może po prostu wstawić zdjęcie jak się sika na test? Lub napisać jedno krótkie zdanie: 'uprawialiśmy seks, będziemy mieli dziecko'!
Rozumiem, że chcesz podzielić się ze światem dobrą nowiną ale zrób to w jakiś lepszy sposób! Dla mnie to po prostu 'sprzedawania swojej intymności'! Takie zdjęcie jest dla Ciebie, dla partnera na potwierdzenie tego, że nosisz w sobie życie! 
A co jest w tym najśmieszniejsze? Wszystkie dziewczyny ( no prawie), które wrzuciły takie zdjęcie na swoją stronę dają po porodzie zdjęcie swojego dziecka - no niby nic takiego, ale żeby wrzucać zdjęcie godzinę po porodzie? Naprawdę?To jest najważniejsza rzecz jaką robią kobiety teraz gdy na świat przychodzi 'mały cud' pstryk zdjęcie i na Fb! Ktoś może mi zarzucić ' ale Ty masz też takie zdjęcie noworodka!'. Tak, mam. U mnie na prywatnym Fb są zdjęcia małej, która urodziła się przed 1 w nocy a zdjęcie dodałam w ten sam dzień jakoś na wieczór dopiero jak siostra się zgodziła - ot co. Czy ja wstawię takie zdjęcie jak będę w ciąży? Nie, nie wstawię bo 'mój mały cud' w tym pierwszym 'stadium' będzie podziwiany tylko przez nas, najbliższych, mogę wstawić 'brzuszkowe' ale nie naruszę 'NASZEJ" intymności!


Trzy, dwa, jeden na hejty czas start ;) ♥ albo może wywiąże się z tego jakaś pasjonująca dyskusja?

18:28

Lutowe denko #16

Lutowe denko #16
Jestem z siebie dumna! Po gigantycznym denku ze stycznia przyszła pora na śmieci z lutego, którego bagatela są o połowę mniejsze. W moim przypadku zawsze jest tak: im mniej  mam nowości w danym miesiącu tym mniej zużywam - nie wiem tak jakoś mi to przychodzi :D.
Chciałabym albo nawet życzę sobie szybsze (z)używanie kolorówki ale to tylko takie małe mrzonki albo po prostu moje maleńkie modły do niebios, zresztą w tym przypadku chyba każda z nas tak ma :-). Jedyne co mi się nie podoba w tym denku to fakt, że znowu mam każde zdjęcie z innej parafii: taki urok robienia zwykłym aparatem i bycia zależną od pogody ;D


Razem z denkiem pożegnałam też mój stary kartonik, który po tak długim czasie rozpadł się na kawałki D. Ale za to od mamy dostałam nowe kartonicho - ciut większe i to w kolorze białym, czysty szok ;D o.O. No dobra my tu pitu pitu a śmieci czekają na wybiegu ;D

I.TWARZ:


1. Sylveco, lekki krem nagietkowy - czyste zło! Wyrzuciłam ledwo napoczęte opakowanie. Niestety nie każdy naturalny kosmetyk jest tak dobry jak opisują i ja się o tym boleśnie przekonałam. Bo kilkunastu dniach z tych kremem moja skóra była w opłakanym stanie  a ja musiałam się leczyć maścią z antybiotykiem ;(,  pisałam o tym  o tu ---> klik

2. Dermedic Clinical Regenist, mleczko do demakijażu - jak ja uwielbiam wszelkie mleczka! To okazało się idealne! Nie podrażniało paczadełek, nie zostawiało tłustej warstwy, poza tym samo opakowanie wyglądało na 'luksusowe'. Było bardzo wydajne - mała kapka  wystarczyła o czym świadczy fakt, że jego recenzja pojawiła się w październiku ---> tutaj a ja dopiero je wykończyłam! Szacun!

3. Ziaja, Liście Manauka, żel myjący ... - jedyny żel jaki znalazłam w potrzebie na mojej wsi. Dziwnym trafem gdy miałam jego próbki to jakimś cudem podrażniał mi paczadełka a pełnowymiarowe opakowanie tego nie robi o.O ;D. Żel jak żel, dobrze oczyszcza choć miałam wrażenie, że lekko wysusza skórę.

4. Mary Kay Botanical Effects, maseczka nawilżająca - ostatni produkt z całej serii, który był  używany jak najoszczędniej. Lubiłam za całkiem dobre działanie, za to, ze sprawiał iż cera wyglądała promiennie a skóra po jej użyciu była taka 'milutka', niestety wydajność ma sporo do życzenia . Pełna recenzja zestawu tu ---> klik


5. Mydła w kostce:
- Nivea aloe vera & flowers, cóż uwielbiam ich zapachy i delikatność ale na dłuższą metę wolę jednak Dove,
- Oriflame Nature Secrets - mydło antybakteryjne, które zaczęłam stosować podczas problemów z cerą przez Sylveco. Dlaczego ono? To mydło jest antybakteryjne i genialnie łagodziło moje podrażnienia! Pachniało lekko mandarynką :D

6. Sampar Ultra Hydrating Fluid - próbkę dostałam od Sonii ;* i powiem Wam, że dawno nie miałam tak cudownie pachnącego kosmetyku! Cudowny różany zapach, lekka formuła i całkiem dobre nawilżenie. Gdyby nie cena to z chęcią kupiłabym pełnowymiarowe opakowanie :D

7. Lancome Galateis Douceur, mleczko do demakijażu - tą miniaturę wygrałam w rozdaniu i tutaj jestem zawiedziona. Mleczko pięknie pachnie, ale z wydobyciem z tego małego opakowania był problem ;( Jak na mleczko z tak wysokiej półki niemiłosiernie podrażniało paczadełka  a wzrok był jak 'za mgłą' ;(

8. Cleanic waciki to już chyba standard u każdej kobiety w denku ;D

9. Maski Balea: 
- fioletowa, lawenda - jako, że nie znoszę tego chwasta to tu jestem zdziwiona! Nie ma zapachu lawendy, jest zaś gęsta masa, która dla twarzy jest jak kompres! Po jej wchłonięciu skóra ma mocną dawkę nawilżenia i niewątpliwie jest ona moją ulubioną wersją ;)
- różowa malinowa - pachnie pięknie jogurtem i aż chce się ją zjeść ale kompletnie nic nie robi ;)
- próbka kremu Lavera nie zapadła mi w pamięć :P

10. Sephora Ultra Soothing Fiber Mask -  to z kolei dostałam od Subi ;* i szczerze powiem nie spodziewałam się, że jest tak mokra! Niestety jak to z takimi płachtami bywa na mnie była za ogromna ale dawała fajne uczucie chłodu ♥

II. WŁOSY:


11. Pinio, szampon i płyn do kąpieli - maliną nie pachniał, raczej oranżadką ale za to nie plątał włosów moich czy też małej ;). Od czasu do czasu lubię poużywać te szampony chociaż jako płyny do kąpieli też dają radę tworząc obfitą pianę ;)

12. Joanna Naturia 220 płomienna iskra - w końcu zapragnęłam wyglądać jak człowiek ;D. Niestety mój portfel ostatnio piszczy z biedy więc wybrałam najtańszą i najbardziej sprawdzoną i znaną mi farbę :)

III. CIAŁO:


13. Rexona tropical power, kremowy żel pod prysznic - żel , który wygrałam u Magdy mnie zaskoczył. Fajna kremowa formuła, dość dobrze się pieni i pięknie pachnie, czego chcieć więcej od żelu? Mi to wystarczyło jednak mógłby być bardziej wydajny :)

14. Anida krem do rąk - kremik od mojej siostry ;*. który im dłużej stosowałam tym bardziej wysuszał mi skórę :(. Ach ten nieszczęsny argan! Chociaż zapach miał nawet taki ok :P

15. A próbka kremu Sylveco w ogóle mi nie przypadła: dziwna konsystencja, dziwny zapach ;/

IV. INNE:


16. Lady, zmywacz do paznokci - u mnie to już chyba norma, że w każdym denku jest jakiś pustak po zmywaczu ;D. Akurat za taki produkt nie lubię przepłacać ;D

17. Katy Perry, Mad Potion - trochę dziwny zapach z którym nie mogłam się zgrać. Nie jest zły, nie jest też dobry ale jej  'killerki'  czy 'royallki' są zdecydowanie najlepsze!

18. Yankee Candle Chocolate Truffle - kompletnie nie moja zapachowa bajka, najbardziej sztuczny zapach jaki znam :(. Posłuchałam się rady jednej z Was i połączyłam go z innym woskiem gdzie nawet mogłam go jakoś stolerować ;D Pełna recenzja ---> tutaj 

I cóż na dziś mam już koniec śmieciowych opakowań.
Swoją drogą myślałam, że jest tego znacznie mniej :P
 A jak tam Wasze denka? 

10:02

Le Petit Marseilials mleczko nawilżające REGENERACJA

Le Petit Marseilials mleczko nawilżające REGENERACJA
Każdy wieczór to swoisty rytuał. Swój zaczynam od kremowania stópek, balsamowania ciała i ogólnie przyjętej normy wkradania się w łaski 'słodkiej woli nic nie robienia czyli leżenia i pachnienia'. Żeby taki stan osiągnąć pomocne są umilacze ( facet masażysta też mógłby być - nie pogardziłabym :D) no ale z braku laku mogą być świeczki, pachnące kremy czy balsamy. Te ostatnie są ważną częścią tego rytuału: nie dość, że mają zapewnić mojemu ciało odprężenie, ukojenie i potężną dawkę nawilżenia to fajnie by było jakby pachniały jak najlepsze perfumy ( a najlepiej jakby jeszcze same się smarowały na ciele). W swojej krótkiej mazidłowej historii mogę skreślić kolejną pozycję z listy ' do wymiziania / wysmarowania na mojej ogromnej powierzchni użytkowej' :D. Chociaż tutaj idealnie wpisują się słowa 'akcja! regeneracja ;D!' czyli odsłona trzecia i ostatnia marki LPM :)


Z tym mleczkiem nie było mi po drodze. Jakoś tak odkładałam jego używanie 'na potem', ' na później' a może nawet ' w razie konieczności gdy mnie piorun trzaśnie'. Ja naprawdę chciałam go używać, jakoś we wrześniu zabrałam na spacer gdzie zrobiłam mu mega sesję zdjęciową jaką widzicie w tym poście( uwielbiam plenery! ♥) po czym wróciłam z nim do domu, wpakowałam do kartona pokazałam 'pa pa' a sama w tym czasie zaczęłam miziać się czymś innym.
Ale 'nadejszła' ta wiekopomna chwila, gdy na jakoś na końcówce listopada przeglądając 'zapasy' mleczko krzyknęło do mnie: 'ej Ty! długo mnie będziesz tu trzymać? Chcę wolności!!!' Więc temu gagatkowi dałam wolność -  z małą przerwą na olejek Dove ( zło!) i balsam z Korres ( cudo! ♥) .



Aż na usta mi się ciśnie 'obiecanki cacanki a głupiemu radość'. Nawet w tym momencie brak mi słów by opisać jakieś jego działania a wiem, powinnam powiedzieć coś, cokolwiek.
Może zacznijmy od tego, że produkt nie nada się do skóry suchej lub przesuszonej - jego nawilżenie nie jest zbyt wystarczające i nie daje nam tego co zapewnia producent czyli  '24 godzinny komfort' .
Oczywiście robi to co należy do jego zadań: nawilża, odżywia ale w bardzo 'oszczędny' sposób.
Ze swoją skórą problemów nie mam ale żadnej regeneracji nie zauważyłam.  Dla mnie to mleczko jest wystarczające ale nic poza tym. Nic specjalnego. Tyłka nie urywa.
Tak jak mówiłam, nie ma 24 godzinnego komfortu - skóra po nałożeniu mleczka jest taka sama jak po każdym innym takim produkcie: czyli 'miękka i aksamitna' :P . Niestety ten efekt zbyt długo się nie utrzymuje ;(.

Na uwagę zasługuje opakowanie tego mleczka. Smukła, wysoka butelka uwieńczona pompką. Pompkę możecie obrócić o 180 stopni - w lewo lub prawo czyli albo do otwieracie albo zamykacie. Pompka się nie zacina, działa dobrze chociaż czasami miałam problemy - mimo, że przekręcałam w odpowiednia stronę to ona nie chciała wskoczyć na miejsce 'stop' ;(
Sama kolorystyka opakowania bardzo mi przypadła do gustu.Niestety albo stety jeśli chcemy zobaczyć ile zostało nam produktu to musimy rozkręcić pompkę.



A co z całą resztą?
Cóż mamy tu lekką, nie zbyt się lejącą konsystencją, która wchłania się dość szybko jeśli na ciało nałożymy maleńką ilość mleczka. Większa ilość tej białej masy powoduje na ciele 'bielenie się' a ona sama po prostu wygląda jakby nie miała się wchłonąć :/.
A zapach? Cóż nie jest zbyt wybitny, zbyt szczególny - zwykły balsamowy bez jakiś konkretnych tonów. Nie czuć go prawie wcale, szybko się ulatnia.
Niestety każdy produkt 'wybitnie zbyt przereklamowany a będący po prostu szarą myszką' jest wydajny. Licząc dni wychodzi na to, że w ciągu dwóch miesięcy ( trochę listopada i grudnia, i od początku lutego) zużyłam dopiero połowę opakowania i szczerze mówiąc jestem zmęczona tym mleczkiem .

Chciałabym na samym końcu powiedzieć, że to mleczko to bomba i skóra z ulgą je przyjmie ale niestety wyszło mizernie - ja jestem tym produktem bardzo rozczarowana.

Owe mleczko możecie szukać online lub w Rossmannie ( chyba). Dostępne w pojemności 250 ml / ok. 16 zł lub 400 ml ( i tutaj ceny nie znam ;( ).

08:25

Wygraj paletkę Makeup Revolution!

Wygraj paletkę Makeup Revolution!
Z racji niedzieli albo takiej, że mi się nudzi albo po prostu bez okazji, no dobra a może dlatego, że dawno nie było dziś mam dla Was rozdanie! :D
Do wygrania jedna z niżej prezentowanych paletek marki Makeup Revolution! Z myślą o Was wybrałam 4 większe paletki z 32 cieniami w różnych kolorystykach - jak same nie używacie i paleta jest dla Was za 'ogromna' to zawsze możecie komuś oddać ;D

P/s wczorajsza data bo wczoraj robiłam baner ;D. Wszystkie odnośniki do portali społecznościowych macie po boku ;)


Jak zwykle jest warunek konieczny: wystarczy być obserwatorem bloga, podać email, wybrać paletkę i odpowiedzieć na zadane pytanie czyli: 'Dlaczego ta paletka ma trafić do Ciebie?'
Dla ułatwienia zrobiłam formularz - w razie problemów odpowiadajcie w komentarzach ;)




Przeczytaj!

Regulamin:

1. Organizatorem rozdania jestem ja, autorka bloga.
2. Rozdanie trwa od dziś do 20.03 a wyniki postaram się podać w ciągu 3 - 4 dni w nowym poście.
3. Na dane do wysyłki czekam 3 dni! Po tym czasie losują kolejną osobę!
4. Nagrodą w konkursie jest jedna z widocznych paletek.
5. Do laureta nagroda zostanie wysłana prosto ze sklepu ( prawdopodobnie z mintishop). Koszt przesyłki i palety pokrywam ja. W razie braku dostępności Twojej wybranej paletki będę prosiła o wskazanie innej z powyższych. 
6. O wygranej powiadomię też bezpośrednio wysyłając emaila.
7. Mintishop nie ma nic wspólnego z zabawą. 
8. Biorę pod uwagę zgłoszenia, które spełnią warunki obowiązkowe: obserwują bloga i odpowiedzą na pytanie.
9. Zabawa nie podlega pod gry hazardowe.
10. Nagrodę wysyłam tylko na terenie PL.


Powodzenia!

12:08

Tydzień filmowy #12 - pierwsze obejrzane filmy w 2016 roku

Tydzień filmowy #12 - pierwsze obejrzane filmy w 2016 roku
Kolejny miesiąc prawie za nami. Lada dzień luty 2016 przejdzie do historii a ja gapa jeszcze nie pokazałam Wam tego co udało mi się obejrzeć. Po mini podsumowaniu 2015 roku sukcesywnie zabieram się za oglądanie nowości i tego co aktualnie zgarnia wszelkie możliwe chwały.  Póki co ten rok filmowo robi na mnie wrażenie, i nie mówię tu tylko o tym co dopiero będzie w kinach.
Miałam jeszcze kilka 'zaległych' filmów z zeszłego roku do obejrzenia więc teraz w wolnych chwilach, z kubkiem gorącej malinowej herbaty odhaczam kolejne pozycje na swojej liście. Chociaż nie, zdarza się, że po kilku minutach idę w 'pieruny' bo akurat przeszła mi ochota na film ;D. Tak czy siak tydzień filmowy ( jak nazwa wskazuje) potrzebuje konkretnych faktów/ dowodów/ potwierdzeń , że siedzę i oglądam filmidła -  a  co konkretnie obejrzałam niżej :D

1. Hotel Transylvania 2 (2015) ---> klik


Eeee, yyy tak uwielbiam bajki! A w szczególności takie o potworach, wampirach i w ogóle :D. Uwielbiam pierwszą jak i drugą część :D. Niesamowita dawka humoru, najlepsze postacie jakie widziałam ostatnio, a przede wszystkim morał końcowy ♥. Tutaj nie tylko popłaczecie się ze śmiechu ( zielona galareta rządzi! :D) ale też ze wzruszenia. Nie tylko dzieci ją pokochają ale i dorośli - nawet mój 33 letni brat śmiał się jak opętany! :D 
Poza tym mojemu Karolowi powiedziałam, że dzieciom będę śpiewać wampirzą kołysankę własnie z tej bajki :D - jego reakcja 'jesteś nienormalna' :D ♥

2. Paranormal Activity: inny wymiar (2015) ---> klik


Ale że co? Po co? Na co to? O ile pierwszą , góra drugą część mogłam obejrzeć i stolerować to nie rozumiem po robić kolejną 'kaszanę', w której nie zmienia się kompletnie nic oprócz rodziny? W pewnym momencie zgubiłam też wątek filmu - od początku jest tak namieszane że to masakra. Ok, jasne, że to miało być spójne z poprzednią częścią ale coś im nie wyszło. Zresztą im dalej, im więcej części tym gorzej :D. Dlatego z czystym sumieniem mówię: bagno :D 

3. Łowcy zombie ( 2015) ---> klik


Kategoria 'horror, komedia' a raczej czarna komedia. Tak absurdalnego humoru dawno nie widziałam. Na tym po prostu popłakałam się jak dziecko: bo jak tu nie płakać skoro, żeby ominąć zombie trzeba trzymać się męskiego przyrodzenia? :D. Nie wiem co w głowie mieli producenci i twórcy filmu - o ile w ogóle coś w tej głowie mieli :-D.  W końcu mamy tu: zombie, cycki, zombie, cycki ach i w tle wątek miłosny i zjedzony tyłek. Czy może być gorzej? Może ale to film na totalne odmóżdzenie się!

4. Zjawa ( 2015) ---> klik


Po zwiastunie wiedziałam, że to będzie 'wow'. I jest! Genialny Leo, który musi dostać za rolę Oscara!
Film ma jeden mankament, jest długi i czasami potrafi 'przynudzić'. 
Niby taka historia już się przewijała w filmach ale tu mamy taką surowość, brutalność bez zbędnych ogródek. I nie zapominajmy też o Hardym, który w ostatnim czasie jest fenomenalny! Dobre, wręcz męski kino - sorry dziewczyny, czasem może Was zemdlić, na szczęście ja uwielbiam 'hektolitry krwi' ( tu stanowczo za mało)  i bicie po mordach :D. A taka wola życia jak tu pokazano, chęć zemsty aż bije po oczach!

5. Legend (2015) ---> klik
Skoro o Hardym mowa ... o mamo! To jeden z moich ulubionych filmów ostatnio! Brutalny, wulgarny, prawdziwy ale też smutny! Nie oglądam biografii ale ta robi wrażenie. A raczej robi wrażenie to co możemy poświęcić dla własnej rodziny, dla własnych interesów mimo, ze wiemy kto ma rację. Pomijając wątek gangsterski to film na czasie - bo każdy z nas w życiu toczy walkę ze swoimi słabościami czy nałogami.  Cieszę się, że jest taki film, który jest dopracowany w każdym calu: kostiumy, scenografia, historia, klimat i genialna obsada! Pozycja obowiązkowa dla kinomanów! No i Hardy razy dwa - genialny!

6. Wizyta (2015) ---> klik


Miałam powiedzieć: dno, bagno, nie oglądajcie. W połowie filmu zmieniłam zdanie. Nie jest to horror najwyższych lotów, nie jest też zbyt straszny czy krwisty ( ubolewam nad tym) ale jest iny niż te którymi nas raczą w ostatnich czasach. Naprawdę byłam zaskoczona końcówką filmu, jego dalszą fabułą a przede wszystkim tą historią -  jest tak pokręcona i intrygująca, że uplasowała film w moich 'odkryciach'. Mało znani aktorzy, film zrobiony bez wielkich kampanii reklamowych potrafi wprawić w osłupienie!

7. Marsjanin ( 2015) ---> klik

Nie rozumiem jego fenomenu. 10 minut przed jego końcem po prostu zasnęłam. Niby ta historia jest ciekawa intrygująca, fascynująca ale nie dla mnie.  Damon nadal w aktorskiej formie, nadal ma ' to coś' no ale... Oprócz kilku śmiesznych momentów ta historia do mnie nie mówi. Po prostu obejrzałam i już. Nie wiem skąd tyle nominacji. skąd tyle pochwał bo mi filmidło w pamięć nie zapadało. Mam nadzieję, że inaczej będzie z książką ;)

8. Praktykant (2015) ---> klik


Jeden z cieplejszych filmów jakie miałam przyjemność oglądać. Nie do końca zgadzam się z tym, że to komedia bo scen bawiących do łez nie ma. Ale jest magia nieprzewidywalnej przyjaźni,zrozumienia. Film ma w sobie wiele ciepła, jest wręcz otulający swoją historią. Jednak po zakończeniu czułam lekki niedosyt - czegoś mi brakowało. brakowało mi tu jakiegoś mocnego charakteru.  Historia w sam raz na leniwe niedzielne popołudnie.

9. Pakt z diabłem (2015) ---> klik


Depp ♥ i wszystko jasne. Niestety tutaj nie oglądamy pięknego Deppa, jego wygląd jest odstraszający ale jego gra aktorska to mistrzostwo! Kolejne typowe męskie kino: mordobicie, krew, zemsta ale też smutna historia człowieka, który chce mieć wszystko a traci dużo. Od początku do końca ta historia trzyma w napięciu, a ja jako widz naprawdę takiego obrotu spraw nigdy bym się nie spodziewała!

Cóż, ja uwielbiam mocne kino jak i dobrą bajkę czy komedię. Na razie obejrzałam to co miałam w planach. Czeka na mnie jeszcze Pentameron - tutaj naprawdę muszę mieć chęć na niego :D. To co obejrzałam to głównie 'męskie kino' ale co tam może znajdziecie coś dla siebie ;)

Znacie coś? Coś polecicie ciekawego do obejrzenia?

P/s Zaczarowanaa szukałaś mnie ostatnio na filmwebie i nie znalazłaś wiec zostawiam tutaj link do siebie ---> http://www.filmweb.pl/user/Flore


09:24

Golden Rose Express Dry 75 & Nail Art 141

Golden Rose Express Dry 75 & Nail Art 141
Ten post miał ukazać się już dawno temu. Niestety za każdym razem dzisiejszy bohater płatał mi figla na pazurkach - ciągle się łudziłam , 'to tylko chwilowe', 'zdarzyło się raz'. Niestety lakiery z serii Express Dry to nie moja bajka , nie moja seria. Chciałam mieć czerń i ją mam, ale ... no właśnie na tą czerń dziś ponarzekam.
Inną sprawą jest lakier do zdobień, cóż u mnie wylądował na całej płytce :D. Czerń + brokat = ♥♥
Niestety w tym przypadku oba lakiery mają ogromne wady i mimo, że wyglądają pięknie to można dostać w głowę!
Jako, że iż ponieważ cierpię na chwilowy brak weny, ten post będzie bardzo króciutki  i bardzo marudny ;D


Ok - zawsze mówiłam, że czerń nie jest dla mnie. Mogę ją podziwiać u innych ale u siebie tego 'nie czuję'. Bo ja muszę mieć kolor, różowości, pastele, pomarańcze  - lubię się odznaczać :D.
Połączenie tych kolorów pierwszy raz użyłam w Boże Narodzenie i o dziwo pokochałam. Mimo wielu problemów z lakierami, efekt końcowy był ok - jeśli ktoś widział moje pazury z daleka bo z bliska to jedna wielka klapa!


GR Express Dry 75 to głęboka czerń. Kryje po dwóch warstwach, schnie dość wolno - na pewno nie obiecaną minutę :D. Może (od)barwić płytkę paznokcia. Na pazurach trzyma się 3 dni. Jedna warstwa jest niewystarczająca na wydobycie koloru, nałożenie drugiej sprawia, że lakier smuży, ciągnie się i bąbelkuje! Myślałam, że tak było tylko za pierwszym razem - jak na złość takie zachowanie zdarza się za każdym razem gdy próbuję nim malować pazury! Wykończenie z połyskiem ale niestety ja u siebie mogę powiedzieć, że mam wykończenie chropowate :D


Nail Art 141 to piękny brokat, idealny na zdobienia. Jako, że ja mogę tylko ładnie 'przyozdobić' jedną rękę ( bo na drugiej to jakby Picasso malował :D) używałam go na całą płytkę. Brokat jak brokat - pięknie się mieni, ale zmywa okropnie! Zostawia na płytce delikatne, pojedyncze drobinki nawet po dokładnym przetarciu wacikiem!. Na cała płytkę kładę 3 góra 4 warstwy - wtedy mam pożądany efekt. Niestety lakier schnie za wolno, gdy chcę dołożyć lakieru do jakiegoś konkretnego miejsca zdarza się, że robi się wielka 'gula'. Zaskakuje mnie jego trwałość, 5 - 6 dni. Wykończenie jest jednolite, bez wyczuwalnej chropowatości.


Pędzelki: czerń ma standardowy , długi, wąski jednak choćbym nie wiem jak się starała zawsze nim wyjadę na skórki - gdzie ja naprawdę lubię takie pędzelki; jak widzicie pędzelek do zdobień jest typowy, wąski, cienki - powinno nim się łatwo malować wzorki - niestety tak nie jest, spróbowałam raz i taka forma mi nie odpowiada.



Nie mam siły na denerwowanie się tym dwoma produktami. Czerń jest koszmarna, Nail Art na całej płytce jest piękny ale co ja się z nimi namęczyłam :D.

Oba lakiery dostaniecie na stronie Golden Rose: Express Dry  7ml / 4.90 zł; Nail Art 7.5 ml / 5.90

P/s Sandraxblog wyślij mi swój adres - do Ciebie poleci krem Sylveco ;)

11:32

AA Oil infusion 30+ krem pod oczy

AA Oil infusion 30+ krem pod oczy
 Chciałabym mieć znowu te naście lat - najlepiej 15 naście gdzie nie musiałam myśleć o żadnym kremie pod paczadełka. Zresztą co mnie w tym wieku obchodziło?. Na pewno nie myślałam o tym jak będę wyglądać za 10 lat i czy takowy krem jest na coś przydatny. Na ( swoje) szczęście w pewnym okresie swojego życia poszłam po rozum do głowy ( albo po prostu zaczęłam bardziej myśleć) i wzbogaciłam swój rytuał pielęgnacyjny o krem pod paczadełka. Po przeciętniaku z Biodermy ze swoich kartonowych czeluści na światło dzienne wyszedł kremik od AA. Szczerze nie mam zbyt dużo oczekiwań co do tego typu produktów - mimo, ze mam te 24 lata to jakoś moja okolica oczu na razie daje mi odetchnąć z ulgą ( i oby tak dalej!).
Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę to ARGAN! A jak wiecie z nim nie bardzo się dogaduje więc tym bardziej moje jakiekolwiek ufne nadzieje zaczęły puchnąć jak bańka by później wybuchnąć - chociaż może to miała być po prostu bańka ulatująca w powietrze  z nadzieją a nie jakaś zaraza?


Marka AA to jedna z tych marek, która wzbudza dużo skrajnych emocji. Jedni ją kochają inni nienawidzą. Szczerze to ja uwielbiam serię Nature Spa i Eco - dla mnie te kosmetyki są dobre a moja cera, włosy je uwielbiały - owszem były drobne wady ale na rzecz dobrego działania im to wybaczyłam ;). O linii Oil Infusion było głośno - kosmetyki pojawiały się w boxach zbierały pochwały jak i 'baty', z rezerwą zabrałam się do testu tego kremu.



Ilość informacji na opakowaniu może przytłoczyć - w moim (młodym) wieku ciężko jest zauważyć niektóre z działań jakie opisuje producent. Więc jak to wyglądało z mojej strony?
Bardzo rzadko zdarzają się u mnie cienie pod oczami no dobra prawie wcale ale jak już się zdarzyły ( podczas stosowania kremu może z 2 - 3 razy) to krem fajnie je 'zniwelował'. Przy dłuższym jego stosowaniu widać, że skóra okolicy oczu jest rozjaśniona, bardziej gładsza. Żadnej redukcji zmarszczek nie widziałam ( w ogóle tych nie mam ) i śmiem twierdzić, że to by nie nastąpiło :D. Jeśli chodzi o nawilżenie, jest ciut lepiej niż u wspomnianej Biodermy na początku ale jeszcze to nie jest to co bym chciała 'doznać', po prostu jest wystarczająco.
Owszem wygląd okolicy tej skóry jest lepszy, jeśli macie problemy z sińcami pod oczami to zauważycie efekty jednak na nic więcej bym nie liczyła.

Krem nie podrażnia, nie uczula. Jest dość łagodny - nie spowodował u mnie łzawienia paczadełek. A wspomniany w składzie argan nie spowodował czegoś złego ( chociaż wg lekarza jestem na niego uczulona więc to dziwne, że nie dał o sobie znać :D).



Mała, zgrabna, miękka plastikowa tubka zakończona jest kaniulą - lubię to rozwiązanie. Dzięki miękkości tubki produkt zużyjemy do końca. W sumie opakowanie tego kremu nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych tego typu kremów ;).

Wbrew pozorom i temu co mówi producent krem nie należy do tych 'lekkich i szybko wchłaniających się'. To nie jest krem, który można stosować rankiem.
W moim odczuciu ma tłustą, ciężką konsystencję co skutkuje jego wolnym wchłanianiem się. Zdecydowanie to krem nadający się na wieczorną pielęgnację i tak też go stosuję ;)

Wydajność - po 6 tygodniach zużyłam pół opakowania więc na plus.


Jak na moje potrzeby ten krem (póki co) jest wystarczający. Nie oczekiwałam cudów na kiju ale też się nie rozczarowałam. Ot co, krem przeciętniak, który spełnia podstawowe funkcje ;).

Dostaniecie go na stronie producenta, lub na ezebra.pl. Za 15 ml cena wynosi około 20 zł.

Co polecacie pod oczy? Bo akurat nie mam nic już w zapasach ;D

14:36

Blogi, które czytam #1

Blogi, które czytam #1
Ta seria postów miała się już ukazać kilka tygodni, ba miesięcy temu. Niestety zawsze wypadało mi coś innego: a to blogowe przemyślenia, a to podsumowanie książkowe czy filmowe. Gdy na początku tygodnia Madzia pokazała swoją pierwszą piątkę blogów które czyta pomysł ten wrócił do mnie jak bumerang.
Z początku blogi miały mieć 'jakiś tam' podział ale szukanie i dopasowywanie Waszych blogów pod kategorię sprawiało mi nie lada kłopot. Także od dziś na początku każdego miesiąca będę Wam pokazywać 5 blogów, które czytam. Tych blogów jest mnóstwo - postaram się każdy Wam pokazać więc bądźcie cierpliwe bo na pewno Twój blog pojawi się w którejś z odsłon. Jednak w każdej piątce znajdzie się blog, który dopiero 'raczkuje' niech się wieść niesie w świecie :D
Dziś wyjątkowo jako, że to pierwsza odsłona tych blogów będzie aż 6 :D 




 Pyzunia kochana ♥ :D
Przebywanie na blogu Marty grozi trwałą, niekończącą się listą rzeczy 'luksusowych' które chciałoby się mieć! Dla mnie ona sama to jedna wielka perfekcjonistka - nie znajdziecie  tam źle narysowanej kreski czy choćby jednego 'ale' w kosmetyku. Każdy jej makijaż, katalogowe zdjęcia są tylko tłem do jej osoby - a muszę Wam powiedzieć, że Marta to jedna z tych sympatycznych motywujących osób. Dzięki niej wzięłam się za moje makijażowe poczyniania w malowania paczadełka ;D. I nie martwcie się, mimo, że u niej 'panuje luksus' to możecie wiedzieć jedno - u 'Pyzuni' atmosfera jest strasznie ciepła i raz dwa przepadniecie do reszty na korzyść pięknych zdjęć, makijażu jak i tej pozytywnej osoby!




Jeśli szukacie bloga gdzie z treści dowiecie się więcej na temat składu i to w 'prostych słowach' dla każdego laika to taki blog podaje Wam na tacy. Agnieszka należy do grona osób, która w przyjemny i łatwy sposób potrafi wyjaśnić skład kosmetyku. Jeśli dodać do tego treść bloga to czasem mam wrażenie, że czytam jakiś naprawdę dobry artykuł!. Ilość informacji może przerazić jednak gdy siądziecie do całej zawartości to czyta się lekko i przyjemne. Jest rzetelnie i fachowo. Jak na dłoni widać, że każdy post Agnieszki jest przemyślany, napisany wręcz z dziennikarską dokładnością! Fachowiec w każdym calu!;)




Wspomniana wyżej Madzia, dzięki której w końcu ta seria ujrzała światło dzienne. U Madzi, nie spotkacie tylko i wyłącznie tekstów o kosmetykach. Mamy tu też masą tekstów 'lifestylowych' czy inspiracji. Oprócz konkretnej treści danego posta najbardziej intrygujące są ich początki: ona sama czasem nas raczy historią jakiejś marki, danego produktu czy po prostu kawałkiem dobrego tekstu okraszonym czasem dozą humoru a czasem dozą 'babskiego narzekania' ;). To co na pewno przykuje Wasz wzrok to fotografie jej autorstwa - widać, że Madzia ciągle nad nim pracuje, ciągle je udoskonala, chociaż i tak są na naprawdę wysokim poziomie. Na jej blogu możecie poczuć się jak na plotkach z koleżanką ;)




Małgosia to taka 'typowa babka'.  Wali prosto z mostu, nie owija w bawełną i nie koloryzuje jeśli jej coś się nie podoba. Gdy wchodzisz na jej bloga to wiesz, że dostaniesz tam konkretną dawkę informacji, a raczej konkretną opinię którą masz wypisaną na początku ' jestem na tak / jestem na nie.' To co mi się najbardziej w niej podoba to jej własny dystans do siebie - w jej słowach każda z nas odnajdzie odrobinę siebie, trochę tej marudnej, trochę tej 'damskiej niepewności'. Blog Małgosi to takie bardzo 'swojskie' miejsce, a ona sama nie boi się mówić, o tym co ją boli odnośnie urodowych blogerek ( tutaj polecam zajrzeć na FB jej bloga) ;)




Ania to jedna z tych osób, do której wpadłam z powodu perfumowego wpisu. I zostałam! Ta kobieta ma nosa do zapachów, a jak wiecie ja zapachowa zostałam ;D. Uwielbiam ją za sposób w jaki pokazuje treści. Jest jedną z nielicznych ( niestety) blogerek która podtrzymuje rozmowę z czytelniczkami w komentarzu. Od razu widać jej szczerość, zainteresowanie i pasję.  Widać też że sporo czasu poświęca  pracy nad jeszcze lepszymi zdjęciami! Jedyne nad czym ubolewam to fakt, że Ania tak mało pokazuje swoją buzię na blogu a uwierzcie ma bardzo piękna, delikatną urodę ;)




Przyszła pora na 'raczkujący blog'. Od jakiegoś czasu na swoim blogu widzę masę nowych komentatorów, jednym z nich, jest autorka dzisiejszego 'debiutu'.  Póki co ciężko mi więcej powiedzieć coś o samym blogu -  liczy on zaledwie kilka postów. Coś mi się wydaje, że jej blog będzie bardziej blogiem z masą informacji na temat pielęgnacji, składów czy jeszcze innych kosmetycznych aspektów.

No to pierwsza szóstka za nami, w marcu będą kolejne propozycje ;) Wybaczcie, ze na razie tak mało powiedział o dziewczynach - następnym razem postaram się więcej opowiedzieć ;D

Znacie któryś z blogów? A może same odkryłyście jakieś nowe miejsce w sieci?

09:23

Yankee Candle Peony

Yankee Candle Peony
Gdy byłam małym dzieckiem ogród mojej mamy był najwspanialszym miejscem do zabaw. Może się wydawać, że każdy 'mamijny / babciny' ogród to najbezpieczniejsza przystań dla małego, nabuzowanego energią szkraba. Mogłoby...
Zarówno u mojej babci jak i u mamy na rabacie były kwiaty, które mnie przerażały. Kurczowo trzymałam  się ich dłoni, nie puszczałam i nie podchodziłam z nim by je podziwiać. 
Wielkie, ciężkie , chylące się ku ziemi głowy kwiatów napawały mnie lękiem - były jak rozwarte paszcze dzikich lwów. W takim momencie marzyłam by jak najszybciej być w domu, wśród swoich pluszowych misi. Jednak lato ma swoje prawa - szalałam na skrawku mamijnego ogrodu: z dala od prawej strony bo tam akurat kwitły 'białe potwory' i z dala od płotu bo tam swoje pierwsze płatki zaczynały pokazywać 'różowe wielkie głowy' . Pewnie się czułam dopiero gdy mama przychodziła z nożem, ścinały kwiaty i zabierała je do domu, do swojego pokoju. 
Pewnego dnia, w przypływie dziecięcej śmiałości zbliżyłam swój mały, piegowaty nos do tego 'ogromnego potwora'. Pachniał, nawet mi się podobała ta woń. Dosłownie 5 sekund później z krzykiem i płaczem wpadłam do domu wołając 'tam są czarne mrówki, on ma mrówki, on je mrówki!'.


 Wosk z kwiatowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu kwiatu dojrzałej piwonii.

Gdy tak siedziałam osmarkana i zaryczana, mama łagodnie tłumaczyła mi, że nie mam czego się bać. Bo to tylko są kwiaty. Bo one nie zjadają mrówek. Mimo, że teraz mi się wydają ogromne, przerażające to za kilka lat docenię ich urok. A mrówki? Wytłumaczenie było jedno: bo zapach / kwiat jest słodki stąd tam mrówcza ekipa. Wtedy to było dla mnie nie pojęte.  Tamtego lata więcej się do nich nie zbliżyłam, nie wąchałam - modliłam się by żdzarła je jakaś zaraza ;D

Pierwszy raz nie mam problemu z historią zapachu - gdy tylko Peony trafił w moje ręce przypomniał mi o czasach beztroskiego dzieciństwa, gdzie moim największym zmartwieniem były owe wielkie piwonie! Tak jakby ktoś wrzucił mnie do 'wora' i nacisnął guzik 'wstecz'! Tak jakbym znowu miała kilka lat i uciekała gdzie pieprz rośnie. Tak jakby wielka, różowa piwonia miała mnie pochłonąć!



Yankee Candle Peony to najprawdziwszy zapach piwonii! To tak jakbym znowu wtykała nos w ich paszcze, z jednym wyjątkiem - wosk nie ma mrówek :D. Zapach jest obłędny! Mocno kwiatowy, lekko słodki, aż za bardzo realny!
Mnie uwiódł, zarówno na sucho jak i w kominku. Przepadłam bez reszty! Jednak to nie wosk dla każdego - mimo szczerych chęć i zamiłowania do piwonii moja mama zapach określiła jako ' inwazyjnie nurtująco duszący'.

Pierwsze podrygi zapachu są subtelne tak jak moment gdy rozwija się pączek piwonii. Dopiero później jest moc! Aromat wręcz otula każde pomieszczenie, wypełnia i zajmuje je - może być dla niektórych to zbyt 'przytłaczające'.



Zapach piwonii jest wręcz namacalny ♥ Radzę dać mniejszą ilość wosku na początek - intensywność może zbić z nóg. W pomieszczeniu czułam go przez bite 3 godziny!

Peony kupiłam na cocolita.pl w cenie 7 zł.

O nim także pisały:

Marta ---> klik
Magda ---> klik

18:01

P2 perfect look lipliner 010 nude

P2 perfect look lipliner 010 nude
W czeluściach swoich zbiorów mam jedną pomadkę nude. Pomadkę z Essence ---> klik, z którą się lubiłam. Po której przekonałam się do tego rodzaju makijażu. Tak jak do czerwieni tak do ust w stylu 'nude' trzeba dojrzeć. Niby to taki zrównoważony, łagodny kolor ale ma w sobie coś takiego co z jednej strony niby jest neutralne a z drugiej tak jakby powoduje odrobinę dystansu, potęguje skrytą nieśmiałość a przede wszystkim dodaje naszemu makijażowi lekkości, odrobiny powagi.
Znam kobiety dla których makijaż w stylu nude nie jest czymś akceptowalnym - no sorry ale jak coś 'cielistego' może być hitem? Przecież makijaż musi mieć kolor! Bo z kolorem robimy wrażenie, mamy mocne wejście, bo kolor jest siłą. Kolor to potęga.
Ale nie dla mnie. Wbrew pozorom jako zadziorny rudzielec, z masą piegów nie tylko czerwień jest mi pisana ( a o różach i fuksjach nawet nie myślę! :D). Bo kolor nude to chyba mój kolor - a skoro ja tak uważam, to może i Was do tego przekonam?


Do koloru - bo tak to jest kolor - nude idzie łatwo przywyknąć. To kolor, który nie zawsze jest doceniany. Jest dobry na pierwszą randkę, wieczorne wyjście czy wielką galę. Jest po prostu bezpieczny, wręcz otulający.

Konturówka jest trwała oraz automatyczna, co znaczy, że nie wymaga temperowania. Konturówka jest idealna jako baza pod błyszczyk lub szminkę. Umiejętnie poprowadzona kreska sprawi, że Twoje usta staną się piękne. Konturówką można też zamalować całkowicie wargi i nałożyć na to np. bezbarwny błyszczyk lub ochronną pomadkę. Produkt wegański, przebadany dermatologicznie. Wodoodporna. Dostępna w dziesięciu wersjach kolorystycznych.


Niby ta kredka się niczym nie wyróżnia. Łatwo ją pomylić z zwykłymi kolorowymi kredkami, którymi malują dzieciaki. Ale opakowanie to nie wszystko. To co najważniejsze w niej mamy w  środku. 
Lipliner jest banalnie prosty w obsłudze, idealnie zaznaczymy kontur naszych warg jak i nadamy kolor całości. Gdy przekręcimy nasz czarny plastik konturówka się wysuwa. 
Wiem, mama mówiła 'ucz się niemieckiego - to Ci się przyda' no ale ja jak to ja znam podstawy więc dopiero po czasie zorientowałam się, że pod górnym trójkącikiem mamy ukrytą temperówkę - btw, jakoś nie wyobrażam sobie bym miała ostrzyć wysuwaną konturówkę no ale może kiedyś  ;D.
W swoim makijażu zawsze używam ją na całe usta - tak mi najlepiej, tak mi pasuje.




Jeśli chodzi o kolor to tak zgaszony beż. Pasujący na każdą okazję. Pigmentacja nie jest najwyższych lotów. Ja żeby pokryć całe usta potrzebuję dłuższej chwili czasu i nie mam tu tego, że już przy jednym pociągnięciu mam to co chcę, muszę trochę wykonać tych ruchów.
Konturówka miękko sunie po ustach, suchych skórek nie podkreśla a wykończenie jest aksamitne.
Jeśli chodzi o trwałość no sorry u mnie to tylko jakieś 2 godziny, przy czym zjada się dość szybko i nawet nie zauważam tego momentu, że jej już nie ma.



Rysik może wydawać się dość twardy, toporny. Jednak to tylko pozory. Jeśli naciśniecie mocniej połamie się - o mnie zdziwiło bo na pierwszy rzut oka nie wygląda na takiego 'mięczaka' ;D.  Wtedy czuć taki 'ołówkowy zapach', który podczas stosowania nie jest wyczuwalny.

Zazwyczaj konturówki mają okrągły, opływowy kształt. Tutaj jest on trójkątny inny niż u liplinerów dostępnych na naszym rynku. Idealnie trzyma się ją w ręku. Barwa opakowania poniekąd sugeruje nam kolor naszego produktu - co dla facetów i tak wygląda to na brąz ;)/

A jak to jest w makijażu? Bardzo proszę ;)






Ja się czuje w niej dobrze, a Wy lubicie kolor 'nude'?

W Hebe dostaniecie inne konutrówki marki P2, niestety mimo, ze Hebe mam jakieś 50 km od siebie jeszcze tam nie dotarłam, więc nie powiem Wam jaki jest tam asortyment ' ustnych' produktów  ;D, jednak takie jak moja dostaniecie ---> tu w cenie 13, 50 zł / 0.8 g.
P/s konturówkę trzeba zużyć w ciągu 36 miesięcy więc spoko, luz ;D
Copyright © 2016 Rupieciarnia drobiazgów , Blogger